Archive | 2015/04/26

Żydzi z USA nie reagowali na Holocaust. Bali się o fortuny

logo gazetaprawna.plReżyser filmu “Karski i władcy ludzkości”: Żydzi z USA nie reagowali na Holocaust. Bali się o fortuny

Magdalena Rigamonti

artykul wzbogacony komentarzem Wlodka Rozenbauma (patrz pod artykulem)


Sławomir Grünberg, fot. Maksymilian Rigamonti

Sławomir Grünberg, operator, reżyser, producent filmowy oraz telewizyjny. W 1981 r. wyjechał do USA, gdzie realizuje filmy dokumentalne. fot. Maksymilian Rigamonti

Churchill, Pius XII, Roosevelt i wpływowi amerykańscy Żydzi są współwinni Holocaustu. Usłyszeli od Jana Karskiego o zagładzie Żydów i nie zrobili nic – mówi Sławomir Grünberg, reżyser filmu „Karski i władcy ludzkości”.

Magdalena i Maksymilian RigamontiRIGAMONTI razy 2: Magdalena i Maksymilian Rigamonti

Jesteśmy współodpowiedzialni za Holocaust?

Kto?
Polacy. Pytam, bo dla mnie pana film o Janie Karskim jest jednym wielkim oskarżeniem Churchilla, Roosevelta, papieża Piusa XII, władców ludzkości, jak mówił o nich Karski, ale też amerykańskich środowisk żydowskich.

Nie chciałem oskarżać. Tylko pokazać, że oni wiedzieli o Holocauście, wiedzieli, że Żydzi są masowo mordowani, bo przecież Karski im o tym powiedział, i nic nie zrobili. Nic. Zresztą teraz w różnych częściach świata tysiące ludzi jest gwałconych, torturowanych, zabijanych i wielcy tego świata też nic nie robią. Nie robią, bo nie mają w tym żadnego interesu. Ten film jest o tym, jak funkcjonuje polityka i jak my, zwykli ludzie, przyzwyczajamy się do tego, jak jesteśmy bierni, jak się odwracamy, nie chcemy wiedzieć, zaangażować się. Wtedy, ponad 70 lat temu, Żydzi nie mieli swojego państwa i swoich przywódców, którzy mogliby na arenie międzynarodowej wystąpić i powiedzieć: mieszkańcy naszego kraju są masowo mordowani. Nie mieli swojego przedstawiciela

Jan Karski był takim przedstawicielem.

Był. I zrobił najwięcej. Ale władcy ludzkości mieli go gdzieś.

Wpływowi amerykańscy Żydzi też.

Niestety też. Nie zrobili nic. Feliks Frankfurter, Żyd, sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego, powiedział Karskiemu, że nie wierzy w historie o getcie, o zagładzie. Nie wierzy, nie chce wierzyć, nie ogarnia tego, nie przyjmuje do wiadomości. Rabini amerykańscy protestowali przed Białym Domem, chcieli się spotkać z prezydentem Rooseveltem, chcieli jakiejś deklaracji w sprawie pomocy dla europejskich Żydów, ale prezydent uciekł z Białego Domu tylnym wyjściem. To smutne.

Smutne? Smutny to może być film fabularny w kinie.

A co oni mogli więcej zrobić w tej Ameryce? Może uzbierać więcej pieniędzy na przekupienie przywódców Rumunii czy Węgier, którzy zaczynali wtedy kolaborować z Hitlerem, i uratować tę resztkę Żydów. W Polsce Niemcy zbudowali obozy koncentracyjne, ale to, co zrobili w Rumunii, było czymś niewyobrażalnym. Zwieźli wszystkich w jedno miejsce i przeciągnęli ich pod granicę sowiecką w rejon nazywany Transnistrią i tam ich zostawili. Bez jedzenia, bez ubrań, bez baraków. Była zima, mróz. Spotkałem kobietę, która to przeżyła, która widziała, jak z głodu i zimna umierają jej bliscy, jak umierają wszyscy. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Nie wiedziałem o tym, dopóki nie zacząłem zajmować się Karskim. Roosevelt i rząd amerykański bali się zaangażować w sprawę żydowską. Niemcy robili propagandę z tego, że Żydzi są powodem II wojny światowej. Roosevelt nie chciał się włączać w tę narrację i walczyć o ratowanie Żydów.

Do cholery, był najsilniejszym władcą na świecie! Podkreśla pan to w swoim filmie kilkukrotnie.

Bo był najsilniejszy na świecie. Mógł zareagować, kiedy Karski mu mówił o zagładzie. A on zapytał o rolnictwo w Polsce i o konie, o to, jak się mają konie.

W pana filmie te konie się pojawiają.

Narysowane, piękne konie pociągowe, chodzące obok drutów kolczastych obozu koncentracyjnego. Tomek Niedźwiedź wymyślił ten rodzaj animacji. Jakby trójwymiarowej, jakby dokumentalnej. Potem się okazało, że jego dziadkowie uratowali rodzinę żydowską i że on rysując dla mnie, opowiada swoją prywatną historię.

Pan jest Żydem.

Jestem. Choć przez 30 lat życia w…

Czytaj dalej tu: Reżyser filmu “Karski i władcy…


 

polecil:Vlady Rozenbaum

Warto uzupelnic ten wywiad ciekawym komentarzem Henryka Grynberga w jego Pamietniku 2 (wydanym w 2014 r.):
– “McLean, 11 X 2011 – Rzad amerykanski nie tylko nic nie robil, zeby ratowac Zydów, ale robil, co mógl, zeby nie ratowac. Nie tylko nie wypelnial swoich kwot imigracyjnych z krajów, które sie znalazly pod wladza hitlerowska – wykorzystywal je minimalnie. Badania i dokumenty obnazaja machinacje Departamentu Stanu, który pietrzyl biurokratyczne przeszkody dla zydowskich uchodzców.

Prezydent Roosevelt, pragmatyczny polityk, nie mial czasu na tak marginalne dla niego sprawy i z pragmatycznych powodów nie chcial antagonizowac antysemitów w Departamencie Stanu i w ogóle w swiecie. Nie wiadomo, jakie wrazenie zrobil na nim ustny raport Jana Karskiego, bo nie ma zadnych pisemnych sladów. „Bariery wzniesione przez Departament Stanu padly dopiero w poczatkach 1944 roku, gdy Josiah DuBois, (niezydowski) urzednik Departamentu Skarbu, napisal «Raport o przyzwoleniu (acquiescence) naszego rzadu na mordowanie Zydów», w którym obciazyl Departament Stanu odpowiedzialnoscia za rozmiary tragedii przez polityke niewpuszczania uchodzców do USA … Wreczyl on swoje memorandum sekretarzowi skarbu Henry’emu Morgenthauowi, grozac, ze poda sie do dymisji i publicznie potepi nikczemna polityke administracji, jesli nie uczyni sie natychmiast czegos, by ratowac kogo jeszcze sie da”. Morgenthau zaniósl to memorandum prezydentowi, który zrozumial, ze jego publikacja wywolalaby skandal bardzo niepozadany w roku wyborczym i dopiero wtedy Roosevelt polecil utworzyc War Refugee Board (Rade d/s Uchodzców Wojennych).

Tak pisze Shlomo Slonim, omawiajac ksiazke Refugees and Rescue: The Diaries and Papers of James G. McDonald, 1935–1945 (Indiana University Press, 2009) w biezacym numerze kwartalnika „Israel Journal of Foreign Affairs” (vol. V, nr 3). I przy tej okazji nadmienia, ze trudnosci pietrzone przez „diaboliczne umysly w Departamencie Stanu” uniemozliwily ucieczke rodzinie Anny Frank.

Opinia publiczna nie zawsze milczala. „Jesli panstwa anglosaskie utrzymaja obecny kurs, to bedziemy winni wspóldzialania z Hitlerem…” – ostrzegal w maju 1943 roku tygodnik „New Republic”. Równiez sekretarz skarbu Morgenthau powiedzial do swoich wspólpracowników, ze przez zaniechanie pomocy Zydom administracja Roosevelta „pomaga Hitlerowi”. Przypomina o tym Rafael Medoff w tymze numerze „Israel Journal of Foreign Affairs”, omawiajac ksiazke Alexandra J. Grotha Accomplices: Churchill, Roosevelt and the Holocaust. „Accomplices” w tym kontekscie znaczy „wspólwinni”. Roosevelt i Churchill w ciagu calej wojny ani razu nie mówili o mordowaniu Zydów.

Nie ma tego tematu w opublikowanych po wojnie ciezkich tomach ich korespondencji ani w listach i wspomnieniach innych przywódców amerykanskich i brytyjskich. Nie znaczy to jednak, ze nie wiedzieli. Medoff wskazuje pare odnosników w Churchilla 3000-stronicowej historii II wojny swiatowej. W jednym z odnosników przytoczone jest memorandum z lipca 1944 roku do ministra spraw zagranicznych Edena, w którym nazwal zaglade Zydów – cytuje za Medoffem – „prawdopodobnie najstraszniejsza zbrodnia w calej historii swiata”.

Churchill tez byl pragmatykiem. „I Churchill, i Roosevelt byli przekonani, ze porzucenie (abandoning) Zydów jest korzystniejsze politycznie niz ratowanie” – konkluduje Medoff.

PS Pytanie na marginesie: czy pragmatyczna Szwajcaria zawracala zydowskich uchodzców do
prohitlerowskiej strefy Vichy, azeby nie przezyli swoich kont bankowych?


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Armenian genocide: To continue to deny the truth

Armenian genocide: To continue to deny the truth of this mass human cruelty is close to a criminal lie

Robert Fisk


At seven o’clock on Thursday evening, a group of very brave men and women will gather in Taksim Square, in the centre of Istanbul, to stage an unprecedented and moving commemoration. The men and women will be both Turkish and Armenian, and they will be gathering together to remember the 1.5 million Christian Armenian men, women and children slaughtered by the Ottoman Turks in the 1915 genocide. That Armenian Holocaust – the direct precursor of the Jewish Holocaust – began 100 years ago this Thursday, only half a mile from Taksim, when the government of the time rounded up hundreds of Armenian intellectuals and writers from their homes and prepared them for death and the annihilation of their people.

The Pope has already annoyed the Turks by calling this wicked act – the most terrible massacre of the First World War – a genocide, which it was: the deliberate and planned attempt to liquidate a race of people. The Turkish government – but, thank God, not all the Turkish people – have maintained their petulant and childish denial of this fact of history on the grounds that the Armenians were not killed according to a plan (the old “chaos of war” nonsense), and that the word “genocide” was anyway coined only after the Second World War and thus cannot apply to them. On that basis, the First World War wasn’t the First World War because it wasn’t called the First World War at the time!

Two thoughts come to mind, then, on this centenary of the butchery, mass rape and child killing of 1915. The first is that for a powerful government of a strong – and courageous – European and Nato nation such as Turkey to continue to deny the truth of this mass human cruelty is close to a criminal lie. More than 100,000 Turks have discovered that they have Armenian grandmothers or great-grandmothers – the very women kidnapped, enslaved, raped or converted on the death marches from Anatolia into the northern Syrian desert – and Turkish historians themselves (alas, not enough of them) are now producing the most detailed documentary evidence of the sinister Talat Pasha’s extermination orders issued from what was then Constantinople.

Yet anyone who opposes the government’s denial of genocide is still vilified. For almost a quarter of a century, I have been receiving mail from Turks about my own writing on the genocide. It started when I dug the bones and skulls of massacred Armenians out of the Syrian desert with my own hands in 1992. A few correspondents wanted to express their support. Most letters were little short of pernicious. And I rather fear that the continued denial by the Turkish government could be as dangerous to Turkey as it is outrageous for the Armenian descendants of the dead. I remember an elderly Armenian lady describing to me how she saw Turkish militiamen piling living babies on top of each other and setting fire to them. Her mother told her that their cries were the sound of their souls going up to heaven. Isn’t this – and the enslavement of women – exactly what Isis is perpetrating against its ethnic enemies just across the Turkish border today? Denial is fraught with peril.

And let’s ask ourselves what would happen if the present German government was to claim that any demand to recognise the “events” of 1939-1945 – in which six million Jews were murdered – as a genocide was “Jewish propaganda” and “mutilating history and law”. Yet that was pretty much what the Turkish government said when the EU last week asked it to recognise the Armenian genocide. The EU, the foreign ministry said in Ankara, had succumbed to “Armenian propaganda” about the “events” of 1915, and was “mutilating history and law”. If Germany had adopted such unforgivable words about the Jewish Holocaust, you would not have been able to see through the Berlin exhaust fumes as the world’s ambassadors headed for the airport.

Yet the very day after the brave little commemoration scheduled for Taksim Square this week, the great and the good of the Western world will be gathering with Turkish leaders a few miles to the west of Istanbul to honour the dead of Gallipoli, Mustafa Kemal’s extraordinary – and brilliant – 1915 victory over the Allies in the First World War. How many of them will remember that among the Turkish heroes fighting for Turkey at Gallipoli was a certain Armenian Captain Torossian – whose own sister would soon die in the genocide?

I plan to report on the commemoration next week in the company of Turkish friends. But the second thought that comes to mind – and Armenian friends must forgive me – is that I’m not terribly interested in what the Armenians say and do on this 100th anniversary. I want to know what they plan to do on the day after the day of the 100th anniversary. The Armenian survivors – those who could remember – are now all dead. In about 30 years, Jews around the world will suffer the same deep sadness as their own last survivors disappear from the world of living testimony. But the dead live on, especially when their victimhood is denied – a curse that forces them to die again and again.

Armenians must surely now compile a list of the brave Turks who saved their lives during their people’s persecution. There is at least one provincial governor, and individual named Turkish soldiers and policemen, who risked their own lives to save Armenians at this gruesome moment in Turkish history. Recep Tayyip Erdogan, Turkey’s triumphalist prime minister, has spoken of his sorrow for the Armenians, while continuing to deny the genocide. Would he dare to refuse to sign an Armenian genocide book of commemoration listing the brave Turks who tried to save their nation’s honour at its darkest hour?

I’ve been banging on about this idea to Armenians for years. I said the same to Armenians in Detroit last week. Honour the good Turks. Alas, everyone claps. And does nothing


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Maryna Ochab z Nagrodą Tadeusza Boya-Żeleńskiego

Maryna Ochab z Nagrodą Tadeusza Boya-Żeleńskiego

Janusz R. Kowalczyk


Maryna Ochab, Warszawa Zamek Królewski, uroczystości 80-lecia Polskiego PEN Clubu, 2005, 
fot. Anna Beata Bohdziewicz/Reporter

Maryna Ochab, Warszawa Zamek Królewski, uroczystości 80-lecia Polskiego PEN Clubu, 2005, 
fot. Anna Beata Bohdziewicz/Reporter

Maryna Ochab (ur. 1946) – tłumaczka, głównie z języka francuskiego, aktywna od 1976 roku. Przełożyła, między innymi, Symbolikę zła Ricoeura, Zazi w metrze Queneau (nagroda Literatury na Świecie 2005), Przechodzimura Marcela Aymé, wiele książek historyczno-kulturowych z nowej francuskiej szkoły historycznej, Życie seksualne Immanuela Kanta (2002), której autorem jest francuski dziennikarz Jean-Baptiste Botul (właściwie Frédéric Pagès), 2 powieści kryminalne Jean-Claude’a Izzo i inne. W 1999 otrzymała Nagrodę PEN Clubu za przekłady na język polski. Jest córką Edwarda Ochaba. [zrodlo: Wikipedia ]

Maryna Ochab, tłumaczka z języka francuskiego, odebrała przyznaną po raz pierwszy Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Laureatka otrzymała statuetkę i 50 tys. zł.

W dorobku Maryny Ochab, której tłumaczenia ukazują się od 1976 roku, są takie pozycje jak “Zając z Patagonii” Claude’a Lanzmanna, “Zazi w metrze” Raymonda Queneau, “Czarodziejki” Jeana Starobinskiego (razem z Tomaszem Swobodą) czy “Indie. Miliony zbuntowanych” Vidiadhara Surajprasada Naipaula (razem z Agnieszką Nowakowską), a także “Życie seksualne Immanuela Kanta” Jean-Baptiste’a Botu, “Przechodzimur” – opowiadania Marcela Aymé, “Symbolika zła” Paula Ricoeura, “Niebieski: historia koloru” Michela Pastoureau, “Total Cheops i Szurmo” Jean-Claude’a Izzo.

Maryna Ochab tłumaczy głównie z języka francuskiego, ale również z włoskiego, angielskiego i rosyjskiego. Popularyzuje także literaturę polską – na język francuski przetłumaczyła “Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall.

Nietypową statuetkę w kształcie szkatułki z trzema szufladkami, jaką otrzymała laureatka, zaprojektowała i wykonała Katarzyna Józefowicz, rzeźbiarka, profesor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Po uchyleniu szufladek widzimy wycięte słowa, które kojarzą się artystce z przekładem literackim, zarówno te oczywiste, jak książka, autor, literatura, ale też miłość, otwartość, metoda, nazwy przedmiotów czy rozmaite czasowniki.

“Maryna Ochab jest tłumaczką z pasją, ale ta pasja jest podszyta rzetelnością i szacunkiem dla oryginału, nie polega na forsowaniu własnego głosu. Szanuje integralność zdań, długość oddechu, niczego nie dopisuje ani nie skraca, potrafi uratować wszelkie dwuznaczności i tkankę tego, co jest pomiędzy wierszami. Jak wielu tłumaczy, lubi być w cieniu, ale pora wyprowadzić ją na środek sceny, w snop światła – powiedziała o laureatce Anna Wasilewska, przewodnicząca jury Nagrody. – Kapituła chciała zwrócić uwagę na różnorodność w dorobku laureatki, która gra na kilku fortepianach. Uprawia przekład wszystkich gatunków – oprócz poezji – czyli eseju filozoficznego, eseju historycznego, krytyki literackiej, prozy i dramatu. Wśród autorów przez nią tłumaczonych znajdują się takie nazwiska, jak Jean Starobinski, Paul Ricoeur, Philippe Aries, Michel Pastoureau, Jean Delumeau, a także Georges Bataille, Raymond Queneau, Raymond Roussel.”

“Maryna Ochab potrafi znaleźć właściwą dykcję dla wszystkich tłumaczonych przez siebie pisarzy, mocno ustawić głos, wcielić się w rozmaite role, nadać tekstom właściwą intonację, nie bać się leksykalnej wynalazczości” – dodała Anna Wasilewska.

“Czuję się bardzo wyróżniona i speszona zarazem, bo uważam, że moi koledzy mają większy dorobek ode mnie” – powiedziała Maryna Ochab po przyjęciu Nagrody.

Jak podkreślają organizatorzy, Nagroda Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego jest wyrazem uznania dla zasług i maestrii tłumaczy literatury pięknej i związana jest z zainicjowanymi w 2013 roku przez Instytut Kultury Miejskiej Gdańskimi Spotkaniami Tłumaczy Literatury “Odnalezione w tłumaczeniu”. Celem Nagrody jest podkreślenie należnej przekładowi i tłumaczowi rangi.

Galę wręczenia Nagrody, która odbyła się 10 kwietnia w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, prowadził Michał Chaciński, scenografię i wizualizację zaprojektowała Olga Warabida, a muzykę specjalnie dla “Odnalezionego w tłumaczeniu” skomponował Olo Walicki.

Laureatkę wybrała kapituła Nagrody w składzie: Anna Wasilewska (przewodnicząca Kapituły), Edward Balcerzan, Andrzej Jagodziński, Adam Pomorski, Krzysztof Pomian, Stanisław Rosiek i Justyna Sobolewska.

Nominowanymi do nagrody byli: Elżbieta Cygielska (język węgierski), Jan Gondowicz (język francuski i inne), Michał Kłobukowski (język angielski), Halina Kralowa (język włoski), Małgorzata Łukasiewicz (język niemiecki), Maryna Ochab (język francuski) i Jacek Poniedziałek (język angielski).

Autor: Janusz R. Kowalczyk, Rynek-ksiazki.pl


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com