Christine Angot (Źródło zdjęcia: Wikipedia)
Przebudzenie w “Libération”
Anna Grabowska
“Libération” – gazeta założona przez Sartre’a, symbol buntu, wolnomyślicielstwa oraz lewicowego sumienia Francji. Od pół wieku święty organ paryskiej inteligencji, która z pasją walczyła z Kościołem, z kapitalizmem, z rasizmem, z “imperializmem amerykańskim”, a od dwóch dekad z równie żarliwą konsekwencją – z Izraelem. Dla lewicy jest to wciąż bastion “moralnego nieposłuszeństwa”, chociaż tak naprawdę już od dawna raczej biuletyn poprawności ideowej, gdzie myślenie ustąpiło miejsca odruchom, a każda niezgodna nuta brzmi jak odrażające bluźnierstwo. A tu nagle 1 listopada 2025 roku, wydarzyło się coś, co jeszcze wczoraj wydawało się nieprawdopodobne: w gazecie, która przez ponad dwie dekady nie wydrukowała ani jednego proizraelskiego tekstu, ukazał się artykuł Christine Angot.
Tekst nosi tytuł “Antysemityzm na Uniwersytecie Paris-8: kim jesteście wy, łajdacy, którzy nie potępiliście 7 października?” i już sam tytuł brzmi jak policzek wymierzony w jej własne środowisko. Angot, pisarka, feministka, od zawsze utożsamiana z francuską lewicą, nagle śmiała stanąć po stronie, po której w jej kręgach nie wolno stawać. Napisała wprost: że milczenie wobec zbrodni Hamasu jest współudziałem, że antysemityzm wrócił na uniwersytety, że nowymi łajdakami Francji są ci, którzy odwracają wzrok od 7 października. To nie jest głos konserwatystki ani głos reakcji – to krzyk kobiety, która zrozumiała, że jej własny obóz moralnie się rozkłada.
Dzisiaj, kiedy słowo “Izrael” wypowiedziane bez potępienia uchodzi za wstrętną prowokację, jej felieton brzmi jak manifest odwagi. Oto Angot, jedna z ikon literackiej lewicy wreszcie się przebudziła. Zrozumiała, że źródłem choroby nie jest już władza, lecz uniwersytet i nie nacjonalizm, lecz zwykła ideologiczna ślepota. To właśnie młodzi, wychowani na hasłach tolerancji, stali się bezrefleksyjnymi powielaczami nienawiści, i to właśnie uczelnia, która miała być świątynią rozumu, zamieniła się dzisiaj w megafon fanatyzmu.
Francuskie media zareagowały tak, jak reagują dziś wszystkie środowiska, które od dawna żyją z iluzji moralnej wyższości: oczywiście z oburzeniem, z udawaną ironią i z wyuczoną pogardą. “Libération” wprawdzie nie odcięło się od własnej autorki, tak jak polska “Polityka” od Jana Hartmana ale jej tekst potraktowano jak “emocjonalny eksces”, a nie jak manifest sumienia. W redakcyjnych kuluarach mówiono o “afekcie”, “przesadzie” i “zranionej wrażliwości”. Na Twitterze, przepraszam, na X – wylał się cały ocean protekcjonalnych komentarzy, gdzie czytam: że Angot “nie rozumie kontekstu”, że “powiela izraelską propagandę”, że “mówi jak prawica”. Dziwnie znajome mi frazy. Tak właśnie reagują ludzie, którzy nie znoszą, gdy oto ktoś z ich własnego obozu przypomina im, że moralność nie ma barw partyjnych.
Na uczelniach – cisza. Żadnej refleksji i żadnego wstydu. Bo przecież łatwiej jest pisać o “izraelskiej agresji” niż przyznać, że antysemityzm powrócił pod nowym błyszczącym szyldem: w języku walki o “sprawiedliwość”, w sloganach o “dekolonizacji”, w transparentach, które mają twarz współczucia a niosą słowa nienawiści. Angot to zobaczyła. Zobaczyła, że pod pozorem empatii rodzi się nowa nienawiść, i miała odwagę nazwać ją po imieniu.
Nie znalazła się więc po stronie prawicy, jak próbowali jej to wmówić. Znalazła się zwyczajnie po stronie ludzkiej przyzwoitości, której od dawna nikt już we francuskiej lewicy nie broni. Jej głos nie jest zdradą – to ratunek dla tradycji, która zapomniała, że humanizm bez prawdy staje się wyłącznie farsą.
Bo może właśnie na tym polega dziś prawdziwa odwaga? Nie w tym, żeby krzyczeć razem z tłumem, ale by powiedzieć jedno zdanie, nawet kiedy wszyscy milczą. Christine Angot zrobiła to, co kiedyś robili ludzie myślący: stanęła naprzeciw własnego plemienia. W świecie, gdzie lewica woli bronić oprawców, byle nie przyznać racji Izraelowi, ona przypomniała, że moralność nie jest i nie była kwestią sympatii politycznych, tylko pewnych granic, których nie wolno przekroczyć.
I to właśnie dlatego uważam, że jej tekst w Libération był jak uderzenie w kryształowy kielich, tak – pękł, ale zabrzmiał czysto. Od tej chwili nikt w tym piśmie nie może już udawać, że nie wie, co się stało 7 października. Nie może, chyba że chce być jednym z tych, których Angot nazwała po imieniu: łajdakami.
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com