Archive | 2015/04/25

Mordobicie w rocznicę

Mordobicie w rocznicę

Mariusz Ziomecki


James B. Comey

James B. Comey

Dokładnie w 72 rocznicę powstania w warszawskim getcie, Polacy zwariowali. Z powodu doniesienia, że wysoki amerykański urzędnik państwowy miał przypisać naszemu krajowi współodpowiedzialność za Holocaust, MSZ odpalił dyplomatyczne rakiety balistyczne, jak jeden mąż ryknęli z oburzenia politycy i publicyści, zawrzało w serwisach społecznościowych. Zupełnie jak w Turcji, gdy ktoś ważny wspomni o rzezi Ormian…

Nieliczni, jak Tomasz Lis w NaTemat, zauważyli, że reakcja jest nieproporcjonalna do obelgi. Co do zasady – nikt publicznie nie zgłaszał wątpliwości. W eseju, który 14 kwietnia opublikował dziennik The Washington Post (a który został adoptowany z wcześniejszego przemówienia w United States Holocaust Memorial Museum), dyrektor Federalnego Biura Śledczego (FBI) James Brien Comey Jr. napisał bowiem: “In their minds, the murderers and accomplices of Germany, and Poland, and Hungary, and so many, many other places didn’t do something evil”. Autorowi nie szło o hierarchię winy; tą kwestią nie zajmował się w ogóle. Nadcisk położył na uderzający, wspólny rys mentalny osób, które zabijały pomagały zabijać Żydów: byli mianowicie przekonani, że że nie czynią źle. Ta myśl, niebanalna jak na szefa policji, nie przebiła się w naszym kraju zupełnie.

Dyskusje wallu jak walki w klatce.

Z niezwykłą jak na polskie zwyczaje jednomyślnością znajomi twierdzili, że wymienianie w jednym zdaniu Polski obok hitlerowskich Niemiec w kontekście zagłady Żydów jest absolutnie niedopuszczalne. Sypały się gromy na „historyczną ignorancję” i „bezczelność” dyrektora i Amerykanów w ogólności – przecież Jankesi też mieli swoje za uszami, np. gdy zignorowali raporty o obozach śmierci, albo gdy nie wpuścili do siebie statku z żydowskimi uchodźcami z III Rzeszy. Zaterkotał młynek i słyszeliśmy znajomą litanię: że Polska była ofiarą, a nie wspólnikiem Hitlera; że większość drzewek w Yad Vashem posadzili nasi rodacy, choć u nas za pomoc Żydom okupanci karali śmiercią, a gdzie indziej nie; że nigdy nie stworzyliśmy kolaboranckiego rządu i nie było polskich dywizji w barwach nazistów. Niektórzy z rozpędu dodawali, że w gettach działała żydowska policja i konfidenci; czemu ich nie wymieniać też jako sprawców Holocaustu? Ryszard Schnepf, polski ambasador w Waszyngtonie, stwierdził, że Polacy „zostali oskarżeni o zbrodnie, których nie tylko nie popełnili, ale sami byli (tych zbrodni) ofiarami” (cytuję za izraelskim dziennikiem Haaretz, tłumaczenie moje – MZ).

Dlaczego większość moich znajomych, w końcu ludzi kumatych, też oślepła i ogłuchła na przekaz autora? Moim zdaniem, poprawne tłumaczenie inkryminowanej frazy powinno brzmieć: “W ich własnym mniemaniu, mordercy i ich wspólnicy z Niemiec, a także z Polski, a także z Węgier, a także z wielu, wielu innych krajów, nie robili niczego złego.”‬ Konstrukcja zdania wyraźnie wyróżnia Niemców, ale faktycznie, Polacy w kategorii winy znaleźli się na pudle, wraz z licho wie czemu, braćmi Maziarami.

Pozornie, kłótnia w realu zakończyła się po naszej, polskiej myśli. Szef FBI lekko uderzył się w piersi. Nie przeprosił, ale wyraził ubolewanie za zestawienie Polski z Niemcami. Żałuje, że wymienił jakiekolwiek kraje. W odręcznie napisanym oświadczeniu przekazanym na ręce ambasadora Schnepfa (w świecie dyplomacji to ważny gest) stwierdził, że… państwo polskie nie ponosi winy a okrucieńswa nazistów. Formułka stwierdza oczywistą oczywistość, a kwestia odpowiedzialności Polaków za własne czyny pozostała elegancko niedopowiedziana. Szefowa polskiego rządu szybko uznała sprawę za zamkniętą i na tym zapewne się skończy. Choć prezydent Komorowski, który ma na głowie kampanię wyborczą, wciąż się sroży o przeprosiny.

Ignoranci oskarżają o ignorancję.

Triumf więc? Obroniliśmy nasz honor? Niestety, widzę mały problem. Polega on na tym, że udział Polaków w eksterminacji Żydów na ziemiach polskich w trakcie II wojny i, tragicznie, też po jej zakończeniu, był zdecydowanie większy niż wydaje się dziś polskiej opinii publicznej – właczając w to, niestety, dużą część elity politycznej i dziennikarzy.

Ustalenia historyków, w tym polskich, są bezlitosne. W latach 1940-1944 Polacy zabili więcej Żydów niż uratowali „Sprawiedliwi”, na bohaterstwo których tak chętnie się powołujemy. Inny przykry fakt jest taki, że w okupowanej Polsce z rąk Polaków zginęło więcej Żydów niż Niemców, choć mieliśmy największy w Europie ruch oporu. Mord Jedwabnem nie był żadnym wyjątkiem a pogrom kielecki był jednym z kilkuset na ziemiach polskich; eksterminacja polskich Żydów nie zakończyła się z końcem działań wojennych

Egzorcyzmy w imię polskiej niewinności, odprawiane nad nieszczęsnym dyrektorem FBI, każą przypuszczać że te fakty są słabo znane, bądź wypierane, przez uczestników dyskusji. Jak coś takiego możliwe jest w kraju, gdzie w kółko gada się ważności wiedzy historycznej i o obowiązku pamięci? Mam dwie hipotezy, obie dosyć przykre.

Pierwsza mówi, że nie czytamy. Przytłaczająca większość moich znajomych, w tym kolegów z prasy, radia i stacji telewizyjnych, nie zadała sobie trudu, żeby choć przejrzeć np. książkę Anny Bikont „My z Jedwabnego” – inaczej nie słyszelibyśmy znów ze wszystkich stron, że rękę na Żydów podnosiły wyłącznie wyrzutki społeczeństwa i tzw. szmalcownicy. Nie weszły do intelektualnego obiegu fundamentalne dzieła Barbary Engelking o Holocauście w Polsce ani, niedawny, teoretycznie głośny „JUDENJAGD” prof. Jana Grabowskiego („Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu), w którym autor z naukową precyzją opisał, jak z 277 Żydow, którzy szukali ratunku “po aryjskiej stronie” w trakcie stopniowej likwidacji getta w Dąbrowie Tarnowskiej, miejscowi Polacy zamordowali 239 osób… Spłynęła jak woda po gęsiach też “Prześniona rewolucja” filozofa prof. Andrzeja Lerdera, słynna ponoć analiza polskiej świadomości, która zgrabnie wypiera nawet przełomowe wydarzenia historyczne, w tym Holocaust, jeśli są niewygodne. W kraju, gdzie czyta się zbyt mało, nie może być zbyt mądrze.

Drugie przypuszczenie: w sprawie stosunku do Holocaustu zrobiliśmy, w bólach, pewien postęp w ostatnim ćwierćwieczu i chwilowo mamy dość tego tematu. Po przykrych rewelacjach Grossa i innych nie chcemy jeszcze dalej, do końca popatrzeć historycznej prawdzie w oczy. Gdy niedawno okładaliśmy się ze znajomymi na fejsie pięściami w sprawie eseju dyr. Comey’a, jeden z nich napisał: „Mariuszu. Piszesz ironicznie o “chronicznej polskiej niewinności”, a ja mam zamiar pisać i myśleć o tym bez ironii (….) Uważam, że patriotyzm jest wielką pozytywną siłą narodów. Że patrioci wychowywani w dumie ze swojej ojczyzny i swoich bohaterów są lepszymi bardziej wartościowymi ludźmi. Więc tu jawi się kwestia proporcji. Rzygać mi się już chce “Pokłosiami” i “Idami” . Nie kwestionując i takich obrzydliwych, wartych napiętnowania przypadków, punkt ciężkości w przedstawianiu i nauczaniu historii powinien być zupełnie gdzie indziej. Gdzie? To proste. Tam gdzie było polskie państwo. Tam gdzie byli Karscy, Pileccy, Ulmowie, Zośki i Żołnierze Wyklęci. Mam wspaniałą ojczyznę, ze wspaniałą historią i nie pozwolę, żeby jakiś niedouczony, mam nadzieję trzeźwy Irlandczyk na nią pluł”.‬

Pułapki zapominania

Co więc robić? Michał Cichy zaproponował, żeby odpuścić i… zapomnieć. Pisze: “Nasza pamięć nie chce o tym wszystkim wiedzieć i nasza pamięć robi słusznie, bo pamięć jest interesowna. Pamięć jest po to, żebyśmy czuli się dobrze. A nawet po to, żebyśmy czuli się lepsi. Każda pamięć. Nasza, rosyjska, amerykańska, żydowska (…) Te dwie pamięci, polska i żydowska, nigdy się nie zejdą.(…) Uważam, że w gruncie rzeczy zapomnienie jest jedynym lekiem, jedyną zdrową i pozytywną reakcją na historię, która jest za trudna do przyjęcia”.

polecil: Vlady Rozenbaum
Polska i żydowska pamięć się nie zejdą, faktycznie. Jednak nie zgadzam się, że zapomnienie byłoby rozwiązaniem. Dowiodłoby tylko, że jesteśmy zbyt słabi, by przyjać na siebie odpowiedzialność. Marni byliby z nas ludzie. Słabsi od Niemców, którzy zrobili to w znacznie trudniejszej dla siebie sytuacji, słabsi od wielu innych nacji.

Jestem lepszego zdania o moich rodakach. A pamięć służy nie tylko temu, żebyśmy czuli się dobrze. Popatrzcie, co dzieje się ostatnio na świecie – nie tylko na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie; horyzont zaciąga się również w Stanach Zjednoczonych i w Zachodzniej Europie. W Polsce też budzą się upiory przemocy i ideologie, które dzielą ludzi na dobrych i złych, naszych i obcych. Uczciwa pamięć jest kluczowa, gdy jakieś społeczeństwo ma uniknąć powtarzania tragicznych błędów.

Innymi słowy, kwestia o której naprawdę napisał dyr. Comey może mieć dla każdego z nas wymiar boleśnie praktyczny – chyba, że ktoś lubi sobie kopać płytki grób w lesie.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Władysław Bartoszewski nie żyje

Władysław Bartoszewski nie żyje

Władysław Bartoszewski

Władysław Bartoszewski miał 93 lata

24 kwietnia 2015 r. w wieku 93 lat zmarł Władysław Bartoszewski, pełnomocnik premiera ds. dialogu międzynarodowego, historyk, więzień Auschwitz, żołnierz AK.

Urodził się w 1922 r. w Warszawie. We wrześniu 1940 r. został aresztowany przez Niemców i wywieziony do Auschwitz, gdzie był więziony do kwietnia 1941 r. W 1942 r. związał się z konspiracją; wstąpił do AK i rozpoczął współpracę z Radą Pomocy Żydom “Żegota”. Uczestniczył w Powstaniu Warszawskim.

W 1946 r. zatrudnił się w związanej z Polskim Stronnictwem Ludowym Stanisława Mikołajczyka “Gazecie Ludowej”. W 1946 r. został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa i skazany na karę więzienia, którą odbywał do 1948 r. Kolejny raz aresztowany w grudniu 1949 r. W maju 1952 r. skazany na 8 lat więzienia za szpiegostwo. W sierpniu 1954 r. dostał roczną przerwę w karze.

Po uwolnieniu Bartoszewski zajął się publicystyką, współpracował m.in. z tygodnikiem “Stolica” i “Tygodnikiem Powszechnym”. W latach 1973-1982 i 1984-1985 wykładał historię najnowszą na KUL, prowadził także wykłady na niemieckich uczelniach. Był inwigilowany przez SB, m.in. jako “polityczny kontakt reakcyjnej emigracji”.

W 1965 r. został uhonorowany przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Był honorowym obywatelem państwa Izrael.

Czytaj dalej tu: Władysław Bartoszewski nie żyje

Bartoszewski: Nie bałem się Niemców, tylko Polaków

01.03.2011  Jarosław Sulikowski, JB


Bartoszewski wielokrotnie otwarcie mówił Niemcom o ich niechlubnej przeszłości

Bartoszewski: Nie bałem się Niemców, tylko Polaków

Jedni są ogromnie zdziwieni i oburzeni. Inni tłumaczą i słowo po słowie analizują wypowiedź Władysława Bartoszewskiego (89 l.). Wszystko po wywiadzie, którego minister z kancelarii Donalda Tuska (54 l.) udzielił niemieckiej gazecie “Die Welt”. Uczestnik powstania warszawskiego stwierdził w tej rozmowie, że podczas okupacji bardziej bał się polskiego donosicielstwa niż niemieckich żołnierzy

Władysław Bartoszewski przez lata na własnej skórze przekonywał się, czym była II wojna światowa i niemieckie prześladowania. Jako żołnierz Armii Krajowej, działacz polskiego państwa podziemnego, uczestnik powstania warszawskiego i więzień obozu Auschwitz widział terror okupanta. Tym bardziej niektórych dziwią jego słowa.

– Był pan w ruchu oporu i pomagał Żydom. Miał pan wtedy sąsiadów, których się obawiał? – spytał dziennikarz „Die Welt”. Władysław Bartoszewski odpowiedział, iż mieszkał w Warszawie przy ulicy Mickiewicza w kamienicy pełnej inteligencji. – Jeśli ktoś się bał, to nie Niemców. Gdy niemiecki oficer zobaczył mnie na ulicy i nie miał rozkazu aresztowania, nie musiałem się go obawiać. Ale gdy sąsiad Polak zauważył, że kupiłem więcej chleba niż normalnie, wtedy musiałem się bać – stwierdził.
I właśnie te słowa zaskoczyły wiele osób. – Nie chce tego komentować. Muszę wcześniej przeczytać cały wywiad. Nie wiem, w jakim kontekście padły – mówi nam prof. Włodzimierz Suleja, szef wrocławskiego oddziału IPN.

Część osób, na przykład dr Adam Cyra (62 l.), historyk i starszy kustosz w Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, stara się tłumaczyć Władysława Bartoszewskiego. – To są doświadczenia pana Bartoszewskiego, który przeżył okupację. Tylko on wie, co dokładnie go spotkało. Przecież były przypadki, co prawda sporadyczne, gdy Polacy donosili na rodaków, którzy trafiali do obozów i tam ginęli – mówi Faktowi dr Cyra.

Inni jednak ostro krytykują uczestnika powstania warszawskiego. – Mogę tylko powiedzieć, że jest mi przykro, że pan minister takie rzeczy opowiada. Byłoby lepiej, gdyby dał sobie spokój z aktywnością w niemieckiej prasie – komentuje Faktowi Zbigniew Girzyński (38 l.), historyk, poseł PiS.
Sam profesor Bartoszewski stwierdza krótko: – Co prawda, wywiad nie był autoryzowany, ale został spisany rzetelnie – podsumowuje Faktowi.

Bartoszewski chodził z ochroną. Czemu?


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com