Archive | 2017/04/26

NASZE MIENIE „POŻYDOWSKIE”

KrytykaPolityczna.plNASZE MIENIE „POŻYDOWSKIE”

PIOTR FORECKI



Karmiona antysemickimi kliszami chciwość spotkała się z dokonywaną przez Niemców demonstracją, że Żydów można bezkarnie zabijać w majestacie prawa.

Od kilkunastu lat badaczki i badacze związani z warszawskim Centrum Badań nad Zagładą Żydów nadrabiają powojenne dekady zaniedbań w tej dziedzinie naukowych dociekań. Pracę zbiorową zatytułowaną Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 1939-1950 bez wątpienia można uznać za kolejną publikację Centrum uzupełniającą „białe plamy” w dotychczasowej polskiej historiografii. Przede wszystkim jednak dotyka ona istotnego problemu, budzącego wciąż żywe emocje i nieustannie organizującego zbiorową wyobraźnię Polaków obawiających się powrotu Żydów „po swoje”.

Wprawdzie nazistowskie Niemcy stały się głównym beneficjentem Zagłady i to przede wszystkim do Rzeszy transferowane było ruchome mienie ofiar, to jednak skorzystało na niej także wielu innych mieszkańców Europy. „Doświadczenie to – pisze Jan Tomasz Gross – przybiera inne formy w Trzeciej Rzeszy niż w krajach okupowanych lub zależnych od Niemiec. Inaczej wygląda w Polsce, a inaczej we Francji, na Węgrzech czy w Grecji, ale w odbiorze społeczeństw lokalnych ma tę przyjmowaną z zadowoleniem cechę wspólną, że jest mechanizmem »przewłaszczenia« i redystrybucji żydowskiego stanu posiadania na korzyść Aryjczyków”. Nadto, co odnotowuje Frank Bajohr, „[b]ył to jeden z największych transferów własności na oczach współczesnych”. Transfer, którego pole podstawy wyznaczył antysemityzm, ale także spotęgowana okolicznościami chciwość, usypiająca moralną czujność i konstytuująca milczenie wobec ludobójstwa. „W świetle znanych dziś badaczom niepodważalnych faktów – zauważa Saul Friedlander – nie sposób już zakwestionować prawdziwości poniższego stwierdzenia: ani jedna grupa społeczna, ani jedna wspólnota wyznaniowa, ani jedna instytucja akademicka bądź zrzeszenie zawodowe, zarówno w Niemczech, jak i w całej Europie, nie zadeklarowało swojego poparcia dla Żydów (…). Dawało się zaobserwować zjawisko dokładnie odwrotne: popychani chciwością przedstawiciele licznych grup społecznych, w tym reprezentanci środowisk decyzyjnych, byli zaangażowani w proces wywłaszczania Żydów, których całkowite zniknięcie było im na rękę”.

Jednakże chciwość sama w sobie niczego nie wyjaśnia. Zwłaszcza w kontekście polskiego wariantu tego „przewłaszczenia”. Można być chciwym, a jednocześnie ze względu na obowiązujące normy moralne nie okradać swojego sąsiada i współobywatela. Można ją kontrolować i poskromić. Nie ma obowiązku poddawania się jej podszeptom, choćby wolno było wszystko, bo okoliczności sprzyjają jej zaspokojeniu.

Chyba że dotyczy to ludzi uprzednio wykluczonych ze wspólnoty, a tym samym ze sfery moralnych zobowiązań. Wówczas piekła nie ma.

Żydów nie tylko stawiano w Polsce poza jej nawiasem, ale także systematycznie odczłowieczano. To tłumaczy, dlaczego w pewnych warunkach jednych się okrada, a innych nie lub rzadziej. W kontekście polskiego wariantu „przewłaszczenia” o wiele bardziej istotne niż „zwykła ludzka chciwość” są zatem ramy wspólnoty, w której na taką skalę było ono możliwe.

Jeśli wczytamy się uważnie w czasopiśmiennictwo doby dwudziestolecia międzywojennego w Polsce, w programy polityczne wielu ówczesnych partii, ale przede wszystkim w to, co mówiono, pisano, a zwłaszcza czyniono już podczas wojny i po jej zakończeniu, jedno nie ulega wątpliwości: pozbycie się Żydów z Polski, przejęcie należącego do nich mienia, a zwłaszcza zajęcie ich miejsca w strukturze społecznej miast, wsi i miasteczek, nie było jedynie marzeniem polskich narodowców (i nie tylko ich). Było po prostu dyskutowanym projektem politycznym, a zarazem praktyką społeczną na różne sposoby realizowaną w warunkach okupacyjnych i latach powojennych. Wszystko to, czego nie przejęli Niemcy, co nie zasiliło majątku Rzeszy, nie pokryło kosztów Zagłady, która, jak pisał Raul Hilberg, miała być przecież „samofinansującym się przedsięwzięciem”, trafiło do rąk prywatnych lub zostało upaństwowione. Taki los podzieliły należące do Żydów nieruchomości, rozmaite przedmioty codziennego użytku, ale także miejsca pracy. Trudno tu zresztą o jakiś kompletny inwentarz wszystkich tych „żydowskich rzeczy”, które przecież nie wyparowały wraz z wymordowaniem około trzech milionów obywateli przedwojennej Polski. Nie wyparowały, ale też w neutralny sposób nie trafiły w ręce prywatne.

O tym, w jaki sposób dokonywało się w Polsce to niesłychane i niemające dotąd precedensu uwłaszczenie/przywłaszczenie, uchwycone i nazwane przez Jana Grabowskiego zgrabnym neologizmem „przewłaszczenia” – piszą autorzy i autorki publikacji Klucze i kasa. Analizują niemiecką politykę okupacyjną w tym zakresie (Ingo Loose), sposób funkcjonowania powołanych do życia przez Niemców łupieżczych instytucji (Jan Grabowski, Dagmara Swałtek-Niewińska), ale przyglądają się także układającym się w całość mikrohistoriom. Oddolnym, samozwańczym działaniom Polaków na różne sposoby wchodzących w posiadanie materialnych dóbr należących do Żydów (Barbara Engelking, Małgorzata Melchior, Karolina Panz). Podejmują także udaną próbę odtworzenia pewnej atmosfery, w ramach której grabienie Żydów było czymś dopuszczalnym i naturalnym jednocześnie. Zbiorowym wysiłkiem publicystów związanych z polskimi konspiracyjnymi ugrupowaniami nacjonalistycznymi, jak również dziennikarzy oficjalnej prasy propagandowej Generalnego Gubernatorstwa, dokonywano legitymizacji i budowano klimat przyzwolenia dla grabieży Żydów, traktując ich jako – oddajmy głos Emanuelowi Ringelblumowi – „nieboszczyków na urlopie” (Dariusz Libionka, Andrzej Żbikowski). Praca Klucze i kasa byłaby wszak niekompletna, gdyby nie znalazły się w niej także teksty traktujące o losach mienia żydowskiego w okresie powojennym. Problematyka ta została jednak uwzględniona i w znaczący sposób dopełnia obraz dokonanego w latach okupacji transferu i „przewłaszczenia” (Nawojka Cieślińska-Lobkowicz, Alina Skibińska, Łukasz Krzyżanowski).

Fałsz języka

Nie miejsce tu na wnikliwą analizę i interpretację zamieszczonych w publikacji Centrum artykułów. Każdy z osobna zasługuje na osobną uwagę, refleksję, rodzi pytania. Wszystkie razem pozwalają natomiast zdać sobie sprawę ze skali zjawiska, które dotychczas nie znalazło miejsca w zbiorowej świadomości Polaków, a już tym bardziej nie stało się przedmiotem etycznego rozrachunku. No bo właśnie nie o buchalterię tu chodzi, ale o wymiar moralny.

Język polski zakłamuje ów fakt społeczny i wynikające z niego konsekwencje wygodną i jakże użyteczną konstrukcją „mienia pożydowskiego”. Jak gdyby zamordowani Żydzi pozostawili swoje dobra Polakom w spadku.

Tak jakby nie było dłoni, która te żydowskie rzeczy „wyszperała”, o czym w przejmującym wierszu-oskarżeniu pisze Zuzanna Ginczanka. Jakby nie było tych furmanek, wyczekujących, by móc przystąpić do plądrowania żydowskich domostw. W oczekiwaniu na rozpoczęcie wywózki Żydów ze Szczebrzeszyna w połowie kwietnia 1942 roku, odnotowuje świadek wydarzeń Zygmunt Klukowski, „[z]jechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle”. Nie pomylił się. Na dalszych stronach swojego Dziennika zapisze: „[l]udność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików”.

Zbitka „mienie pożydowskie” jest jednak dla polskiej wspólnoty narodowej wygodna, ponieważ zasłania i wymazuje coś znacznie poważniejszego – antysemityzm i mordy dokonywane na Żydach w procesie tego zrealizowanego „przewłaszczenia”. Sączące się przed wojną z różnych stron antysemickie wywody opierały się przecież także na założeniu, że Żydzi znajdują się w posiadaniu rozmaitych dóbr, które w istocie należą się Polakom. Zajmują ich miejsca pracy i przestrzeń publiczną. Innymi słowy zmiana tego stanu rzeczy mogła być postrzegana jako działanie uprawnione, po prostu przywrócenie właściwego porządku, restytucja panowania grupy homogenicznej i hegemonicznej.

Nadto chciwość, dla zaspokojenia której stworzono podczas okupacji sprzyjające warunki, napędzana była antysemickimi fantazjami o żydowskim majątku, owym mitycznym żydowskim złocie. Karmiona antysemickimi kliszami chciwość spotkała się z dokonywaną przez Niemców demonstracją, że Żydów można bezkarnie zabijać w majestacie prawa. W ramach „przewłaszczenia” mordowano zatem Żydów, chcąc wejść w posiadanie ich dóbr materialnych, pozbyć się świadków ich przejęcia, unicestwić wyeksploatowane ekonomicznie ofiary, które nie były już w stanie dłużej opłacać swojego utrzymania, albo po prostu zabijano Żydów antycypując konieczność zwrotu zdeponowanych przez nich na czas wojny przedmiotów, pieniędzy, nieruchomości, inwentarza etc. To właśnie taka swoista antycypacja wyznaczyła motyw zabójstwa ojca Henryka Grynberga, o którym opowiedział Paweł Łoziński w filmie dokumentalnym Miejsce urodzenia. Zdarzeń o analogicznym modus operandi polskich sprawców było znacznie więcej.

Nie zawsze potencjalne upomnienie się o swoją własność implikowało prewencyjne mordowanie. Wykluczonym ze wspólnoty i skazanym na śmierć Żydom po prostu odmawiano zwrotu zdeponowanej własności, tłumacząc się na różne sposoby, o czym w artykule Czarna godzina. Rzeczy żydowskie oddane na przechowanie Polakom przejmująco pisze Barbara Engelking. Opierając się na relacjach ocalałych Żydów i dokumentacji powojennych procesów sądowych, badaczka zwraca w tym kontekście uwagę na sprawę fundamentalną: „Nie oddawali rzeczy [żydowskich – przyp. P.F.] ludzie ze wszystkich grup i klas społecznych, nie była to więc przypadłość tylko biednych czy niewykształconych”. Na to samo Engelking zwracała już zresztą uwagę wcześniej, pisząc swoją książkę o donosach do gestapo (Szanowny Panie Gistapo), a Jan Grabowski o szmalcownikach, szantażystach i denuncjatorach („Ja tego Żyda znam…”).

Te niewątpliwie dobrze udokumentowane praktyki podważają życzeniową historię, w której rozmaitych zbrodni na Żydach dokonywał występny, ciemny lud ze społecznego marginesu. Męty, szumowiny, kryminaliści, bezzębni analfabeci, ludzie luźni i zbędni, których tak łatwo wykluczyć ze wspólnoty narodowej, a zarazem ocalić dobre imię inteligencji. Próby takiej destylacji podejmowane są przy każdej okazji, gdy tylko mowa jest o zbrodniach na Żydach, których podczas wojny i po jej zakończeniu dopuścili się Polacy. Także tych, do których doszło w obronie dokonanego „przewłaszczenia” i własnego stanu posiadania. A przecież prawdopodobieństwo takich mordów i przemocy, en masse, przewidywano jeszcze podczas wojny, na podstawie bieżącego oglądu sytuacji i wyczucia społecznych nastrojów. Oto co w memoriale z sierpnia 1943 roku, pisał Roman Knoll, kierownik Departamentu Spraw Zagranicznych Delegatury Rządu: „Ludność nieżydowska pozajmowała miejsca Żydów w miastach i miasteczkach i jest to w wielkiej części Polski zmiana zasadnicza, która nosi charakter ostateczny. Powrót Żydów w masie odczuty byłby nie jako restytucja, ale jako inwazja, przeciwko której broniłaby się ona nawet drogą fizyczną”. I faktycznie, w taki właśnie sposób część Polaków postanowiła się bronić.

Tak oto figura „mienia pożydowskiego” z jednej strony ulega dekonstrukcji, a z drugiej rozpoznajemy jej sens, przydane funkcje, społeczne umocowanie i genealogię. Bez wątpienia wciąż służy ona niczym parawan procesów „przewłaszczenia”, które dokonały się w Polsce w latach 1939-45/46. O procesach tych, jako o „prześnionej rewolucji” pisał całkiem niedawno Andrzej Leder w eseju o takim właśnie tytule. Problem w tym, że „tam i wtedy” nikt nie spał, nie śnił, tylko działał. Furmanki trzeba było załadować, ofiary ograbić, a niejednokrotnie świadków własnego wzbogacenia usunąć.

Rozumowanie społeczeństwa

W świetle dotychczasowej wiedzy coraz mniej przekonująco brzmią narracje, których posiłkujący się psychoanalizą autorzy piszą o traumie i dyskomforcie moralnym Polaków, wynikających z trajektorii wejścia w posiadanie żydowskiego mienia. Choćby ta zaproponowana przez Michaela C. Steinlaufa, czerpiącego z wniosków Kazimierza Wyki, z którego Gospodarki wyłączonej zaczerpnięty został tytuł publikacji Centrum Badań nad Zagładą. Wyka pisał: „[T]ym razem spod miecza niemieckiego kata, dokonującego nie widzianej w dziejach zbrodni, sklepikarz polski wyciągnął klucze do kasy swego żydowskiego konkurenta i uważał, że postąpił jak najmoralniej. Na Niemców wina i zbrodnia, dla nas klucze i kasa”. „Ani dla polskiego sklepikarza – nawiązuje do Wyki Steinlauf – zajmującego należący niegdyś do jego konkurenta lokal (…), ani dla tych Polaków, którzy przeprowadzili się do niegdyś żydowskich domów, biur, synagog i instytucji gminnych, korzystali z ziemi, fabryk, magazynów, pieniędzy, biżuterii, mebli, ubrań, naczyń i pościeli należących do Żydów, nie było rzeczą łatwą pod względem moralnym czy tez psychologicznym zaakceptować ten nowy porządek. Nie lubić sąsiada, pragnąć, aby go nie było; potem obserwować jego niewiarygodną, całkowitą zagładę; wreszcie odziedziczyć to, co kiedyś do niego należało: taka kolej wypadków może tylko niepomiernie wzmóc poczucie winy zrodzone przez samo traumatyczne przeżycie. Siła samooskarżenia jest tym bardziej destrukcyjna, że nie wiąże się ono z żadną rzeczywistą przewiną”.

Michael C. Steinlauf nie tylko wypacza sens myśli Kazimierza Wyki spisanych niemal na bieżąco w roku 1945. Pomija także ważne ustępy z tej samej strony Gospodarki wyłączonej. „Ale pytanie znacznie donioślejsze – pisze na niej Wyka – czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie je zdyskontować, były i moralnie i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał – nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo-moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy mordując Żydów popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my – my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią. Trudno o paskudniejszy przykład moralności jak takie rozumowanie naszego społeczeństwa”.

To natomiast, co łączy Wykę (1945) i Steinlaufa (1997), choć ich ustalenia dzieli ponad pół wieku, to przekonanie, że Polacy nie wzięli współudziału w Zagładzie, a tym samym nie przyczynili się do procesu „przewłaszczenia” i transferu żydowskiego mienia, mordując jego właścicieli, okradając ich, nie oddając im zdeponowanej własności etc. Opublikowane w ostatniej dekadzie prace badaczy i badaczek związanych z Centrum, jak również inne opracowania, pokazują że było inaczej i historia Polski w kontekście Zagłady nadaje się do gruntownej rewizji. Także w wymiarze historii gospodarczej. W dwójnasób zatem może frapować to „gospodarczo-moralne stanowisko” przedstawicieli uwłaszczonego polskiego społeczeństwa, o którym pisze Wyka, a jego słowa znajdują potwierdzenie w świadectwach ofiar. „Upodobania naszych sąsiadów – relacjonuje Oskar Pinkus – miały także bardzo praktyczny charakter, ponieważ rozgrabili oni naszą własność. Nasze garnki, patelnie i biblie wypełniały ich korytarze; nasze połamane meble piętrzyły się na ich podwórzach, a nasze szale modlitewne wykorzystywane były jako zasłony do okien albo obrusy na stół. Wszystkie rynny i dachy wypchane były naszymi listami i zdjęciami, w ich latrynach wisiały nasze książki. Nie było gówniarza, który czegoś by nie odziedziczył. Chęć gromadzenia rzeczy jest zupełnie naturalna, ale rzadko który z Polaków był zaniepokojony okolicznościami nabycia właśnie tych”.

Poetycki zapis takiego obrazu rzeczywistości i takich emocji znajdujemy m.in. w wierszu poety warszawskiego getta Władysława Szlengla zatytułowanego Rzeczy:

[W]iatr przez okno porusza
rękaw zimnej koszuli,
leży kołdra wgnieciona,
jakby ktoś się w nią wtulił,
leżą rzeczy bezpańskie,
stoi martwe mieszkanie,
aż pokoje zaludnią
nowi ludzie: Arianie…

Zamkną okna otwarte,
zaczną życie beztroskie
i zaścielą te łóżka
i te kołdry żydowskie,
i koszule upiorą,
książki włożą na półki,
szklankę kawy wyleją, robra skończą do spółki (…).

Spadek po Żydach

Zarówno te przytoczone świadectwa, jak i wiele innych, nie pozostawiają wątpliwości, że ofiary nie dostrzegały żadnych oznak dyskomfortu Polaków wchodzących w posiadanie ich własności. Nie dają one także podstaw do uznania procesu „przewłaszczenia” za jakiś wariant przekazywania spadku aktem własnej nieprzymuszonej woli. W pole semantyczne figury „mienie pożydowskie” wpisano jednak w Polsce także dziedziczenie. Dziedziczyć można po rodzicach, po dziadkach, po babkach, po szeroko pojętej rodzinie na podstawie pisanego testamentu etc. Jak się jednak okazuje, na mocy sensus communis zbitki „mienie pożydowskie” polska wspólnota narodowa dziedziczy także po zamordowanych Żydach, których Polacy niejednokrotnie sami mordowali, by w ten sposób zagwarantować sobie schedę.

Nieoczekiwanie zatem Żydzi włączeni zostali do wspólnoty, w ramach której się dziedziczy. Takiej pośmiertnej inkluzji poddawani są zresztą zawsze wtedy, gdy Polacy mogą coś na tym zyskać.

Moralnie, materialnie, wizerunkowo. Na przykład wtedy, gdy mowa jest o sześciu milionach polskich ofiar II wojny światowej. Wówczas około trzech milionów martwych Żydów zyskuje obywatelstwo. W kontekście „mienia pożydowskiego” na nic tu oświadczenie woli kilkakrotnie grabionej i denuncjowanej Zuzanny Ginczanki – „Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica” – zapisane w jej dobrze znanym wierszu, świadectwie Zagłady, który przez nią samą nie został opatrzony tytułem. Z konieczności systematyzacji bywa on jednak tytułowany poprzez otwierający go incipit z Horacego Non omnis moriar, ale także przez zapożyczenie tytułu wiersza Juliusza Słowackiego Testament mój, który był dla Ginczanki ważnym intertekstem.

Jednocześnie jest z tym „spadkiem”, „mieniem pożydowskim” coś nie tak, skoro nieustannie animuje ono zbiorową wyobraźnię Polaków, którzy obawiają się powrotu Żydów „po swoje”. Strach ten ma zresztą swoją geografię i zapewne trudno go uznać za powszechnie podzielany. Jego mapę odsłaniają badania terenowe zespołu Joanny Tokarskiej-Bakir z okolic Sandomierza, ale także te prowadzone w latach 70. i 80. przez Alinę Całą na obszarze południowo-wschodniej i wschodniej Polski. O strachu tym mówił Annie Bikont mieszkaniec Jedwabnego Leszek Dziedzic: „Najbardziej się boją [mieszkańcy Jedwabnego – przyp. P. F.], że Żydzi odbiorą to, co im zagrabiono. Powtarzają ze złością: »Żydzi przyjdą po swoje«. Nie po »nasze«, tylko po »swoje«. Jak po »swoje« – to trzeba oddać”.

Strach ten podzielają jednak nie tylko mieszkańcy prowincjonalnych miast, miasteczek i wsi, w których przed wojną mieszkali Żydzi, ale także dużych ośrodków miejskich ze stolicą na czele. Poza widmem żydowskich duchów Muranowa, egzorcyzmowanych w Muzeum Historii Żydów Polskich, przeganianych „ławeczką Karskiego”, aleją Ireny Sendlerowej i planowanymi pomnikami Sprawiedliwych, obawiają się oni także tych realnych Żydów wracających „po swoje” np. nieruchomości. Żydzi wracają po swoje – dokładnie tak brzmiał tytuł artykułu opublikowanego swego czasu na łamach „Newsweeka” i anonsowanego na okładce fotografią „oryginalnych kluczy znalezionych w Jedwabnem” przy ciałach ekshumowanych ofiar. W wymiarze ogólnopolskim „mienie pożydowskie” stanowi bowiem niewątpliwie powracającą figurę dyskursu publicznego, w którym Żydami się straszy. Dość wspomnieć, że w toku debaty jedwabieńskiej wykorzystywana ona była, by dowieść, iż czynienie Polaków winnymi współudziału w Zagładzie służy de facto uzasadnieniu materialnych roszczeń Żydów w ramach prężnie działającego „Przedsiębiorstwa Holocaust”. W takim kontekście i takiej funkcji „mienie pożydowskie” nadal powraca, a Centrum Badań nad Zagładą staje się zlokalizowaną w Polsce filią wspomnianego „Przedsiębiorstwa”. Powracało zresztą także już wcześniej w polskich dyskusjach o reprywatyzacji prowadzonych niejednokrotnie przy użyciu antysemickiej retoryki.

Trudno o jednoznaczne wskazanie źródeł tego niepokoju. Zabór żydowskiej własności był podczas wojny i po jej zakończeniu zjawiskiem tak rozpowszechnionym, że oczywiście skala rewindykacji w istocie mogłaby być ogromna. Stąd i sama obawa przed nimi z pewnością nie jest bez znaczenia. Możliwe jednak, że po latach te żydowskie kołdry, jakże symboliczne dla polskiego imaginarium Zagłady, zaczynają ciążyć, ale bez jednoczesnej gotowości zadośćuczynienia i wyznania własnych win na drodze do „przewłaszczenia”. Tej zaś nie ma, bo wciąż brakuje współczucia dla zamordowanych Żydów. „To tylko brak współczucia i żałoby po wymordowanych – pisze Jan Tomasz Gross w eseju Poduszka pani Marx – czyni »rewindykacje« żydowskie, w których spadkobiercy ofiar domagają się zwrotu zrabowanej własności, tak nieznośnymi i irytującymi”.
Określenie „mienie pożydowskie” wyłącznie oddala nas od zrozumienia tego, co stało się z jego właścicielami podczas Zagłady i w jaki sposób Polacy faktycznie weszli w jego posiadanie. W wierszu Ładunek butów pisanym zimą 1942 roku w wileńskim getcie Abram Sutzkever pyta: „Gdzie jest dziecko, któremu pasowały te buty?” I to pytanie wciąż czeka na uczciwą odpowiedź.


Źródła cytatów i literatura przywoływana:

J. Grabowski, D. Libionka, Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 1939-1950, Warszawa 2014;
J. Grabowski, „Ja tego Żyda znam!”. Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939-1943, Warszawa 2004;
B. Engelking, „Szanowny panie Gistapo”: donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940-1941, Warszawa 2003;
Z. Ginczanka, Udźwignąć własne życie: poezje, Poznań 1991;
W. Szlengel, Poeta nieznany. Wybór tekstów, Warszawa 2013;
Z. Klukowski, Dziennik z lat okupacji Zamojszczyzny: (1939-1944), Lublin 1958;
S. Friedlander, Czas eksterminacji, Warszawa 2010;
K. Wyka, Życie na niby. Pamiętnik po klęsce, Kraków-Wrocław 1984;
J. Tokarska-Bakir, Legendy o krwi. Antropologia przesądu, Warszawa 2008;
M. C. Steinlauf, Pamięć nieprzyswojona. Polska pamięć Zagłady, Warszawa 2001;
A. Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Warszawa 2014;
B. Shallcross, Rzeczy i Zagłada, Kraków 2010;
J. T. Gross, Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Kraków 2011;
J. T. Gross, Wokół „Sąsiadów”. Polemiki i wyjaśnienia, Sejny 2003;
A. Bikont, My z Jedwabnego, Warszawa 2004;
A. Cała, Wizerunek Żyda w polskiej kulturze ludowej, Warszawa 2005.

Za tłumaczenie z jidysz wiersza A. Sutzkevera dziękuję Annie Szybie.
Za uwagi i komentarze Annie Zawadzkiej.

Dr Piotr Forecki – politolog, pracownik Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Remembering the Warsaw Ghetto Uprising Today

Remembering the Warsaw Ghetto Uprising Today

Irena Klepfisz


Header

The following speech was delivered at Der Shteyn (The Stone), Riverside Park, New York City, on April 19, 2017, the 74th anniversary of the Warsaw Ghetto Uprising.

It’s been hard for me to focus on the meaning of this year’s geto fayerung. Like many of you, I’ve been brought up short by events of the last few months, by our country’s leaders’ unapologetic meanness, their lack of compassion. Amidst the attacks on immigrants, Muslims, Mexicans and Latinos, women, the LGBT community, African-Americans, Native Americans, we’ve also witnessed an aggressive anti-Semitism of vandalized Jewish cemeteries, bomb threats to Jewish centers, and graffiti with swastikas. Perhaps even more disturbing has been the almost casual anti-Semitism as “slips of the tongue” or “gaffes”: the omission of Jews on Holocaust Remembrance Day, references to “Holocaust centers,” and the reaffirmation of German Jews as “other” and non-Germans. I confess to feeling myself drifting toward a panic that I’d assumed had been buried and gone years ago.

But it’s a panic that I want to rebury. I want to be clear with myself that despite the resemblances of 2017 and the 1930s in Europe, they are not the same. I am not wearing a yellow star.

To enforce this difference in my mind, I decided to return to the testimonies of survivors and witnesses of the Warsaw Ghetto Uprising of April and May 1943 and I’d like to pass on what I rediscovered about the aftermath of the resistance which began 74 years ago this month.

As most of you know, after learning of plans to liquidate the entire population of the Ghetto, the ZOB, the Jewish Fighters Organization of Warsaw Ghetto consisting of various Jewish political parties, decided that on April 19, 1943, it would begin to fight and resist the German occupiers, a resistance which they knew they could never win. By that time, the population of the Ghetto had been reduced from over 400,000 to fewer than 60,000—reduced by hunger, disease, direct murder in the ghetto, and transports to Treblinka. Poorly equipped, they still managed to continue the battle for weeks. On May 8, the Germans surrounded Mila 18, the headquarters of the ZOB. Many were gassed. Many committed suicide, including Commander Mordecai Anilewicz. But it was still not over. Two days later, the Bundist activist and organizer Bernard Goldstein states in The Stars Bear Witness:

On May 10 a group of fighters led by Abrasha Blum, Marek Edelman and Zivia Lubetkin made their way through the sewers to Prosta Street. With the help of guides they negotiated the barbed- wire obstructions and the booby traps.

There were, miraculously, a small number of survivors—a few—from the uprising itself; some became partisans, others became part of the Jewish population hidden and passing on the Aryan side among the Poles in Warsaw. Vladka Meed who had been working as a Bundist courier for the Jewish underground and, until the uprising, had been crossing in and out of the ghetto, recorded how she and other Bundist continued their resistance. In On Both Sides of the Wall, she describes one meeting which took place just about five months after the complete liquidation of the ghetto, sometime probably in October:

in the autumn of 1943, a small group of us [members of the Bund and Zukunft ] gathered for a symbolic celebration of the anniversary of the founding of the Bund. At a time when all that had been our lives had been destroyed, this small gathering was no more than a remembrance of yesterday, of the pulsating Jewish labor movement in which we, its survivors had been raised. And although the movement and the life belonged to the past, it comforted us a little to recall it now. There were nine of us there at the meeting including Celek [Jacok Celemenski], Benjamin [Meed], Chaim [Bolek] Ellenbogen, Zygmunt Igla, Inka Schweiger, and Bronka Feinmesser. We sat around a table decorated with flowers at Miodowa 24, one night, with curtains drawn. For some time we faced each other without being able to speak; it was only after Celek spoke of the reason for our gathering that our spirits rose a bit. Little by little, almost in whispers, we recalled the days when such celebrations had been held in vast halls before huge audiences of workers with appropriate songs, music, speeches, and fluttering flags. Now all that remained was pain and the bitter realization of a world that accepted the inhumanity in which we lived.

What I find remarkable in this event is these survivors’ refusal to cut themselves off from the past. For those Jews who were still alive after the uprising, who were passing in what was now an entirely Aryan Warsaw, who everyday were reminded by the visible rubble that was once the Ghetto of the power and determination of the Germans to annihilate the Jewish people—for them the struggle continued. And as Vladka’s description of their meeting to mark the 46th anniversary of the founding of the Bund shows, this struggle was not only physical, but spiritual; surrounded by deadening indifference, they forced themselves to hold on to the ideals and passions of their earlier life. They simply refused to turn their back on the past and marked the date with flowers on their table. I was astonished when I reread this passage: their insistence on remembering, no matter how painful, their insistence on retaining their historical Bundist roots.

Bernard gives us more details about these Bundists’ awareness that the underground needed to continue functioning. He writes:

After the ghetto had been destroyed, we faced one urgent task: organizing help for those who were left on the Aryan side, providing them with apartments, hiding places, documents and food….

Around Warsaw, hiding in the woods and in the open countryside were possibly twenty thousand uprooted homeless wanderers. We estimated that the Bund alone was helping about three thousand of them. Until the outbreak of the Warsaw [Polish] uprising the organized help of all Jewish groups and organizations had reached about eight or nine thousand.

Clearly there was work to be done and so, toward the end of 1943, Bernard reports:

At 24 Zhuravia [Street] in a large six-room apartment we set up headquarters for our party secretariat. There we kept our most important documents and our treasury. To protect this extremely important material, Chaim Ellenbogen, master craftsman… constructed a wonderful hiding place in the floor. … Our vault was so carefully and expertly made that even a close examination of the floor would not reveal the secret of the removable boards

Bernard also describes the importance of their contact with American Jews. He writes:

I remember the great joy in July 1944 when the Polish government forwarded to us a microfilm which contained articles from Unser Tsait, the New York Bund magazine. …

Our joy was boundless. The microfilm was a direct, almost personal greeting from our comrades in America. We felt bound to them across the years of blood and suffering which divided us. Using a photographic enlarger, we transcribed all the documents, duplicated them on our machine, and distributed them among the comrades in hiding places. This contact with America did much to raise our morale. It reminded us that we had friends. It gave us the feeling that if this wonderful miracle of communication could be accomplished, all was not yet lost.

At the same time that the Polish underground is readying itself for the Warsaw Polish Uprising in August 1944, the Jewish underground provides support, but also continues its contacts with Jews hidden in and around Warsaw including Jewish partisans in the surrounding forests. Bernard records:

Among the comrades whom we had brought to Warsaw from the forests shortly before the [Polish] uprising were Hanna Krishtal and Jan Bilak. Hanna’s husband Gabrish Frishdorf, had been one of the heroes of the last ghetto battle. He had been killed in a gun battle in the Wishkov Forest a few months before the Warsaw [Polish] uprising. Hanna was a slight twenty-two-year-old-girl. She was at this time in her ninth month of pregnancy.

Bernard describes how very soon Hanna, who had survived the Ghetto revolt, is caught by the Germans during the Polish Uprising. Nine month’s pregnant she still manages to escape and goes into labor. Bernard eventually finds her a hiding place with other Jews, a cellar where, in earshot of the fighting outside, she gives birth to a baby boy, Gabrish, named after his father.

In a story that was legendary among those I grew up with, Bernard confessed that a week after the birth, he began to fear the baby might possibly give away the presence of the group and endanger Hanna herself. Bernard writes:

I looked down at the shriveled little bundle in my hands. Surely it was condemned to death anyhow. While it lived it was a burden which might drag its mother to her death. A little pressure from my fingers and all would be over.

Before me I seemed to see Gabrish Frishdorf, hero of the ghetto, rotting in an unknown grave [in the Wishkov Forest]. All that was left of him was this little flicker of life.

My fingers felt stiff. I laid the baby gently back on its little bed of rags.

The Bundists’ commitment to guarding what Bernard calls the “little flicker of life” that the children of comrades represented is another remarkable narrative of this time. I personally know of five child survivors who owed their lives to the devotion and determination not only of their parents but also of their parents’ comrades—Gabi Frishdorf, the twins Nelly and Wlodka Blitt, Elzunia Frydrich and myself. My father Michal Klepfisz, Bernard Goldstein, Vladka Meed, Marek Edelman, Helena Shefner, Bolek [Chaim] Ellenbogen, his sister Halinka (Perl) Ellenbogen—all were instrumental at one point or another in keeping the five us alive—and these are only the people that I can name—I know there were others. They took on the responsibility of ensuring our safety while their own lives were constantly in danger.

For example Halinka got a job and watched over me on the Aryan side in the Catholic orphanage where I’d been hidden. Marek, Halinka and Vladka moved Elzunia numerous times when each hiding place became dangerous. My father and Marek smuggled Nelly and Wlodka out of the ghetto and then later Vladka moved them when people became suspicious. Bernard made sure that Hanna delivered her baby in safe hiding. And, after the Polish Uprising, Bolek brought my mother and me food somewhere outside of Warsaw after Helena Shefner had found us, isolated, ill and starving. And finally at the end of the war, Marek paid off Poles who refused to release Elzunia. He insisted on claiming her though both her parents were dead.

I want to be precise in my memories. All these people endangered themselves in order to keep us children safe. Both Vladka and Bernard describe how comrades continued to protect us (and, of course, so many others—strangers, children and adults) even when they themselves were being betrayed by Poles and evicted from hiding places, when they themselves had no place to sleep at night, when they grieved after hearing of a comrade suddenly arrested and shot, or when another comrade became desperate because she was being blackmailed by a landlord or a former classmate.

I also want to remember that children were probably some of the most difficult and potentially dangerous people to hide. They were hard to control. They might cry. They might suddenly laugh. They might say something that was revealing because they were angry or frightened or because they didn’t fully understand what was happening around them and how dangerous their words might be for them and for those who were trying to help them. I want to remember that Vladka, Halinka, Marek, Bolek—had barely reached their twenties when they were saving us. And I also want to remember that there was no blood connection between these incredibly brave, committed souls and the five children I have named and all those others whom they helped.

Still, there was obviously a bond between them and us—a bond rooted in their life with their comrades before the war—a bond rooted in their memories of Tsukunft, Skif, Morgnshtern, Medem Sanatorium and, of course, the overarching organization, the Jewish Labor Bund. They were determined that we children should never forget who we are or remain ignorant of the Jewish life of our parents. We are the ones to whom they envisioned they would pass on their legacy.

It’s sometimes hard to remember these details of survival under such unspeakable circumstances. But it’s important for me to remind myself of them and to see the past clearly when I’m evaluating the present. The stories of these people are simply inspirational.

I want to end today with the document that made an enormous impression on me from the first time I heard it as a child at the April 19th geto akademyes held in the Hunter College auditorium in the 1950s in New York City. This was a time when that auditorium overflowed with survivors, when the memories of the war and the suffering it caused was close and raw. It is a document that not only affirms our responsibility to each other as Jews, but one which also points to the responsibility of all people to each other. It is a document that insists that human beings can do better, will do better.

recommended by: Ewa Korulska
Far from the Warsaw Ghetto in London during 1942 and the early months of 1943, Arthur Shmuel Zygielbojm, the Bund representative to the Polish government-in-exile had tried to mobilize help for the Jewish resistance and for the coming Warsaw Ghetto Uprising. When he heard about the fierce battles and then about the Ghetto’s final liquidation, he committed suicide on May 12, 1943. He left behind a letter of explanation addressing the Polish government in exile and its leaders. Though painfully aware of the silent indifference, the betrayal of Poles and of the world, Shmuel Zygielbojm still looked into the future and was able to envision the possibility of a different world. I want to read the last half of his extraordinary document:

I cannot continue to live and to be silent while the remnants of Polish Jewry, whose representative I am, are being murdered. My comrades in the Warsaw ghetto fell with arms in their hands in the last heroic battle. I was not permitted to fall like them, together with them, but I belong with them, to their mass grave.

By my death, I wish to give expression to my most profound protest against the inaction in which the world watches and permits the destruction of the Jewish people.

I know that there is no great value to the life of a man, especially today. But since I did not succeed in achieving it in my lifetime, perhaps I shall be able by my death to contribute to the arousing from lethargy of those who could and must act in order that even now, perhaps at the last moment, the handful of Polish Jews who are still alive can be saved from certain destruction.

My life belongs to the Jewish people of Poland, and therefore I hand it over to them now. I yearn that the remnant that has remained of the millions of Polish Jews may live to see liberation together with the Polish masses, and that it shall be permitted to breathe freely in Poland and in a world of freedom and socialistic justice, in compensation for the inhuman suffering and torture inflicted on them. And I believe that such a Poland will arise and such a world will come about. I am certain that the President and the Prime Minister will send out these words of mine to all those to whom they are addressed, and that the Polish Government will embark immediately on diplomatic action and explanation of the situation, in order to save the living remnant of the Polish Jews from destruction.

I take leave of you with greetings, from everybody, and from everything that was dear to me and that I loved.

Read more of Tablet’s commemorations of and reflections on Yom Ha’Shoah here.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Partisan Song sung by Annie Lederhendler

Partisan Song sung by Annie Lederhendler

Yiddish Book Center     Yiddish Book Center



Annie Lederhendler sings the Partisan Anthem during a reception for former Partisan and Yiddish Poet Abraham Sutzkever, April 17, 1959 at the Jewish Public Library of Montreal. Part of the Frances Brandt Online Yiddish Audio Library.

This site has the full lyrics in several languages and even offers a karaoke sing-along version. http://old.savethemusic.com/yiddish/b…

‎אַניאַ לעדערהענדלער זיגט דער פּאַרטיזאַנער הימען בעת אַ קבלת-פּנים פֿאַרן ייִדישן דיכטער און געװעזענעם פּאַרטיזאַנער אַבֿרהם סוצקעװער, דעם 17סטן אַפּריל 1959, בײַ דער ייִדישער פֿאָלקס-ביבליאָטעק פֿון מאָנטרעאַל. דאָס פֿילם איז אַ טײל פֿונעם קלאַנגאַרכיװ אין נאָמען פֿון פֿראַנצעס בראַנט

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com