Archive | 2015/07/24

Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce

Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce

Joanna Rolińska


Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce

Na grafikach zamieszczonych w przesyconej erotyzmem Xiędze Bałwochwalczej mężczyźni składają hołd kobietom. Pierwsze polskie wydanie ukazało się w 1988 roku.

Polski Chaplin czy maniakalny masochista, zagubiona pierdoła czy może geniusz wyprzedzający epokę? 70 lat temu zginął w Drohobyczu, autor dwóch książek i albumu z perwersyjnymi rysunkami.

Joanna Rolińska: Na jedynym z zachowanych warszawskich zdjęć Bruno Schulz ma uśmiechniętą twarz i przysłonięte rękami oczy. To słynna – inspirowana przez Witkacego – „Maskarada” z udziałem doktora Jana Kochanowskiego i pianisty Romana Jasińskiego. Fotografia powstała około 1937 roku, najprawdopodobniej w kamienicy przy ulicy Wiejskiej 11, w mieszkaniu zaprzyjaźnionego z Witkacym Kochanowskiego. Obecność Schulza na tym zdjęciu jest sensacją – uchodził przecież za człowieka towarzysko mało efektownego. Ale, jak wspominał sam Jasiński: „Przecie Witkacy potrafił i jego rozczmuchać”.

Wiesław Budzyński: To było czyste wariactwo uprawiane przez Witkacego. Tak jak uprawiał czystą formę, tak i czyste wariactwo. I on był sprawcą tych wygłupów. Proszę sobie wyobrazić, że oni mieli wtedy średnio po czterdzieści parę lat, a Witkacy był po pięćdziesiątce! Stare chłopy! Ale przecież było też w tym ich świecie coś, co wisiało w powietrzu, katastrofa jakaś… Proszę spojrzeć na to zdjęcie, przecież oni nas tutaj straszą tym, co ma nadejść… Schulz wygląda, jakby w ogóle nie chciał na ten świat patrzeć. Chociaż minę ma rozbawioną, a on rzadko przecież był uśmiechnięty…

J.R.: Czy można zaryzykować stwierdzenie, że Warszawa umiała wyzwolić w Schulzu, człowieku zakompleksionym i nietowarzyskim, chorobliwie nieśmiałym, inną, bardziej rozrywkową naturę?

W.B.: On do Warszawy przyjeżdżał jak doMekki. Zdawał sobie sprawę, że w Drohobyczu nikt się na tym, co on pisze i rysuje, do końca nie pozna. Chciał tu zaistnieć. Ale z drugiej strony poza Drohobyczem Schulz wszędzie czuł się obco. Przecież on nawet z Paryża, o którym całe życie marzył, uciekł po trzech tygodniach! Opowiadał później, że to rozpustne miasto. Był zszokowany. Każda metropolia go paraliżowała. W mojej książce „Schulz pod kluczem” przytaczam wspomnienie Hanny Mortkowicz-Olczakowej, która spacerowała raz z Schulzem i Gombrowiczem Szczyglą. Szczygla była ulicą ślepą i Schulz, znany ze swych licznych lęków, dostał tam strasznego ataku paniki. Poczuł się jak w potrzasku. Wedle Mortkowicz-Olczakowej dla Schulza, tego – jak go nazywa – „prowincjonalnego wizjonera”, Warszawa była równie obłąkana i niepojęta jak dla niej i jej podobnych mroczne ulice jego wizyjnego miasta.

J.R.: A jednak planował swój wymarzony roczny urlop spędzić właśnie w Warszawie.

W.B.: On tu miał przecież zamieszkać na stałe, to miało być jego drugie, po Drohobyczu, miasto. Razem z narzeczoną Józefiną Szelińską podjęli już decyzję o przeprowadzce. Ona przyjechała tu pierwsza, podjęła nudną pracę w GUS-ie i cały czas na niego czekała. Po latach w liście do Jerzego Ficowskiego wspominała: „Jeśli poprzednio zależało mi bardzo na wspólnym życiu w Warszawie, jeśli w tym celu podjęłam się straszliwie nudnej, zabójczej w swej nudzie pracy biurowej, to właśnie po to, by przyczynić się do materialnego ugruntowania naszego życia w Warszawie, co było łatwe i możliwe (…). Bruno przyjeżdżał dalej na święta, w roku 1936 przebywał dłużej, czując się jednak fatalnie, na co wpłynęła konieczność podjęcia decyzji przyjęcia pracy w Warszawie, decyzji, do której zawsze był w najgłębszych swoich pokładach negatywnie nastawiony, czując, że twórczość jego – ten jedyny sens jego życia – była nierozerwalnie związana z Drohobyczem”. Tyle Szelińska. Związek się oczywiście rozleciał, bo Schulz zwlekał z przeprowadzką, zwlekał z przejściem na katolicyzm itd. Wszelkie poważniejsze decyzje życiowe go paraliżowały.

J.R.: W świetle tego, co pan właśnie powiedział, jego wyprawa do Warszawy w 1933 r. zdaje się być wyczynem niemal brawurowym, szalonym. Przecież on tu jechał właściwie w ciemno, nikogo nie znając i licząc tylko zaledwie na szczęśliwy traf, na spotkanie z Nałkowską.

W.B.: Przyjechał pociągiem „Dancing, narty, bridge”, który kursował wtedy przez Drohobycz, i zatrzymał się przy Nowym Świecie 33 w pensjonacie należącym do rzeźbiarki Magdaleny Gross. To była Wielkanoc. Wiedział, że Grossówna przyjaźni się z Nałkowską. Jedna z ówczesnych mieszkanek pensjonatu malarka Alicja Giangrande wspominała po latach Schulza jako „małego, szarego, chaplinowatego człowieczka”, z którego razem z właścicielką podśmiewały się nieco: „Gra pan w bridge’a? A może pan jeździ na nartach lub tańczy?”. A on tłumaczył, że przywiózł książkę, którą właśnie skończył, i chciałby, żeby przeczytał ją ktoś, kto się na tym zna. Według Giangrande przyparł w końcu Grossównę do muru, mówiąc: „Mój los zależy od pani. Wiem, że pani przyjaźni się z Zofią Nałkowską i jeżeli pani ją o to poprosi, zgodzi się mnie przyjąć. Proszę, niech pani to zrobi i to od razu – mam tylko dzisiejsze popołudnie, wracam wieczorem tym samym pociągiem, więc nie mogę tracić czasu”. Jeszcze tego samego dnia po spotkaniu Nałkowska oddzwoniła, że jest to najbardziej sensacyjna rewelacja literacka, z jaką się zetknęła, i że już jutro zacznie omawiać warunki jej publikacji z wydawnictwem Rój. Nałkowska doprowadzi później nie tylko do wydania „Sklepów cynamonowych”. Stanie się Schulza protektorką, będzie prowadzić go nieomal za rękę, przeżywać jego powodzenia i kłopoty. Będzie się w nim podkochiwać.

J.R.: On też chyba miał do niej słabość.

Czytaj dalej tu: Bruno Schulz: Geniusz z pejczem w teczce


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The Forgotten Brutality of Female Nazi Concentration Camp Guards

The Forgotten Brutality of Female Nazi Concentration Camp Guards

Lauren Willmott


Women Guards Of Bergen-Belsen

Women guards of the Bergen-Belsen Nazi concentration camp, including Herta Bothe (right) and Irma Grese (second right) are seen after capture by British troops who liberated the camp, April 1945.

The female guards at Auschwitz, Bergen-Belsen and Ravensbrück are less well known than their male counterparts, but they were no less brutal

‘[They] hit the prisoners, who were almost as thin as skeletons with a thick stick … withholding of food and beatings, [they] also made the prisoners stand for hours’

Scenes like this were inflicted by thousands of SS guards who reigned terror upon millions of prisoners interned in the hundreds of concentration camps throughout the Nazi regime. Names such as Josef Kramer, Rudolf Hoess and Theodor Eicke have become synonymous with such atrocities. Yet, to the female prisoners held in camps such as Auschwitz, Bergen-Belsen and Ravensbrück, the names Irma Grese, Maria Mandl and Dorothea Binz – amongst many others – instilled as much, if not more, panic and fear than those of the SS men. In fact, the scene described above was committed by the Aufseherin (female overseer) Lehmann at Ravensbrück concentration camp, and was far from unusual in the female sections of camps.

Of the 37,000 SS guards who actively participated in the daily suffering, torture and death of the internees, approximately 10 per cent were female overseers. Some of these overseers, including Irma Grese, were sentenced to death along with their male colleagues for ‘murder’ and ‘crimes and atrocities against the laws of humanity’. Others were sentenced to between one year to life imprisonment. Few were acquitted. Their role in the Third Reich was a far cry from the Kinder, Küche, Kirche (children, kitchen, church) propaganda embedded in Nazi philosophy; they too were cogs in the killing machine of the Holocaust that led to the death of at least 1.5 million Jews.

Irma Grese, known as the ‘beautiful beast’ of Belsen, was, according to the charges brought against her at the Belsen Trial in 1945, one of the ‘most sinister and hated figures’ of the camps. Witnesses claimed that she used to beat women until they collapsed.

And she was not the only one. Renee Lacroux, a French prisoner held in Ravensbrück, told of how several female guards ‘killed the weaker ones and threw many of the girls onto the ground and trampled on them’. Just like their male counterparts, the female guards upon entering the camps were trained to become hardened and to punish prisoners severely when necessary. Many became accustomed to beating and kicking prisoners – sometimes to the point of death – with their jackboots, sticks, truncheons and, in the case of Irma Grese, with a whip made of cellophane. Some were involved in administering lethal sterilization experiments and many were present in the selection of those prisoners to be sent to the gas chambers. Some also carried a gun.

So, how did these guards, described as ‘sadists’ and ‘beasts’ by former prisoners, find themselves committing these crimes against humanity? Elisabeth Volkenrath, chief female overseer in Auschwitz and Bergen-Belsen, sentenced to death in 1945, was an unskilled laborer prior to becoming a guard. Ruth Closius, also sentenced to death for her exceptional cruelty, had dreamed of becoming a nurse but, since she left school too early, became a saleswoman in a textiles warehouse. The notorious Irma Grese worked at a dairy farm after leaving home at 15 years of age. Before entering the camps these women were, to all intents and purposes, ordinary women leading ordinary lives.

Many were not even members of the Nazi party. Unlike the overwhelming majority of male SS guards who were ardent believers in Nazi ideological and racial beliefs, less than 5 per cent of female guards were formal members of the Nazi party. For some then, the lure of a stable, well-paid job complete with uniform and accommodation was enough. Female guards earned approximately 185 RM, considerably more than the average wage of women of the same age in an unskilled factory job, 76 RM. Becoming a guard represented upward mobility for many of these under-educated and lower-class women. Even so, the recruitment campaign from 1942 onwards failed to attract the large numbers the SS needed in order to manage the increasing number of female prisoners. Instead, they had to turn to conscription. Even Irma Grese claimed that the labor exchange ‘sent [her] to Ravensbrück’, where all female guards underwent training, and that ‘[she] had no option’.

Whatever the reasons for becoming guards – financial, a thirst for adventure or conscription – Nazi ideology was rife and the ill-treatment of ‘enemies of the state’ was commonplace. As predominantly young, Aryan women aged between 17-45 (as strict entry criteria), these women had grown up in the midst of Nazism; many had been members of the Bund Deutscher Mädel (League of German Girls) and had grown up with Nazi propaganda. Further ideological training, which included propaganda films such as Jüd Süss, was imposed upon new recruits during their orientation period at Ravensbrück and manifested itself as violence within a matter of days. One prisoner noted how it took one guard just four days.

Many of these women were never brought to trial and were able to return to their pre-war, ordinary lives. For those who were brought to trial, however, such as Irma Grese, their ordinary life became a distant prospect to which they were never again able to return. Seventy years after the liberation of the camps, it is important to remember that women were not only victims, mothers or wives; they too were active agents in sustaining the terrors experienced by millions during the Holocaust.

Dachau 1950.

Dachau 1950.


 


Lauren Willmott works at the National Archives, London.

This post is in partnership with History Today. The article below was originally published at HistoryToday.com


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com