Świetna książka z początków dwudziestolecia, szkoda, że nikt nie ma ochoty jej wznowić.
Proszę cofnąć się do przodu
(Poprawiona wersja tekstu)
Andrzej Koraszewski
Leszek Kołakowski zwrócił kiedyś uwagę na okrzyk motorniczego w warszawskim tramwaju: „Proszę cofnąć się do przodu”. Nie było w tym wezwaniu niczego nadzwyczajnego. Wsiadało się wtedy do tramwaju przednimi drzwiami, wychodziło się tylnymi i często przy drzwiach wyjściowych był nadmierny ścisk. Dziś lewica wzywa nas, żebyśmy cofnęli się do przodu, ogłasza postęp, ale jej lewicowy konserwatyzm jest nie tylko absurdalny, jest przerażający. Oczywiście pojęcia lewicy i prawicy zawsze były głęboko mylące. Podobnie jak wielkie wyznania religijne, miały dziesiątki nurtów i indywidualnych interpretacji. Będąc już na emigracji, Leszek Kołakowski zastanawiał się, Jak być konserwatywno-liberalnym-socjalistą.
Próbując określić swoją tożsamość, często zaczynamy od poszukiwania trwałej, eleganckiej etykietki na wszystkie okazje. Chcemy, by postrzegano nas jako dobrych, postępowych, nowoczesnych. Interesują nas atrakcyjne nalepki, które zwolnią nas od ciągłej niepewności, a w szczególności od odpowiedzialności za własne wybory. Dewiza Władysława Bartoszewskiego seniora – „warto być przyzwoitym” – jest wspaniała, ale i ona jest poważnym problemem ze względu na łatwość, z jaką możemy żonglować określaniem tego, co jest przyzwoite.
Dziś tak wielu cofa się do przodu, lądując w miejscach, w których byli już inni wiele dziesięcioleci temu.
Patrzę na tytuł artykułu polskiego publicysty Konstantego Geberta i myślę, że on myśli, że swoją wersję przyzwoitości wyjaśni później. Tytuł brzmi: ŻYDOWSCY LUDOBÓJCY W KRÓLESTWIE DOWOLNOŚCI. Jako socjolog dziesiątki razy uczestniczyłem w tworzeniu ankiet i pilotażach, które miały nam powiedzieć, jak respondenci rozumieją pytanie. Sprawdziłem zaledwie na trzech osobach, jak ten tytuł jest rozumiany – trzykrotnie ta sama odpowiedź: „Żydzi robią, co chcą”. Tytuł artykułu jest etykietą, często jedynym sygnałem, który pozostaje w umyśle czytelnika danego medium. Czytelnik, który przeczyta pierwszy akapit wynurzeń Geberta, może sądzić, że polski publicysta zaprasza go do kawiarni na dłuższą rozmowę:
Porównanie rzezi Hamasu z 7 października z Zagładą jest równie absurdalne jak porównanie z nią izraelskiej reakcji na tę rzeź. To, że tak znaczne odłamy opinii publicznej w różnych krajach gotowe są oba porównania zaakceptować, świadczy, że przez „nazistowskie traktowanie” rozumieją oni po prostu coś złego. W ogóle nie zadając sobie pytania o szczególny charakter tego zła.
Nie wiem, dlaczego porównanie palestyńskiej rzezi Żydów z europejską Zagładą Żydów jest dla publicysty absurdalne, ponieważ nie wiem, do czyich słów się odnosi. Jeśli na przykład chodzi mu o liczbę ofiar, to oczywiście ma rację; jeśli idzie o ideologię i intencje, to domniemany absurd może być mniejszy, niż autor mniema. Ostatecznie uczestnicy rzezi 7 października 2023 roku wierni byli wezwaniom swoich kapłanów powtarzających niemal co piątek: „O Allahu, zabij ich do ostatniego”. Co ma na myśli publicysta, pisząc o absurdalności porównania izraelskiej reakcji na palestyńską rzeź, nie wiemy, bo w kolejnych akapitach niespodziewanie zajął się sprawą wyrzucania Żydów z manifestacji z okazji Dnia Wyzwolenia w Mediolanie.
Gebert zauważa jawnie antysemickie zachowania i przypomina, że 20 procent Włochów wyraziło poparcie dla Hamasu, i to bezpośrednio po ludobójczej rzezi.
Kolejny akapit wbija w fotel i skłania do zadumy:
Mało tego: istniała zapewne możliwość kompromisowego rozwiązania konfliktu, choć w ogniu wydarzeń nikt o niej nie pomyślał. Wystarczyłoby przecież żydowskich uczestników przesłuchać z ich poglądów i tym, którzy potępiliby Izrael, dać prawo do dalszego udziału w manifestacji. Warto by taką zasadę warunkowości, listę pytań i regulamin komisji weryfikacyjnych wprowadzić na przyszłych antyfaszystowskich pochodach, by uniknąć przykrych i nikomu niepotrzebnych scysji.
Ironia, której nie dostrzegam, czy może stanowisko? Nie wiem, musiałbym zapytać autora, a nie mam z nim kontaktu. Tak czy inaczej Konstanty Gebert uświadamia sobie chwilowo jeszcze abstrakcyjną możliwość usunięcia Żydów, a zatem również jego, z obchodów rocznicy powstania w getcie. Konstanty Gebert nie byłby jednak sobą, gdyby, zauważając lawinowy wzrost antysemityzmu, nie dał do zrozumienia natychmiast, że podziela pogląd, jakoby Izrael popełnił zbrodnie wojenne w Gazie. To jednak tylko na marginesie, bo zajmuje się studiami nad opinią publiczną.
Gebert nie jest socjologiem i wydaje się nie całkiem zdawać sobie sprawę z faktu, że opinie i postawy społeczne nie mają związku z faktami, są jednak silnie skorelowane ze źródłami informacji oraz tradycją rodzinną i środowiskową. Zauważa zatem nasz opiniotwórca, że po 80 latach zniknęła pamięć i „zastąpiła ją nowa poprawność polityczna, każąca o Żydach mówić źle”, natychmiast dodając:
Niewątpliwie uzasadniona krytyka rozmaitych działań rządu Izraela ułatwiła tę przemianę. Ale głębia nienawiści, którą widzieliśmy choćby w Mediolanie, nie pozostaje z tą krytyką w żadnym proporcjonalnym związku. Stary europejski antysemityzm powrócił, zmieniając jedynie kostium.
Dziś skierowany jest przeciwko państwu żydowskiemu, tak jak wcześniej przeciwko „Żydokomunie” czy żydowskim dzieciobójcom lub Bogobójcom. Ale i tak, jak zawsze, obrywają po prostu Żydzi.
Czyżby człowiek, który poświęcił tak wiele uwagi propagandzie kłamstw, którą nasz opiniotwórca nazywa „uzasadnioną krytyką”, o Izraelu, poczuł skruchę i postanowił przyznać się do błędu? Aż tak źle nie jest. A jednak Konstanty Gebert po raz pierwszy zauważa łajdactwo jednego ze swoich byłych towarzyszy ze stowarzyszenia poszukiwaczy żydowskiego faszyzmu z „Gazety Wyborczej” – „dziennikarza” Mariusza Zawadzkiego. Pisze o nim Gebert, że to „reporter z dużym doświadczeniem bliskowschodnim”, jak również, że jest szanowany i publikowany przez inne krajowe media, i – proszę się nie śmiać – wyraża zdumienie, że „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Zawadzkiego, w którym ten były towarzysz Geberta zastanawia się, jakim cudem społeczeństwo znajdujące się pod ciągłym ostrzałem i groźbą zamachów terrorystycznych znajduje się w czołówce krajów najszczęśliwszych. Gebert cytuje Zawadzkiego:
„Generalnie wszystko wskazuje – wyjaśnia – że dzisiejsi Izraelczycy są społeczeństwem ciężko chorym z nienawiści, które jest tym szczęśliwsze, im więcej nieszczęść wywołuje wokół siebie”. Słowem, Izraelczycy są szczęśliwi, bo zabijają Arabów.
Konstanty Gebert przyznaje, że wcześniejsza produkcja jego byłego redakcyjnego kolegi nie była lepsza. Na wszelki wypadek nie przypomina, że nigdy wcześniej nie protestował. Czyżby tytuł jego własnego artykułu miał sugerować, że nie było żadnego żydowskiego ludobójstwa, a powszechna opinia publiczna ukształtowała się pod wpływem dezinformujących donosów dziennikarzy spod ciemnej gwiazdy?
Warszawski opiniotwórca wprost tego nie pisze, kolejne akapity mogłyby na to wskazywać. Zamiast danych i prezentacji wypaczonych definicji ludobójstwa mamy ponowną wycieczkę do Mediolanu i dywagacje na temat wyrzucania Żydów z antyfaszystowskiej demonstracji.
Najbardziej ucieszyło mnie ostatnie zdanie naszego kulturalnie liberalnego autora: „Na naszych oczach, po 80 latach zakłamania, kształtuje się wreszcie właściwy obraz europejskiej pamięci o wojnie”.
Można powiedzieć, że sama pamięć o wojnie jest tu mniej istotna od pamięci o własnym człowieczeństwie i od łatwości, z jaką daje się powrócić do odwiecznych uprzedzeń, oraz od tego, kto i jak ułatwia drogę powrotu do zbiorowego obłędu. Joël Rubinfeld, współzałożyciel i przewodniczący Belgijskiej Ligi Przeciw Antysemityzmowi, mówi wyraźnie, że dziś Izrael jest Dreyfusem narodów, że toczy się nieustannie pokazowy proces przeciwko państwu żydowskiemu. Konstanty Gebert jest od lat pomocniczym oskarżycielem w tym pokazowym procesie. Rubinfeld próbuje również odpowiedzieć na trudne pytanie, dlaczego tak wielu Żydów, zarówno w diasporze, jak i w samym Izraelu, pomaga antysemitom budować fałszywy obraz żydowskiego państwa.
Facebook podrzucił mi zapowiedź artykułu Jana Hartmana w „Gazecie Wyborczej”. Młoda kobieta z Gdańska zdjęcie zapowiedzi tego artykułu poprzedziła zdaniem: „Waszej propagandy już nikt nie kupi”. To charakterystyczny głos opinii publicznej ukształtowanej przez Konstantego Geberta i innych. Młoda niewiasta z Gdańska nie zamierzała dyskutować, stawiać pytań, prawdopodobnie nie zamierzała również czytać artykułu Jana Hartmana, odrzucając go jako żydowską propagandę.
Sam artykuł Hartmana jest niesłychanie interesujący, nie tylko w kontekście wypracowania Konstantego Geberta. Tekst nosi tytuł „To nie Żydzi, lecz Arabowie byli i są największymi krzywdzicielami Palestyńczyków”. Dopiero przy drugim czytaniu zauważam, że nie ma w nim odwołań do arabskich, a w szczególności palestyńskich dysydentów, a przecież tam znajdujemy najwięcej dowodów i rzeczowych argumentów na to, jak Arabowie zatruli naród palestyński, zmienili Palestyńczyków w psy wojny i ich życie w piekło. Tam jest szczegółowa analiza tego, jak niszczone jest od kolebki człowieczeństwo Palestyńczyków. Co więcej, analiza krzywd Palestyńczyków z rąk tych, którzy sprawują nad nimi władzę, jest w tym tekście właściwie marginesem. Tekst traktuje głównie o antysemityzmie i podzielonej tożsamości. Zatrzymajmy się jednak przy tytułowej kwestii. Hartman pisze:
Od Egiptu po Jordanię. Nie Żydzi, ale Arabowie najbardziej krzywdzą Palestyńczyków
I tylko niech w waszych głowach nie zalęgnie się myśl, jakobym wierzył w jakąś palestyńską sielankę w Izraelu i nie miał pojęcia o doznawanych przez Palestyńczyków krzywdach. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Izrael ma bardzo wiele na sumieniu, gdy chodzi o traktowanie Palestyńczyków. Zwłaszcza na terenach zdobytych na Jordanii i Egipcie, czyli na Zachodnim Brzegu i w Gazie, jakkolwiek daleko mu do tej wrogości, jaką okazują im kraje arabskie i Arabowie, którym wszak nie mogło się spodobać, że pół wieku temu na masową skalę zaczęli się odżegnywać od narodowości arabskiej.
Otwieram link, żeby się dowiedzieć, kto mu tę czarnotę wcisnął. Oczywiście jak diabeł z pudełka wyskakuje Konstanty Gebert, ale znów problem, bo w opublikowanym zaledwie 6 dni po zorganizowanej przez Hamas ludobójczej wyprawie Palestyńczyków do Izraela tekście nie widzę krzywd ze strony Izraela poza samym faktem jego legalnego powstania i obrony przed mordercami. Gebert nie pisze otwarcie o ideologii palestyńskiej, o wychowywaniu dzieci na morderców sadystów, chociaż jest zbyt zręcznym publicystą, żeby nie dać znać, że o niej wie. Przewiduje, że „pokoju nie będzie, najwyżej wymiana jeńców”, i w tym nazwaniu porwanych Izraelczyków i skazanych morderców kryje się cała jego mentalność.
Hartman dostrzega, że izraelscy Arabowie mają pełnię praw obywatelskich. Więc tu „krzywdą” jest nieufność, podejrzliwość, nie dyskryminacja ze strony państwa, ale głęboko uzasadnione obawy i, tak, uprzedzenia ze strony żydowskich mieszkańców. To trzeba stanowczo rozgraniczyć i pamiętać, że w Izraelu dyskryminacja mniejszości jest karalna. Dalej pisze Hartman, że chodzi mu głównie o krzywdy doznawane od Izraela przez Palestyńczyków z Judei i Samarii oraz z Gazy. Gebert przynajmniej zauważa, że to nie Izrael umieścił arabskich wychodźców – wychodźców, a nie uchodźców, ponieważ przed wojną i w czasie wojny 1948 roku większość Arabów uciekających z terenów dzisiejszego Izraela robiła to na wezwanie swoich przywódców, żydowscy przywódcy wzywali miejscową arabską ludność do zachowania neutralności, wypędzani byli aktywni uczestnicy walk. Gorliwość Hartmana w zapewnianiu o palestyńskich krzywdach bez pokazania szczegółów to po raz kolejny syndrom Oslo. To pragnienie czy może obawa, żeby nie urazić ojczyźnianych antysemitów, jest silnie obecne w całym artykule:
Do dawnych win trzeba zresztą doliczyć te nowe, związane z wojną w Gazie, podczas której dochodzi do bombardowań, zabójstw i wyburzeń, których nie da się uzasadnić strategią i taktyką wojny sprawiedliwej.
Od filozofa oczekujemy większej odpowiedzialności za wypowiedziane słowa. Nawet uważna lektura cytowanego przez niego artykułu Geberta powinna mu uświadomić, że Izrael walczy ze starannie zaplanowaną nazistowską twierdzą, w której infrastruktura cywilna jest tylko tarczą infrastruktury militarnej. Autor bezmyślnie posługuje się terminami: bombardowań, ZABÓJSTW, wyburzeń, których jego zdaniem nie da się „usprawiedliwić taktyką wojny sprawiedliwej”. Czy jest to autocenzura, żeby móc swój tekst opublikować w tej właśnie gazecie, czy brak ochoty na zapoznanie się z ekspertyzą militarnych ekspertów?
Czy w tej wojnie zdarzały się przypadki naruszeń prawa wojennego? Tak, jak w każdej wojnie, ale ponownie mamy obowiązek rozgraniczenia polityki państwa i armii od jednostkowych przypadków naruszenia kodeksu IDF. Hartman powinien wiedzieć, że w żadnej armii zachodniej nie ma tak skrupulatnego badania każdego zgłoszonego przypadku naruszenia regulaminu jak w przypadku sił zbrojnych Izraela.
Dzisiejszy Jan Hartman, ten po 7 października 2023 roku, wie jednak, że sympatyków Palestyny Palestyńczycy grzeją tylko jako narzędzie do usprawiedliwiania swojego antysemityzmu:
Antysemitów udających przyjaciół Palestyńczyków tak naprawdę nic a nic Palestyńczycy nie obchodzą. Nie obchodzi ich upodlenie Palestyńczyków w Libanie, Syrii i w Jordanii, gdzie zresztą stanowią większość obywateli. Palestyńczycy interesują antysemitów wyłącznie jako ofiary faktycznych bądź domniemanych krzywd ze strony Izraela, bo stwarzają doskonały pretekst dla „bezpiecznego” wyrażania wrogości wobec „syjonistów”, połączonego z pełnymi oburzenia zapewnieniami, że nie ma to nic wspólnego z antysemityzmem.
I znów zastanawiają te linki do „Gazety Wyborczej”, jakby to było jakieś jedyne źródło rzetelnej wiedzy o problemie autentycznie strasznego losu palestyńskich Arabów.
W artykule Jana Hartmana, podobnie zresztą jak w artykule Konstantego Geberta, istotny jest wątek osobisty. Podczas gdy Gebert wyobraża sobie, że mogą go pewnego dnia wyrzucić z wiecu dla uczczenia rocznicy powstania w getcie, Jan Hartman pisze:
Ja też już nie wierzę w rozwiązanie dwupaństwowe, czyli w wolną Palestynę. Tak jak nie wierzę w dobrą wolę antysemitów, by stopniowo wyzwolić się z uprzedzeń. Wszystko się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy spłynąłem na margines życia wraz z brunatną falą nienawiści, która przelała się przez Zachód i przez Polskę po straszliwym pogromie z 7 października 2023.
Tu wyłania się Hartman po traumie, Hartman, który dostrzegł to, co było wyraźnie widoczne od wielu lat:
Choćbyś sto razy powiedział, że Izrael popełnia w Gazie zbrodnie, lecz mimo to sprzeciwił się ortodoksji propagandy Hamasu, a więc odrzucił któryś z punktów litanii: okupanci, ludobójcy, czystki etniczne, terror, głodzenie ludności, to i tak natychmiast zostaniesz przez lewicę medialną i polityczną potępiony jako bezkrytyczny poplecznik Netanjahu „broniący ludobójstwa w Gazie” oraz zaciekły „syjonista”.
Jan Hartman odkrywa zjawisko, które było tysiąckrotnie od lat opisane:
Nikt nie mówi tego wprost, lecz cały „mainstreamowy” dyskurs liberalnych mediów jest w oczywisty sposób prohamasowski, bo służy celom Hamasu i delegitymizuje cel strategiczny Izraela, jakim jest zniszczenie tej potwornej terrorystycznej organizacji. O, nie, jej status jest zupełnie inny niż Państwa Islamskiego vel ISIS czy Al-Kaidy – bo tamci mordowali niewinnych muzułmanów i chrześcijan, ci zaś – Żydów.
Autor odkrywa, że Żydzi na Zachodzie żyć nie mogą, chyba że będą gorliwie potwierdzać każde kłamstwo o Izraelu:
Również w Polsce można być Żydem tylko warunkowo. Trzeba potakiwać rozmaitym bałamuctwom na temat stosunków polsko-żydowskich, oburzać się na „oskarżanie Polaków o antysemityzm” i zasadniczo „nie obnosić się” ze swoim żydostwem. Mile widziane są sentymenty, jakaś opieka nad cmentarzami czy organizowanie koncertów muzyki klezmerskiej, byleby chodziło o martwych Żydów i byleby można było powiedzieć, że współczesna Polska dba o pamięć o „mniejszości żydowskiej”.
To słowo „mniejszość” jest zdumiewające, bo Polacy pochodzenia żydowskiego są Polakami z krwi i kości, a jednak traktowani są jako jakaś mniejszość. „Jak ktoś jest Żydem, to przecież nie może być jednocześnie Polakiem”.
We Francji, Belgii, Holandii czy Wielkiej Brytanii Żydzi pakują walizki, chcą się uwolnić od dalszych kontaktów z wiernymi czytelnikami Konstantego Geberta, a raczej jego odpowiedników w (dotychczas) swoich krajach, i żyć szczęśliwie nawet kosztem narażania życia. Świat zachodni cofnął się do przodu.
W 50. rocznicę Anschlussu Austrii Viktor Frankl podczas uroczystości na Placu Bohaterów w Wiedniu w 1988 roku powiedział m.in.:
„Musimy pogodzić się z tym, że porządni ludzie stanowili mniejszość i prawdopodobnie tak pozostanie.
Niebezpieczeństwo pojawia się dopiero wtedy, gdy system polityczny wypycha na powierzchnię niegodziwych, czyli negatywną selekcję narodu. Żaden naród nie jest jednak na to odporny i w tym sensie każdy naród jest zasadniczo zdolny do Holokaustu!”
Całe przemówienie można przeczytać tutaj.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


