Archive | November 2014

Czy na cmentarzu żydowskim w Grodzisku Maz. powstanie osiedle?

Czy na cmentarzu żydowskim w Grodzisku Maz. powstanie osiedle?

Krzysztof Bielawski


Punkt skupu złomu na cmentarzu żydowskim w Grodzisku Maz. (foto: K. Bielawski)

W piątek burzę wywołał nasz artykuł o bezczeszczeniu cmentarza w Sobieniach-Jeziorach. Dziś niepokojące wieści przekazał nam Robert Augustyniak – społecznik z Grodziska Mazowieckiego.

Grodziska Rada Miejska przygotowuje projekt planu zagospodarowania przestrzennego dla północnej części miasta. Znajduje się tam także cmentarz żydowski.

Cmentarz zdewastowali Niemcy w czasie wojny. Pod koniec lat czterdziestych około 80% powierzchni cmentarza zajęła Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” na skład maszyn i materiałów budowlanych. Przez ostatnie lata mieścił się tam punkt skupu złomu.

Grodziscy radni chcą przeznaczyć ten plac pod „zabudowę mieszkaniową wielorodzinną”. Wyłączony jest z niej ogrodzony skrawek cmentarza, ale i tak nowe osiedle powstałoby na setkach grobów. Prace ziemne oznaczałyby ich zniszczenie. Plan zagospodarowania przestrzennego nie przewiduje również zabezpieczenia przedwojennej bramy cmentarnej z hebrajskimi napisami, która stoi teraz pośrodku skupu złomu.

Od kilku lat w Grodzisku Maz. odbywają są festiwale kultury żydowskiej. Życzliwe wsparcie organizatorom zawsze okazywał burmistrz Grzegorz Benedykciński. Pozostaje mieć nadzieję, że nie zignoruje sprawy cmentarza w mieście, w którym w XIX w. Żydzi stanowili 87% mieszkańców.

Robert Augustyniak chce zgłosić zastrzeżenia do planu zagospodarowania przestrzennego. O problemie powiadomiliśmy też Komisję Rabiniczną do spraw Cmentarzy.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Szlachetny rasizm

Szlachetny rasizm

Alan Johnson


Reakcja mediów na morderstwa w Jerozolimie zdradza szeroko przyjęte założenie: że Palestyńczycy są „szlachetnymi dzikusami”, którzy nie są odpowiedzialni za swoje czyny

Reakcja mediów na morderstwa w Jerozolimie zdradza szeroko przyjęte założenie: że Palestyńczycy są „szlachetnymi dzikusami”, którzy nie są odpowiedzialni za swoje czyny

Widzieliśmy wiele dziwnych reakcji mediów zachodnich na zamordowanie przez dwóch zamachowców palestyńskich w Jerozolimie czterech modlących się Żydów i Zidana Saifa, bohaterskiego Druza izraelskiego, który pierwszy przybył na miejsce i próbował ich uratować.

• Canadian Broadcast Company tweetowała “Policja jerozolimska postrzeliła śmiertelnie 2 po domniemanym ataku na synagogę http://ift.tt/1AaVAdn”

• Nagłówek CNN brzmiał “4 Izraelczyków, 2 Palestyńczyków martwych w Jerozolimie”, bez napisania, że tych dwóch Palestyńczyków było terrorystami. (CNN później przeprosiła. Patrz tutaj.)

• “Guardian” zmienił depeszę Reutersa o masakrze w Jerozolimie, żeby usunąć wszelkie wzmianki o Palestyńczykach.

• W lewicowej gazecie izraelskiej “Haaretz” dziennikarka Amira Hass napisałao “rozpaczy i gniewie, które pchnęły Abu Dżamalów do zaatakowania Żydów w synagodze” (podkreślenie moje).

Oczywiście, nie wszystkie doniesienia miały taki charakter. Niemniej pojawia się pytanie , skąd ten, tak rozpowszechniony (także w mediach społecznościowych), impuls uniewinniania zbrodniarzy?

Częściowym wyjaśnieniem jest głęboki wpływ, jaki wywiera obecnie w naszej kulturze ideologia antysyjonistyczna (system demonizujących pojęć i prezentacji Izraela oraz Żydów). U sedna tej ideologii leży głęboko zagrzebane, często nieuświadamiane założenie o dychotomicznej naturze Izraelczyków i Palestyńczyków, które wypacza zrozumienie konfliktu. Oto ono: Palestyńczycy (i Arabowie ogólnie) nie mają podmiotowości i wyboru, a więc nie można pociągać ich do odpowiedzialności i wymagać od nich odpowiedzialności. Izraelczycy mają, można więc zawsze pociągać ich do odpowiedzialności – wyłącznie ich.

Palestyńczyków odbiera się jako istoty prowokowane, zdominowane przez niezależną od nich sytuację i emocje, nie mające wyboru, nie ponoszące odpowiedzialności. Izraelczycy są przeciwieństwem tego obrazu: są panami wszystkich okoliczności, racjonalni i kalkulujący, są zawsze sprawcami i są zawsze odpowiedzialni za wszystko.

Jest to ewidentnie orientalistyczne spojrzenie na Palestyńczyków jako na Innego, tylko tym razem są oni uznani za szlachetnych dzikusów. Uczciwie mówiąc, jest to trochę rasistowskie. Na przykład, brytyjski poseł z ramienia partii liberalno-demokratycznej, David Ward, napisał na Twitterze, że palestyńscy mordercy z synagogi byli “doprowadzeni do szaleństwa” – co nie tylko odbiera im podmiotowość, ale także poczytalność.

To myślenie grupowe jest przyczyną, że część mediów unika krytykowania palestyńskiego ruchu narodowego, kiedy jest on winien terroryzmu, autorytaryzmu, korupcji i propagowania plugawej kultury podżegania, demonizacji i antysemityzmu. W końcu, te rzeczy nie są tylko “wiadomościami z Izraela”, prawda? Jak tweetował niedawno Matt Seaton, redaktor działu opinii w “New York Times”, że jego autorzy będą pisać o rasizmie Palestyńczyków, dopiero, kiedy “będą mieli suwerenne państwo, by dyskryminować”.

Tego rodzaju poglądy szerzone są przez wielu niesłychanie wpływowych intelektualistów. To oni nadają ton większości debat w Wielkiej Brytanii, ponieważ ich idee nie pozostają w uniwersyteckich salach seminaryjnych, ale są „przekładane” i popularyzowane przez zdeterminowanych aktywistów o wysokim statusie i autorytecie na uniwersytetach, w kościołach, związkach zawodowych, NGO, partiach politycznych i w kulturze popularnej.

• Nauczycielka akademicka i pisarka, Jacqueline Rose, mówi, że Izrael jest “czynnikiem ” odpowiedzialnym za palestyński terroryzm samobójców-zamachowców. Bezkrytycznie przekazuje swoim czytelnikom obronę działania zamachowcy-samobójcy podaną przez przywódcę Hamasu, Abdula Aziza al-Ratansiego (“Jeśli chce on poświęcić swoją duszę w celu pokonania wroga i na rzecz Boga – no cóż, wtedy jest męczennikiem”).

• Izraelski pisarz (i założyciel organizacji “Peace Now”) Amos Oz skarży się, że podżeganie przez ekstremistycznych intelektualistów palestyńskich powoduje, iż niektórzy Palestyńczycy są “duszeni i zatruci przez ślepą nienawiść”. Antysyjonistyczny autor, Icchak Laor, jest oburzony i potępia Oza za… „podżeganie” przeciwko Palestyńczykom.

• Shlomo Sand – którego książki znajdują się w księgarniach Waterstones w całej Wielkiej Brytanii – wyraża odrazę wobec żydowskich intelektualistów izraelskich, którzy przeciwstawiali się Saddamowi Husajnowi podczas pierwszej wojny w Zatoce. W tym czasie Saddam ostrzeliwał pociskami scud izraelskie miasta, jak więc Sand uzasadniał swoje stanowisko? Palestyńczycy czuli „radość” z „arabskiego pokazu siły”, napisał, i to powinno było być rozstrzygające.

• Niedawna książka Ilana Pappe The Idea of Israel (w której stwierdza, że powstanie Izraela to był bardzo Zły Pomysł i powinien być teraz Poprawiony) prezentuje obronę pronazistowskiego przywódcy Palestyńczyków z czasów II wojny światowej, Al-Husseiniego. Al-Husseini był tak wielkim zwolennikiem Hitlera, że stworzył muzułmański oddział SS, ale Pappe redukuje to do “epizodu” w “złożonym” życiu tego nacjonalisty; “niemądrego flirtu”, który powinien interesować czytelnika tylko dlatego, że jest wykorzystywany przez syjonistów, by “demonizować” Palestyńczyków. Pappe twierdzi, że Al-Husseini – jakże to charakterystyczne! – był “zmuszony” do sojuszu z Hitlerem.

Czytaj dalej tu: Szlachetny rasizm


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


O Litwie, co Polaka nie chciała

O Litwie, co Polaka nie chciała  (ale Zydow liczy sie do dzis jako “Polskich Zydow”)

Gorzki triumf ministra Becka
Andrzej Krajewski,


Defilada w rocznicę wyzwolenia Wilna, 1933 r. Na trybunie marszałek Józef Piłsudski

Defilada w rocznicę wyzwolenia Wilna, 1933 r. Na trybunie marszałek Józef Piłsudski

Ten antypolonizm skutecznie podsycało polskie MSZ, ponawiając na forum Ligi Narodów akcje w obronie praw polskiej mniejszości – faktycznie ograniczanych przez litewskie władze. Dyplomatyczna wojna trwała do 1926 r., gdy w litewskim parlamencie przewagę nad chadekami uzyskała koalicja ludowców z socjaldemokratami. Polskiej mniejszości pozwolono znów otwierać szkoły z językiem ojczystym, rozpoczęto też całkiem obiecujące negocjacje z jej przywódcami.

W Polsce po przewrocie majowym Piłsudski również zaczął dawać do zrozumienia, iż myśli o zmianie polityki. Ale w grudniu 1926 r. na Litwie doszło do zamachu stanu. Władze przejął Antanas Smetona i jego prawa ręka Augustinas Voldemaras. Obaj uznali, że ocieplenie stosunków z Polską przyniesie konieczność zrzeczenia się Wilna, a z historycznej stolicy nie zamierzali rezygnować.

Pokój, którego nie było

Wkrótce Polacy dali Kownu pretekst do zmiany kursu politycznego. Z okazji siódmej rocznicy wyzwolenia Wilna do miasta 8 października 1927 r. przyjechali gen. Lucjan Żeligowski i marszałek Józef Piłsudski. Litwini odebrali to jako bolesny policzek. Premier Voldemaras nakazał mobilizację sił zbrojnych, jednocześnie ogłaszając, iż jego kraj znajduje się w stanie wojny z Polską. Żadnych działań zbrojnych jednak nie podjęto, poprzestając na skardze do Rady Ligi Narodów.

Wzajemne oskarżanie się na forum Ligi było codziennością, ale tym razem Warszawa zareagowała nietypowo. Na Wileńszczyznę przerzucono dodatkowe oddziały wojskowe, a do Genewy osobiście pofatygował się marszałek Piłsudski. Tam podczas posiedzenia Rady Ligi Narodów publicznie „zmasakrował” Voldemarasa. Obecny 10 grudnia 1927 r. w Genewie dyplomata Jan Gawroński odnotował, iż Piłsudski przerwał wystąpienie litewskiego premiera i „powiedział zebranym, że nie ma czasu na długie dyskusje – i że przyjechał tu tylko, by się dowiedzieć, czy szef litewskiego rządu chce z Polską wojny czy pokoju”. Na sali zapadło głuche milczenie. „Waldemaras (Voldemaras – przyp. aut.) zahukany, zażenowany, zakłopotany nieprzewidzianym dylematem, wyjąkał: »Pokoju«, na to Piłsudski: »To mi wystarczy. Wobec tego nie będę tu już potrzebny. Do widzenia panom«”. Marszałek po prostu wyszedł. „Teatralna ta scena zrobiła oczywiście ogromne wrażenie na obecnych dyplomatach, nienawykłych do gwałtownych odruchów” – odnotował Gawroński. A zapewne jeszcze większe na po raz kolejny upokarzanych Litwinach. Ci zaś zastygli w swoim bezsilnym uporze.

Podczas pamiętnego posiedzenia Rady Ligi Narodów przyjęto rezolucję zobowiązującą Polskę i Litwę do negocjacji w celu „dobrego porozumienia”. Przez następne lata polska dyplomacja usiłowała wymusić zawarcie traktatu oznaczającego zaakceptowanie istniejącego stanu rzeczy. Litwini sabotowali negocjacje, grając na zwłokę.

Ostatecznie strona polska postawiła na swoim w 1938 r. W nocy z 10 na 11 marca podczas wymiany ognia z litewską strażą graniczną zginął żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza Stanisław Serafin. Dzień później III Rzesza dokonała Anschlussu Austrii. Marszałek Edward Rydz-Śmigły i szef MSZ płk Józef Beck uznali, że nadarza się okazja do zdecydowanych działań, gdy światowa opinia publiczna skupia uwagę na Adolfie Hitlerze. Do tego stanowiska przekonali wahającego się prezydenta Ignacego Mościckiego.

Ultimatum, jakie przesłano do Wilna, było jednym z najbardziej osobliwych w historii dyplomacji. Jeden kraj żądał od drugiego tylko nawiązania stosunków dyplomatycznych, grożąc, iż „brak odpowiedzi lub jakiekolwiek dodatki czy zastrzeżenia będą przez Rząd Polski uważane za odmowę. W tym negatywnym wypadku Rząd Polski własnymi środkami zabezpieczy słuszne interesy swego Państwa”.

Kowno rozpaczliwie szukało wsparcia u europejskich mocarstw, a gdy te okazały swój brak zainteresowania groźbą polskiej inwazji, skapitulowało. Wymiana not dyplomatycznych zawiązujących oficjalne kontakty między Litwą a Polską nastąpiła 19 marca 1938 r. w Tallinie. Pułkownik Beck triumfował, ignorując fakt, iż zyskiwał nie sojusznika, lecz śmiertelnego wroga, gotowego na pakt z samym diabłem, żeby tylko wreszcie odegrać się za lata klęsk i upokorzeń.

Czytaj dalej tu: O Litwie, co Polaka…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The sexual violence that spurred women’s resistance in the Holocaust

The sexual violence that spurred women’s resistance in the Holocaust

By Brian Schaefer


Marisa Fox, left, Rachel Lithgow and Dr. Rochelle G. Saidel at an AJHS panel discussion on women during the Holocaust, November 2014.(Credit: Jeff French Segall)

A panel discussion and new exhibit at the American Jewish Historical Society probe the uniquely harrowing – and heroic – stories of women during the Holocaust.

NEW YORK – On October 7, 1944, Jewish prisoners in Auschwitz blew up a crematorium in an attempted revolt that, while ultimately futile, has become a powerful rebuttal to the claim that Jews succumbed to the Nazis without a fight. Many know this story but few know the names Roza Robota, Estera Wajcblum, Regina Szafirsztajn and Ala Gertner, four women who smuggled gunpowder under their fingernails and stitched it into the seams of their clothes to make the uprising possible.

Their role has been diminished in historical accounts of the event, if mentioned at all, but a new exhibition by the American Jewish Historical Society in Manhattan, called “October 7, 1944,” seeks to reinsert them into the narrative. The exhibition, which opened last month on the 70th anniversary of the revolt and runs through December 30, makes its case in a most unorthodox way: It merges contemporary dance and archival material.
“Holocaust and dance are not common bedfellows,” choreographer Jonah Bokaer told Haaretz. Bokaer, an internationally renowned artist, was commissioned by the historical society to make a 30-minute dance film inspired by the story that is projected on a wall of the exhibition.

The film features four women moving through a stark, factory-like space. Unlike most exhibition films, which consist of archival footage in grainy black and white or static interviews, the modern look of Bokaer’s piece creates a bridge to today and brings a sense of urgency to the room.
An earlier dance film by Bokaer, also featuring four women, caught the eye of Rachel Lithgow, the director of the historical society and curator of the exhibit. It reminded her of the Auschwitz revolt (and is also included in this exhibition). She asked Bokaer if he would be interested in collaborating, but he was reluctant at first.
“Historical material and performance can be a dangerous combo,” he said. “I generally don’t touch it in my work.” Yet he found himself drawn to the story and began to do research of his own.

That research took him to Auschwitz, where he spent a week pouring over archival material about the revolt, with the help of the site’s staff, and visiting the muddy crater where Crematorium 4 used to stand. He poured over record books, registration entries, name listings and key testimonies to verify information from the AJHS archive and dig deeper into the lives of these women, all of whom were executed in early January 1945, two weeks before Auschwitz’s liberation.

‘A little bit out of the box’

Lithgow understood that the inclusion of abstract dance films in the exhibition could confuse or alienate visitors who were used to seeing the Holocaust treated in a more straightforward way. But after working at Holocaust museums and archives across the country for more than a decade, she realized that a new approach was needed to keep the stories relevant.

“You have to change with the times, to make the material accessible,” Lithgow said. She admits that the current exhibition is “a little bit out of the box,” but reports that in the month and a half since its opening, it has drawn a record number of visitors, including younger people – like the elusive Brooklyn hipster.
On a long table against the gallery’s back wall, eight glass cases house artifacts such as written accounts of life in Auschwitz, military correspondence about the camp and a logbook with the name of Regina Szafirsztajn’s father. Above each case is a slice of musical notation for the Bach Chaconne for solo violin, which plays in the background, and below each is a piece of a deconstructed violin. Together with the films, the exhibition is both informative and emotionally evocative.
“I want to start with kind of a meta-question,” said Lithgow to an audience of about 40 people on a rainy November evening. “Which is: Why have women been left out of history? Specifically, Holocaust history.”

Lithgow was moderating a panel conversation called “Giving Women Their Place in Holocaust History,” in connection with the exhibition. She was joined by journalist Marisa Fox; Elisa von Joeden-Forgey, a professor of Holocaust and genocide studies at Richard Stockton College; and historian Rochelle Saidel, director of Remember the Women Institute, a cosponsor of the event.

“A lot of women’s experiences during the Holocaust had to do with the biology of being a woman,” Saidel said at the event. “Not only vulnerability of sexual violence but menstruation and childbirth and forced abortion and forced sterilization. And all of these things are women’s experiences that need to be talked about.”

Special stigma

There are several reasons why such things have not been talked about, according to the panel. To begin with, women as historians “is a phenomenon of the late 60s and 70s,” said Lithgow, and the field of Holocaust studies in particular has long been dominated by men. Only in 1983, when Esther Katz and Joan Ringelheim led a conference at Yeshiva University’s Stern College about women’s experiences in the Holocaust, did the subject begin to be widely addressed.
“It was controversial,” said Saidel. More books and scholarly articles followed in the 1990s and 2000s. But as the documentation of survivors’ stories ramped up, many interviewers were either too uncomfortable or simply untrained to ask about sexual violence.

Additionally, while Holocaust survivors have been encouraged to talk about their general experience, there is still a special stigma against the sexual violence that women suffered.
“There was a tremendous amount of shame,” said Fox, whose mother was a survivor. Many women who survived were often asked with distrust “What did you do to survive?” she added. “They were looked upon with great suspicion.”

Fox also told of her experience visiting Auschwitz to research women’s experiences and finding very little direct testimony. What she did find was a dismissive attitude from some of the historians there. “I just couldn’t believe how little women’s narratives count, especially at a place like Auschwitz,” she said.
The panelists pointed out that much of the violence against women at the concentration camps continues in some parts of the world today. “These stories and the stories of the women in the exhibit really, unfortunately, have a lot of resonance today and in many other instances of genocide,” said Lithgow.
Modern-day genocides, in Bosnia for example, or more recently in Sudan, use sexual violence against women as a tool of physical and cultural destruction. Acknowledging this often changes how one understands the overall campaign of violence, said von Joeden-Forgey.

“Frequently when we begin to do research on women’s experiences in the Holocaust or genocide, we begin to see the crime differently,” she said. “New things come to light. The behavior of men can be addressed or analyzed in a new way. It changes our view of history.”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Film Beitar

Film Beitar

Drodzy pod spodem znajdziecie film o Beitar. Ze względu na tematykę i poczęci twórców tego filmu Jan Krzysztof Żaryn i Piotr Gontarczyk idąc za rada Poldka Sobla zamieszczam wpierw krótka informacje o tych polskich historykach.

Jan Krzysztof Żaryn (ur. 13 marca 1958) – polski historyk, nauczyciel akademicki, działacz społeczny, profesor nauk humanistycznych, specjalista od dziejów najnowszych, a szczególnie historii Kościoła katolickiego w Polsce w XX wieku, obozu narodowego oraz dziejów politycznych emigracji po 1945.

Jedna z wypowiedzi prof. Żaryn to:
“Nie widzę antysemityzmu w Polsce, to fakt medialny a nie rzeczywisty.”   [ WK – innymi słowy antysemitizm w Polsce wymyślily media. ]

Piotr Gontarczyk (ur. 29 kwietnia 1970 w Żyrardowie) – polski historyk i publicysta.

O znanym Wam filmie Pokłosie Piotr Gontarczyk powiedzial:

Pokłosie” – film toporny, prostacki, szmirę pośredniego gatunku – od razu okrzyknięto dziełem „ważnym” i „odkrywczym”. Trudno się dziwić – jest typowym elementem promowanej przez mainstream pedagogiki wstydu. Nadto dobrze trafia w gusta przedstawicieli „nadwiślańskich elit”, które wobec polskości i chrześcijaństwa na co dzień z trudem tłumią niechęć i pogardę.



 


 

[WK komentarz znaleziony pod filmem. ]

Komunistyczne rządy doprowadziły do usunięcia z polskiej historiografii i pamięci wielu ważnych wydarzeń oraz postaci. Ale czy możliwe, że przez dziesiątki lat kompletnie przemilczano istnienie największej narodowo – radykalnej organizacji II Rzeczypospolitej? Niestety tak, ale na szczęście duet Robert Kaczmarek – Piotr Gontarczyk, po raz kolejny uzupełnia swoim wspólnie zrealizowanym filmem, historyczną białą plamę.

Betar był rewizjonistyczną organizacją żydowską, która w okresie swojej największej świetności w Polsce, liczyła 50 tysięcy członków. Ponadto jej działalność cieszyła się przychylnością samego marszałka Piłsudzkiego, a owocem tej sympatii była możliwość odbywania przez Betarczyków szkoleń z polską armią.
Ideologia Betaru opierała się na syjonistycznych tezach propagowanych przez Zeeva Żabotyńskiego. Głównym celem działania organizacji, było krzewienie wśród ludności żydowskiej zamieszkującej Europę zachowań i poglądów patriotycznych, oraz przygotowanie jej na powrót do Palestyny i walkę o własne państwo. Film ze stajni producenckiej Roberta Kaczmarka, jest dokumentem przedstawiającym relacje kilku żyjących jeszcze członków polskiego oddziału Betaru, uzupełnionym o historyczny komentarz Piotra Gontarczyka. Jak już przyzwyczaili nas twórcy Film Open Group, całość została świetnie zmontowana i uzupełniona archiwalnymi fotografiami i filmami oraz okraszona klezmerskimi melodiami. Z opowieści Betarczyków wyłania się fascynujący świat międzywojennej Polski, w którym przygotowywali się do najważniejszego zadania w swoim życiu: powrotu do Palestyny i walki o ojczyznę. W imię wyznawanych wartości byli gotowi poświęcić własną karierę czy wygodę. Szkoleni od najmłodszych lat poprzez ćwiczenia fizyczne oraz lekcje patriotyzmu mieli jeden cel – uzyskać własne, niepodległe państwo. Radykalna, narodowa ideologia doprowadziła do sporu z socjalistycznym Bundem, który przerodził się w konflikt, przejawiający się starciami i bójkami między członkami obydwu organizacji. Jeden z Betarczyków występujących w filmie z dumą przyznaje się, że włamał się do bundowskiego magazynu, a swoją obecność uwiecznił napisem na ścianie „Zdrajcy do Moskwy”. Zresztą socjaliści nie pozostawali dłużni i w swoich publikacjach otwarcie nazywali Betar … „faszystami”! Co ciekawe, Betar faktycznie współpracował i organizował wspólne ćwiczenia, z wyznającymi tę ideologię ugrupowaniami włoskimi. Nie zmienia to jednak faktu, że w drugiej połowie lat 30 Zeev Żabotyński widząc narastającą falę antysemityzmu, wręcz błagał w swoich wystąpieniach wszystkich Żydów, o natychmiastowe opuszczenie Europy i przeniesienie się do Palestyny.

„Betar”, choć wyprodukowany na zamówienie TVP nie miał jeszcze swojej telewizyjnej premiery i jak przyznaje Piotr Gontarczyk, z dochodzących do niego sygnałów można wnioskować iż mimo pozytywnych recenzji historyków, film szybko na ekrany nie trafi. Pozostają więc pokazy, takie jak ten, który odbył się w ostatni czwartek w Krakowskim Kinie Pod Baranami, w ramach Festiwalu Kultury Żydowskiej. Dr Piotr Gontarczyk, oprócz konsultacji historycznej, napisał również scenariusz filmu. Podczas dyskusji, która odbyła się po pokazie przyznał, że z bólem serca godził się na odrzucenie kolejnych fragmentów z 18 godzin zarejestrowanych rozmów z Betarczykami. Pierwotnie film zmontowano w 2 godzinny obraz, ale kolejne przeróbki pozostawiły ostateczną wersję, liczącą 55 minut. Historyk otwarcie mówi, że film „Betar” przełamuje pewien dyskurs polskiej powojennej historiografii, polegający na umniejszaniu roli tej organizacji zarówno w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i podczas Powstania w Getcie Warszawskim, gdzie walczyło w ramach Żydowskiego Związku Wojskowego, kilkuset jego członków. Nie bez winy są tu relacje osób wywodzących się z Bundu, a w czasie wojny należących do Żydowskiej Organizacji Bojowej, którzy przeżyli powstanie i w swoich późniejszych wypowiedziach albo pomijali znaczenie żydowskich narodowców, albo bardzo je pomniejszali. O potędze i wpływach Betaru najlepiej świadczy fakt, że z jego kadr wywodzi się wielu polityków Likudu, partii obecnie rządzącej Izraelem, czerpiącej bezpośrednio z tradycji organizacji Żabotyńskiego.

Kuba Klimkowicz


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com