Dlaczego Turcja biernie przygląda się tragedii Kurdów przy syryjskiej granicy?
Łukasz Wójcik
Kurdyjscy uchodźcy z Kobane po tureckiej stronie granicy z Syrią (Heike Hänsel, Fraktion DIE LINKE. im Bundestag/Flickr CC by 2.0)
Nie da się budować w Turcji nowej, otwartej tożsamości, bez przyznania, że to również jest kraj Kurdów
Ajn al-Arab (Kobane) jest o krok od tragedii. W tym syryjskim mieście, kilkaset metrów od granicy z Turcją, broni się jeszcze garstka kurdyjskich bojowników przed atakiem znacznie liczniejszych i lepiej uzbrojonych oddziałów tzw. Państwa Islamskiego (PI). Miasto padłoby już we wtorek, ale islamistów powstrzymały silne ataki Amerykanów z powietrza. Prezydent Turcji powiedział jednak niedawno, że zwycięstwo PI to już tylko kwestia czasu. Wie, co mówi, bo desperackiej obronie Kurdów z kilkuset metrów przyglądają się tureckie czołgi, stojące zaraz po drugiej stronie granicy.
Bezczynność Ankary wobec tragedii Kobane może dziwić. Słowa oburzenia padły nie tylko ze strony amerykańskich sojuszników. W samej Turcji w protestach przeciwko bierności tureckiego rządu zginęło już kilkanaście osób, głównie Kurdów. Kurdyjscy demonstranci wdarli się również do budynku Parlamentu Europejskiego, domagając się natychmiastowej interwencji w obronie Kobane, gdzie giną ich bliscy.
Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że turecka interwencja w obronie miasta jest tylko kwestią czasu. Zgodził się na nią ankarski parlament. Turecka armia (jedyne poważne wojsko w europejskim NATO) nie miałaby też zapewne problemu z obroną miasta i odepchnięciem islamistów. W końcu chodzi też o bezpieczeństwo tureckiej granicy. Turcy jednak zwlekają.
Mają swoje powody. W oddziałach PI walczy co najmniej tysiąc Turków. Jak doniósł niedawno amerykański „Newsweek”, w kilku największych tureckich miastach islamiści mają dobrze zorganizowaną sieć rekrutacyjną. Poza tym w Turcji przebywa też ponad 1,5 mln niełatwych do zidentyfikowania syryjskich uchodźców. PI ma więc całą gamę sposobów działania i przeprowadzania ewentualnych odwetowych ataków terrorystycznych na terytorium Turcji. Ankara poza tym boi się, że interwencja w Syrii u boku zachodnich „krzyżowców” już doszczętnie popsuje jej wizerunek wśród muzułmanów z regionu.
Turcja przede wszystkim boi się jednak Kurdów i łatwo znaleźć w Ankarze opinie, że PI robi Turcji przysługę, likwidując kurdyjskie enklawy w Syrii.
Relacje turecko-kurdyjskie w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły. Od 2010 r. trwa w Turcji tzw. demokratyczne otwarcie, w ramach którego mniejszość kurdyjska (ok. 20 proc. społeczeństwa) zyskuje coraz szersze prawa społeczne i polityczne. Doskonale układają się relacje z irackimi Kurdami, dla których Turcja stała się oknem na świat i geopolitycznym protektorem. Ankara stawia wszystkim Kurdom tylko jeden warunek: żadnych kontaktów z Kurdyjską Partią Pracujących (PKK), czyli partyzantką, która walczy z Ankarą od 1984 r.
Czytaj dalej tu: Dlaczego Turcja biernie…
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com








