Archive | 2016/02/28

Historia z marcem ’68 w tle.

Historia z marcem ’68 w tle

Ewa Maziarska


DOCENT ZYGMUNT GROSS I MAGISTRANCI

Kończyłam studia na Wydziale Filologiczno–Historycznym w katowickiej Wyższej Szkole Pedagogicznej, przekształconej potem na Uniwersytet Śląski. Był rok 1966 r. Miałam świetny temat pracy dyplomowej: Problemy sztuki w twórczości Ignacego Maciejowskiego (Sewera). Zaczęłam już zbierać do niej materiał, gdy nagle profesor prowadzący mój dyplom ciężko się rozchorował. Musiałam zmienić promotora. O radę, do kogo się zwrócić, poprosiłam naszego dziekana.

Parę dni później zadzwoniła sekretarka z dziekanatu. Powiedziała, że opiekunem mojego dyplomu będzie doc. dr Zygmunt Gross, dziekan Wydziału Filozofii. Mam się do niego zgłosić jak najszybciej. Zdziwiłam się, że moją typowo historyczno–literacką pracę będzie prowadzić specjalista z dziedziny filozofii.

Przestałam się dziwić, gdy doc. Grossa poznałam. Był to już niemłody pan, dżentelmen w każdym calu. Z wyjątkową klasą i ogromną erudycją. Miał nieprzebraną wiedzę nie tylko z dziedziny filozofii, ale także psychologii, historii, historii literatury. Podobno był też prawnikiem. I muzykiem. W ogóle był niezwykle interesującym oryginałem.

Temat mojej pracy – jak sam powiedział – bardzo mu leżał. I w jego opracowaniu bardzo mi pomógł.

Doc. dr Gross został promotorem nie tylko moim, ale co najmniej kilkorga studentów z mojej grupy. Spotykałam się z nim kilkakrotnie. Początkowo bardzo mnie onieśmielał. Bałam się przy nim powiedzieć cokolwiek. Ale bardzo szybko okazał się niezwykle miłym i komunikatywnym człowiekiem. Traktował swoich studentów przyjaźnie. I dbał o to, aby nikomu z nas zbyt dobitnie nie okazać, że nasza ogólna wiedza jest – mówiąc eufemistycznie – bardzo skromna. Często nas chwalił. A jeśli miał jakąś uwagę krytyczną , zawsze wygłaszał ją tak ostrożnie i delikatnie, żeby niedouczony magistrant – broń boże – nie odczuł jakiegoś dyskomfortu.

Minął rok. Zbliżało się Boże Narodzenie 1967 r. Ja swoją pracę o Sewerze Maciejowskim skończyłam i oddałam do dziekanatu. Kilka osób z naszego grona zdążyło już się obronić. Ale niezmiennie byliśmy NASZYM promotorem zachwyceni. Tak bardzo, że moi koledzy postanowili go jakoś uczcić. Naradzili się i wymyślili; urządzimy dla profesora – tak go tytułowaliśmy na uczelni – przyjęcie. W mieszkaniu koleżanki, która właśnie została świeżo upieczonym magistrem. Wydało się nam to świetnym pomysłem.

Doc. Zygmunt Gross nasze zaproszenie przyjął. Nie od razu. Bo nie bardzo mu pasował termin – koniec listopada 1967. Musiał coś ważnego uzgodnić i odwołać, coś przełożyć. Ostatecznie jednak umówił się z moimi kilkoma kolegami, którzy w dniu „zero” pojechali po niego taksówką na dworzec.

Gdy przyjechali do domu koleżanki–magisterki, nasz honorowy gość został uroczyście wprowadzony do pokoju i posadzony, niczym na tronie, w pięknym fotelu, specjalnie wypożyczonym na ten wieczór od znajomego aktora. Potem były przemówienia wdzięcznych studentów, podziękowania i oczywiście liczne toasty. Było też trochę muzyki z płyt. Było naprawdę miło i wesoło. Nasz wybitny gość chyba się z nami nie nudził. Ale czas płynął. Koleżanki i koledzy stawali się coraz weselsi. Doc. Gross, który unikał alkoholu – toasty wychylał tylko symbolicznie – był coraz bardziej zmęczony. Po upływie ok. trzech godzin spojrzał na zegarek i powiedział, że z wielkim żalem musi nas już opuścić. Moi już mocno weseli koledzy nie chcieli o tym słyszeć. Siłą go zatrzymywali. łapali za ręce. Schowali mu płaszcz. Próbował im tłumaczyć, że musi iść, bo ma ważne sprawy. Koledzy nie dawali za wygraną. Chcieli, żeby został do następnego dnia. Zaczęli zamawiać hotel.

Po dłuższej chwili naszemu gościowi ostatecznie udało się wstać z reprezentacyjnego fotela. Zaczął szukać okrycia. Chłopcy w końcu zrozumieli, że nie da się go przekonać do pozostania. Podali mu płaszcz i sami zaczęli się ubierać. Mimo protestów pana Zygmunta absolutnie nie chcieli go wypuścić samego.

Po chwili zjawił się kolega od taksówki. Nasz gość szybko się pożegnał i zaczął zbiegać ze schodów. Najwyraźniej próbował uciec moim zbyt opiekuńczym i niezbyt trzeźwym kolegom. Nie udało mu się. Dwaj chłopcy go dogonili i także wsiedli do samochodu.

Nie było ich z pół godziny. Wrócili bardzo z siebie zadowoleni. – No, udało się nam wsadzić profesora do pociągu. – relacjonował jeden z nich – . Ale on ma chyba jakieś zmartwienie. Ciągle patrzył na zegarek i chciał, żebyśmy sobie już poszli. No to poszliśmy. Ale nie wiem czy to nie był błąd. Pewnie trzeba było poczekać do odjazdu pociągu.

A drugi dodał: – Chyba trzeba było. Bo gdy odeszliśmy, z daleka zobaczyłem, że profesor chyłkiem wymknął się z drugiego końca wagonu i gdzieś szybko poszedł. Chciałem za nim pobiec, ale mi zniknął w tłumie pasażerów wsiadających do pociągu.

Po tej imprezie już nigdy, ani ja, ani moi koledzy, nie spotkaliśmy się z naszym ulubionym promotorem. W końcu lutego1968 r dostałam z uczelni dziwne pismo. Dziekan informował, że wydział ma kłopoty. I jeśli chcę szybko zdać egzamin magisterski, powinnam się zgłosić najdalej za tydzień, a nie w wyznaczonym dużo późniejszym terminie. Później bowiem doc. Zygmunt Gross już nie będzie mógł być obecny podczas mojego egzaminu. Później też nie zostanie uznana moja praca, wykonana pod jego kierunkiem. Podobne zawiadomienia dotarły też do kilku moich kolegów.

Zgłosiłam się więc za tydzień. Ale naszego ulubionego promotora Zygmunta Grossa już nie było. Niecały rok potem dowiedzieliśmy się, że opuścił Polskę. Marcowi intryganci nie darowali mu tego, że był z pochodzenia Żydem. Ani tego, że jego syn, Jan Tomasz, brał aktywny udział w studenckich protestach przeciwko zdjęciu przez cenzurę spektaklu mickiewiczowskich Dziadów. Wyszczuli go z naszego kraju. Mimo że zawsze czuł się i był Polakiem.

Z tego drugiego, „marcowego” pojazdu nasz ulubiony promotor nie próbował wysiadać. Ani chyłkiem, ani w ogóle. Wyjechał z całą rodziną na stałe.


Przypomniałam sobie o tych wydarzeniach sprzed czterdziestu lat, gdy przeczytałam że PiS chce odebrać synowi „mojego” Grossa – Janowi Tomaszowi – Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP. A także, że pisowski prezydent odmówił objęcia patronatem Dziadów Mickiewicza, wystawionych we wrocławskim teatrze…

Ewa Maziarska


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


There are still Treblinka survivors living.

There are still Treblinka survivors living. One tells his tale

Amanda Borschel-Dan


Treblinka survivor Poldek (Leon) Rytz, 89, dances with wife Ester Dyna Rytz, 86, in 2007 in Sweden. (courtesy)
Treblinka survivor Poldek (Leon) Rytz, 89, dances with wife Ester Dyna Rytz, 86, in 2007 in Sweden. (courtesy)

A healthy 89-year-old living in the southern Swedish city of Borås, Pejsach Leon “Poldek” Rytz is no stranger to escaping death. Through a combination of miracles and help from fellow prisoners, as a teen he twice escaped the Nazis, including once from the death camp Treblinka.

This weekend, when international news agencies announced the death of Samuel Willenberg, many reports referred to him as the last survivor of Treblinka. On Monday, as Willenberg was buried in Israel, world news reports again referred to him as Treblinka’s last survivor. But Willenberg was, in fact, the final survivor of the August 1943 Treblinka prisoners’ revolt.

Seeing this misunderstanding in print, Rytz’s daughter Louise contacted The Times of Israel by email, notifying the paper, “My father Poldek Rytz is also a survivor from Treblinka, and is also still alive… He is still very active in telling his survival story in schools and public meetings and in 2015 he was named ‘Ambassador’ of the city of Borås.”

Because survivors are becoming older and less able to tell their own stories, Rytz’s daughter Louise felt compelled to reach out.

“It is very important to keep the history alive with witnesses and survivors from the Holocaust, specially in Sweden, a country that has turned so anti-Semitic due to our aid to Palestine and as we have taken more than 1.5 million Muslims to Sweden just in the last 10 years. Hate is growing very fast, we feel safe, but what will be for our children?” she asks in an email.

But Rytz, like many Holocaust survivors, was imprisoned in several different Nazi camps, including Majdanek,Treblinka, Buchenwald, and Bergen-Belsen. So is calling him a Treblinka survivor factually correct?

According to Yad Vashem’s head of public inquiries Ehud Amir, there is no binding definition of how a Holocaust survivor is labeled. However, “a person who was in several camps can be considered a survivor from each camp he attended,” says Amir.

And so, in addition to a phone conversation during a vacation she was taking in Thailand, Louise, seeking to spread her father’s tale of miraculous survival, provided an ad hoc English translation of his testimony, which he wrote in Swedish. With this testimony as a jumping-off point, plus a brief conversation with Rytz and his wife, and lengthy follow-up email correspondence, The Times of Israel recounts a selection of Rytz’s harrowing experiences during the Holocaust.

From small town Poland to the gates of hell

Pejsach Leon “Poldek” Rytz was born in 1927 in the small Polish town of Warka. When he was still a baby, the seven-member Ryczwol family — Rytz changed his name later — relocated to Warsaw, where father Szlomo co-owned and managed a tea import company. However, by 1939, his father, pressed into service to the Polish Cavalry, was killed, leaving mother Lea alone to raise their five children just as the Nazis occupied Warsaw.

The family struggled to survive on a stock of tea his father and sister had hidden — “a small and limited life insurance,” as Rytz remembers it. Tea was exchanged with a Polish family for food through his brother and sisters.

It was perilous to be seen on Warsaw’s streets and as part of the Nazis’ Operation Reinhard — code name for the systematic plan to exterminate Poland’s Jews — Rytz was eventually among the many Jews captured and taken in autumn 1942 to the Warsaw Umschlagsplatz, a square located near the Jewish Ghetto. There, he says, “I found myself together with a lot of other horror-filled children.”

The Warsaw Ghetto in 1942 (Photo credit: CC-BY-SA Bundesarchiv, Bild 101I-270-0298-10 / Amthor)

The Warsaw Ghetto in 1942 (Photo credit: CC-BY-SA Bundesarchiv, Bild 101I-270-0298-10 / Amthor

Read more: There are still Treblinka…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com