
John Fetterman daje Jonowi Stewartowi lekcję o Izraelu
Bob Goldberg
Senator z Pensylwanii wyjaśnia, że antysyjonizm nigdy nie kończy się na Izraelu – i dlaczego obrona państwa żydowskiego nie oznacza nielojalności wobec Ameryki.
Jon Stewart próbował pouczyć senatora z Pensylwanii Johna Fettermana o różnicy między Żydami a Izraelem. Fetterman odpowiedział Stewartowi, że obrona Izraela oznacza obronę Żydów na całym świecie.
Wtedy Stewart przeszedł do argumentacji w stylu „jako Żyd”, mówiąc senatorowi: „Społeczność żydowska i Izrael to nie jest to samo, bracie. To nie jest to samo”.
Fetterman odparł w istocie, że Izrael jest politycznym wyrazem żydowskiej wspólnoty narodowej – ojczyzną, schronieniem i środkiem samoobrony stworzonym po stuleciach, w których Żydzi przekonali się, jaką cenę płaci się za uzależnienie własnego przetrwania od innych.
Dlatego też – argumentował – Partia Demokratyczna przekracza polityczną czerwoną linię, gdy staje się antyizraelska, atakuje Izrael i usprawiedliwia Hamas. Stewart nie krył niedowierzania: jak Fetterman może zgadzać się z progresistami w większości kwestii polityki wewnętrznej, a jednocześnie odrzucać ich stanowisko w sprawie Izraela?
Wówczas Stewart ponownie sięgnął po argument „jako Żyd”, stwierdzając: „Izrael to nie jest nasz kraj”.
„Jako Żyd” kontra wartości żydowskie. (Fot. WESA90)
Z geograficznego punktu widzenia Stewart miał całkowitą rację. Fetterman reprezentuje Pensylwanię, a nie Petach Tikwę. Tyle że Fetterman nigdy nie twierdził niczego przeciwnego. Powiedział jedynie, że porzucenie Izraela jest dla niego nieprzekraczalną czerwoną linią – nie zaś, że Izrael jest jego krajem.
Mimo to sformułowanie Stewarta niosło wyraźną insynuację: że poparcie Fettermana dla państwa żydowskiego czyni jego lojalność wobec Stanów Zjednoczonych podejrzaną.
Odpowiedź Stewarta: „to nie jest nasz kraj” była tym bardziej nieuczciwa, że Fetterman wcześniej wyjaśnił już, dlaczego Izrael ma znaczenie dla Ameryki.
Fetterman zalicza Izrael do grona państw takich jak Ukraina i Tajwan – demokracji przeciwstawiających się antydemokratycznej agresji. Wielokrotnie mówił, że wspieranie tych sojuszników pokazuje, „po czyjej stronie stoimy i jakie wartości reprezentujemy”. Argumentował również, że wspieranie sojuszników broniących się przed agresją nigdy nie powinno budzić kontrowersji.
Stewart potraktował jednak poparcie dla Izraela jako dowód niewłaściwie ulokowanej lojalności. Ukrainy można bronić w imię demokracji. Tajwanu można bronić w imię odstraszania. Ale gdy ktoś broni Izraela, nagle przypomina mu się, że „to nie jest nasz kraj”.
Czy Stewart powiedziałby to samo senatorowi, który uznaje przetrwanie Ukrainy za moralny imperatyw? Czy przerwałby pełną zaangażowania obronę Kijowa, by oznajmić, że Ukraina „to nie jest nasz kraj”? Czy poparcie dla Tajwanu również wywołałoby pytania o to, które państwo reprezentuje amerykański senator?
Oczywiście, że nie. Popierasz Ukrainę – bronisz demokracji. Popierasz Palestyńczyków – bronisz praw człowieka. Popierasz Izrael – i nagle twój patriotyzm wymaga zbadania.
Stewart ujawnił także, gdzie sam lokuje swoją lojalność. Nie przy jakiejś surowej doktrynie „America First”. Jest ona związana z progresywną ortodoksją, która akceptuje zaangażowanie we wszystkie modne sprawy międzynarodowe – z wyjątkiem przetrwania narodu żydowskiego.
Ta ortodoksja pozwala Żydom istnieć jako jednostkom – najlepiej zaniepokojonym i pełnym poczucia winy. Pozwala im pamiętać o prześladowaniach, pod warunkiem że nie wyciągają z nich żadnych politycznych wniosków. Mogą modlić się zwróceni ku Jerozolimie, o ile nie wysuwają wobec niej żadnych roszczeń. Mogą opłakiwać żydowską bezsilność, o ile nigdy nie zdobędą żydowskiej siły.
Antysyjonistyczny napastnik nie zatrzymuje się przed synagogą, aby sprawdzić, którzy wierni popierają Benjamina Netanjahu. Wandale nie badają stanowiska żydowskiego centrum społecznościowego wobec osiedli, zanim wybiją w nim szyby. Prześladowca nękający żydowskiego studenta nie rozróżnia starannie między syjonistą, liberalnym syjonistą, niesyjonistą a antysyjonistą.
Dlatego właśnie antysyjonizm nie pozostaje sterylnym sporem o granice. Gdy Izrael zostaje uznany za wyjątkowo zły – kolonialny, rasistowski, dopuszczający się ludobójstwa – Żydzi stają się domniemanymi przedstawicielami tego państwa. Synagogi, szkoły żydowskie, żydowskie przedsiębiorstwa i pojedynczy Żydzi stają się celami ataków.
Czy można krytykować Izrael bez popadania w antysemityzm? Oczywiście. Izrael jest demokracją, a nie świętością. Jego premierzy, działania wojskowe, osiedla i polityka mogą być przedmiotem ostrej debaty.
Jak zauważył Charles Krauthammer (o czym wielokrotnie pisałem), ocenianie Izraela według standardów, których nie stosuje się wobec żadnego innego państwa, oraz systematyczne potępianie państwa żydowskiego za działania tolerowane gdzie indziej nie jest stawianiem Izraelowi wyższych wymagań – jest dyskryminacją. „A dyskryminacja wobec Żydów również ma swoją nazwę” – podsumował. „Tą nazwą jest antysemityzm”. Kiedy Stewart, występując „jako Żyd”, odnosi do Izraela podejrzenia, których nie kieruje wobec żadnego porównywalnego sojusznika, jest antysemitą.
Ponieważ Fetterman odmawia porzucenia Izraela, sam doświadcza dziś tego dyskryminacyjnego standardu.
Podobnie jak Izrael, Fetterman musi najpierw udowodnić swoją legitymację, zanim jego argumenty zostaną w ogóle wysłuchane. Izrael musi dowodzić swojego prawa do istnienia, zanim będzie mógł się bronić. Fetterman musi udowodnić swoją lojalność wobec Ameryki, zanim będzie mógł bronić Izraela.
Stewart zasugerował, że popieranie Izraela jako państwa żydowskiego prowadzącego wojnę z islamistycznym kultem śmierci jest niemal zdradą. Można się spodziewać, że każdy antysyjonistyczny kandydat ubiegający się o urząd będzie przy każdej okazji wykorzystywał ten argument do odpierania krytyki. Fetterman dostrzega to, czego historia nauczyła Żydów: kiedy kampania przeciwko żydowskiej suwerenności odnosi sukces, bardzo rzadko kończy się na suwerennym państwie żydowskim.
Izrael może nie być krajem Fettermana. Rozumie on jednak, że Ameryka i Izrael zostały zbudowane na tej samej nadrzędnej zasadzie: że wolny naród ma prawo sam sobą rządzić i sam się bronić. Rozumie również mroczniejszą prawdę, o której Stewart woli zapomnieć – że bez Izraela Żydzi znów stają się wszędzie niemile widzianymi gośćmi i nigdzie nie mogą czuć się bezpiecznie.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com



