Tomasz Pietrasiewicz: 43 tys. Żydów mieszkało w Lublinie w 1939. O każdym chcemy coś napisać
Paweł Piotr Reszka
Tomasz Pietrasiewicz / (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
My, Polacy, mało o sobie wiemy. Być może takie proste pytanie, o najważniejszego człowieka w życiu każdego z nas, pozwoli nam się lepiej zrozumieć. Rozmowa z Tomaszem Pietrasiewiczem, dyrektorem Ośrodka “Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie
Najważniejszy człowiek w pana życiu to?
– To ktoś, kogo nigdy tak naprawdę nie poznałem. Ktoś, o kim niewiele wiem, ale którego obecność towarzyszy mi od bardzo wielu lat. Pewien chłopiec żydowski.
Chodzi o Henia Żytomirskiego? Urodził się w Lublinie, miał dziewięć lat, gdy zginął w komorze gazowej Majdanka. Kierowany przez pana Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN” realizuje poświęconych mu kilka projektów.
– Chodzi o kogoś innego. Nie wiem nawet, jak to dziecko się nazywa. Miałem wtedy może dziesięć lat, chodziłem do podstawówki. Na matematyce nauczycielka opowiedziała klasie historię z czasów swojej młodości. Widziała, jak w Kamionce pod Lubartowem niemiecki żandarm prowadził młodego Żyda. Za chwilę miał go rozstrzelać. Przyglądała się temu grupa Polaków. Na oczach wszystkich ten chłopczyk osiwiał. Za chwilę zginął. Wiele lat po tej lekcji spotkałem się ze znajomymi z dawnej klasy, pytałem ich o tę opowieść. I tu zaskakująca rzecz. Nikt jej nie pamiętał.
Dlaczego ta historia jest dla pana tak ważna?
– Wracała do mnie na różnych etapach mojego życia. Nagle czułem jej obecność. Choć było i tak, że wyrzuciłem ją z pamięci na lata. Dopiero jak zaczęliśmy działać tutaj, w Bramie Grodzkiej w Lublinie, wróciła z całą mocą. Było to dla mnie w jakiś sposób niewytłumaczalne. Dopiero po latach poskładałem to sobie w pewną całość i wszystko się domknęło.
Ale tym, co wpłynęło na to, co i jak tutaj robimy, był pewien ważny fakt. Długo myślałem o tej historii jak o niezwykle tragicznym wydarzeniu. Po prostu. Nie myślałem o tym chłopcu jak o dziecku żydowskim. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie to, że musiał zginąć, bo był Żydem. Po prostu.
No a potem faktycznie pojawiła się historia Henia Żytomirskiego. Ośrodek odwiedziła jego ciocia Neta Żytomirska-Avidar, miała ze sobą album. Co roku ojciec robił Heniowi zdjęcie. Ten album zobaczyłem przypadkowo u kogoś z naszych pracowników na biurku. Zacząłem go przeglądać. Ostatnie zdjęcie, z lipca 1939 roku, pokazuje Henia na schodach gmachu w centrum miasta. Uśmiechnięty chłopiec, wakacje. To ostatnia fotografia. Potem nie ma już nic, koniec. Cholernie mnie to uderzyło.
To było w okolicy 2000 roku, działaliśmy już jakieś dziesięć lat. I do tej pory raczej nie opowiadaliśmy o Zagładzie. Koncentrowaliśmy się na życiu. Zbieraliśmy relacje o tym, jak wyglądało w Lublinie życie w dzielnicy żydowskiej do 1939 roku.
A da się opowiadać o społeczności, której już nie ma, i nie mówić o Zagładzie?
– Teraz już wiem, że się nie da. I pewnego dnia dotarło to do mnie bardzo mocno. Poza mną nikt już nie pamiętał historii chłopca z Kamionki, który osiwiał, zrozumiałem, że jak czegoś nie zrobimy, ona po prostu zniknie. Tak samo jak zniknie historia Henia Żytomirskiego.
Wysłaliśmy maila do Instytutu Yad Vashem, opisaliśmy, co wiedzieliśmy, Kamionka, akcja Reinhardt, 1942-43 rok, kilkuletni chłopiec. Może uda się czegoś dowiedzieć? Odpisali, że brak danych, że nie są instytucją od robienia cudów. Dużo mnie to nauczyło. Że to my powinniśmy odtwarzać losy, szukać nitek, liczyć na cud.
Historię Henia Żytomirskiego pokazywaliście w sposób, w jaki nikt przed wami tego nie robił. Miał nawet swoje konto na Facebooku, odpowiadał na wiadomości. To zresztą spotkało się też z głosami krytycznymi. W waszych projektach często stawiacie na wywołanie emocji.
– Oczywiście. Chcieliśmy, żeby ta historia, jak i inne, które opowiadamy, jakoś ludzi obeszła. Ale najpierw były listy. Prosiliśmy młodych ludzi, by napisali do niego parę słów. I to było świetne, bo te listy były czymś bardzo szczerym. Kiedyś do koperty ktoś włożył kwiatek.
W jaki sposób pan trafił do teatru?
– Wstyd się przyznać, ale przez mordobicie.
Jak to?!
– Studiowałem fizykę na UMCS. Druga połowa lat 70. Mieliśmy praktyki w Lubelskich Zakładach Naprawy Samochodów. No i był tam z nami taki jeden kolega, ćwiczył taekwondo. Trenowałem kiedyś podnoszenie ciężarów, trochę boks. No to ten kolega mówi: „To co, może się sprawdzimy?”. Dwa razy mi tego nie trzeba było powtarzać.
Zaczęliśmy się tłuc. Przyglądała nam się grupka studentów. Kibicowali. W jakiś sposób w tej walce mi się powiodło. Po wszystkim podchodzi do mnie jeden z widzów i mówi: „No nieźle. A wiesz, my mamy taki teatr studencki i potrzebujemy właśnie takich wysportowanych jak ty. Może byś przyszedł na próbę?”. Ja mu na to: „Człowieku, przecież ja w życiu w teatrze nie byłem”.
Z klasą też nie?
– Rzeczywiście. Raz z klasą byliśmy w Warszawie, balet czy jakaś opera. Pamiętam, że z kolegami strzelaliśmy do aktorów z procy.
Wtedy na próbę pan poszedł.
– Z ciekawości. Miałem na sobie dres. Tym gościem, co mnie zaprosił, był Antek Mierzwiński, a teatr to Grupa Chwilowa. Zmienił moje życie. Nagle w nim eksplodował. Teatr stał się dla mnie wszystkim.
W roku 1980 robiliśmy „Martwą naturę”, wtedy po raz pierwszy poczułem się współtwórcą, pracowaliśmy metodą kreacji zbiorowej. Ważnym elementem tego przedstawienia była poezja Josifa Brodskiego. Dla mnie spotkanie z nią było rodzajem wstrząsu. Ta historia odrzuconego poety, który musi emigrować, który nie mieści się w systemie, trafiła w moje emocje. Ten spektakl wrócił do mnie 20 lat później. Przygotowując go, potrzebowaliśmy mnóstwa płaszczy jako rekwizytów. Daliśmy ogłoszenie do prasy z prośbą, by ludzie przynosili nam stare i niepotrzebne. Mieliśmy dyżury i odbieraliśmy płaszcze. Do mnie przyszła pewna pani. Przyniosła beżowy jesienny płaszcz. Miał go na sobie jej brat, gdy 22 lipca 1944 roku został rozstrzelany przez Niemców w więzieniu na Zamku Lubelskim. Siostra wyprała go z krwi, trzymała przez lata. Czuła, że powinna go nam oddać, bo jej brat zawsze chciał być aktorem.
Płaszcz zagrał w przedstawieniu, używałem go. Wciąż go mam. Jest tutaj, w miejscu oddalonym o sto metrów od więzienia, w którym zaczęła się jego historia.
Gdyby nie tamte praktyki, nie ta bójka, być może dziś uczyłbym fizyki w jakieś szkole. Zresztą te studia to też wcale nie były dla mnie czymś oczywistym. Bo ja mocno chuliganiłem. Czułem się obcy i nieakceptowany, chciałem pokazać, że potrafię.
Pochodzi pan z Siedlec, ojciec był wojskowym.
czytaj dalej: Tomasz Pietrasiewicz: 43 tys. Żydów mieszkało w Lublinie w 1939. O każdym chcemy coś napisać
twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com