Archive | October 2016

Nobel dla Dylana. Stanowcza obrona prawa do radości


Nobel dla Dylana. Stanowcza obrona prawa do radości

JERZY SOSNOWSKI


Bob DylanBob Dylan w Hamburgu w maju 1984 r. Fot. Heinrich Klaffs / Flickr

Twórczość Boba Dylana nie jest w Polsce, wbrew pozorom, specjalnie znana, w każdym razie jego krytykom.

Dawno chyba tak gwałtownie nie spieraliśmy się na temat, którego nie podsunęli nam politycy. Literacka nagroda Nobla dla Boba Dylana sprowokowała z jednej strony głosy entuzjazmu, z drugiej – gwałtowne jeremiady, że oto (jak to ujął jeden z użytkowników Facebooka) nasz świat pauperyzuje się jeszcze szybciej, niż można było sądzić. Cóż to bowiem za pomysł, dać tak prestiżową nagrodę TEKŚCIARZOWI, autorowi byle PIOSENEK?! W dodatku – dorzucił „Gość Niedzielny” – nie wiadomo, czy laureat nie miał czasem jakichś kontaktów z szatanem. W każdym razie brał udział w kontrkulturze, czyli ruchu, nie mającym nic wspólnego z naszym Kościołem ani w ogóle z chrześcijaństwem.

Na tym tle nawet zabawna wydała mi się czyjaś ironiczna uwaga, że wobec tego Nobla z chemii powinien otrzymać w tym roku Keith Richards (gitarzysta zespołu The Rolling Stones, znany z pozbawionego zahamowań stosunku do używek).

Ponieważ należę do pierwszej z wymienionych grup, to znaczy decyzję Komitetu Noblowskiego przyjąłem z wielką radością, chciałbym spróbować przekonać zbulwersowanych, że się mylą. To jest, żeby być precyzyjnym: mają rzecz jasna prawo do swoich uczuć, natomiast argumentacja, z pomocą której starają się je uzasadnić, nie wytrzymuje krytyki.

Właściwy kontekst Dylana

Zacznijmy od tego, że twórczość Boba Dylana nie jest w Polsce, wbrew pozorom, specjalnie znana, w każdym razie jego krytykom. Mówienie o jego pieśniach, że to „byle piosenki”, „teksty, a nie poezja”, zazwyczaj pojawia się w ustach ludzi, którzy w najlepszym razie kojarzą autora z napisanym w wieku nastu lat protestsongiem „Blowin’ in the Wind”, od kilkudziesięciu lat śpiewanym przy ogniskach. Żeby pokazać, że tak naprawdę mamy do czynienia z literaturą cokolwiek bardziej skomplikowaną, pozwoliłem sobie – prosząc o wybacznie dylanologów – spolszczyć po swojemu, specjalnie dla Labo, inny jego tekst: „All along the Watchtower”:

Musi być jakieś wyjście, do złodzieja rzecze klown,
Za wielki tu trwa zamęt, ja dosyć tego już mam.
Kupcy mnie opijają, oracze zgarniają plon,
Żaden z nich się nie wstydzi, nie widzą, że czynią zło.
Nie gorączkuj się lepiej, spokojnie złodziej mu rzekł,
Wielu z nich czuje dobrze, że życie to tylko śmiech.
My mamy to za sobą, los to już przecież nie nasz,
Więc nie natężaj głosu, przeminął wszak na to czas.

Ze szczytu wieży strażniczej książę wytęża wzrok,
widzi kobiety, służących, jak krążą, odchodzą w mrok.
Na zewnątrz gdzieś daleko zawarczał ponuro żbik
Dwóch jeźdźców już nadjeżdża, a wiatr właśnie zaczął wyć.

[ Blog Reunion68: piosenke rozslawil miedzy innymi (The) Jimi Hendrix (Experience) o to jego wersja: ]

 

Nie jest to bynajmniej najbardziej skomplikowany utwór Dylana i od tego, co przychodzi nam na myśl, kiedy wypowiadamy termin „piosenka”, zdarzało mu się odchodzić jeszcze bardziej. Może to się nie podobać (zwłaszcza w moim, pospiesznym – przyznaję – przekładzie), ale kiedy widzę w internecie kojarzenie pieśni Dylana z tekstami, które śpiewa Doda, wiem na pewno, że autor tego skojarzenia po prostu nie wie, o czym mówi.

Poprawnym kontekstem jest co najmniej Jacek Kaczmarski, Bułat Okudżawa, Georges Brassens, a poniekąd także tradycja, ciągnąca się co najmniej od Francois Villona, ogarniająca pieśni ludowe na wielu kontynentach, w którą wkroczyły w ciągu minionych stu kilkudziesięciu lat idee symbolistów, surrealistów czy beatników. Finałowej frazy z „All along the Watchtower” nie powstydziłby się zresztą Maeterlinck (też Noblista); w jego „Cieplarniach” czytamy: „Tu jakby kobieta zasłabła w dzień żniw; / Listy nadeszły do przytułku! / Świetny kiedyś myśliwy dziś jest pielęgniarzem”.

Obiektywna hierarchia gatunków nie istnieje

Zostawmy zatem ocenę utworów Boba Dylana jako takich; przyjrzyjmy się innemu, pozornie lepiej umotywowanemu źródłu oburzenia: że mianowicie, czy są to teksty wybitne, czy nie, należą one do gatunku, którym Komitet Noblowski zajmować się nie powinien, a mianowicie do piosenki.

Na swój sposób jest to rozumowanie fascynujące: pokazuje mianowicie, że można żyć w XXI wieku w Europie i nie przyjąć do wiadomości procesów społeczno-kulturowych, które w ciągu minionych kilkudziesięciu lat przeorały nasz kontynent, podobnie zresztą, jak Amerykę. Już w 1967 roku (to znaczy pół wieku temu) pisał z niezrównaną ironią John Barth: „Słynna kolekcja pop artu w muzeum Albright-Knox (…) podoba mi się tak prawie jak żywa rozmowa, chociaż bardziej fascynowały mnie zawsze występy żonglerów i akrobatów w starym Hippodrome w Baltimore, gdzie przychodziłem na każdy nowy program – byli to prawdziwi wirtuozi, pokazujący sztuczki i ewolucje, które każdy może wymyślić i opisać, lecz prawie nikt nie może wykonać” (przeł. Jacek Wiśniewski).

„Podoba mi się tak prawie jak żywa rozmowa”! Wiara w obiektywną hierarchię gatunków, ten nieudany pomysł klasycyzmu, została już raz zakwestionowana w epoce, z którą jakoby Polacy są za pan brat, to znaczy w romantyzmie; odwoływać się do niej dziś oznacza – okrywać się śmiesznością. Nie dlatego, że należy przyjmować bezrefleksyjnie modę, przeciwnie: ponieważ należy idee poddawać refleksji, zwłaszcza zaś pytać, skąd się wzięły.

Otóż hierarchia gatunków w jej postromantycznej postaci, to znaczy ostre przeciwstawianie sztuki wyższej, którą jakoby winien zajmować się Komitet Noblowski, oraz popkultury, której znać nie należy, lub, znając ją, traktować ten fakt jako wstydliwy kompromis z naszą przyziemnością, brała się z pewnego kształtu społeczeństwa. Warunkiem dorzecznego mówienia o tej hierarchii (jeszcze raz podkreślmy: nie hierarchii DZIEŁ, ale GATUNKÓW) była hierarchia społeczna, z jednej strony wyrazista, a z drugiej – zagrożona. To właśnie zagrożenie, niepewność siebie elity kulturalnej podpowiedziała jej zdumiewający pomysł, by istniała dziedzina literatury, objęta tabu; by nie tylko istniały książki, których znajomość stanowiła bilet wstępu do elity (do tego w gruncie rzeczy służyła „literatura wysokoartystyczna”), ale by istniały książki, których znajomość z tej elity wyklucza. Przypomina mi się tutaj zabawna, choć w istocie przerażająca anegdota Krzysztofa Zanussiego, jak to w dzieciństwie uczono go, że jeśli na okładce książki znajduje się określenie „bestseller”, bez czytania oddaje się taką książkę służącemu.

Tymczasem przeżyliśmy w Polsce co najmniej dwie transformacje społeczne, wymuszoną po 1945 roku i tą niedawną, po 1989 – i staliśmy się, na dobre i złe, społeczeństwem zmodernizowanym. Właśnie z tego powodu upieranie się przy zhierachizowanych kategoriach literatury „wysokiej” i „niskiej” jest zaklinaniem rzeczywistości, z którego nie wynika nic poza tej rzeczywistości kompletnym niezrozumieniem. Co nie oznacza, że w obrębie rozmaitych gatunków nie istnieją utwory warte i niewarte lektury, że nie ma różnicy między arcydziełem a szmirą – tylko że nie wystarczy zidentyfikować gatunku danego utworu, by się o jego jakości wypowiadać.

Udział w kontrkulturze nie może dyskredytować artysty

W dodatku w połowie XX wieku doszło do zjawiska, zwanego kontrkulturą. Pisałem już kiedyś o nim na łamach „Więzi” i nie chcę się powtarzać. Powiem więc tylko, że znalazłem dla niego zaskakujący model w pewnym szczególe fabularnym filmu Krzysztofa Kieślowskiego „Niebieski”. Zakochany we wdowie po kompozytorze jego dawny asystent decyduje się tam na coś okropnego: występuje w telewizji z deklaracją, że chce dokończyć jego utwór, a na dodatek prezentuje publicznie prywatne fotografie jego mistrza, z których niedwuznacznie wynika, że ów miał kochankę. Kiedy wdowa (Juliette Binoche) przychodzi do niego z pretensją, pytając, czemu to zrobił, asystent odpowiada: „Zrobiłem to, żeby pani wreszcie zaczęła czegoś chcieć, albo czegoś nie chcieć. Żeby pani była zła, albo zaczęła płakać”. Wyrywa ją zatem ze stanu bezczucia.

Podobną rolę odegrała moim zdaniem właśnie kontrkultura, a wdową, znieruchomiałą i pozbawioną woli, była kultura powojenna. Naturalnie analogia ta nie jest doskonała, ale pokazuje, że czasem działania same w sobie dwuznaczne moralnie – zwłaszcza podejmowane zbiorowo – mogą odgrywać pozytywną rolę, niezależnie od tego, jak oceniamy ich poszczególne składowe.

W dodatku ruch hipisowski, bunty studenckie, łącznie – tak jest! – z dziecinną fascynacją chińskim komunizmem, wyrosły niewątpliwie z oburzenia, którego etyczne źródła nie powinny być przeoczone przez chrześcijan. Dobrą Nowinę poddaliśmy bowiem przez dwa tysiące lat subtelnej manipulacji, wiele radykalnych wskazań Jezusa uznaliśmy zaledwie za metafory – i stąd bierze się przerażenie, z jakim zdarza się nam przyjmować przywrócenie ich pierwotnej skrajności. Udział zatem w kontrkulturze, nawet jeśli nie doceniamy dzieł powstałych w jej kręgu (choć szkoda, bo niektóre są naprawdę poruszające), z całą pewnością nie może dyskredytować artysty.

Co do zaś szatana, to – jak mi się wydaje – wiara w rzeczywistość tego, który dzieli (taka jest etymologia słowa diabeł), niekoniecznie musi prowadzić do traktowania serio legend (!), którymi chrześcijaństwo obrosło w średniowieczu. Mówiąc najkrócej: bardziej przeraża mnie demoniczna pewność, że się ma rację, niż opowiadania o podpisywaniu cyrografów. Skłonny byłbym prosić redaktorów katolickich pism, żeby z nieco większym umiarkowaniem wzbogacali naszą wiarę o wątki, którymi zajmować się winni etnografowie, a nie teolodzy.

Wróćmy raz jeszcze do kontrkultury. Wśród kilku jej zacnych cech wymieniłbym przypomnienie, że przy całej różnorodności rodzaju ludzkiego łączy nas człowieczeństwo, w którym „nie masz Greka ani Żyda”: przynależność rasowa, etniczna, kulturowa, granice między państwami i tak dalej są w stosunku do niego cechami przypadkowymi, których przeceniać nie wolno. Z tego właśnie powodu Boba Dylana, jak tylu innych artystów z jego pokolenia, traktujemy – my, na których życiu duchowym kontrkultura się odcisnęła – jako swoich rodaków. To zapewne sprawia, że cieszymy się tym Noblem tak, lub prawie tak, jak Noblem dla Miłosza i Szymborskiej. I zapewne dlatego tak stanowczo bronimy dziś swojego prawa do radości.

15 PAŹDZIERNIKA 2016


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Fishing zone expanded by 50% for Gaza’s 4,000 fishermen

The Jerusalem Post - Israel NewsFishing zone expanded by 50% for Gaza’s 4,000 fishermen

ADAM RASGON


The decision will increase the coastal enclave’s fishing zone from six to nine nautical miles and will go into effect on November 1.

Palestinian fishermen in the waters off of the Gaza StripPalestinian fishermen in the waters off of the Gaza Strip Photo By: REUTERS

The IDF decided on Wednesday to expand the designated fishing zone off the coast of Gaza for the upcoming fishing season.

“COGAT decided to approve the expansion of the fishing zone along the Gaza Strip,” read a statement from the Coordinator of Government Activities in the Territories, a branch of the Defense Ministry.

The decision will increase the coastal enclave’s fishing zone from six to nine nautical miles and will go into effect on November 1 and expire approximately two months later.

COGAT said that it made the decision “to facilitate increased activity in Gaza Strip’s fishing sector, which is an [important] source of income.”

A similar measure to expand the fishing zone between April and June 2016 resulted in a 15% increase in the total output of fish, compared to the same period in 2015, according to COGAT.

The total output of the fish market in Gaza stands at NIS 6 million annually.

Amjad al-Shrafi, the secretary- general of the Gaza fisherman’s union, told The Jerusalem Post that he welcomes the expansion, but expressed his frustration that it will only last for two months. “We consider the expansion of the fishing zone an achievement of our rights as fishermen, but why will it only last for two months?” he said. “We believe the Israeli authorities should make this change permanent.”

Ibrahim Bakr, a Gazan fisherman, said that he is happy about the decision, but also is concerned it will not be fully implemented. “We support any decision to expand the fishing zone, but the Israeli authorities must allow us to take advantage of all nine miles,” he said. “When Israel expanded the zone to nine miles in April, it frequently barred us from going beyond 7.5 miles.

“On many occasions, I would go out beyond seven and eight miles and then the Israelis would yell to retreat and shoot warning shots.”

COGAT also said that it hopes to keep the zone open for the fishing season, but warned fishermen against taking advantage of the expansion.

“We emphasize that the expansion of the [fishing zone] is conditioned on the fishermen respecting the agreement [of nine nautical miles] and not exploiting it to smuggle or penetrate Israel’s territory,” the statement added.

Shrafi said the fishermen solely want to catch fish and provide for their families. “We have no interest in conflict with the Israeli authorities.

All we want is to catch fish and take care of our families,” he said.

There are approximately 4000 fishermen in Gaza today.

After the Gaza war in 2014, Israel extended the fishing zone from three to six nautical miles, a substantial increase, but far less than the 12 nautical miles from before the second intifada and 20 nautical miles stated in the Oslo Accords.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


BOB DYLAN – Hurricane

BOB DYLAN hurricane

Jose Antonio López Cántos


Bob Dylan – Hurricane Lyrics

Pistol shots ring out in the barroom night
Enter Patty Valentine from the upper hall.
She sees the bartender in a pool of blood,
Cries out, “My God, they killed them all!”
Here comes the story of the Hurricane,
The man the authorities came to blame
For somethin’ that he never done.
Put in a prison cell, but one time he could-a been
The champion of the world.

Three bodies lyin’ there does Patty see
And another man named Bello, movin’ around mysteriously.
“I didn’t do it,” he says, and he throws up his hands
“I was only robbin’ the register, I hope you understand.
I saw them leavin’,” he says, and he stops
“One of us had better call up the cops.”
And so Patty calls the cops
And they arrive on the scene with their red lights flashin’
In the hot New Jersey night.

Meanwhile, far away in another part of town
Rubin Carter and a couple of friends are drivin’ around.
Number one contender for the middleweight crown
Had no idea what kinda shit was about to go down
When a cop pulled him over to the side of the road
Just like the time before and the time before that.
In Paterson that’s just the way things go.
If you’re black you might as well not show up on the street
‘Less you want to draw the heat.

Alfred Bello had a partner and he had a rap for the cops.
Him and Arthur Dexter Bradley were just out prowlin’ around
He said, “I saw two men runnin’ out, they looked like middleweights
They jumped into a white car with out-of-state plates.”
And Miss Patty Valentine just nodded her head.
Cop said, “Wait a minute, boys, this one’s not dead”
So they took him to the infirmary
And though this man could hardly see
They told him that he could identify the guilty men.

Four in the mornin’ and they haul Rubin in,
Take him to the hospital and they bring him upstairs.
The wounded man looks up through his one dyin’ eye
Says, “Wha’d you bring him in here for? He ain’t the guy!”
Yes, here’s the story of the Hurricane,
The man the authorities came to blame
For somethin’ that he never done.
Put in a prison cell, but one time he could-a been
The champion of the world.

Four months later, the ghettos are in flame,
Rubin’s in South America, fightin’ for his name
While Arthur Dexter Bradley’s still in the robbery game
And the cops are puttin’ the screws to him, lookin’ for somebody to blame.
“Remember that murder that happened in a bar?”
“Remember you said you saw the getaway car?”
“You think you’d like to play ball with the law?”
“Think it might-a been that fighter that you saw runnin’ that night?”
“Don’t forget that you are white.”

Arthur Dexter Bradley said, “I’m really not sure.”
Cops said, “A poor boy like you could use a break
We got you for the motel job and we’re talkin’ to your friend Bello
Now you don’t wanta have to go back to jail, be a nice fellow.
You’ll be doin’ society a favor.
That sonofabitch is brave and gettin’ braver.
We want to put his ass in stir
We want to pin this triple murder on him
He ain’t no Gentleman Jim.”

Rubin could take a man out with just one punch
But he never did like to talk about it all that much.
It’s my work, he’d say, and I do it for pay
And when it’s over I’d just as soon go on my way
Up to some paradise
Where the trout streams flow and the air is nice
And ride a horse along a trail.
But then they took him to the jailhouse
Where they trialed a man into a mouse.

All of Rubin’s cards were marked in advance
The trial was a pig-circus, he never had a chance.
The judge made Rubin’s witnesses drunkards from the slums
To the white folks who watched he was a revolutionary bum
And to the black folks he was just a crazy nigger.
No one doubted that he pulled the trigger.
And though they could not produce the gun,
The D.A. said he was the one who did the deed
And the all-white jury agreed.

Rubin Carter was falsely tried.
The crime was murder “one,” guess who testified?
Bello and Bradley and they both baldly lied
And the newspapers, they all went along for the ride.
How can the life of such a man
Be in the palm of some fool’s hand?
To see him obviously framed
Couldn’t help but make me feel ashamed to live in a land
Where justice is a game.

Now all the criminals in their coats and their ties
Are free to drink martinis and watch the sun rise
While Rubin sits like Buddha in a ten-foot cell
An innocent man in a living hell.
That’s the story of the Hurricane,
But it won’t be over till they clear his name
And give him back the time he’s done.
Put in a prison cell, but one time he could-a been
The champion of the world.

Hurricane lyrics © Universal Music Publishing Group, BOB DYLAN MUSIC CO

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Kiedy profesorowie zmieniają się w durni

Kiedy profesorowie zmieniają się w durni

Steve Apfel
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


DemonstracjDemonstracja BDS w Afryce Południoweja BDS w Afryce Południowej

Pewien profesor Oxfordu powiedział z przekąsem o swoim koledze, że jest powierzchownie głęboki, ale w głębi bezmiernie płytki. Trzeba było Orwella, by ktoś głośno powiedział, że wyższe wykształcenie i głupota stanowią często spotykaną parę. „Są twierdzenia tak durne, że tylko intelektualista może w nie uwierzyć” – pisał. Ten pisarz, który był gigantem swojej epoki i który stworzył całą gamę politycznych idiomów, którymi posługujemy się do dziś, takich jak “Wielki Brat”,. „dwójmyślenie”, “równi i równiejsi”, zauważał, że ludzie inteligentni bywają bardzo naiwni. Widział również, że profesorowie często nie mają ani odrobiny zdrowego rozsądku.

Wiedział, że dysputy z uczonymi ludźmi mogą być dysputami z głupcami. Nie musimy tego typu mędrców szukać ze świecą. Wystarczy spojrzeć na dyskusje o dowolnej modnej sprawie czy obiegowej mądrości – durnie lecą jak ćmy do ognia na widok każdego absurdalnego twierdzenia. Niektóre z nich mają szczególną siłę przyciągania. Wielkie grono uczonych durni lubi rozprawiać o palestyńskich prawach i izraelskim bezprawiu. „Istnieje bolesne zło – widziałem je pod słońcem” – mówił król Salomon, być może w proroczej wizji fałszywej moralności ruchu BDS. Podniecone tłumy płoną świętym oburzeniem, kiedy tylko ruch bojkotu rozpoczyna swoje popisy. Uczeni uwielbiają wieszanie swoich uniwersyteckich biretów na antysyjonistycznym wieszaku. To sprawa, której ci uczeni przywódcy nie mogą przegapić. Państwo dla Palestyńczyków to obiegowa mądrość powszechnie dziś panująca.

Nadęci profesorowie nadmuchują bańkę BDS do granic wytrzymałości. Gdyby tym wrzaskliwym występom towarzyszyła strażacka orkiestra dęta, grałaby dziarsko „Wszyscy święci idą do nieba”. Widzę oczyma duszy blaski przyszłej Palestyny. Rozdepcze Izrael, w którym marnieją ofiary okupacji… Jako piechota wielkiej sprawy naszych czasów intelektualiści znaleźli swojego Świętego Graala. Jest znany pod trzema wielkimi literami. “BDS jest ruchem w obronie praw człowieka, sprzeciwiającym się rasizmowi w każdej postaci – w tym, oczywiście, antysemityzmowi”.

To proste jakby się zdawało zdanie, otwiera Puszkę Pandory. Trzeba być profesorem filozofii, żeby uznać, że ci bojkociarze bronią praw człowieka, czy chociażby praw Palestyńczyków. Terroryzują wszystkich, żądając karania Izraela za to jak traktuje Palestyńczyków. Nie chodzi o wszystkich Palestyńczyków. Zwolennicy bojkotu ruszają na wojnę tylko dla żyjących pod “żydowską okupacją”. Nieszczęśliwcy, gnijący na prawdziwym Bliskim Wschodzie, niech sobie gniją dalej.

Wielkie umysły nie będą włazić na barykady dla jakichś Palestyńczyków zdychających jak psy pod arabskim niebem. Profesorowie bojkotu nie mają serc na dłoni, mają swoje klubowe klauzule sumienia. Arabskie zbrodnie przeciw Palestyńczykom to sprawa Arabów. Powtarzają więc chętnie, że BDS to nie tylko ruch praw człowieka, że „sprzeciwia się rasizmowi w każdej postaci – w tym, oczywiście, antysemityzmowi”.

Gdyby taki profesor odłożył na chwilę swój sztandar, mógłby zobaczyć świat takim, jakim on jest w rzeczywistości. Ludzie o których dobro walczą bojkociarze, to antysemici do szpiku kości. Nie wstydzą się tego głosić z najwyższych trybun. Spójrz chociażby na palestyńskie żądanie państwa, które będzie Judenfrei. Tak, nie przesłyszałeś się. Nie ma miejsca dla Żydów w państwie Palestyna. Liberalny świat pozostawia Palestyńczykom margines swobody jakiego nigdy nie daliby innym ludziom. Niektórzy twierdzą, że Palestyńczykom daje się również prawo do mordów.

Oczywiście żądając Judenfrei Palestyny sprawdzają tylko granice cierpliwości liberalnego świata. Zaledwie jeden z światowych przywódców, premier Izraela, Benjamin Netanjahu, wydaje się ją tracić. Czy żądanie wolnej od Żydów Palestyny jest uzasadnione? Kiedy Netanjahu zadał to pytanie publicznie, liberalny świat idąc za oburzonym głosem Białego Domu, krzyknął jednogłośnie, że jest to „faul”.

To doprawdy było bardzo niestosowne ze strony pana Netanjahu, przecież to żądanie Palestyńczyków było słuszne i zrozumiałe. Niosło się echo tej wypowiedzi powtarzanej przez sympatyków pana Obamy. Nie chcą żadnych osadników w Państwie Palestyna, to osadnicy są głównym problemem. Nikt nie mówi o Żydach. Fajny argument, ale tak się składa, że osadnicy, których Palestyńczycy nie chcą, to są Żydzi, kiedy Obama i wszyscy jego ludzie mówią o osadnikach, jest pewne jak amen w pacierzu, że chodzi o Żydów.

Jest w tej przypadkowej zbieżności pewien szkopuł. Te liberalne wykręty to tylko zabawa dla zabicia czasu. Jeśli osadnicy są problemem, to dlaczego Palestyńczycy zgodzili się na osiedlanie za Zieloną Linią izraelskich Arabów? Jeśli przypadkiem o tym nie wiesz, jest takich osadników całkiem sporo. Dlaczego nie protestować po prostu przeciwko wszelkim osadnikom? Może arabscy osadnicy ładniej się zachowują niż ci żydowscy? Odpowiedź na to pytanie, jeśli będzie, to nieprędko.

Tymczasem inne sprawy z realnego świata mogą usidlić profesora bojkotu. Od pierwszego dnia kiedy OWP wprowadziła się do Ramallah, bronią, którą sobie wybrała był antysemityzm. Również wtedy, kiedy przywódcy OWP udawali, że rozważają amerykańskie propozycje pokojowe, Arafat, a potem Abbas karmili swoją młodzież kwestią żydowską. Zepsuci, zdradliwi, spiskujący z diabłem, potomkowie małp i świń – to żydowskie cechy, o których uczą się młodzi i starzy. Żydzi to ludzie, z którymi Palestyńczycy mają walczyć do ostatniego tchu.

Duchowni w meczetach dodają swoje dwa grosze. Konflikt palestyński-izraelski to starcie „projektu Allaha z projektem szatana”, Żydzi potrzebują krwi, by czcić swojego boga, a przy okazji napełniają swoje kieszenie pieniędzmi. Duchowni mówią również, że „Żydzi zostali wygnani z Europy ze względu na ich złą naturę, która była zagrożeniem dla Europy”. Albo mówią: ”jeśli w morzu ryba rzuca się na rybę, to Żydzi się za tym kryją”. „BDS sprzeciwia się wszelkiemu rasizmowi…”

Słodkie zdania ciekną z ust profesorów bojkotu, a fakty się dla nich nie liczą. „Kto właściwie wie, co to są fakty” – wybuchnął jeden z nich, pokazując w całym świetle filozoficzną podstawę akademickich dyskusji w naszych czasach.

Ci profesorowie często narzekają, że obrońcy Izraela wypaczają ruch bojkotu. Patrząc na główne postacie uwijające się pod parasolem BDS, nie potrzeba żadnych obrońców Izraela do wypaczania tego ruchu. Kiedy przestają czytać z kartek, czołowi i szeregowi działacze mieszają w tym interesie lepiej niż umieliby najlepsi przeciwnicy.

Dubula iJuda! skandował tłum Xhosa na kampusie w Johannesburgu z okazji imprezy kulturalnej. Artyści przyjechali z Izraela, co rozpaliło umysły bojkociarzy. Dubula iJuda – zabić Żydów! No cóż można i tak: “BDS nie zabrania nikomu niczego, apeluje, żeby ludzie działali wedle własnego uznania”.

To ich hasło, o czym nawet profesorowie mogą zapominać, wymaga nadzoru również działaczy na samym dole, w przeciwnym razie nie będzie warte złamanego grosza. Jeśli ci działacze nie rozumieją przekazu tego hasła, mogą zgubić maskę tolerancji. I robią to nieustannie.

Na salę, w której odbywał się koncert fortepianowy na Witwatersrand University w Johannesburgu wpadła tłuszcza, bo dowiedzieli się, że pianista urodził się w Izraelu. Wpadli na scenę wrzeszcząc i trąbiąc na trąbkach futbolowych chuliganów. Pianista, Yossie Reshef, musiał uciekać, słuchacze koncertu poszli do domów w szoku. Organizatorzy bojkotu są za te hece odpowiedzialni, żadne slogany nie zmienią tu rzeczywistości.

To prawda, tu i ówdzie profesorowie zaczynają się niespokojnie wiercić w swoich togach. Ich studenci pokazują wstydliwą prawdę o tym, co kryje się pod spodem. Południowo afrykański profesor i publicysta, w ciągu dnia szacowny uczony, “nocny” aktywista BDS, ubolewał z powodu bigoterii, która wkradła się do ruchu, któremu oddał serce. „Ci, którzy przechwycili walkę o prawa Palestyńczyków od antyrasistów, którzy przewodzili ruchowi, niszczą ten ruch, przyzwalając, by był kojarzony z brutalną rasistowską bigoterią.”

Co skłoniło tego profesora do wynurzeń na Facebooku? W organizacji pojawił się czarny student, miłośnik Hitlera, który, żeby było zabawniej, dodał, że w każdym białym człowieku drzemie Führer. Z jednej strony chwała profesorowi, że dostrzegł rzeczywistość. Z drugiej, musiał zdawać sobie sprawę, z tego co nadchodzi.

Czy nie zaprogramował swojego nauczania tak, żeby słowo „syjonista” jeżyło sierść na grzbietach? Nie zasiadał w panelach z innymi uczonymi mówiącymi na jednym oddechu o zbrodniach nazistów i Izraela? Czy nie milczał, kiedy studenci skandowali „Zabić Żydów”? Czy nie odwracał głowy kiedy prześladowano Żydów na jego kampusie?

Kiedy profesorowie durnieją, stają się również tchórzami. Nawet Harvard i Yale przyjęły poprawne idee – bezpieczna przestrzeń, kulturowy relatywizm, Black Lives Matter. Pomyśl o lamentach, które zostały zinstytucjonalizowane. Coraz bardziej dopuszczalny jest antysemicki dyskurs. W szacownych salach poważne debaty musiały ustąpić podżeganiu antagonizmów, frustracjom tożsamości i propagandowym sloganom.

„Wall Street Journal” opublikowała artykuł pod tytułem “The Rise of the College Crybullies” (Plaga uniwersyteckich płaczliwych awanturników). Autor, Roger Kimball pisze o “zabójczej mieszance płaczliwego sentymentalizmu i brutalności tłuszczy na uczelniach, która zmienia amerykańskie uniwersytety w wielki dom wariatów z tysiącami oddziałów”.

Były rektor Harvardu, Larry Summers, gotuje się na idiotyczne seminaria i inflację stopni naukowych. Jakby cytował Orwella, Summers mówi o “pedantycznych profesorach z tak wielką wiedzą o niczym, że ani nie można z nimi dyskutować, ani nie warto z nimi dyskutować”. Nie można wykluczyć, że ma na myśli konkretną panią profesor, Judith Butler z Berkeley, specjalistkę od gender i LGTB, która wie więcej o niczym niż ktokolwiek inny.

Faktycznie jej teoria o ‘performatywności gender” zrobiła z niej celebrytkę z pierwszej ligi. Tym, którzy nie znają jej teorii, pani profesor chętnie wyjaśni, dając szanse powtórzenia za Larry Suymmersem pytania – czy można z Judith Butler dyskutować i czy w ogóle warto próbować? „Performatywność – jak się dowiadujemy – jest ukonstytuowana przez samą ekspresję, która rzekomo jest jej rezultatem. Jeśli niezmienny charakter płci zostaje zakwestionowany, być może konstrukt nazywany ‘płeć’ jest kulturowo konstruowany jako gender; rzeczywiście, być może była zawsze gender i w konsekwencji rozróżnienie między płcią i gender okazuje się nie być żadnym rozróżnieniem”. Mamy tu język, który co prawda nie porusza kamieni, ale krzyżuje szyki krytykom, uniemożliwiając im sianie zwątpienia wśród publiczności. Wielki Boże, cesarzowa chyba jest naga!


Steve Apfel

Dyrektor School of Management Accounting w Johannesburgu. Autor książki “Hadrian’s Echo: The whys and wherefores of Israel’s critics” i współautor “War by other means” (Israel Affairs, 2012). Jego kolejna książka, “Bilaam’s curse” ukazała się w 2014 roku. Jego teksty publicystyczne ukazują się również w prasie amerykańskiej, izraelskiej i europejskiej.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Head of UC Berkeley Jewish Student Union Says Antisemitic Incidents Not Treated as Seriously as Attacks on Other Minorities

Head of UC Berkeley Jewish Student Union Says Antisemitic Incidents Not Treated as Seriously as Attacks on Other Minorities

Lea Speyer


The UC Berkeley campus. Photo: Wikimedia Commons

Attacks against members of the Jewish community at the University of California, Berkeley are not treated with the same gravity as those against other minority groups, the head of the school’s Jewish Student Union (JSU) told the independent student-run newspaper The Daily Californian on Sunday.

JSU President Josh Woznica said that the latter “get identified and the administrations send out something and there are no questions asked… [but] a hate crime is a hate crime, and when the administration makes a statement about one thing, it should be the same statement as another thing.”

UC Berkeley, Woznica said, “has its fair share of antisemitic incidents.” However, the challenge of identifying Jew-hatred on campus is becoming increasingly muddled because many of the attacks are “masked in the form of anti-Zionism and anti-Israel activity.”

Woznica’s comments follow another recent controversy at UC Berkeley surrounding an anti-Israel course, titled, “Palestine: A Settler Colonial Analysis,” which, as The Algemeiner reported, was suspended and later reinstated.

The class — which was widely condemned by major campus watchdog groups as a classic example of antisemitic anti-Zionism — led to a worsening climate for the school’s Jewish community. As reported by The Algemeiner, days after the course was reinstated, antisemitic posters appeared on campus warning “non-Jews” against “Jewish bullies” and pro-Israel “advocates [of] a foreign state.”

An antisemitic poster at UC Berkeley. Photo: Nanette Asimov/Twitter.

Woznica said that the course syllabus “definitely [contains]…antisemitic tropes,” and expressed concern that both its sponsor and teacher are associated with the “outwardly anti-Israel group” Students for Justice in Palestine.

According to a 2015 campus watchdog report, UC Berkeley ranked second among 100 schools popular with Jewish students at which there is antisemitic activity. While Jewish students at UC Berkeley “don’t walk around feeling uncomfortable and like they can’t live a strong Jewish life,” Woznica said, there is still more work to be done.

Despite the history of antisemitism at UC Berkeley, prospective Jewish students and their parents should still consider the school an option, he said. “Look, if you’re not going to send your strong Jewish kid here, who’s going to fight the fight? We need those students to come. We can’t take 10 steps back. You’ve got to fight it full force. If Jewish students don’t come here, it could be an issue. That is precisely the thing we do need, for them to send their kids here.”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com