Archive | 2017/03/20

Żydzi w II RP: Pozwólcie nam być Polakami

Żydzi w II RP: Pozwólcie nam być Polakami

MACIEJ NOWICKI


Żydowskie dzieci uczą się alfabetu (fot. PAP/CAF)

W latach 30. polscy Żydzi pragnęli przede wszystkim jednego: zostać Polakami. Ale Polacy ich nie chcieli – mówi wybitny angielski historyk Bernard Wasserstein.

NEWSWEEK: „Polska wychowała mnie na Polaka, ale nazywa Żydem, którego trzeba wypędzić. Chcę być Polakiem, ale mi na to nie pozwalacie” – pisał w 1939 r.młody polski Żyd. Na jakie przeszkody natrafiał Żyd, który chciał być Polakiem?

Bernard Wasserstein: Nie ma jednej odpowiedzi. Było przecież bardzo dużo Żydów, którzy stanowili część polskiego życia kulturalnego: pisarze, ludzie teatru czy filmu, odgrywający pierwszoplanowe role. Ale w wielu sferach polskiej rzeczywistości taka integracja była prawie niemożliwa. Choćby w administracji państwowej czy armii. Tam Żydzi niezwykle rzadko zdobywali wysokie pozycje. W polskiej armii w latach 30. był tylko jeden
generał pochodzenia żydowskiego.

NEWSWEEK: Wilhelm Orlik-Rückemann, dowódca KOP, który walczył z Sowietami po 17 września.

Bernard Wasserstein: Na początku lat 30. Żydzi stanowili zaledwie 2 proc. polskich urzędników państwowych. Wśród profesorów uniwersytetu – to była posada państwowa – znalazło się ich zaledwie siedmiu, mimo bardzo wysokiego poziomu wykształcenia polskich Żydów. Ani jeden Żyd nie był dyrektorem państwowej szkoły średniej. No i w jeszcze jednej sferze Żydzi prawie w ogóle nie byli obecni – w polskich partiach politycznych. Pomijając, w pewnej mierze, PPS. Herman Lieberman był jednym z najwybitniejszych liderów tej partii. Uważał się za Polaka, a dopiero potem za Żyda. Powiedział kiedyś kochance, że widzi się w roli Chrystusa cierpiącego za ludzkość. Drugim wyjątkiem była partia komunistyczna, w której Żydzi odgrywali szczególną rolę. Trzeba pamiętać, że w Polsce, podobnie jak w całej Europie Środkowej, Żydzi byli z góry wykluczeni z trzech najważniejszych nurtów politycznych. Z partii chłopskich – bo prawie nie było wśród nich rolników. Z partii katolickich – ponieważ to nie była ich religia. I z partii nacjonalistycznych – bo mimo że byli obywatelami Polski, nacjonaliści nie uważali ich za pełnoprawnych Polaków.

Generał Wilhelm Orlik-Rückemann (Źródło: Wikimedia Commons)

NEWSWEEK: To miało zresztą paradoksalny skutek: ponieważ Żydzi nie byli dopuszczeni do głównego nurtu, rozkwitło ich własne życie polityczne.

Bernard Wasserstein:
W okresie międzywojennym Polska stała się głównym ośrodkiem żydowskiej polityki. Partii było mnóstwo, podzielonych z grubsza na trzy bloki: ortodoksyjny, syjonistyczny i lewicowy. Bloki te toczyły ze sobą zaciętą walkę o głosy rozpolitykowanych i z góry niezadowolonych wyborców. Na poziomie miast ich życie było jeszcze bogatsze. W samym tylko Krakowie działało ponad 300 społecznych instytucji żydowskich: organizacji charytatywnych, klubów sportowych, sierocińców, łaźni, związków zawodowych etc.

NEWSWEEK: Wspomniał pan o szczególnej roli Żydów w polskiej partii komunistycznej. To z tamtego okresu wywodzi się mit żydokomuny, przekonanie, że Żydzi stoją za komunizmem.

Bernard Wasserstein:
To fakt, że Żydzi byli nadreprezentowani w polskiej partii komunistycznej. W połowie lat 30. stanowili ponad 50 proc. kierownictwa terenowego i trzy czwarte partyjnego aparatu propagandy. Ten udział był tak masowy, że prowadził do napięć w samej partii: komunistyczni więźniowie nie-Żydzi nie chcieli się np. dzielić paczkami z żydowskimi towarzyszami. Jednak trzeba pamiętać, że przedwojenna polska partia komunistyczna była malutka. Udział komunistów wśród żydowskiej inteligencji był znaczący, ale nadal niewielki. Natomiast w całej żydowskiej populacji komuniści stanowili kroplę w morzu. Zresztą ten sojusz z lewicą wcale nie był naturalny. Większość Żydów nie miała nic wspólnego z proletariatem. To był „naród sklepikarzy”. Żydzi woleli prowadzić własny, zwykle mały interes, niż zatrudnić się u kogoś. Większość z nich należała do drobnomieszczaństwa.

NEWSWEEK: W drugiej połowie lat 30. antysemityzm zaczął narastać. W porównaniu z latami 20. liczba żydowskich studentów zmniejszyła się trzykrotnie – z 25 proc. do 8 proc. w roczniku 1938/1939. Wprowadzono getto ławkowe. Zamknięto Żydom dostęp do adwokatury. W 1936 r. Sejm zakazał uboju koszernego. Nasilał się bojkot żydowskich firm i sklepów. Powtarzały się napaści na Żydów. Z czego to wynikało?

Bernard Wasserstein:
Częściowo z Wielkiego Kryzysu, który uderzył w Polskę. Nie było pracy i zaczęło dominować przekonanie, że w Polsce jest za dużo Żydów, że powinni jak najszybciej wyemigrować. Zresztą w międzywojniu z Polski wyjechało bardzo wielu Żydów, ponad 400 tysięcy. Ale w latach 30. możliwości wyjazdu były coraz mniejsze, kolejne kraje zamykały przed nimi drzwi, również pod wpływem tego, co się działo w Niemczech. Wielu Żydów zaczęło się czuć w Polsce jak w więzieniu, z którego nie mogą uciec. A Polacy postrzegali ich jak obcy element, który powinien być wszelkimi środkami zachęcany do opuszczenia kraju. Jeszcze w czasie wojny i tuż po niej polscy dyplomaci w rozmowach z Brytyjczykami w Londynie podkreślali, że należy znaleźć jakieś rozwiązanie, które pozwoli Polsce pozbyć się części Żydów.

NEWSWEEK: W ciągu jednego miesiąca, od 15 czerwca do 15 lipca 1938 r., w Warszawie ciężko pobito 242 Żydów, a zabito 4. Jak doszło do tego, że przemoc przybrała taką skalę?

Bernard Wasserstein:
Po pierwsze, widać, że to, do czego doszło w czasie wojny, choćby w Jedwabnem, nie przyszło znikąd, lecz miało przedwojenne korzenie. Ale nie wystarczy przywołać lat 30. Trzeba pamiętać, że już wcześniej, w czasie I wojny i tuż po niej, dochodziło w Polsce do pogromów. To się uspokoiło w latach 20., potem wrogość powróciła wraz ze wzrostem napięć etnicznych.

Mamy też naśladowczy element przemocy, tak jak antysemityzm jest w sporym stopniu fenomenem naśladowczym. To, co zrobili naziści, stanowiło pewnego rodzaju wzorzec. Polityka Hitlera miała bezpośrednie przełożenie na sytuację w Polsce. Tuż przed anszlusem 20 tys. Żydów w Austrii miało polskie paszporty. Wkrótce po wkroczeniu nazistów wielu z nich uciekło do Polski. I wtedy Sejm w ciągu zaledwie 11 dni uchwalił ustawę umożliwiającą odebranie obywatelstwa tym, którzy przebywali za granicą dłużej niż 5 lat. Było oczywiste, że chodzi o Żydów. Już po uchwaleniu ustawy naziści deportowali tysiące Żydów mieszkających w Niemczech, mających polskie obywatelstwo. Polacy nie chcieli ich przyjąć. Dopiero po jakimś czasie części z nich wydano zgodę na tymczasowe wynajęcie pokoi, a raczej łóżek w niezwykle zatłoczonych domach w przygranicznym Zbąszyniu. Ten epizod to rezultat narastającego przekonania, że Żydzi nie są Polakami. Nawet jeśli z technicznego punktu widzenia są obywatelami polskimi.

NEWSWEEK: W latach 30. antysemityzm w Polsce narastał, ale jednocześnie Żydzi coraz bardziej pragnęli się asymilować. Aż 70 proc. żydowskich dzieci chodziło do polskich szkół publicznych.

Bernard Wasserstein:
Tak było w całej Europie, w Polsce, Francji czy Związku Sowieckim. Żydzi nie chcieli być jak amisze w Pensylwanii. Chcieli iść do przodu i dlatego robili wszystko, aby dołączyć do społeczeństwa. Od czasów oświecenia Żydzi uważali, że świeckie wykształcenie ułatwi im awans i wstęp do wolnych zawodów. Wtedy dotyczyło to głównie żydowskiej elity. Teraz, przyciśnięci Wielkim Kryzysem – np. we Lwowie na początku lat 30. pracy nie miało 30 proc. Żydów, podczas gdy wśród nie-Żydów odsetek wynosił 16 proc. – do podobnego wniosku doszli drobni handlarze i rzemieślnicy. Wysyłali dzieci do szkół publicznych. Społeczeństwo często ich odpychało. O pełnej integracji nie było mowy. Mimo to Żydzi uparcie próbowali.

NEWSWEEK: Twierdzi pan wręcz, że jeszcze przed II wojną kulturze żydowskiej w Polsce groziło wymarcie. Dlaczego?

Bernard Wasserstein:
Po pierwsze, właśnie dlatego że Żydzi za wszelką cenę chcieli być częścią polskiej kultury. „Dziś polską gazetę czytają także chasyd, domokrążca i robotnik. I wierzą jej tak jak żydowskiej” – skarżył się Nachman Majzel, redaktor jednej z gazet w jidysz. Zmniejszała się liczba czytelników wypożyczających z bibliotek książki w jidysz, spadały ich nakłady. A także liczba szkół jidysz, częściowo w wyniku rządowych represji. Ale przede wszystkim wykrusza się sam język, statystyki pokazują, że coraz mniej Żydów używa jidysz. To jest element centralny. Bo język jest warunkiem istnienia kultury. Ten fenomen widzimy wszędzie: w krajach Europy Zachodniej, Polsce czy Związku Sowieckim. Wszędzie jidysz zamiera. Do tego w latach 30. dochodzi wśród Żydów do kryzysu demograficznego, płodzą znacznie mniej dzieci niż otaczające je społeczeństwa. I znów dotyczy to całej Europy.

NEWSWEEK: Socjolog Jacques Rupin pisze pod koniec lat 30., że Żydzi wręcz zmierzają do rasowego samobójstwa.

Bernard Wasserstein:
To była jedna z teorii. Że Żydzi postanowili wymrzeć. Ale są też inne wytłumaczenia. Należy pamiętać, że Żydzi byli bardzo zurbanizowani, a w miastach z reguły rodzi się mniej dzieci. Że była większa kontrola urodzin: Żydzi nie mają absolutnego zakazu antykoncepcji ze względów religijnych. A na dodatek zawierali małżeństwa później niż inni. To wszystko sprawiło, że Żydzi zapowiadali trendy demograficzne dzisiejszej Europy, w której liczba narodzin jest mniejsza od liczby zgonów. I w rezultacie liczba ludności maleje. Ale u Żydów ta tendencja jest gwałtowniejsza. Pomijając jedyny wyjątek – Izrael. W innych krajach ludność żydowska wymiera wręcz błyskawicznie.

NEWSWEEK: Jaką rolę odgrywał wtedy Kościół? Przypomina pan list pasterski prymasa Augusta Hlonda z 1936 r., w którym sprzeciwia się on przemocy wobec Żydów, ale jednocześnie piętnuje ich jako oszustów i handlarzy żywym towarem. Podobnie abp Aleksander Kakowski jest przeciwko rasowej przemocy, ale jednocześnie oskarża Żydów o szerzenie ateizmu i pornografii.

Bernard Wasserstein:
Kościół był bardzo zdecydowany w potępianiu przemocy przeciw Żydom. Tyle że jednocześnie był wrogi wobec Żydów i judaizmu. Przedstawiał ich jako lud przeklęty, lud zabójców Boga. Taka była zresztą linia całego Kościoła. Katolicyzm przyczynił się też do przekonania, że Żydzi nie są Polakami, ponieważ żeby zostać Polakiem, trzeba być katolikiem.

NEWSWEEK: Co myśleli polscy Żydzi tuż przed wybuchem wojny?

Bernard Wasserstein:
Była wielka obawa i strach. Ale jednocześnie – i to widać bardzo wyraźnie, kiedy czyta się gazety, dzienniki, listy Żydów z tamtych dni – panował rodzaj dziwnego pobudzenia czy wręcz euforii.

NEWSWEEK: Jak to?

Bernard Wasserstein:
To się wydaje dziwne. Ale Żydzi byli szczęśliwi, że po raz pierwszy są uważani za część wspólnoty narodowej. Że mogą dołączyć do innych Polaków w patriotycznej obronie wspólnego państwa. O tym świadczy ogromny udział żydowskich pieniędzy w zbiórkach patriotycznych czy w służbie cywilnej, do której zgłaszali się na ochotnika. Do sił zbrojnych wchodzili chętnie w poczuciu, że to im daje przepustkę do polskości. Ale czy te odczucia były podzielane przez drugą stronę, to już inna sprawa. Po upadku państwa Żydzi szybko przekonali się, że w armii nastroje antysemickie są silne. Podobnie było w armii Andersa – to szło od dołu, ale również od samego Andersa. I wiązało się m.in. z przekonaniem, że Żydzi z zachwytem przyjęli Armię Czerwoną we wschodniej Polsce.

NEWSWEEK: Mało kto pamięta, że po 17 września spora część Żydów uciekła na niemiecką stronę, bo Sowietów bali się jeszcze bardziej…

Bernard Wasserstein:
W każdym razie to polsko-żydowskie pojednanie, które rozpoczęło się nagle przed wojną, skończyło się bardzo szybko. Oczywiście dziś sytuacja jest zupełnie inna. W ciągu ostatnich 20 lat w Polsce doszło do wielkiej zmiany. Dziedzictwo żydowskie jest nie tylko cenione, ale wręcz celebrowane. Niestety, stało się to dopiero wtedy, gdy nie ma tu już niemal żadnych Żydów.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


No, Poland’s Elites Didn’t Try to Save the Jews During the Holocaust

Opinion:// No, Poland’s Elites Didn’t Try to Save the Jews During the Holocaust

Jan Grabowski


A Holocaust scholar responds to a Polish historian’s critique of his claims, in a recent Haaretz interview, about the extent of Polish collaboration in the persecution of Jews during World War II.

A Polish police officer checks a Jewish man’s documents at the Kraków Ghetto, 1941. The Polish national archive, from ‘Hunt for the Jews.’

In a piece published in Haaretz on February 27, Dr. Grzegorz Berendt, a historian and an employee of the Polish Institute of National Remembrance – a state-appointed “custodian” of historical memory – expressed his reservations regarding Ofer Aderet’s February 10 article discussing the role of certain segments of Polish society in the extermination of Polish Jewry during the Holocaust. Since the article in question dealt for the most part with my book “Hunt for the Jews,” which was recently published in Hebrew by Yad Vashem, and since the article drew extensively on an interview with me – I feel obligated to respond to Berendt’s allegations and misrepresentations.

Dr. Berendt’s rather emotional polemic is divided into three parts. In the first, he deals with the suffering of the Polish nation under Nazi occupation. The oft-repeated and well-known historical facts he cites are undisputed and obvious: The level of terror directed at the Poles by the Germans was much higher than that directed at the people of other nations in occupied Western Europe. Granted. The relevance of Berendt’s assertion to the topic at hand, however, remains unclear. Ofer Aderet’s article (and my own work) do not focus on the suffering of the Poles (something that has been well documented), but on the much-less-studied crimes perpetrated by the Poles upon their helpless Jewish fellow citizens. Berendt seems to suggest that the existence of German genocidal policies directed at the Poles somehow deflect and defuse “inconvenient” findings about the Polish involvement in the destruction of the country’s Jews. This, of course, makes little sense, and comes off as disingenuous.

The second part of Berendt’s polemic suggests the existence of a large-scale effort undertaken in Poland to save the Jews. This, unfortunately, flies in the face of painstaking historical research conducted both in Poland and abroad over at least the past decade. Berendt argues that both Polish elites and the leadership of the Polish state (in exile, in London) were sympathetic to the Jews’ plight. What he fails to mention, however, is that the rare public declarations of support from the Polish government-in-exile were met by the Polish resistance, and by the population in Poland, with outright hostility. Gen. Stefan Rowecki, commander-in-chief of the Polish resistance, went so far as to warn the authorities in London to remain silent about the Jews, lest they alienate the Polish masses. Jan Karski – the oft-quoted underground courier – went even further and alerted authorities that “the solution of the Jewish question” was perhaps “the only bridge on which the German occupier could meet the majority of Polish society.”

Claiming – as Berendt does – that the few known declarations from members of the Polish “elites” had an impact on the ground is, to put it simply, a historical fallacy. The attitude of the decision-makers toward the Jews in occupied Poland can be described as indifferent at best, and openly hostile at worst. To wit: Roman Knoll, one of the highest members of the underground civil authorities, stated, as late as the summer of 1943, that there would be no room for the Jews in an independent Poland – even for the few who managed to survive the Holocaust, writing, “The mass murder of Jews in Poland carried out by the Germans will diminish the Jewish problem but it will not remove it altogether.” Knoll’s declaration was echoed in the Polish underground press from left to right – examples are far too numerous to cite. From the point of view of the dying Jews, the rare expressions of support emanating from London carried no weight; what counted was the attitude of the leaders of the local resistance, as well as that of high officials of the Polish Catholic church. On both counts, the Jews were severely disappointed. The silence of the Catholic Church was overwhelming.

Equally false is Berendt’s assertion regarding the alleged universality of the “helping-hand” phenomenon. Helping the Jews, argues Berendt, was a particularly risky pursuit, and the death penalty introduced by the Germans had a powerful dissuasive force. Once again, the IPN historian obfuscates the historical realities: The death penalty was a particularly potent deterrent because there was no social permission for harboring the Jews. The death penalty had been introduced, to far lesser effect, for a variety of crimes and breaches of the German order. Why were so many people willing to risk their lives breaking various other German regulations, but for a Jew it was so difficult to find shelter? After all, there was no shortage of those who kept unlicensed livestock, owned a radio receiver, told “political” jokes, or read the underground press – not to mention being involved in resistance. And all of these pursuits carried with them a very real threat of a death sentence.

The fact that until very recently, many Poles – recipients of the prestigious Righteous Among the Nations honor – pleaded with Yad Vashem to remain anonymous, fearing their neighbors, is telling. (Consequently, some of the decorated received their medals during quiet ceremonies held at the Israeli embassy in Warsaw or in other, equally “secure” ways.)

Dr. Berendt admits that certain rogue elements of Polish society assisted the Germans in their genocidal designs, but he states at the same time that the deadly actions of the Polish police were undertaken only at German behest. That’s wrong: One of the significant findings of my research was the surprising degree of own agency among Polish policemen, who killed Jews on their own, without any direct German involvement – and often without the knowledge of the Germans. Another, even more significant finding (absent, not surprisingly, from Berendt’s rebuttal), was the degree of involvement of other Polish actors – thousands of volunteer firefighters, youth from the “Construction Service” (Baudienst) or countless “bystanders” who took part in the brutal liquidations of the local ghettos and in the hunts for the Jewish survivors that followed.

Finally, Berendt takes issue with the historical data presented in my research and with the level of complicity of Poles in the German plan of extermination. He is dismissive of my quoting of Szymon Datner in order to prove that about 10 percent of Jews were successful in their attempts to flee the liquidated ghettos, but that, once outside, the vast majority of them were been either hunted down and killed by Poles or delivered by them to the Germans. Berendt writes that Datner’s numbers are not reliable and that this Polish-Jewish historian did not conduct any concrete research into this question.

That claim, coming from a historian who has yet to author his first book about the Holocaust, is simply galling. Berendt should know that Szymon Datner acquired his statistics firsthand – first as a Jew under occupation, later as a fighter in the 1943 uprising in the Bialystok Ghetto and, finally, after the war, during more than 40 years of work as a historian. But Datner was not alone in demonstrating the scale of complicity of certain segments of Polish society in the extermination of the country’s Jews. Emanuel Ringelblum, the founder of the Oneg Shabbat, the underground archive of the Warsaw Ghetto – estimated the number of Jewish victims of Polish policemen alone in the “hundreds of thousands.” Sadly, Ringelblum did not conduct as thorough a study as Berendt would have liked – he was caught by the Polish Criminal Police hiding in his bunker, in Warsaw, on March 7, 1944, 73 years ago, and was subsequently shot to death by the Nazis. Furthermore, were Berendt up to date with the current scholarship, he would know that Datner’s numbers have been corroborated by recent research, which takes account of studies and documents produced by the Polish resistance during the war.

In the end, Dr. Berendt states forcefully that, “There is no agreement concerning the extension of responsibility for their crimes to tens of millions of people who committed no crime. In the civilized world the principle of guilt by conjecture is not respected.” Indeed, there is no such agreement, because such numbers have been cited neither by me nor by Ofer Aderet in his article. Unfortunately, indignation fueled by ignorance is a recipe for very poor history.

Should Berendt decide to turn his indignation to a good use, if he is truly concerned about the state of research in the field of Polish-Jewish history, he might want to enlighten his superior, Dr. Jaroslaw Szarek, director of the IPN, regarding the true identity of those who carried about the mass murder of Jews in Jedwabne. Dr. Szarek, as we learned from his declaration last year, believes that it was the Germans who were responsible for that crime. Berendt could also look into the disgraceful exhibition of the recently opened Museum of Poles Saving Jews in Markowa, which is a product of his institution, and which shamelessly distorts the history of the Shoah. Finally, he could enlighten the Polish education minister, who to date has been unable to acknowledge that Poles were responsible for murdering Jews in the notorious 1946 Kielce pogrom. Or a number of other outrageous allegations, misrepresentations and outright lies that litter the media in Poland today. Such an attempt, however – given the present political climate in Poland – would require a certain degree of courage.


Jan GrabowskiJan Grabowski is Professor of History at the University of Ottawa and Senior Invitational Scholar at the Advanced Holocaust Studies Center at the United States Holocaust Memorial Museum. He received the 2014 Yad Vashem International Book Prize for Holocaust Research for his book Judenjagd.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com