Archive | 2015/04/01

Nietypowe znalezisko w Płońsku

Nietypowe znalezisko w Płońsku

Krzysztof Bielawski

Źródło: www.nowykurierplonski.pl


Obecnie znaleziona macewa stoi w holu ratusza, docelowo miałaby wrócić do płońskiego lapidarium. Na zdjęciu burmistrz Pietrasik i Adam Derdzikowski, pasjonat historii, prezentujący zabytkowe znalezisko - full image

Obecnie znaleziona macewa stoi w holu ratusza, docelowo miałaby wrócić do płońskiego lapidarium. Na zdjęciu burmistrz Pietrasik i Adam Derdzikowski, pasjonat historii, prezentujący zabytkowe znalezisko

W Płońsku odkopano tablicę z napisem w języku hebrajskim. To fragment grobowca z cmentarza żydowskiego.

Tablica jest wykonana z żeliwa, ma wymiary 128 x 46 cm. Znaleziono ją w ziemi podczas budowy ogrodzenia posesji przy ul. Gen. Stanisława Maczka. Właściciel działki przekazał ją Adamowi Derdzikowskiemu – pasjonatowi historii Płońska.

Początkowo przypuszczano, że jest to przedwojenny szyld jednej z firm. Adam Derdzikowski zdjęcie płyty przesłał do Żydowskiego Instytutu Historycznego im. E. Ringelbluma. Pracująca w nim Daria Boniecka-Stępień odczytała treść napisu. Okazało się, że są to końcowe wiersze epitafium nieznanej z nazwiska osoby, zmarłej „we wtorek ostatniego dnia święta Pesach 608 roku” (24 kwietnia 1848 r.).

Niewykluczone, że na podstawie archiwalnych akt zgonu można będzie ustalić dane zmarłego.

Tablica stanowiła zapewne dolną część grobowca. Jak dotąd to jedyny odnaleziony fragment nagrobka z miejscowego cmentarza żydowskiego, na którym od końca XVII w. pochowano nie mniej niż kilka tysięcy ludzi. Cmentarz uległ dewastacji w czasie drugiej wojny światowej. W kolejnych latach na jego skraju urządzono stację Polmozbytu. W 1983 r. na niezabudowanej części cmentarza wzniesiono pomnik.

Tablica na razie znajduje się w holu Urzędu Miasta. Burmistrz Andrzej Pietrasik chce umieścić ją na cmentarzu żydowskim. Do rozwiazania pozostaje kwestia jej odpowiedniego zabezpieczenia.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Koran i mowa nienawiści

Koran i mowa nienawiści

Ali A. Rizvi


Jeden z brytyjskich kaznodziejów nienawiści, Shakeel Begg, homofob, propagator dżihadu, obrońca terroryzmu. Jeden z brytyjskich kaznodziejów nienawiści, Shakeel Begg, homofob, propagator dżihadu, obrońca terroryzmu

Jeden z brytyjskich kaznodziejów nienawiści, Shakeel Begg, homofob, propagator dżihadu, obrońca terroryzmu. Jeden z brytyjskich kaznodziejów nienawiści, Shakeel Begg, homofob, propagator dżihadu, obrońca terroryzmu

Niedawno opublikowałem na Facebooku następujący wpis: „Gorsi od zwierząt są naszym zdaniem wyznawcy Allaha – ci, którzy wierzą w islam. To z nimi próbujemy zawrzeć sojusz, jednak oni wciąż go łamią, ponieważ nie straszne im prawo”.
Oczywiście to stwierdzenie natychmiast nazwano mową nienawiści i antymuzułmańskim wybrykiem. Jednak to nie są wcale moje własne słowa, ale cytat z Koranu.

Wersety 8:55-56 – odwróciłem jednak role i zamieniłem „niewiernych” na „wyznawców Allaha” i tych, którzy „nie wierzą” na „tych, którzy wierzą w islam”.

Oto oryginalny werset:

  • 8:55 Zaprawdę, gorsi od zwierząt u Boga są ci, którzy odrzucili wiarę i nie wierzą;
  • 8:56 Ci, z którymi ty zawierasz przymierze, a potem oni naruszają swój układ za każdym razem; oni nie są bogobojni.

Natychmiast pojawiły się komentarze, że wyjąłem te wersy z kontekstu. „To jest werset wojenny. To jakby wyjąć zdanie z podręcznika dla żołnierzy. Jeśli jesteś na wojnie, wówczas możesz powiedzieć coś takiego. Ale tylko dla samoobrony. Trzeba użyć zdrowego rozsądku” – oponował jeden z internautów.

Dobrze, zmieńmy więc kontekst. Załóżmy, że USA jest w stanie wojny z ISIS czy al-Kaidą i z ust prezydenta padają następujące słowa: „Gorsi od zwierząt są naszym zdaniem wyznawcy Allaha – ci, którzy wierzą w islam. To z nimi próbujemy zawrzeć sojusz, jednak oni wciąż go łamią ponieważ nie straszne im prawo.”

Czy to wygląda lepiej?

„Tak, jeśli walki toczą się na terenie kraju, który został zaatakowany” – odpowiada autor wcześniejszego komentarza. „W ten sposób możemy łatwo zidentyfikować agresora. Co jeśli ludzie, których zaatakowano walczą w samoobronie?”

No dobrze. Załóżmy, że ISIS albo al-Kaida zaatakowały Nowy Jork, i w efekcie prezydent mówi: „Gorsi od zwierząt są naszym zdaniem wyznawcy Allaha – ci, którzy wierzą w islam. To z nimi próbujemy zawrzeć sojusz, jednak oni wciąż go łamią ponieważ nie straszne im prawo.”

Lepiej?

Internauta upiera się; „Ten werset nie jest przeznaczony dla ogółu, tylko dla żołnierzy walczących na wojnie. Chodzi tylko o ludzi, którzy nie dotrzymują traktatów”. I tak dalej.

Nie będę już powtarzać tego cytatu. Puenta jest oczywista: jakkolwiek próbujesz opakować zmodyfikowany ustęp z Koranu, za każdym razem jest mową nienawiści przeciwko muzułmanom. Nie ma żadnego kontekstu, który usprawiedliwia nazywanie jakiejś grupy ludzi „gorszymi od zwierząt”.

I właśnie na tym polega problem: jeśli istniałaby książka mówiąca o muzułmanach w taki sposób, w jaki Koran mówi o niewierzących, poleciałyby głowy. Dosłownie.

Argument używany najczęściej przeciwko krytykom religii i satyrykom, takim jak rysownicy “Charlie Hebdo” – którzy wyszydzali wszystkie religie, nie tylko islam – dotyczy tego, że ich słowa „obrażają miliardy osób.”

Ale co z innymi religiami, w które godzi Koran? Święte wersety Koranu szanowane i czczone przez miliony ludzi na całym świecie, zalecają zabijanie niewierzących ( 8:12-13, 47:4; 24:16); nakazują wiernym walkę z innowiercami i czynienie z ich niewolników, jak to robi ISIS (9:29-30, 20:10-18); promują przemoc wobec kobiet 4:34) i ich kamieniowanie, oraz nakazują im poddaństwo wobec mężczyzn (2:11-12); pochwalają publiczne baty dla cudzołożników (24:2) oraz mordowanie homoseksualistów (20:13).

Kto więc ma tu większe prawo czuć się urażonym? Jeśli rzeczywiście chodziłoby o mowę nienawiści, to właśnie te treści powinny zostać zakazane w pierwszej kolejności.

W konfrontacji z tymi faktami apologeci często odpowiadają, że nie powinno się rozumieć tych fragmentów Koranu dosłownie. Biorąc po uwagę ich treść, z pewnością jest to uzasadniona obawa. Apologeci doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak okropnie brzmiałyby te fragmenty, gdyby nie były poddane swobodnej interpretacji (czyli przeinaczeniu i złagodzeniu) albo gdyby Koran czytało się tak, jak każdą inną książkę. Kiedy dosłowne słowa bóstwa potrzebują nieustających i rozwlekłych wyjaśnień ze strony jego wyznawców, aby zapobiec ich dosłownemu zrozumieniu, to zaprzecza boskiemu autorstwu tych słów. Jeśli cokolwiek może znaczyć cokolwiek, nic nie ma znaczenia.

Czytaj dalej tu: Koran i mowa nienawiści


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Normalność ludobójstwa

Normalność ludobójstwa

Lech M. Nijakowski


Autorem tekstu jest Lech M. Nijakowski
Instytut Socjologii
Uniwersytet Warszawski
e-mail: nijakowskil@is.uw.edu.pl

Dr hab. Lech M. Nijakowski jest adiunktem w Instytucie Socjologii UW. Wśród obszarów jego zainteresowań są teorie agresji, przemoc i wojny (ujęcie interdyscyplinarne) oraz problematyka czystek etnicznych, ludobójstwa i masakr. Za książkę „Rozkosz zemsty. Socjologia historyczna mobilizacji ludobójczej”, na której oparty jest poniższy tekst, otrzymał w 2013 roku nagrodę im. Ludwika Krzywickiego przyznawaną przez Wydział I Nauk Humanistycznych i Społecznych PAN.

Normalność ludobójstwa

Badanie ludobójstw, czym zajmują się obecnie przede wszystkim tzw. genocide studies, napotyka różne bariery. Wynika to z ich złożoności – dotyczą prawie wszystkich aspektów życia społecznego, zatem trzeba je badać interdyscyplinarnie. Ale również z politycznego wykorzystania samego terminu

„Ludobójstwo” to neologizm, który pojawił się w języku stosunkowo późno. Wprowadził go polski prawnik (żydowskiego pochodzenia) Rafał Lemkin (1900-1959) jako kombinację greckiego słowa genos („rasa”, „szczep”, „klan”) i łacińskiego caedere („uderzać, zabijać”). Do prawa międzynarodowego weszło dopiero po drugiej wojnie światowej, gdy uchwalono Konwencję ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa (9 grudnia 1948 roku). Niewyobrażalna skala Shoah sprawiła, że ludobójstwo zostało potraktowane jako zło absolutne, o które bardzo ochoczo w ramach zimnowojennej walki symbolicznej oskarżano wrogów. Co znaczące, mimo wejścia w życie Konwencji przez dekady była ona prawem martwym. Największe zbrodnie sojuszników były banalizowane w imię racji geostrategicznych. Wpłynęło to na nauki społeczne, które od narodzin są niezwykle czułe na wpływy świata polityki.

Tymczasem, aby zrozumieć, co prowadzi do tak wyjątkowej zbrodni i dzięki temu umieć oceniać ryzyko wystąpienia nowych aktów ludobójstwa, trzeba zdystansować się od wielu – rozpowszechnionych także na uniwersytetach – sądów. Oskarżanie innych o to, że dopuścili się ludobójstwa, oraz bronienie się przed zarzutami, że to my jesteśmy sprawcami – to często stosowane strategie dyskursywne, służące odtwarzaniu takich specyficznych „wspólnot wyobrażonych” jak narody. Naukowiec nie może dbać o pozytywny wizerunek własnego narodu – musi poszukiwać prawdy, nawet jeśli uderza to w pamięć zbiorową rodaków. Aby uświadomić sobie, jak jest to trudne, wystarczy przywołać przypadek Katynia. Ten, kto nie uznaje go za akt ludobójstwa (ale „jedynie” za np. zbrodnię wojenną), jest często ofiarą krytyki nie tylko ze strony polityków czy anonimowych internautów, ale również innych naukowców, nawet jeśli nie zajmują się badaniami nad ludobójstwem.

Większym wyzwaniem jest jednak wyzwolenie się z wyobrażenia ludobójstwa jako „czegoś nieludzkiego”, absolutnego zła, swoistego wyjątku w normalnych dziejach ludzkości. Oczywiście ludobójstwo to zbrodnia, której nie można pod żadnym pozorem moralnie usprawiedliwiać. Ale traktowanie go jako czegoś całkowicie oderwanego od normalnych mechanizmów społecznych jest nie tylko poznawczo nieefektywne, ale również niebezpieczne. Właśnie temu zagadnieniu chciałbym poświęcić ten szkic.

Banalne korzenie ludobójstwa

To, że ludobójstwo należy wyjaśnić jako efekt działania typowych procesów społecznych, widać wtedy, gdy nie ograniczymy się do analizy wybranego przykładu, ale porównamy wszystkie przypadki ludobójstw. Oczywiście już w tym momencie ujawnia się budzący ogromne emocje problem, a mianowicie definicja ludobójstwa. Prawna definicja z Konwencji jest z punktu widzenia socjologii mało przydatna. Z kolei prawie każdy z naukowców posługuje się odmienną definicją. To, co łączy wielu, to jednak uznanie ludobójstwa za wyjątkową masową zbrodnię, którą wyróżnia to, że chodzi przede wszystkim o eksterminację danej kategorii społecznej, a nie wygranie wojny, zdobycie terytorium, bogactwa czy władzy. Przy takim założeniu lista jest o wiele krótsza. Ja na przykład uważam, że możemy mówić o trzech „ludobójstwach totalnych” (których ofiarą padli – chronologicznie – Ormianie, Żydzi i Romowie oraz Tutsi i Twa) oraz o dziewięciu „ludobójstwach częściowych”. Komparatystyka ludobójstw wymaga uprawiania socjologii historycznej i jest dla wielu naganna, gdyż – jak twierdzą krytycy – porównywanie różnych przypadków zbiorowej przemocy prowadzi do „banalizacji” najcięższych ludobójstw i nieuprawnionego zrównywania statusu ofiar. Zostawmy te obiekcje na boku, zaznaczając jedynie, że jeśli ktoś twierdzi, iż dane ludobójstwo jest wyjątkowe i nieporównywalne, to ciężar dowodu spoczywa na jego barkach.

Takie makroskopowe zjawiska jak ludobójstwa, wojny czy rewolucje nie rządzą się odrębnymi, specyficznymi prawami. Nie są odrębnymi bytami, ale raczej efektem wielu procesów społecznych – mobilizowania ludzi i zasobów, działania logistyki, zarządzania działaniami zbiorowymi, wykorzystania wyobrażeń i mitów społecznych itd. Aby to zrozumieć, warto odwołać się do analogii światowej sławy socjologa historycznego Charlesa Tilly’ego. Otóż porównuje on rewolucję do korka ulicznego. Nie ma odrębnych praw rządzących powstawaniem jakże uciążliwych zatorów na drogach – są one wynikiem działania zasad ruchu drogowego, stanu infrastruktury, polityki transportowej państwa, indywidualnych strategii śpieszących się do pracy kierowców, kultury jazdy itd. Dopiero gdy uwzględnimy cały system uwarunkowań, będziemy w stanie wyjaśnić, jak doszło do korka ulicznego, czy też – wracając do tematu – ludobójstwa.

Potencjał przemocy jest strukturalnie obecny w stosunkach międzynarodowych. Ludzie żyją jako obywatele określonych państw i członkowie narodów czy innych etnosów. Zarówno formalne instytucje (takie jak szkoła powszechna czy armia), jak i nie zawsze uświadamiane naciski związane z przemocą symboliczną (np. wyobrażenia kształtowane przez kulturę popularną) służą odtwarzaniu narodowej tożsamości oraz socjalizacji młodego człowieka jako „normalnego” obywatela. Budując kategorię „my”, zarazem konstruujemy kategorię obcych, którzy są potencjalnymi wrogami. Młody człowiek uczony jest, że jego patriotycznym obowiązkiem jest „walczyć za ojczyznę”. Co to oznacza w praktyce? Że będzie zabijał ludzi wskazanych mu przez przełożonych. Nieprzypadkowo większość ludobójstw powiązana była z wojnami. Wielu sprawców ludobójstwa eksterminację (nawet bezbronnych ofiar) postrzegało jako obronę państwa i narodu przed wrogiem. I nie chodzi tylko o żołnierzy Wehrmachtu, ale także armii Imperium Osmańskiego w latach 1915-1916 (ofiarami byli Ormianie), Rwandy w 1994 roku (Tutsi i pigmeje Twa) czy Stanów Zjednoczonych w latach 1866–1890 (rdzenni Amerykanie).

Czytaj dalej tu: Normalność ludobójstwa


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com