Archive | 2017/04/25

O przedwojennym tomie „Barwy” Stanisława Jerzego Leca

Od awangardy do ascezy. O przedwojennym tomie „Barwy” Stanisława Jerzego Leca

Piotr Kieżun


„Barwy” to dziwny debiut. W 1933 r. ukazują się „Poemat o czasie zastygłym” Miłosza i „Pamiętnik z okresu dojrzewania” Gombrowicza. To czas indywidualistów, którzy wykraczają poza wszelkie literackie programy. Na tym tle tom Leca wygląda, jakby powstał u progu lat 20. – w rozkwicie politycznie zaangażowanej awangardy.

Kiedy pojawia się nazwisko Stanisława Jerzego Leca – pisał Michał Głowiński w krótkim wspomnieniowym tekście – momentalnie pada tytuł «Myśli nieuczesane», któremu towarzyszy obiegowa formuła: autor wspaniałych aforyzmów. Nie mam zamiaru jej rewidować, zaproponowałbym jednak uzupełnienie: świetny fraszkopis” [1].

Świetny fraszkopis? Z pewnością. Głowiński jako wytrawny znawca historii literatury wiedział, że Lec już przed wojną upodobał sobie właśnie ten sposób poetyckiej wypowiedzi. We fraszkach znalazło się wszystko to, co dużo później, w latach 50., czytelnik „Przeglądu Kulturalnego” i „Dialogu” mógł odnaleźć w Lecowych aforyzmach – ironię, żart, grę słów, kondensację środków wyrazu. A jednocześnie liryzm, który w ostrych jak brzytwa „Myślach…” ginął pod grubą warstwą intelektualnego werniksu.

Podobnie jak Głowiński zaproponowałbym jednak uzupełnienie: Lec to, owszem, świetny fraszkopis, ale przede wszystkim – dobry poeta w najszerszym tego słowa znaczeniu. Autor nie tylko aforyzmów i fraszek, lecz także poezji, w których ja liryczne mówi do czytelnika bez ironicznego zawieszania głosu, odsłaniając intymny świat wewnętrznego doświadczenia.

Dobrym powodem do tego, by sięgnąć dziś po ten rodzaj Lecowej twórczości, jest opublikowany niedawno nakładem oficyny Noir sur Blanc reprint pierwszego zbioru poezji Leca pt. „Barwy” z 1933 r. Napisany przez dwudziestolatka nosi on jeszcze na sobie ślady młodzieńczej niedojrzałości i wczesnych literackich fascynacji, jest jednak niezbędnym elementem w opowieści o tym, jak daleką twórczą drogę przeszedł Lec od przedwojennych buntowniczych, rozpolitykowanych i jednocześnie melancholijnych wierszy po wiersze ostatnie, w których pobrzmiewa gorzka samowiedza mieszkańca XX-wiecznej Europy Wschodniej.

„Barwy” to dziwny debiut. W 1933 r. ukazują się „Poemat o czasie zastygłym” Miłosza i „Pamiętnik z okresu dojrzewania” Gombrowicza. To czas indywidualistów, którzy odcinają się od zbiorowych manifestów i wykraczają poza wszelkie literackie programy. Na tym tle tom Leca wygląda, jakby powstał u progu lat 20. – w rozkwicie politycznie zaangażowanej awangardy.

Wrażenie to wzmacnia zresztą sama szata graficzna. Młody lwowski poeta, który „pochodził z bogatej rodziny”, a „w latach uniwersyteckich ulegał modom: fajka, laseczka, monokl” [2] – był świadom jej roli. Starannie opracowane wnętrze tomu zostało powierzone Pawłowi Hechtowi, pracującemu w drukarni jako metrampaż przy składaniu kolumn publikacji. Okładkę zaprojektował malarz i członek lwowskiej artystycznej grupy „Artes” – Otto Hahn. Obaj nadali zbiorowi wierszy konstruktywistyczny, śmiały kształt, starając się dostosować formę do treści utworów poprzez nietypowe użycie czcionek i innych drukarskich ornamentów. „Układy typograficzne Hechta – pisał o tym artystycznym przedsięwzięciu Piotr Rypson – miały na celu swoiste «ilustrowanie» kolejnych wierszy, odnajdywanie dla każdego właściwego dlań klimatu graficznego. Pierwszy, tytułowy cykl wierszy odwoływał się do kolorów; zadaniem, jakie postawił sobie Hecht, było akcentowanie klimatu danej barwy w powiązaniu z klimatem wiersza” [3]. W ten sposób obok tekstu wiersza „czerń” pojawił się ciężki, czarny, malewiczowski z ducha prostokąt, a wersy „ciszy”, podążając za rytmem wiersza, układały się w fale, schody i pochylnie niczym Apollinaire’owskie kaligramy.

Awangardowa była też treść utworów zebranych w „Barwach” (a właściwie „barwach”, jak słusznie zauważa w tekście dołączonym do reprintu Lidia Kośka). W „bieli i bronzie” Leca wraz z wyimaginowanym adresatem „ponosił patos dni” i objawiała się przed nimi w postaci bronzowego (koniecznie przez „on”) robotnika „stężała nadzieja”. W innych wierszach niemal programowo (miasto, masa, maszyna!) pojawiały się kolejno: stal statku i pył cegły, a następnie bohaterowie wielkich metropolii: przechodzień, motorniczy i pędzący cyklista. Nie obyło się również bez politycznych, głównie rewolucyjnych akcentów. W „błękitnej” takie znaczenie miał „ozon […], co zawiał z kronsztadu”, w utworze „na wiec” – polityczni wrogowie, czyli kułacy, w wierszu „wino” – „giełdy azji”, notujące już krew.

Mimo tych wszystkich rytualnych odwołań do politycznych wydarzeń i społecznych procesów, w debiutanckich wierszach Leca pozostało jednak nadspodziewanie dużo miejsca na liryzm i zmysłowość. I nie chodzi tu tylko o kubistyczne „piersi murzyńskiej wenus” z utworu „żółta”. Młody Lec potrafił nie tylko skandować, ale i szeptać, jak w wierszu „ciemnozielona”, co zresztą szło mu znacznie lepiej niż wydawanie rewolucyjnych okrzyków:

kobiety były znużone i tylko wiśniom podziękuj
że rzeźwiąc winnym wytryskiem znieczulone dziąsła
nie dały im jak paprociom omdlewać na naszym ręku
gdy wiatr nas z łanu jak ziarna na drogę wytrząsał

nie można sobie przejść mimo – późną lipcową ziemią
ziemią znużonej zieleni a chwilą dojrzałych kobiet
i któżby kiedy przeczuwał, że w cieniu wspomnień drzemią
znużenie traw i kobiety w ciemnozielonej żałobie

i któżby kiedy skojarzył rozpiętością wspomnień
oddech wieczoru kobiety – z duszącą zielenią lipca
a jednak wiemy, że było – dopala się w nas jak płomień
jak smutny smutek rąk białych, grających na skrzypcach

że wasze oczy jak ptaki gnieździły się w ciszy bioder
żeby jesienią powrócić i patrzeć zdrowiej i prościej
a dzisiaj składam nas smutek w ciemną zieleń ody
w posłowie ciemnozielone, późnej kobiecej miłości

„Lec może mieć tylko sam do siebie pretensje o to, że był i pozostanie poetą zapomnianym”, notował w lwowskich „Sygnałach” z 1934 r. w recenzji „Barw” Tadeusz Banaś [4]. „Nie jestem czcicielką jego poezji, z pewnymi wyjątkami, jak na przykład wiersze jerozolimskie. Wśród rówieśnych Lecowi było wielu wybitniejszych poetów”, pisała z kolei w 2016 r. Renata Gorczyńska [5].

Te dwie surowe opinie kryją w sobie ziarno prawdy. Lec nigdy nie przeszedłby do historii literatury, gdyby pozostał tylko autorem swoich przedwojennych wierszy. Są jednak jednocześnie niesprawiedliwe. Ani debiutanckie poezje Leca nie są takie złe, jak chciałby Banaś, ani powojenna twórczość pisarza nie sprowadza się do aforyzmów (i kilku utworów z okresu emigracji do Izraela), jak chciałaby tego Gorczyńska. Co więcej, to właśnie ta część twórczości autora „Myśli nieuczesanych”, która nie przyjmuje formy złotej maksymy, pokazuje najlepiej, gdzie bije źródło poetyckiej siły aforyzmów Leca, a także niezwykłej powagi, która leży u podstaw pełnych satyry „Myśli…”.

Zaangażowanie w komunizm i późniejsze rozczarowanie, doświadczenie wojny i zagłady, trudny emigracyjny epizod i powrót do jeszcze stalinowskiej Polski z zakazem publikacji, nauczyły Leca oszczędności słowa. Znikły zmysłowe czy futurystyczne wersy. Zresztą było to doświadczenie większości poetów. „Tuż po wojnie mogło się wydawać, że poezja nie jest już możliwa” – pisała po latach Anna Kamieńska. „Ruiny miast i wsi, zgliszcza i krematoria przedostały się do ludzkich snów. Stały się krajobrazem wewnętrznym. Ruiny mowy. Zgliszcza pojęć moralnych. Kikuty okaleczonej wyobraźni” [6]. Poezja zniżyła ton i – jeśli nie musiała opiewać „cienia górala kremlowskiego”, jak to się początkowo zdarzyło Lecowi – ważyła słowa. Czasami milkła lub tęskniła za milczeniem.

Lec nigdy nie umilkł. Wciąż tworzył, choć wymyślił dla siebie formę najbardziej lakoniczną z możliwych i w najwyższym stopniu zapewniająca komfort emocjonalnej obojętności. Paradoksalnie, nie chodziło w niej jednak o dystans, jaki daje ironia. Lec do końca pragnął i do końca wierzył w to, że w najgłębszym sensie jest poetą – zgodnie z tym powołaniem, które odkrył w sobie jako młody lwowski lewicujący dandys. Jak notuje w monografii poświęconej Lecowi Lidia Kośka, „Krystynie Nastulance pod koniec 1961 roku powiedział: «dawniej, kiedy na siłę chciałem być pisarzem na wskroś politycznym — zaliczano mnie do liryków, a dziś, gdy uważam się za ezoterycznego liryka — widzi się we mnie pisarza par excellence politycznego»” [7].

Ezoteryczny liryk siedział jednak w Lecu już u samych początków jego twórczej drogi. Jeszcze często gęsto „czułostkowo «liryczący»” [8] i politycznie rozkrzyczany, ale już przeczuwający, że poezja nie jest grą słów czy narzędziem w społecznych eksperymentach, lecz sposobem rozumienia świata, dialogiem z najgłębszymi warstwami rzeczywistości – nawet wtedy, gdy ta ostatnia rozpadła się na naszych oczach na tysiąc nieprzystających do siebie okruchów. To aforyzm karmił się u Leca poezją, a nie odwrotnie i rację miał Grochowiak, gdy wspominał, że autor „Myśli nieuczesanych” „pisał aforyzmy, które były poematami” [9].

Przypisy:

[1] Michał Głowiński, „Między grą słów a przekazywaniem mądrości”, „Kwartalnik Artystyczny”, nr 90 (2/2016), s. 71.
[2] Jan Śpiewak, „Przedmowa” [w:] Stanisław Jerzy Lec, „Wybór wierszy”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968, s. 5–6.
[3] Piotr Rypson, „Książki i strony. Polska książka awangardowa i artystyczna XX wieku”, Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski, Warszawa 2000, s. 90–91.
[4] Cyt. za: Lidia Kośka, „Portfolio ‘33” [w:] Stanisław Jerzy Lec, „Barwy”, reprint wydany w 50. rocznicę śmierci poety, Noir sur Blanc, Warszawa 2016.
[5] Renata Gorczyńska, „Szorstka pociecha Leca”, „Kwartalnik Artystyczny”, nr 90 (2/2016), s. 75.
[6] Anna Kamieńska, „Poezja jako asceza słowa” [w:] „Na progu słowa. Siedem wykładów o poezji i Biblii”, wyd. W drodze, Poznań 2004, s. 35.
[7] Lidia Kośka, „Lec. Autobiografia słowa”, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2015, s. 521.
[8] Określenie Jana Śpiewaka.
[9] Cyt. za: Lidia Kośka, „Gra o całość”, „Kwartalnik Artystyczny”, nr 90 (2/2016), s. 84.

Książka:

Stanisław Jerzy Lec, „Barwy”, reprint wydany w 50. rocznicę śmierci poety, Noir sur Blanc, Warszawa 2016.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Watch: The mutation of anti-Semitism

Watch: The mutation of anti-Semitism

Arutz Sheva Staff


Rabbi Jonathan Sacks explains how anti-Semitism has changed over time, and how its return presents a danger to the entire world.

 

Within living memory of the Holocaust, after which the world said it would never happen again, antisemitism has returned.

But what is antisemitism and why should its return be cause for grave concern, not only for Jews but for all of us?

Historically, antisemitism has been hard to define, because it expresses itself in such contradictory ways. Before the Holocaust, Jews were hated because they were poor and because they were rich; because they were communists and because they were capitalists; because they kept to themselves and because they infiltrated everywhere; because they clung to ancient religious beliefs and because they were rootless cosmopolitans who believed nothing.

So what is antisemitism? Let’s be clear – not liking people because they’re different isn’t antisemitism. It’s xenophobia. Criticizing Israel isn’t antisemitism: it’s part of the democratic process, and Israel is a democracy.

Antisemitism is something much more dangerous – it means persecuting Jews and denying them the right to exist collectively as Jews with the same rights as everyone else.

It’s a prejudice that like a virus, has survived over time by mutating.

So in the Middle Ages, Jews were persecuted because of their religion.

In the 19th and 20th centuries they were reviled because of their race.

Today, Jews are attacked because of the existence of their nation state, Israel. Denying Israel’s right to exist is the new antisemitism.

And just as antisemitism has mutated, so has its legitimization. Each time, as the persecution descended into barbarity, the persecutors reached for the highest form of justification available.

In the Middle Ages, it was religion.

In post-Enlightenment Europe it was science: the so called scientific study of race.

Today it is human rights.

Whenever you hear human rights invoked to deny Israel’s right to exist, you are hearing the new antisemitism.

So, why has it returned? There are many reasons but one root cause is the cognitive failure called scapegoating.

When bad things happen to a group, its members can ask one of two questions: “What did we do wrong?” or “Who did this to us?” The entire fate of the group will depend on which it chooses.

If it asks, “What did we do wrong?” it has begun the process of healing the harm. If instead it asks, “Who did this to us?” it has defined itself as a victim. It will then seek a scapegoat to blame for all its problems.

Classically this has been the Jews, because for a thousand years they were the most conspicuous non-Christian minority in Europe and today because Israel is the most conspicuous non-Muslim country in the Middle East.

The argument is always the same. We are innocent; therefore they are guilty. Therefore if we are to be free, they – the Jews or the state of Israel – must be destroyed. That is how the great evils begin.

Why then should we all care about this? After all, if we’re not Jewish, what has it got to do with us?

The answer is that anti-Semitism is about the inability of a group to make space for difference.

And because we are all different, the hate that begins with Jews never ends with Jews.

It wasn’t Jews alone who suffered under Hitler. It wasn’t Jews alone who suffered under Stalin. It isn’t Jews alone who suffer under the radical Islamists and others who deny Israel’s right to exist.

Antisemitism is the world’s most reliable early warning sign of a major threat to freedom, humanity and the dignity of difference.

It matters to all of us.

Which is why we must fight it together.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Making The Case For Kosher Wine

Making The Case For Kosher Wine

Jeff Morgan


Wines of the Times: [from left] Jodie Morgan, Jeff Morgan and Zoe Morgan at the Covenant Israel winery. / Courtesy of Covenant Winery

In “A Feminist Case Against Kosher Wine,” writer Liya Rechtman has taken an antiquated approach to Judaism while ignoring the rapid change occurring in the Jewish community today. Her advice not to drink kosher wine during Passover or any other time shows a powerful disconnect with what kosher wine truly represents. We can look at any industry or community and dissect its underlying misogyny and sexism. However, Ms. Rechtman’s many errors regarding wine and winemaking, as well as her downright nasty sentiments regarding kashrut will lead her readers to erroneous conclusions.

What separates kosher wine from non-kosher wine is quite simple: Kosher wine is made with Jewish intent. It is produced with the Jews’ long history and heritage in mind. And that intent is transferred to anyone who wishes to drink the wine.

As someone who makes certified kosher wine in both Israel and California, I imagine first and foremost how my wines provide a link from past to present. On a more personal note, I have also found that kosher wine has opened the door to Judaism for me. And I have seen it do as much for others — both men and women alike.

Today’s kosher wine industry is still very young. It lags behind the far larger non-kosher wine world — which until recently was very male dominated—on many fronts. But kosher wine is nonetheless catching up quickly to the more egalitarian environment found throughout the general wine world. Ms. Rechtman is wrong in stating that “only Jews are allowed to touch the grapes that go into wine and the vats where wine is fermented.” To the contrary, anyone — Jew or non-Jew — can touch the grapes. It’s the grape juice that is sensitive to ritual proscription. Once the grapes start to be processed into wine, yes, there are rules about who can touch it. But these rules are not gender specific.

Jeff Morgan inspecting syrah grapes.Jeff Morgan inspecting syrah grapes.

Ms. Rechtman also incorrectly writes, “If a non-Jew even opens a bottle of wine, it will no longer be considered kosher.” The question of who can open a bottle of kosher wine is also up for debate. For many Jews, this is true. And for many it is not. The “rules” are fluid, depending on who is judging them. Yet one thing is certain: Gender does not define who can open a bottle of kosher wine.

It pained me to read Ms. Rechtman’s comment that “Orthodox women, who follow the same protocols of Shabbat observance, need not apply. Women are simply not kosher enough for the work of picking grapes or fermenting grape juice into wine.” In addition to being false, commentary such as this does all of us the disservice of reinforcing stereotypes. As stated above, anyone — Jewish, male, female or whomever — can pick the grapes destined for kosher wine. And while there may be some debate among various rabbis and religious pundits (welcome to being Jewish!), there is really nothing that states a woman cannot make kosher wine.

In fact, I know many women who work in kosher wine production. One of the most famous is Michal Akerman, viticulturist for Tabor Winery in Israel. She is responsible for managing vineyards that produce some of Israel’s best known and best tasting wines. In California, enologist and winemaker Alicia Wilbur works for America’s largest kosher wine producer, Herzog Wine Cellars. She is Orthodox and makes more kosher wine than almost anyone I know of. It’s particularly ironic to see a photograph from one of Dalton Winery’s vineyards in Israel at the top of Ms. Rechtman’s article. Until recently, Naama Sorkin was the long-time winemaker at Dalton. She now manages vineyards for the winery.

This list of “women in kosher wine” could go on, but I’ll be the first to admit that it’s not long enough. We absolutely do need more women making kosher wine and growing grapes. In Israel I have hired women harvest interns, yet I’m still waiting for one to apply to our California winery, where (by the way) my wife, Jodie, is the CEO.

It’s sad that Ms. Rechtman gives wide berth to kosher wine because she believes it represents a culture of oppression. Or that she thinks a kosher hechsher represents some kind of commercial conspiracy in the name of Judaism. Alas, she has confused some very real and appropriate questions regarding the practice of Judaism and the politics of Israel with the simple act of making kosher wine. Instead of making false accusations, Ms. Rechtman should have studied her subject more thoroughly. She then might have been able to suggest real ways to make the kosher wine industry more open to women’s participation. By simply calling for a boycott of kosher wine, Ms. Rechtman is throwing the baby out with the bathwater.

Ms. Rechtman shouldn’t denigrate my winemaking efforts — and those of my colleagues — with half-truths and a twisted logic that equates our work with whether or not women rabbis can officiate at weddings and funerals in the Jewish State; or whether women are paid less and are less likely to get promoted within Jewish institutions. It’s misguided. And it doesn’t further her otherwise commendable cause.


Jeff Morgan is co-owner/winemaker of Covenant Winery in Berkeley, California, and Tel Aviv.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com