Archive | April 2015

Armenian genocide: To continue to deny the truth

Armenian genocide: To continue to deny the truth of this mass human cruelty is close to a criminal lie

Robert Fisk


At seven o’clock on Thursday evening, a group of very brave men and women will gather in Taksim Square, in the centre of Istanbul, to stage an unprecedented and moving commemoration. The men and women will be both Turkish and Armenian, and they will be gathering together to remember the 1.5 million Christian Armenian men, women and children slaughtered by the Ottoman Turks in the 1915 genocide. That Armenian Holocaust – the direct precursor of the Jewish Holocaust – began 100 years ago this Thursday, only half a mile from Taksim, when the government of the time rounded up hundreds of Armenian intellectuals and writers from their homes and prepared them for death and the annihilation of their people.

The Pope has already annoyed the Turks by calling this wicked act – the most terrible massacre of the First World War – a genocide, which it was: the deliberate and planned attempt to liquidate a race of people. The Turkish government – but, thank God, not all the Turkish people – have maintained their petulant and childish denial of this fact of history on the grounds that the Armenians were not killed according to a plan (the old “chaos of war” nonsense), and that the word “genocide” was anyway coined only after the Second World War and thus cannot apply to them. On that basis, the First World War wasn’t the First World War because it wasn’t called the First World War at the time!

Two thoughts come to mind, then, on this centenary of the butchery, mass rape and child killing of 1915. The first is that for a powerful government of a strong – and courageous – European and Nato nation such as Turkey to continue to deny the truth of this mass human cruelty is close to a criminal lie. More than 100,000 Turks have discovered that they have Armenian grandmothers or great-grandmothers – the very women kidnapped, enslaved, raped or converted on the death marches from Anatolia into the northern Syrian desert – and Turkish historians themselves (alas, not enough of them) are now producing the most detailed documentary evidence of the sinister Talat Pasha’s extermination orders issued from what was then Constantinople.

Yet anyone who opposes the government’s denial of genocide is still vilified. For almost a quarter of a century, I have been receiving mail from Turks about my own writing on the genocide. It started when I dug the bones and skulls of massacred Armenians out of the Syrian desert with my own hands in 1992. A few correspondents wanted to express their support. Most letters were little short of pernicious. And I rather fear that the continued denial by the Turkish government could be as dangerous to Turkey as it is outrageous for the Armenian descendants of the dead. I remember an elderly Armenian lady describing to me how she saw Turkish militiamen piling living babies on top of each other and setting fire to them. Her mother told her that their cries were the sound of their souls going up to heaven. Isn’t this – and the enslavement of women – exactly what Isis is perpetrating against its ethnic enemies just across the Turkish border today? Denial is fraught with peril.

And let’s ask ourselves what would happen if the present German government was to claim that any demand to recognise the “events” of 1939-1945 – in which six million Jews were murdered – as a genocide was “Jewish propaganda” and “mutilating history and law”. Yet that was pretty much what the Turkish government said when the EU last week asked it to recognise the Armenian genocide. The EU, the foreign ministry said in Ankara, had succumbed to “Armenian propaganda” about the “events” of 1915, and was “mutilating history and law”. If Germany had adopted such unforgivable words about the Jewish Holocaust, you would not have been able to see through the Berlin exhaust fumes as the world’s ambassadors headed for the airport.

Yet the very day after the brave little commemoration scheduled for Taksim Square this week, the great and the good of the Western world will be gathering with Turkish leaders a few miles to the west of Istanbul to honour the dead of Gallipoli, Mustafa Kemal’s extraordinary – and brilliant – 1915 victory over the Allies in the First World War. How many of them will remember that among the Turkish heroes fighting for Turkey at Gallipoli was a certain Armenian Captain Torossian – whose own sister would soon die in the genocide?

I plan to report on the commemoration next week in the company of Turkish friends. But the second thought that comes to mind – and Armenian friends must forgive me – is that I’m not terribly interested in what the Armenians say and do on this 100th anniversary. I want to know what they plan to do on the day after the day of the 100th anniversary. The Armenian survivors – those who could remember – are now all dead. In about 30 years, Jews around the world will suffer the same deep sadness as their own last survivors disappear from the world of living testimony. But the dead live on, especially when their victimhood is denied – a curse that forces them to die again and again.

Armenians must surely now compile a list of the brave Turks who saved their lives during their people’s persecution. There is at least one provincial governor, and individual named Turkish soldiers and policemen, who risked their own lives to save Armenians at this gruesome moment in Turkish history. Recep Tayyip Erdogan, Turkey’s triumphalist prime minister, has spoken of his sorrow for the Armenians, while continuing to deny the genocide. Would he dare to refuse to sign an Armenian genocide book of commemoration listing the brave Turks who tried to save their nation’s honour at its darkest hour?

I’ve been banging on about this idea to Armenians for years. I said the same to Armenians in Detroit last week. Honour the good Turks. Alas, everyone claps. And does nothing


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Maryna Ochab z Nagrodą Tadeusza Boya-Żeleńskiego

Maryna Ochab z Nagrodą Tadeusza Boya-Żeleńskiego

Janusz R. Kowalczyk


Maryna Ochab, Warszawa Zamek Królewski, uroczystości 80-lecia Polskiego PEN Clubu, 2005, 
fot. Anna Beata Bohdziewicz/Reporter

Maryna Ochab, Warszawa Zamek Królewski, uroczystości 80-lecia Polskiego PEN Clubu, 2005, 
fot. Anna Beata Bohdziewicz/Reporter

Maryna Ochab (ur. 1946) – tłumaczka, głównie z języka francuskiego, aktywna od 1976 roku. Przełożyła, między innymi, Symbolikę zła Ricoeura, Zazi w metrze Queneau (nagroda Literatury na Świecie 2005), Przechodzimura Marcela Aymé, wiele książek historyczno-kulturowych z nowej francuskiej szkoły historycznej, Życie seksualne Immanuela Kanta (2002), której autorem jest francuski dziennikarz Jean-Baptiste Botul (właściwie Frédéric Pagès), 2 powieści kryminalne Jean-Claude’a Izzo i inne. W 1999 otrzymała Nagrodę PEN Clubu za przekłady na język polski. Jest córką Edwarda Ochaba. [zrodlo: Wikipedia ]

Maryna Ochab, tłumaczka z języka francuskiego, odebrała przyznaną po raz pierwszy Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Laureatka otrzymała statuetkę i 50 tys. zł.

W dorobku Maryny Ochab, której tłumaczenia ukazują się od 1976 roku, są takie pozycje jak “Zając z Patagonii” Claude’a Lanzmanna, “Zazi w metrze” Raymonda Queneau, “Czarodziejki” Jeana Starobinskiego (razem z Tomaszem Swobodą) czy “Indie. Miliony zbuntowanych” Vidiadhara Surajprasada Naipaula (razem z Agnieszką Nowakowską), a także “Życie seksualne Immanuela Kanta” Jean-Baptiste’a Botu, “Przechodzimur” – opowiadania Marcela Aymé, “Symbolika zła” Paula Ricoeura, “Niebieski: historia koloru” Michela Pastoureau, “Total Cheops i Szurmo” Jean-Claude’a Izzo.

Maryna Ochab tłumaczy głównie z języka francuskiego, ale również z włoskiego, angielskiego i rosyjskiego. Popularyzuje także literaturę polską – na język francuski przetłumaczyła “Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall.

Nietypową statuetkę w kształcie szkatułki z trzema szufladkami, jaką otrzymała laureatka, zaprojektowała i wykonała Katarzyna Józefowicz, rzeźbiarka, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Po uchyleniu szufladek widzimy wycięte słowa, które kojarzą się artystce z przekładem literackim, zarówno te oczywiste, jak książka, autor, literatura, ale też miłość, otwartość, metoda, nazwy przedmiotów czy rozmaite czasowniki.

“Maryna Ochab jest tłumaczką z pasją, ale ta pasja jest podszyta rzetelnością i szacunkiem dla oryginału, nie polega na forsowaniu własnego głosu. Szanuje integralność zdań, długość oddechu, niczego nie dopisuje ani nie skraca, potrafi uratować wszelkie dwuznaczności i tkankę tego, co jest pomiędzy wierszami. Jak wielu tłumaczy, lubi być w cieniu, ale pora wyprowadzić ją na środek sceny, w snop światła – powiedziała o laureatce Anna Wasilewska, przewodnicząca jury Nagrody. – Kapituła chciała zwrócić uwagę na różnorodność w dorobku laureatki, która gra na kilku fortepianach. Uprawia przekład wszystkich gatunków – oprócz poezji – czyli eseju filozoficznego, eseju historycznego, krytyki literackiej, prozy i dramatu. Wśród autorów przez nią tłumaczonych znajdują się takie nazwiska, jak Jean Starobinski, Paul Ricoeur, Philippe Aries, Michel Pastoureau, Jean Delumeau, a także Georges Bataille, Raymond Queneau, Raymond Roussel.”

“Maryna Ochab potrafi znaleźć właściwą dykcję dla wszystkich tłumaczonych przez siebie pisarzy, mocno ustawić głos, wcielić się w rozmaite role, nadać tekstom właściwą intonację, nie bać się leksykalnej wynalazczości” – dodała Anna Wasilewska.

“Czuję się bardzo wyróżniona i speszona zarazem, bo uważam, że moi koledzy mają większy dorobek ode mnie” – powiedziała Maryna Ochab po przyjęciu Nagrody.

Jak podkreślają organizatorzy, Nagroda Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego jest wyrazem uznania dla zasług i maestrii tłumaczy literatury pięknej i związana jest z zainicjowanymi w 2013 roku przez Instytut Kultury Miejskiej Gdańskimi Spotkaniami Tłumaczy Literatury “Odnalezione w tłumaczeniu”. Celem Nagrody jest podkreślenie należnej przekładowi i tłumaczowi rangi.

Galę wręczenia Nagrody, która odbyła się 10 kwietnia w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, prowadził Michał Chaciński, scenografię i wizualizację zaprojektowała Olga Warabida, a muzykę specjalnie dla “Odnalezionego w tłumaczeniu” skomponował Olo Walicki.

Laureatkę wybrała kapituła Nagrody w składzie: Anna Wasilewska (przewodnicząca Kapituły), Edward Balcerzan, Andrzej Jagodziński, Adam Pomorski, Krzysztof Pomian, Stanisław Rosiek i Justyna Sobolewska.

Nominowanymi do nagrody byli: Elżbieta Cygielska (język węgierski), Jan Gondowicz (język francuski i inne), Michał Kłobukowski (język angielski), Halina Kralowa (język włoski), Małgorzata Łukasiewicz (język niemiecki), Maryna Ochab (język francuski) i Jacek Poniedziałek (język angielski).

Autor: Janusz R. Kowalczyk, Rynek-ksiazki.pl


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Mordobicie w rocznicę

Mordobicie w rocznicę

Mariusz Ziomecki


James B. Comey

James B. Comey

Dokładnie w 72 rocznicę powstania w warszawskim getcie, Polacy zwariowali. Z powodu doniesienia, że wysoki amerykański urzędnik państwowy miał przypisać naszemu krajowi współodpowiedzialność za Holocaust, MSZ odpalił dyplomatyczne rakiety balistyczne, jak jeden mąż ryknęli z oburzenia politycy i publicyści, zawrzało w serwisach społecznościowych. Zupełnie jak w Turcji, gdy ktoś ważny wspomni o rzezi Ormian…

Nieliczni, jak Tomasz Lis w NaTemat, zauważyli, że reakcja jest nieproporcjonalna do obelgi. Co do zasady – nikt publicznie nie zgłaszał wątpliwości. W eseju, który 14 kwietnia opublikował dziennik The Washington Post (a który został adoptowany z wcześniejszego przemówienia w United States Holocaust Memorial Museum), dyrektor Federalnego Biura Śledczego (FBI) James Brien Comey Jr. napisał bowiem: “In their minds, the murderers and accomplices of Germany, and Poland, and Hungary, and so many, many other places didn’t do something evil”. Autorowi nie szło o hierarchię winy; tą kwestią nie zajmował się w ogóle. Nadcisk położył na uderzający, wspólny rys mentalny osób, które zabijały pomagały zabijać Żydów: byli mianowicie przekonani, że że nie czynią źle. Ta myśl, niebanalna jak na szefa policji, nie przebiła się w naszym kraju zupełnie.

Dyskusje wallu jak walki w klatce.

Z niezwykłą jak na polskie zwyczaje jednomyślnością znajomi twierdzili, że wymienianie w jednym zdaniu Polski obok hitlerowskich Niemiec w kontekście zagłady Żydów jest absolutnie niedopuszczalne. Sypały się gromy na „historyczną ignorancję” i „bezczelność” dyrektora i Amerykanów w ogólności – przecież Jankesi też mieli swoje za uszami, np. gdy zignorowali raporty o obozach śmierci, albo gdy nie wpuścili do siebie statku z żydowskimi uchodźcami z III Rzeszy. Zaterkotał młynek i słyszeliśmy znajomą litanię: że Polska była ofiarą, a nie wspólnikiem Hitlera; że większość drzewek w Yad Vashem posadzili nasi rodacy, choć u nas za pomoc Żydom okupanci karali śmiercią, a gdzie indziej nie; że nigdy nie stworzyliśmy kolaboranckiego rządu i nie było polskich dywizji w barwach nazistów. Niektórzy z rozpędu dodawali, że w gettach działała żydowska policja i konfidenci; czemu ich nie wymieniać też jako sprawców Holocaustu? Ryszard Schnepf, polski ambasador w Waszyngtonie, stwierdził, że Polacy „zostali oskarżeni o zbrodnie, których nie tylko nie popełnili, ale sami byli (tych zbrodni) ofiarami” (cytuję za izraelskim dziennikiem Haaretz, tłumaczenie moje – MZ).

Dlaczego większość moich znajomych, w końcu ludzi kumatych, też oślepła i ogłuchła na przekaz autora? Moim zdaniem, poprawne tłumaczenie inkryminowanej frazy powinno brzmieć: “W ich własnym mniemaniu, mordercy i ich wspólnicy z Niemiec, a także z Polski, a także z Węgier, a także z wielu, wielu innych krajów, nie robili niczego złego.”‬ Konstrukcja zdania wyraźnie wyróżnia Niemców, ale faktycznie, Polacy w kategorii winy znaleźli się na pudle, wraz z licho wie czemu, braćmi Maziarami.

Pozornie, kłótnia w realu zakończyła się po naszej, polskiej myśli. Szef FBI lekko uderzył się w piersi. Nie przeprosił, ale wyraził ubolewanie za zestawienie Polski z Niemcami. Żałuje, że wymienił jakiekolwiek kraje. W odręcznie napisanym oświadczeniu przekazanym na ręce ambasadora Schnepfa (w świecie dyplomacji to ważny gest) stwierdził, że… państwo polskie nie ponosi winy a okrucieńswa nazistów. Formułka stwierdza oczywistą oczywistość, a kwestia odpowiedzialności Polaków za własne czyny pozostała elegancko niedopowiedziana. Szefowa polskiego rządu szybko uznała sprawę za zamkniętą i na tym zapewne się skończy. Choć prezydent Komorowski, który ma na głowie kampanię wyborczą, wciąż się sroży o przeprosiny.

Ignoranci oskarżają o ignorancję.

Triumf więc? Obroniliśmy nasz honor? Niestety, widzę mały problem. Polega on na tym, że udział Polaków w eksterminacji Żydów na ziemiach polskich w trakcie II wojny i, tragicznie, też po jej zakończeniu, był zdecydowanie większy niż wydaje się dziś polskiej opinii publicznej – właczając w to, niestety, dużą część elity politycznej i dziennikarzy.

Ustalenia historyków, w tym polskich, są bezlitosne. W latach 1940-1944 Polacy zabili więcej Żydów niż uratowali „Sprawiedliwi”, na bohaterstwo których tak chętnie się powołujemy. Inny przykry fakt jest taki, że w okupowanej Polsce z rąk Polaków zginęło więcej Żydów niż Niemców, choć mieliśmy największy w Europie ruch oporu. Mord Jedwabnem nie był żadnym wyjątkiem a pogrom kielecki był jednym z kilkuset na ziemiach polskich; eksterminacja polskich Żydów nie zakończyła się z końcem działań wojennych

Egzorcyzmy w imię polskiej niewinności, odprawiane nad nieszczęsnym dyrektorem FBI, każą przypuszczać że te fakty są słabo znane, bądź wypierane, przez uczestników dyskusji. Jak coś takiego możliwe jest w kraju, gdzie w kółko gada się ważności wiedzy historycznej i o obowiązku pamięci? Mam dwie hipotezy, obie dosyć przykre.

Pierwsza mówi, że nie czytamy. Przytłaczająca większość moich znajomych, w tym kolegów z prasy, radia i stacji telewizyjnych, nie zadała sobie trudu, żeby choć przejrzeć np. książkę Anny Bikont „My z Jedwabnego” – inaczej nie słyszelibyśmy znów ze wszystkich stron, że rękę na Żydów podnosiły wyłącznie wyrzutki społeczeństwa i tzw. szmalcownicy. Nie weszły do intelektualnego obiegu fundamentalne dzieła Barbary Engelking o Holocauście w Polsce ani, niedawny, teoretycznie głośny „JUDENJAGD” prof. Jana Grabowskiego („Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu), w którym autor z naukową precyzją opisał, jak z 277 Żydow, którzy szukali ratunku “po aryjskiej stronie” w trakcie stopniowej likwidacji getta w Dąbrowie Tarnowskiej, miejscowi Polacy zamordowali 239 osób… Spłynęła jak woda po gęsiach też “Prześniona rewolucja” filozofa prof. Andrzeja Lerdera, słynna ponoć analiza polskiej świadomości, która zgrabnie wypiera nawet przełomowe wydarzenia historyczne, w tym Holocaust, jeśli są niewygodne. W kraju, gdzie czyta się zbyt mało, nie może być zbyt mądrze.

Drugie przypuszczenie: w sprawie stosunku do Holocaustu zrobiliśmy, w bólach, pewien postęp w ostatnim ćwierćwieczu i chwilowo mamy dość tego tematu. Po przykrych rewelacjach Grossa i innych nie chcemy jeszcze dalej, do końca popatrzeć historycznej prawdzie w oczy. Gdy niedawno okładaliśmy się ze znajomymi na fejsie pięściami w sprawie eseju dyr. Comey’a, jeden z nich napisał: „Mariuszu. Piszesz ironicznie o “chronicznej polskiej niewinności”, a ja mam zamiar pisać i myśleć o tym bez ironii (….) Uważam, że patriotyzm jest wielką pozytywną siłą narodów. Że patrioci wychowywani w dumie ze swojej ojczyzny i swoich bohaterów są lepszymi bardziej wartościowymi ludźmi. Więc tu jawi się kwestia proporcji. Rzygać mi się już chce “Pokłosiami” i “Idami” . Nie kwestionując i takich obrzydliwych, wartych napiętnowania przypadków, punkt ciężkości w przedstawianiu i nauczaniu historii powinien być zupełnie gdzie indziej. Gdzie? To proste. Tam gdzie było polskie państwo. Tam gdzie byli Karscy, Pileccy, Ulmowie, Zośki i Żołnierze Wyklęci. Mam wspaniałą ojczyznę, ze wspaniałą historią i nie pozwolę, żeby jakiś niedouczony, mam nadzieję trzeźwy Irlandczyk na nią pluł”.‬

Pułapki zapominania

Co więc robić? Michał Cichy zaproponował, żeby odpuścić i… zapomnieć. Pisze: “Nasza pamięć nie chce o tym wszystkim wiedzieć i nasza pamięć robi słusznie, bo pamięć jest interesowna. Pamięć jest po to, żebyśmy czuli się dobrze. A nawet po to, żebyśmy czuli się lepsi. Każda pamięć. Nasza, rosyjska, amerykańska, żydowska (…) Te dwie pamięci, polska i żydowska, nigdy się nie zejdą.(…) Uważam, że w gruncie rzeczy zapomnienie jest jedynym lekiem, jedyną zdrową i pozytywną reakcją na historię, która jest za trudna do przyjęcia”.

polecil: Vlady Rozenbaum
Polska i żydowska pamięć się nie zejdą, faktycznie. Jednak nie zgadzam się, że zapomnienie byłoby rozwiązaniem. Dowiodłoby tylko, że jesteśmy zbyt słabi, by przyjać na siebie odpowiedzialność. Marni byliby z nas ludzie. Słabsi od Niemców, którzy zrobili to w znacznie trudniejszej dla siebie sytuacji, słabsi od wielu innych nacji.

Jestem lepszego zdania o moich rodakach. A pamięć służy nie tylko temu, żebyśmy czuli się dobrze. Popatrzcie, co dzieje się ostatnio na świecie – nie tylko na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie; horyzont zaciąga się również w Stanach Zjednoczonych i w Zachodzniej Europie. W Polsce też budzą się upiory przemocy i ideologie, które dzielą ludzi na dobrych i złych, naszych i obcych. Uczciwa pamięć jest kluczowa, gdy jakieś społeczeństwo ma uniknąć powtarzania tragicznych błędów.

Innymi słowy, kwestia o której naprawdę napisał dyr. Comey może mieć dla każdego z nas wymiar boleśnie praktyczny – chyba, że ktoś lubi sobie kopać płytki grób w lesie.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Władysław Bartoszewski nie żyje

Władysław Bartoszewski nie żyje

Władysław Bartoszewski

Władysław Bartoszewski miał 93 lata

24 kwietnia 2015 r. w wieku 93 lat zmarł Władysław Bartoszewski, pełnomocnik premiera ds. dialogu międzynarodowego, historyk, więzień Auschwitz, żołnierz AK.

Urodził się w 1922 r. w Warszawie. We wrześniu 1940 r. został aresztowany przez Niemców i wywieziony do Auschwitz, gdzie był więziony do kwietnia 1941 r. W 1942 r. związał się z konspiracją; wstąpił do AK i rozpoczął współpracę z Radą Pomocy Żydom “Żegota”. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim.

W 1946 r. zatrudnił się w związanej z Polskim Stronnictwem Ludowym Stanisława Mikołajczyka “Gazecie Ludowej”. W 1946 r. został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa i skazany na karę więzienia, którą odbywał do 1948 r. Kolejny raz aresztowany w grudniu 1949 r. W maju 1952 r. skazany na 8 lat więzienia za szpiegostwo. W sierpniu 1954 r. dostał roczną przerwę w karze.

Po uwolnieniu Bartoszewski zajął się publicystyką, współpracował m.in. z tygodnikiem “Stolica” i “Tygodnikiem Powszechnym”. W latach 1973-1982 i 1984-1985 wykładał historię najnowszą na KUL, prowadził także wykłady na niemieckich uczelniach. Był inwigilowany przez SB, m.in. jako “polityczny kontakt reakcyjnej emigracji”.

W 1965 r. został uhonorowany przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Był honorowym obywatelem państwa Izrael.

Czytaj dalej tu: Władysław Bartoszewski nie żyje

Bartoszewski: Nie bałem się Niemców, tylko Polaków

01.03.2011  Jarosław Sulikowski, JB


Bartoszewski wielokrotnie otwarcie mówił Niemcom o ich niechlubnej przeszłości

Bartoszewski: Nie bałem się Niemców, tylko Polaków

Jedni są ogromnie zdziwieni i oburzeni. Inni tłumaczą i słowo po słowie analizują wypowiedź Władysława Bartoszewskiego (89 l.). Wszystko po wywiadzie, którego minister z kancelarii Donalda Tuska (54 l.) udzielił niemieckiej gazecie “Die Welt”. Uczestnik powstania warszawskiego stwierdził w tej rozmowie, że podczas okupacji bardziej bał się polskiego donosicielstwa niż niemieckich żołnierzy

Władysław Bartoszewski przez lata na własnej skórze przekonywał się, czym była II wojna światowa i niemieckie prześladowania. Jako żołnierz Armii Krajowej, działacz polskiego państwa podziemnego, uczestnik powstania warszawskiego i więzień obozu Auschwitz widział terror okupanta. Tym bardziej niektórych dziwią jego słowa.

– Był pan w ruchu oporu i pomagał Żydom. Miał pan wtedy sąsiadów, których się obawiał? – spytał dziennikarz „Die Welt”. Władysław Bartoszewski odpowiedział, iż mieszkał w Warszawie przy ulicy Mickiewicza w kamienicy pełnej inteligencji. – Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać – stwierdził.
I właśnie te słowa zaskoczyły wiele osób. – Nie chce tego komentować. Muszę wcześniej przeczytać cały wywiad. Nie wiem, w jakim kontekście padły – mówi nam prof. Włodzimierz Suleja, szef wrocławskiego oddziału IPN.

Część osób, na przykład dr Adam Cyra (62 l.), historyk i starszy kustosz w Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, stara się tłumaczyć Władysława Bartoszewskiego. – To są doświadczenia pana Bartoszewskiego, który przeżył okupację. Tylko on wie, co dokładnie go spotkało. Przecież były przypadki, co prawda sporadyczne, gdy Polacy donosili na rodaków, którzy trafiali do obozów i tam ginęli – mówi Faktowi dr Cyra.

Inni jednak ostro krytykują uczestnika powstania warszawskiego. – Mogę tylko powiedzieć, że jest mi przykro, że pan minister takie rzeczy opowiada. Byłoby lepiej, gdyby dał sobie spokój z aktywnością w niemieckiej prasie – komentuje Faktowi Zbigniew Girzyński (38 l.), historyk, poseł PiS.
Sam profesor Bartoszewski stwierdza krótko: – Co prawda, wywiad nie był autoryzowany, ale został spisany rzetelnie – podsumowuje Faktowi.

Bartoszewski chodził z ochroną. Czemu?


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Komunista, syjonista, patriota? Życie i działalność Jakuba Egita [cz. III]

Komunista, syjonista, patriota? Życie i działalność Jakuba Egita [cz. III]

Marek Szajda


Egit opuszczał Wrocław z nostalgią i żalem. Musiał zostawić tu swoje dzieło – Wojewódzki Komitet Żydowski, instytucję, której poświęcił wiele trudu w ciągu niemal pięciu lat. Nie wyjeżdżał jednak w niesławie, nie zsyłano go na karną placówkę gdzieś na prowincji. Czekała na niego nowa praca w wydawnictwie Idisz Buch, mieszkanie i wciąż odbudowująca się Warszawa.

Ucięte marzenia

Koniec roku 1949, przełom listopada i grudnia, ponad rok od pamiętnej Wystawy Ziem Odzyskanych we Wrocławiu. Dla wrocławian to wciąż wspomnienie radosne, dla społeczności żydowskiej raczej gorzkie. To właśnie od chwili likwidacji stoiska prezentującego Jidiszer Jiszuw zaczęła się zmiana stosunku władzy komunistycznej wobec tej mniejszości. Z każdym miesiącem pojawiały się nowe napięcia i problemy. Najboleśniej pogorszenie sytuacji odczuł Egit, którego późną jesienią odsunięto od przewodniczenia Wojewódzkiemu Komitetowi Żydowskiemu. W dość ostrej krytyce Kazimierza Witaszewskiego, jednego z wyraźniejszych liderów partyjnych PZPR we Wrocławiu, ustępujący przewodniczący usłyszał, że próbował na Dolnym Śląsku zbudować nacjonalistyczne osiedle żydowskie – a partia takich zachowań tolerować nie może. I tak, w prosty sposób skończyło się „nowe życie” – lata pracy, organizowanie struktur komitetów itd. Jedną decyzją polityczną ucięto marzenia nie tylko samego Egita. Jego odejście stało się początkiem końca WKŻ. Może i dobrze, że na stanowisku przewodniczącego nie doczekał czerwca 1950 roku, gdy ostatecznie rozwiązano struktury CKŻP?

Idisz Buch

Stając znów przed decyzją, co robić dalej, Egit postanowił zagrać va banque. Podjął próbę legalnego opuszczenia Polski i wyjazdu do Izraela. Niestety, zakończyła się ona klęską, bo tego typu zachowanie zdaniem władzy PRL było niedopuszczalne. Tym samym Polska okazała się dla Egitów miejscem, z którego nie można było się wydostać. Czy można było w niej spokojnie żyć? Tak, ale tylko do pewnego momentu.

W trudnej sytuacji do Egita pomocną dłoń wyciągnął Szymon Zachariasz, jeden z prominentnych żydowskich działaczy partyjnych. Z jego rekomendacji Egit otrzymał pracę na stanowisku kierownika w wydawnictwie Idisz Buch w Warszawie. Co więcej, zagwarantowano mu mieszkanie przy ul. Mochnackiego, wystarczająco duże, by pomieścić żonę, dzieci oraz teściów. Z całej tej nieszczęśliwej sytuacji wyszedł więc Egit dość komfortowo. Przynajmniej na tyle, by znów próbować ułożyć sobie życie w nowym mieście, środowisku i w nowej pracy.

Wciąż miał licznych żydowskich znajomych, których we wcześniejszych latach odwiedzał w Warszawie podczas licznych spotkań w CKŻP. Z pewnością miał również nadzieję na koniec nieszczęśliwych okoliczności.

Początek lat pięćdziesiątych w Polsce bardzo mocno wiąże się z tym, co nowe. W lipcu wszedł w życie plan sześcioletni, mający zapewnić Polsce gospodarczy dobrobyt. Mniejszościom etnicznym i narodowym „umożliwiono bezpieczną asymilację”, tworząc na potęgę towarzystwa społeczno-kulturalne.

Socjalizm z najgorszą, stalinowską, twarzą wkradał się w i tak niełatwe już życie. Konsekwencje stalinizmu w krajach demokracji ludowej były w wielu przypadkach szokujące. Bezpodstawne oskarżenia, pokazowe procesy i wyroki wydawane na podstawie wątpliwych poszlak. Jesienią 1952 roku w krajach bloku wschodniego wiele emocji budził trwający w Czechosłowacji proces Rudolfa Slansky’ego.

Niedługo później, w styczniu 1953, rosyjska gazeta „Prawda” donosiła o spisku lekarzy kremlowskich żydowskiego pochodzenia czyhających na życie Józefa Stalina. Być może również w Polsce konstruowano intrygę z udziałem ludności żydowskiej zakrojoną na szeroką skalę, w której Jakub Egit mógł odrywać ważną rolę. Działalność organów bezpieczeństwa wobec niego wysoce uprawdopodabnia taką hipotezę.

Aresztowanie

Choć już w październiku 1950 roku działacz stał się szczególnym obiektem zainteresowania Urzędu Bezpieczeństwa, dopiero w kwietniu następnego roku Naczelnik Wydziału III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego skierował pismo o rozpoczęcie zbierania informacji o nim. (Co ciekawe, mężczyznę podejrzewano wówczas o współpracę z „Defą” – przedwojenną Defensywą Polityczną). Miesiąc później ponowiono wniosek, tym razem sugerując popełnienie przestępstwa przeciwko państwu. Trudno dokładnie określić, co było głównym zarzutem w tej bardzo szerokiej kategorii.

Przez ponad półtora roku Egita bacznie obserwowała bezpieka. Raportowano jego aktywność, zwracając szczególną uwagę na kontakty z zagranicą. Posumowanie całej działalności byłego przewodniczącego WKŻ nastąpiło w lutym 1953 roku, kiedy sformułowano wniosek o jego aresztowanie. Pod adresem Egita wysunięto co najmniej pięć oskarżeń. Jedne dotyczyły przedwojennej działalności w partii komunistycznej, inne mówiły o amoralności czy nadużywaniu funkcji pełnionych we Wrocławiu. Najmocniejsze jednak było stwierdzenie Julii Brystygierowej, dyrektora Departamentu V MBP: „Zachodzi podejrzenie o jego powiązaniu z obcym wywiadem, a w szczególności z wywiadowczą działalnością w Joincie. Celem wyjaśnienia w/w spraw i uzyskania dodatkowych dowodów wrogiej wywiadowczo-dywersyjnej działalności Jointu w powiązaniu z niektórymi działaczami Komitetów Żydowskich stawiam wniosek o areszt.”

W tym samym czasie zamknięto również Józefa Gitler-Barskiego, który w latach 1946-1950 był przedstawicielem Jointu w Polsce. Sprawa oskarżenia obu działaczy musiała być więc ściśle powiązana. Zarzuty o kontakty z wywiadem amerykańskim wyrażone explicite mogły być kolejnym etapem postępowania, z pewnością poprzedzającym widowiskowy proces. Szczęśliwie jednak do niego nie doszło. Zarówno Egit, jak i Gitler – Barski spędzili w więzieniu około pół roku. Po przesłuchaniach (na szczęście bez tortur fizycznych) postępowanie zostało zakończone. We wrześniu 1953 r. opuścili areszt.

Na taki przebieg procesu z pewnością wpłynęło to, co zaszło niespełna dwa tygodnie po aresztowaniu działaczy TSKŻ, 5 marca. „Cień padł na ziemię od tej śmierci, od oceanu do oceanu, od Gibraltaru do Uralu. (…) Umarł Stalin” – pisał jeden z socrealistycznych poetów. Jego śmierć nie tylko spowodowała reorganizację w szeregach Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, miała też przełożenie m. in. na sprawę lekarzy kremlowskich, którą niespodziewanie zakończono. Być może także i polskie organy bezpieczeństwa nie miały już potrzeby konstruowania zarzutów i rozpoczynania procesów przeciwko żydowskim działaczom. I choć ta śmierć „zmieniła świat”, to na konkretne skutki, zwłaszcza na Odwilż, trzeba było jeszcze poczekać. Do polskiego Października 1956 r. musiały upłynąć trzy lata.

Emigracja

Po wyjściu z więzienia Egit zaczął myśleć o wyjeździe do Izraela albo do Kanady, gdzie znajdowała się już rodzina jego żony. Opuszczenie Polski nie było jednak proste. Podania o wydanie paszportu początkowo były rozpatrywane negatywnie. W końcu nadzieję przyniosła decyzja przyznania dokumentu Helenie Szwarcbard, teściowej działacza. Kobieta szybko z niego skorzystała – wyjechała do córki mieszkającej w Ontario, w Kanadzie.

Ze zbiorów archiwalnych jasno nie wynika, czy Egit paszport dostał. We wspomnieniach pisze o pewnym znajomym z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który pomógł załatwić mu formalności paszportowe i umożliwił wyjazd z Polski. Faktem niepodważalnym jednak jest, że Egit z żoną i dziećmi opuścił Polskę na początku 1957, najpierw kierując się do Wiednia, a dopiero później do Kanady.

W Warszawie Egit wsiadł do ekspresu Moskwa-Wiedeń. Być może pociąg ten zabierał w ostatnią podróż z Polski jeszcze innych Żydów, bo „alija Gomułki” była wydarzeniem masowym. Tysiące Żydów opuszczało kraj w poczuciu rozczarowania, wiążąc swoją przyszłość między innymi z Izraelem. Z Idisz Buch, w którym pracował Egit, odchodził również Lejb Olicki, emigrujący na Bliski Wschód do upragnionego państwa. Wyjeżdżając pisał:

  • „Żegnam Cię, Polsko, jak żegna się przyjaciela:
  • Niech duch twego proroka spoczywa na tobie;
  • Każdy szmalcownik – twój największy wróg –
  • Niechaj czuje, jak oczyszcza go dotknięcie twojego proroka..”

Być może i z takim poczuciem wyjeżdżał Egit, przypominając sobie zarówno galicyjskie miasteczka, jak i dolnośląski Jiszuw. Kanada takich krajobrazów nie mogła zaoferować, dała jednak dużo więcej: spokój i bezpieczeństwo.

Nowe Życie 2.0

„Nowe życie w Kanadzie” – tak brzmi tytuł jednego z ostatnich rozdziałów „Grand Illusion”, wspomnień Egita. Nowe życie po raz który? Trudno to zliczyć. Tym razem jednak rzeczywiście „nowe”. O inne nie trzeba było się już starać. Ameryka Północna dała rodzinie Egitów to, o czym tak marzyła: dom, w którym można było żyć bez obaw. Na wyciągniecie ręki były możliwości pracy i nauki, a także otwarci ludzie, z którymi bezproblemowo weszli w relacje. Była i społeczność żydowska, dla której Egit szybko stał się ważną osobą, włączając się w działalność różnych organizacji żydowskich. Marzenie się ziściło, choć daleko od rodzinnych stron.

Jakub Egit zmarł w 1996 roku, przeżywszy prawie 90 lat.

27 marca 2015 – historia / chidusz – 15 – 02/2015


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com