
Lech M. Nijakowski

Autorem tekstu jest Lech M. Nijakowski
Instytut Socjologii
Uniwersytet Warszawski
e-mail: nijakowskil@is.uw.edu.pl
Dr hab. Lech M. Nijakowski jest adiunktem w Instytucie Socjologii UW. Wśród obszarów jego zainteresowań są teorie agresji, przemoc i wojny (ujęcie interdyscyplinarne) oraz problematyka czystek etnicznych, ludobójstwa i masakr. Za książkę „Rozkosz zemsty. Socjologia historyczna mobilizacji ludobójczej”, na której oparty jest poniższy tekst, otrzymał w 2013 roku nagrodę im. Ludwika Krzywickiego przyznawaną przez Wydział I Nauk Humanistycznych i Społecznych PAN.


Badanie ludobójstw, czym zajmują się obecnie przede wszystkim tzw. genocide studies, napotyka różne bariery. Wynika to z ich złożoności – dotyczą prawie wszystkich aspektów życia społecznego, zatem trzeba je badać interdyscyplinarnie. Ale również z politycznego wykorzystania samego terminu
„Ludobójstwo” to neologizm, który pojawił się w języku stosunkowo późno. Wprowadził go polski prawnik (żydowskiego pochodzenia) Rafał Lemkin (1900-1959) jako kombinację greckiego słowa genos („rasa”, „szczep”, „klan”) i łacińskiego caedere („uderzać, zabijać”). Do prawa międzynarodowego weszło dopiero po drugiej wojnie światowej, gdy uchwalono Konwencję ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa (9 grudnia 1948 roku). Niewyobrażalna skala Shoah sprawiła, że ludobójstwo zostało potraktowane jako zło absolutne, o które bardzo ochoczo w ramach zimnowojennej walki symbolicznej oskarżano wrogów. Co znaczące, mimo wejścia w życie Konwencji przez dekady była ona prawem martwym. Największe zbrodnie sojuszników były banalizowane w imię racji geostrategicznych. Wpłynęło to na nauki społeczne, które od narodzin są niezwykle czułe na wpływy świata polityki.
Tymczasem, aby zrozumieć, co prowadzi do tak wyjątkowej zbrodni i dzięki temu umieć oceniać ryzyko wystąpienia nowych aktów ludobójstwa, trzeba zdystansować się od wielu – rozpowszechnionych także na uniwersytetach – sądów. Oskarżanie innych o to, że dopuścili się ludobójstwa, oraz bronienie się przed zarzutami, że to my jesteśmy sprawcami – to często stosowane strategie dyskursywne, służące odtwarzaniu takich specyficznych „wspólnot wyobrażonych” jak narody. Naukowiec nie może dbać o pozytywny wizerunek własnego narodu – musi poszukiwać prawdy, nawet jeśli uderza to w pamięć zbiorową rodaków. Aby uświadomić sobie, jak jest to trudne, wystarczy przywołać przypadek Katynia. Ten, kto nie uznaje go za akt ludobójstwa (ale „jedynie” za np. zbrodnię wojenną), jest często ofiarą krytyki nie tylko ze strony polityków czy anonimowych internautów, ale również innych naukowców, nawet jeśli nie zajmują się badaniami nad ludobójstwem.
Większym wyzwaniem jest jednak wyzwolenie się z wyobrażenia ludobójstwa jako „czegoś nieludzkiego”, absolutnego zła, swoistego wyjątku w normalnych dziejach ludzkości. Oczywiście ludobójstwo to zbrodnia, której nie można pod żadnym pozorem moralnie usprawiedliwiać. Ale traktowanie go jako czegoś całkowicie oderwanego od normalnych mechanizmów społecznych jest nie tylko poznawczo nieefektywne, ale również niebezpieczne. Właśnie temu zagadnieniu chciałbym poświęcić ten szkic.
Banalne korzenie ludobójstwa
To, że ludobójstwo należy wyjaśnić jako efekt działania typowych procesów społecznych, widać wtedy, gdy nie ograniczymy się do analizy wybranego przykładu, ale porównamy wszystkie przypadki ludobójstw. Oczywiście już w tym momencie ujawnia się budzący ogromne emocje problem, a mianowicie definicja ludobójstwa. Prawna definicja z Konwencji jest z punktu widzenia socjologii mało przydatna. Z kolei prawie każdy z naukowców posługuje się odmienną definicją. To, co łączy wielu, to jednak uznanie ludobójstwa za wyjątkową masową zbrodnię, którą wyróżnia to, że chodzi przede wszystkim o eksterminację danej kategorii społecznej, a nie wygranie wojny, zdobycie terytorium, bogactwa czy władzy. Przy takim założeniu lista jest o wiele krótsza. Ja na przykład uważam, że możemy mówić o trzech „ludobójstwach totalnych” (których ofiarą padli – chronologicznie – Ormianie, Żydzi i Romowie oraz Tutsi i Twa) oraz o dziewięciu „ludobójstwach częściowych”. Komparatystyka ludobójstw wymaga uprawiania socjologii historycznej i jest dla wielu naganna, gdyż – jak twierdzą krytycy – porównywanie różnych przypadków zbiorowej przemocy prowadzi do „banalizacji” najcięższych ludobójstw i nieuprawnionego zrównywania statusu ofiar. Zostawmy te obiekcje na boku, zaznaczając jedynie, że jeśli ktoś twierdzi, iż dane ludobójstwo jest wyjątkowe i nieporównywalne, to ciężar dowodu spoczywa na jego barkach.
Takie makroskopowe zjawiska jak ludobójstwa, wojny czy rewolucje nie rządzą się odrębnymi, specyficznymi prawami. Nie są odrębnymi bytami, ale raczej efektem wielu procesów społecznych – mobilizowania ludzi i zasobów, działania logistyki, zarządzania działaniami zbiorowymi, wykorzystania wyobrażeń i mitów społecznych itd. Aby to zrozumieć, warto odwołać się do analogii światowej sławy socjologa historycznego Charlesa Tilly’ego. Otóż porównuje on rewolucję do korka ulicznego. Nie ma odrębnych praw rządzących powstawaniem jakże uciążliwych zatorów na drogach – są one wynikiem działania zasad ruchu drogowego, stanu infrastruktury, polityki transportowej państwa, indywidualnych strategii śpieszących się do pracy kierowców, kultury jazdy itd. Dopiero gdy uwzględnimy cały system uwarunkowań, będziemy w stanie wyjaśnić, jak doszło do korka ulicznego, czy też – wracając do tematu – ludobójstwa.
Potencjał przemocy jest strukturalnie obecny w stosunkach międzynarodowych. Ludzie żyją jako obywatele określonych państw i członkowie narodów czy innych etnosów. Zarówno formalne instytucje (takie jak szkoła powszechna czy armia), jak i nie zawsze uświadamiane naciski związane z przemocą symboliczną (np. wyobrażenia kształtowane przez kulturę popularną) służą odtwarzaniu narodowej tożsamości oraz socjalizacji młodego człowieka jako „normalnego” obywatela. Budując kategorię „my”, zarazem konstruujemy kategorię obcych, którzy są potencjalnymi wrogami. Młody człowiek uczony jest, że jego patriotycznym obowiązkiem jest „walczyć za ojczyznę”. Co to oznacza w praktyce? Że będzie zabijał ludzi wskazanych mu przez przełożonych. Nieprzypadkowo większość ludobójstw powiązana była z wojnami. Wielu sprawców ludobójstwa eksterminację (nawet bezbronnych ofiar) postrzegało jako obronę państwa i narodu przed wrogiem. I nie chodzi tylko o żołnierzy Wehrmachtu, ale także armii Imperium Osmańskiego w latach 1915-1916 (ofiarami byli Ormianie), Rwandy w 1994 roku (Tutsi i pigmeje Twa) czy Stanów Zjednoczonych w latach 1866–1890 (rdzenni Amerykanie).
Czytaj dalej tu: Normalność ludobójstwa