Archive | December 2016

Polska oczami córki komunistycznego zbrodniarza

Polska oczami córki komunistycznego zbrodniarza

Artur Wróblewski


WWarszawa, 1946. Jakub Berman / Roman Kotowicz /Agencja FORUMarszawa, 1946. Jakub Berman / Roman Kotowicz /Agencja FORUM

– O działalności ojca w Komitecie Bezpieczeństwa Publicznego nie wiedziałam nic. Ojciec mnie o tym nie informował, nie było na to miejsca w życiu rodzinnym – w ten sposób Lucyna Tychowa, córka odpowiedzialnego za komunistyczny terror w powojennej Polsce Jakuba Bermana, odpowiedziała na pytanie o zbrodniczą działalności ojca.

Właśnie ukazał się wywiad-rzeka “Tak, jestem córką Jakuba Bermana” profesora Andrzeja Romanowskiego z Lucyną Tychową. W czasie czwartkowego spotkania z autorami książki w krakowskim Centrum Kultury Żydowskiej, Tychowa opowiadała zebranym o swoim dramatycznym i pełnym nieoczekiwanych zwrotów życiu. Dorastająca w przedwojennej Warszawie, w inteligenckiej żydowskiej rodzinie o mocno lewicowych przekonaniach (“Rodzice byli komunistami i ateistami”), ukształtowana została z jednej strony przez tradycję żydowską i także – pomimo laickości rodziców – judaizm (“Dziadek zaprowadził mnie do synagogi. Byłam przerażona, modlitwy były głośne, ludzie się gibali…”), a z drugiej przez kulturę polską. – Wzrastanie w dwóch kulturach było wspaniałe – przyznała Tychowa.

Młodość zakończyła się gwałtownie 1 września 1939 roku. – Przez dwa miesiące siedzieliśmy w piwnicy, spadały na nas bomby, a mama co chwilę opatrywała rannych. Często przymieraliśmy głodem. Ten okres uczynił mnie starszą i dojrzalszą. Lata wojny najmocniej utkwiły w mojej pamięci. Były tak dramatyczne, że je pamiętam jak obrazy filmowe. Jeden po drugim… To była straszna sytuacja, sytuacja nieustannego zagrożenia życia. Każdy krok mógł prowadzić do śmierci. Dlatego tamte wydarzenia są wryte w mojej pamięci jak w skale – przyznała.

Rodzina Bermanów musiała uciekać z okupowanej przez Niemców Polski do Związku Sowieckiego. Tam – jak wspominała – “poznała rosyjski język, radzieckie obyczaje jak czerwony krawat, podlegałam indoktrynacji”. Za indoktrynację odpowiedzialny był jej ojciec Jakub Berman, który w 1941 roku był kierownikiem polskiego kursu w szkole komunistycznej w Kusznarenkowie, gdzie “wykuwano” działaczy Polskiej Partii Robotniczej. Poza działaczami, komuniści szkolili również skoczków, których zrzucano do okupowanej przez Niemców Polski, by walczyli z hitlerowcami, ale też z akowską partyzantką. Ich celem było zasianie w Polsce komunizmu. – Uważaliśmy, że oni będą walczyć o wolną Polskę. Ci ludzie to były kamienie rzucane na szaniec. Pan profesor Romanowski żachnął się, gdy mu to powiedziałam w wywiadzie. A ja zaznaczyłam, że to były inne kamienie, rzucane na inny szaniec. Chcieli walczyć z okupantem, tylko w imię innych ideałów. Oni byli zrzucani na śmierć – powiedziała.

– Żachnąłem się, to prawda. Moja matka była z domu Bytnar, była kuzynką Jana “Rudego” Bytnara. A tu nagle, jako o kamieniach rzucanych na szaniec, mówi się o ludziach, którzy zwalczali tradycję niepodległościową. Skoczkowie, którzy zwalczali takich, jak “Rudy”. Zwalczali tych, którzy chcieli Polskę ze Lwowem i z Wilnem – powiedział Romanowski.

Co zaskakujące, pomimo zupełnie innych tradycji i przekonań, to Romanowski jest tym współautorem książki, który starał się zrozumieć, a nawet w pewnym sensie bronić polskich wysłanników Kremla. – Chciałem pokazać ludzką stronę komunistów. Chodzi o to, by nawet w największym adwersarzy zobaczyć człowieka – zaznaczył. Także w osobie Jakuba Bermana, jednego z największych zbrodniarzy w powojennej Polsce, architekta stalinowskiego terroru we własnej ojczyźnie i szarej eminencji reżimowej komunistycznej hierarchii. Romanowski przywołał historię, gdy Berman wyjeżdżającej z Polski koleżance wręczył “nie dzieło Karola Marksa czy Włodzimierza Lenina”, ale “dał jej w prezencie ‘Pana Tadeusza’. To jest coś fascynującego i intrygującego”. Naukowiec przekonywał, że to dzięki Bermanowi do Polski miały wrócić zbiory Ossolineum czy “Panorama Racławicka”. Romanowski stwierdził również, że po 1949 roku, kiedy to Berman został członkiem Komisji Biura Politycznego KC PZPR ds. Bezpieczeństwa Publicznego, natężenie represji spadło, jakby zapominając, że było to spowodowane głównie zlikwidowaniem większości antykomunistów w latach 1945-1948. Mówiąc wprost i brutalnie – Berman miał mniej przeciwników do “wykańczania”, bo większość z nich albo nie żyła albo była więziona w ubeckich katowniach.

– Dla mnie świat, w którym wzrastała pani Tychowa, był światem wrogim, opresyjnym. Ale minęły lata i uznałem, że przyszedł czas na inną refleksję, niż refleksja młodzieńca zbuntowanego przeciwko opresyjnemu systemowi. Jaka była alternatywna w 1945 roku dla Polski? Co Polacy mogli wtedy zrobić? – zastanawiał się Romanowski.

A jak opresyjny system i zbrodniczą działalność ojca odbierała córka Bermana? Jak zareagowała, gdy dotarło do niej, czym zajmuje się jej ojciec?
– Dowiedziałam się… ja nie wiedziałam za co mój ojciec odpowiada w Biurze Politycznym. Wiedziałam, że jest na wysokim partyjnym stanowisku, docierały do mnie echa, że jest szarą eminencją i wiele znaczy w Polsce. O Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego nie wiedziałam nic, ojciec mnie nie informował, nie było na to miejsca w życiu rodzinnym. Dowiedziałam się o wszystkim w październiku 1956 roku i było to dla mnie szokiem. Gdy spytałam ojca, dlaczego nie odszedł ze stanowiska, to się smutno uśmiechnął i powiedział, że “to nie było możliwe” – powiedziała.
– Z tego okresu, kiedy byłam dygnitarzówną, zapamiętałam najmniej. Dlaczego? Bo nie lubię tych czasów. Mówiono, że byłam “najlepszą partią w ludowej Polsce”. Nie znosiłam tego. Nie wiedziałam też, z jakiego powodu ludzie chcą się do mnie zbliżyć. Miałam masę zahamowań, bo jedni się podlizywali, a drudzy odwracali tyłem. Tytuł tej książki to odbicie mojego życia. Cały czas zadawano mi to pytanie: Czy jest pani córką tego Bergmana? Raz to było “tego” Bermana, a innym razem to było “tego” Bermana, w zależności kto pytanie zadawał – wspomina Tychowa, jednocześnie starając się zrzucić choć odrobinę odpowiedzialność z barków ojca, który według jej słów był “ofiarą”. Po odwilży 1956 roku Berman został usunięty z PZPR, jako osoba odpowiedzialna za terror czasów stalinowskich. – Mój ojciec był odpowiedni na ofiarę, na winnego tego wszystkiego, bo był Żydem – wypaliła jakby zapominając, że identyczny los spotkał nie-Żyda Stanisława Radkiewicza, innego architekta komunistycznej machiny represji.

Jednocześnie Tychowa w bardzo interesujący i rozsądny sposób skomentowała rzekomy zakorzeniony antysemityzm Polaków. – Polskę antysemityzmem zatruli Niemcy. Przed wojną antysemityzm, jeżeli był, to miał zupełnie inny wymiar. Zauważano moje ciemne włosy i ciemne oczy. Żyd był przez niektórych postrzegany jako niepotrzebny przybysz, ktoś kto nie był współobywatelem, tylko tym, kto zabierał pracę i chleb, przybysz który był symbolem bogactwa… Ktoś, kogo by wysłano na Madagaskar, ale nie zabito. Po 1939 roku to się zmieniło, wtedy Niemcy zatruli polską moralność antysemityzmem. Niemcy pokazali, że Żyd to nie jest człowiek. To okupacja najbardziej splamiła i zdeprawowała Polaków. Właśnie dlatego Jedwabne było możliwe – oceniła, dodając, że świadomość zgotowanego przez Niemców Holocaustu tkwi w niej do dziś i – pomimo upływu lat – “wciąż wzrasta”.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Tech giant Microsoft announces $1 billion campus in Herzliya

Europe Israel NewsTech giant Microsoft announces $1 billion campus in Herzliya

Israel HaYom


Tech giant Microsoft announces $1 billion campus in Herzliya

Microsoft Israel touts plan to lease large space in Herzliya’s industrial zone to be developed under a 15-year contract with three real estate firms • Move aims to merge the company’s existing offices, spread over several sites, into one location.

Microsoft Israel announced Sunday plans to set up a new campus in Herzliya’s industrial zone, in central Israel, in a real estate project estimated at $1 billion.

Microsoft plans to lease 40,000 square meters (43,000 square feet) of space under a 15-year contract. The space will be developed by local real estate firms Canada-Israel, Tidhar, and Akro Real Estate. The lease is still pending the approval of Microsoft’s U.S. parent company.
Microsoft Israel declined to elaborate further on the project,

In early 2016, Microsoft Israel issued a tender for a campus to merge its existing operations in Israel, which are currently spread over a number of locations in Herzliya Pituach and Raanana. According to the financial daily Globes, the new campus will house all the company’s Herzliya offices, but no decision has been made at this time about the relocation of the Raanana offices.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


WATCH: IAF pilots fly F-35 over Israel for the first time

WATCH: IAF pilots fly F-35 over Israel for the first time


Israel Air Force pilots tested the newly delivered F-35 all-weather, stealth fighter jets designed to perform ground attack and air defense missions

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Markowa. Żydowska śmierć, polska wina, wspólny strach

Markowa. Żydowska śmierć, polska wina, wspólny strach

(*) Jan Grabowski, (**) Dariusz Libionka


Muzeum w Markowej, nazwiska Polaków ratujących Żydów Muzeum w Markowej, nazwiska Polaków ratujących Żydów (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Zarówno Żydzi, jak i ginący wraz z nimi Polacy, którzy ich ratowali, zasłużyli na więcej niż propaganda “polityki historycznej” Muzeum w Markowej

Jednym z najbardziej widocznych przejawów „polityki historycznej” polskiego państwa jest upamiętnianie Polaków ratujących Żydów za okupacji. Praktycznie wszystkie wystąpienia polskich czynników oficjalnych zatrącające o tematykę Zagłady nie mogą się dziś obejść bez przypomnienia o „liczbie polskich drzewek oliwnych w Yad Vashem”, o Janie Karskim czy Irenie Sendler.

Jan Karski: Bond, który płacze

Niestety, ofiara Sprawiedliwych Polaków – ludzi, którzy bezinteresownie ratowali Żydów – jest dziś cynicznie używana do kończenia dyskusji o mniej chwalebnych postawach polskiego społeczeństwa. Poszukiwanie prawdy historycznej schodzi na daleki plan. Liczy się przede wszystkim mitotwórcza wartość tych zabiegów.

Przykładem, dokąd prowadzi tak pojęta „polityka historyczna”, jest Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. Rodziny Ulmów w Markowej na Podkarpaciu. Na jego otwarciu w marcu przemawiał prezydent Andrzej Duda, a 14 października muzeum stało się miejscem spotkania czterech prezydentów państw Grupy Wyszehradzkiej. W intencji władz spod znaku „dobrej zmiany” otwarcie muzeum stało się wydarzeniem o zasięgu światowym.

Nie mamy złudzeń, że inaczej byłoby w przypadku innej konfiguracji politycznej. Była minister kultury Małgorzata Omilanowska nie omieszkała pochwalić się na FB, że „Muzeum to wielka zasługa władz Podkarpacia z marszałkiem Władysławem Ortylem, ale też MKiDN i Bogdana Zdrojewskiego”.

Markowa jak Yad Vashem

Polska duma

Wiktoria i Józef Ulmowie przyjęli pod swój dach osiem osób: pięciu mężczyzn z Łańcuta oraz dwie córki sąsiada i dziecko jednej z nich. W nocy 24 marca 1944 r., w wyniku donosu policjanta granatowego Włodzimierza Lesia, do Markowej przybyli niemieccy żandarmi i granatowi z Łańcuta. W trakcie rewizji wykryli Żydów, których z miejsca zamordowali. Następnie rozstrzelali Józefa Ulmę, jego ciężarną żonę i sześcioro dzieci.

Muzeum ich imienia odwiedziliśmy w lipcu. Jego gmach wklinowany w zbocze niewielkiego wzniesienia zbudowano w miejscu, gdzie kiedyś stał dom Ulmów. Przed wejściem znajduje się ściana z nazwiskami kilkuset Polaków ratujących Żydów.

Ekspozycja składa się z dwóch zasadniczych części: pierwsza poświęcona jest Ulmom i historii pomocy na terenie Markowej, druga zaangażowaniu Polaków z Podkarpacia. Zebrano fotografie, reprodukcje dokumentów z okupacji i powojennych, obwieszczeń zawierających groźby za ukrywanie Żydów, mapy ilustrujące geografię pomocy itp. Są biogramy głównych sprawców mordu w Markowej.

O Lesiu czytamy: „był wyznania greckokatolickiego, dlatego niektórzy uważali go za Ukraińca”. Jak można przypuszczać, gdyby był czysto polskiego pochodzenia, do tragedii by nie doszło. Owo domniemanie powielają w publikacjach dwaj eksperci Instytutu Pamięci Narodowej Mateusz Szpytma i Jarosław Szarek (dziś wiceprezes i prezes IPN-u), autorzy książki „Ofiara Sprawiedliwych. Rodzina Ulmów – oddali życie za ratowanie Żydów”.

Twórcy wystawy są dumni z nastawienia Polaków do Żydów podczas wojny – i pragną, aby ta duma udzieliła się zwiedzającym. Podstawowym przekazem muzeum jest przekonanie, że podczas okupacji Żydzi zostali objęci przez Polaków ochronnym parasolem solidarności i pomocą, której kres, jak w wypadku Ulmów, wyznaczała własna śmierć.

Niestety, w sposobie prezentacji dominuje chaos. Nawet historia Ulmów i ich śmierci opowiedziana jest nieskładnie. Pomoc Żydom podzielono na indywidualną i świadczoną przez Kościół. Podział taki nie ma żadnego głębszego uzasadnienia. Odbiorca nie otrzymuje żadnych danych na temat jej skuteczności. W sumie z przedwojennych powiatów łańcuckiego i przeworskiego zarejestrowało się jako ci, co przetrwali w ukryciu, w lasach i u Polaków, ok. 100 Żydów – ok. 1 proc. przedwojennej ludności, czyli podobnie jak w innych okolicach okupowanej Polski. Liczb tych nie znajdziemy na wystawie. Pojawia się natomiast liczba 2921 Żydów „uratowanych przez Polaków” na Podkarpaciu. W rzeczywistości jest to liczba osób zarejestrowanych w 14 komitetach żydowskich na tym terenie jesienią 1944 r.

Nie podano danych dotyczących sposobu ukrywania, nie wiadomo, kto przeżył w obozach, kto w innych okolicach, kto był w lesie, kto u partyzantów, komu pomagali Polacy, a komu nie. Sugerowanie zwiedzającym, że wszyscy oni „zawdzięczają życie Polakom”, jest nieporozumieniem. Inna sprawa, że Żydom w Przemyślu pomagali również Ukraińcy, w tym duchowni greckokatoliccy. Ale o tym na wystawie nie ma ani słowa! Na mapie pokazującej geografię pomocy wyróżniono obszary zamieszkane przez Ukraińców. I to wszystko. Ekspozycja dotyczy wyłącznie Polaków.

Markowa, jak stwierdził prezydent Duda podczas otwarcia muzeum, „to wielkie miejsce Rzeczypospolitej, bo wydarzyły się tu rzeczy, dzięki którym my, jako Polacy, możemy czuć się godnie”. Istotnie, możemy. Ale tak jak wszędzie wydarzyły się tu także rzeczy straszne, z których powodu ucierpieć może narodowe ego.

Jak pamiętamy wojnę

Gromadzka spółka

Żeby zrozumieć, co się wydarzyło w tej okolicy, musimy pójść tropem dokumentów i relacji, których na próżno szukalibyśmy na wystawie. Pierwszy przystanek to Gniewczyna Łańcucka, spora wieś położona niedaleko Markowej. To tam jesienią 1942 r. miejscowa ludność dopuściła się zbrodni na żydowskich sąsiadach.

Oddajmy głos Tadeuszowi Markielowi, świadkowi wydarzeń: „miejscowi, koalicja, a może lepiej powiedzieć: spółka gromadzkiej elity , mianowicie szef Ochotniczej Straży Pożarnej [OSP] oraz aktywiści straży i zarazem najbliżsi sąsiedzi żydowskiej rodziny Trynczerów (…), urządzili obławę na miejscowe rodziny żydowskie, wyłapując większość osób dorosłych i dzieci z ośmiu rodzin. Wsadzili nieszczęśników na wozy, jak świnie i cielęta wiezione na jarmark, teraz z uzbrojoną obstawą, i dowieźli ich do domu Leiby i Szangli Trynczerów w środku wsi, w bliskim sąsiedztwie kościoła i plebanii, niedaleko szkoły”.

W kolejnych dniach schwytane żydowskie kobiety gwałcono, a mężczyzn torturowano, aby wyciągnąć informacje na temat pochowanych ubrań, mebli czy pieniędzy. Działo się to na oczach i za wiedzą mieszkańców wsi. W końcu oprawcy wezwali telefonicznie żandarmów z Jarosławia, którzy rozstrzelali wszystkich uwięzionych.

Jaki jest związek między Gniewczyną a Markową? Otóż zachowanie miejscowej ludności, mobilizacja OSP i tu, i tam były takie same. A ofiary – Żydzi zamordowani w obu miejscowościach – spoczywają na tym samym cmentarzu, w Jagielle/Niechciałkach koło Przeworska.

Zagłada Żydów ze wsi Strzegom

Polowali na nas

Aby w pełni zrozumieć, na czym polega „polityka historyczna”, której wyrazem jest wystawa w Markowej, odwołajmy się do dokumentów, które jej twórcy zdecydowali się ominąć lub zataić. Oddajmy głos pochodzącemu z Markowej Mosze Weltzowi.

Ze złożonej bezpośrednio po wojnie relacji wynika, że podczas akcji likwidacyjnej Weltz (jak wielu innych) podjął próbę ucieczki i zapadł się gdzieś w okolicy: „wtedy, podczas akcji, część Żydów uciekła, część ukryła się w bunkrach. Wiedzieli o tym Polacy i na własną rękę zorganizowali polowanie na Żydów, aby ich obrabować, a potem zamordować. We wsi pod Łańcutem, Markowa, Polacy znaleźli 28 Żydów i ich zastrzelili, zabrali im wszystko, ofiarom wyrwali nawet złote zęby. Hersztem tej grupy Polaków był Antoni Cyran. Przejął wszystkie żydowskie posiadłości, a dziś żyje wciąż w tej samej wsi. W tej samej wsi, Markowej, w masowym grobie leży ponad 200 Żydów z całej okolicy, którzy przez cały ten czas zastrzeleni zostali przez Polaków”. Nieustanne polowania na Żydów w wioskach pod Łańcutem świadczyły o wyjątkowym natężeniu grozy w tej okolicy.

Antoni Cyran z dwoma innymi mieszkańcami Markowej, Franciszkiem Cyranem i Franciszkiem Homą, został skazany w maju 1943 r. na naganę za „utrzymywanie zażyłych stosunków z policją niemiecką i ludnością niemiecką przez wzajemne zapraszanie się w gościnę i urządzanie wspólnych libacji”. Wyrok został ogłoszony w prasie konspiracyjnej. Wszyscy trzej należeli do OSP.

O łapankach i mordach Weltz mógł wiedzieć niejedno od swojej rodziny, która ukrywała się u państwa Szylarów w Markowej.

Zaraz po mszy, pod kościołem

Na wystawie prezentowany jest maszynopis uzasadnienia wyroku sądowego z 1952 r. Uczyniono jednak wszystko, by utrudnić lekturę. Podzielono go na kilka części i każdą umieszczono na przesuwanych metalowych ramkach. Po przeczytaniu jednego fragmentu należy przesunąć ramkę, aby dostać się do następnej. Dostęp do ostatnich partii tekstu jest szczególnie trudny. Pozostaje sfotografowanie wszystkich części i lektura na ekranie komputera przy odpowiednim powiększeniu.

O co chodzi? W 1952 r. w Sądzie Wojewódzkim w Rzeszowie toczyła się sprawa przeciw kilku mieszkańcom Markowej oskarżonym o łapanie i mordowanie ukrywających się Żydów. Według świadka, 45-letniego Jakuba Einhorna, który ukrywał się w Markowej w kurniku w gospodarstwie państwa Barów, liczni mieszkańcy wsi wzięli udział w polowaniu i mordowaniu Żydów. Jak można sądzić z oszczędnego w słowach uzasadnienia wyroku, sąd oskarżonych uniewinnił, a świadectwu Einhorna nie dał wiary. Polscy świadkowie, mieszkańcy wsi, zeznawali zgodnie, że wymienione przez niego osoby nie popełniły zarzucanych im czynów, a z kurnika, w którym siedział schowany, i tak nie mógł niczego pewnego zobaczyć.

Tyle możemy się dowiedzieć z wystawy w muzeum Ulmów. Odwiedzający je cudzoziemcy, zdani na lakoniczne tłumaczenia, zrozumieją jeszcze mniej.

Dlaczego jeden z nielicznych ocalałych, człowiek, który życie zawdzięczał ukrywającym go Polakom, zdecydował się oskarżyć mieszkańców wioski? Po pogromie kieleckim większość Żydów uciekła z Polski. Jeżeli jakiś Żyd zeznawał – w końcu lat 40. czy na początku 50. – przeciw polskim sąsiadom w sprawie o mordy dokonane na Żydach, musiał być to człowiek wyjątkowo zdeterminowany. Jak się wydaje, taki był Einhorn.

Zemsta na Żydach. 70 lat temu doszło do pogromu kieleckiego

Polacy z Markowej przyczynili się do śmierci jego żony, trzyletniej córki, trzech sióstr i dwóch braci. Na jesieni 1942 r. mieszkał w Husowie, tuż koło Markowej. Na wieść o planowanej wywózce Żydów cała rodzina postanowiła się ukryć. Einhorn wraz z żoną i córką, w towarzystwie ok. 40 innych Żydów, uciekł do pobliskiego lasu. Tego samego dnia, przed zachodem słońca, w pościg za nimi wyruszyło 38 polskich strażaków, członków OSP z Husowa, Markowej i okolicznych wiosek.

Ani w Husowie, ani w innych wioskach nie było wówczas żadnych niemieckich posterunków. Wywózka Żydów i pościg za uciekinierami odbyły się wyłącznie siłami miejscowych chłopów. A sam pościg również z ich inicjatywy.

W obławie strażacy ujęli 35 mężczyzn, kobiet i dzieci. Zostali oni dotkliwie pobici i obrabowani. Zrabowane przedmioty wzbogaciły łapaczy, „którzy wymuszali od żydów różne rzeczy, jak brandzolety złote, kolczyki, pierścionki złote, które widziałem osobiście, że nosili na palcach” – zeznawał po wojnie jeden z chłopów.

Einhornom udało się wówczas zbiec. Ale 7 grudnia 1942 r., podczas kolejnej obławy, żona i dziecko Einhorna wpadli w ręce łapaczy. Dołączyli ich oni do większej grupy schwytanych, których więziono w jednym z domów. Ofiary niebawem przeniesiono do piwnicy urzędu gminnego w Markowej, gdzie przez całą kolejną dobę poddawano je torturom. Następnego dnia miejscowi posłali po Niemców do Łańcuta, którzy wszystkich Żydów (w tym żonę i dziecko Einhorna) rozstrzelali tuż obok urzędu gminnego. Według Einhorna do mordu doszło „w godzinach południowych, gdy ludzie wychodzili z kościoła”.

Żydzi prowadzeni na śmierć przez strażaków byli nadzy – już wcześniej zdarto z nich ubrania. Z trzyletniej córki Einhorna też ściągnięto ubranko. Po egzekucji markowscy strażacy urządzili sobie libację z niemieckimi żandarmami. Śmierci uniknęła wówczas młoda Żydówka, która ukrywała się wraz z bratem u jednego z gospodarzy. Gwałcona przez strażaków, zaszła w końcu w ciążę. „Wówczas strażacy zabrali tą młodą Żydówkę z bratem, związali im ręce, odprowadzili ich w niewiadomym kierunku i zamordowali ich” – kończył swoje zeznanie Einhorn.

W pracy o Ulmach Szarka i Szpytmy o tym nie ma ani słowa. Według nich polowaniem na Żydów w Markowej zajmowali się wyłącznie Niemcy, a jeden ze złapanych, prowadzony na śmierć, miał nawet wołać do polskiego mieszkańca: „Do widzenia, sąsiedzie!”.

Tymczasem kilku uczestników obławy w Husowie zostało osądzonych i skazanych w procesach, których materiały znajdują się w archiwum zatrudniającej obu autorów instytucji – IPN-u. W jednym z nich, w lutym 1949 r., przed Sądem Okręgowym w Rzeszowie stanęło sześciu uczestników obławy. Dwaj zostali skazani za złapanie w marcu 1943 r. Ksyla Hirszfelda, któremu wówczas udało się zbiec i ukryć u jednego z Polaków. Pozostałych uniewinniono.

Przewodniczący składu sędziowskiego Władysław Piątkowski wydał znamienne uzasadnienie: uznał, że udział w obławie prowadzonej przez wszystkich dorosłych mężczyzn był „działaniem obojętnym dla okupanta (…) było to działanie o takiej samej wadze jak różne czyny 3/4 społeczeństwa polskiego w okresie okupacji” – trzeba by „skazać kilka milionów Polaków, w tym co najmniej kilkadziesiąt tysięcy chłopów, za czyny identyczne z czynami oskarżonych, gdyż przymusowy udział ludności wiejskiej w łapankach był stosowany jak Polska długa i szeroka”. A wtedy „okupant niemiecki dziś, to jest w cztery lata po przegraniu wojny, osiągnąłby cel, dla którego prowadził wojnę, bo uzyskałby wyniszczenie narodu polskiego”. W jego ocenie udział w obławie nie oznaczał „udziału w ujęciu”, czyli nie był aktem kolaboracji ściganym przez państwo na mocy prawa.

Wróćmy jednak do Markowej i do dalszych losów Einhorna. Po schwytaniu i po egzekucji żony i dziecka ukrywał się w dalszym ciągu w Markowej, w domu Franciszka Bara, swego sąsiada. W sąsiednim domu ukrywali się dwaj bracia i trzy siostry Einhorna. 12 grudnia 1942 r. nastąpiła kolejna obława, w której wyniku wszystkich ich ujęto i wydano na śmierć.

Einhorn zeznawał: „usłyszałem że znowu przywieziono jakichś ludzi i jak zorientowałem się był to Zelik z rodziną, których przywieziono furmanką i zamknięto w piwnicy (…) Zelików ujął Andrzej Rewer, Michał Szpytma i inni członkowie Straży pożarnej. (…) Słyszałem od Franciszka Bara, że Rewer zaproponował sołtysowi, by nie zawiadamiać gestapo, a tylko dać jemu samemu po 50 złotych od głowy i on osobiście wszystkich Żydów zastrzeli. Następnego dnia, co wiem od Michała Drewniaka, Rewer sam powiązał wszystkich ujętych i wyprowadził na okop koński, gdzie była już policja i ludzi tych zastrzeliła. Wiadomo mi, że cała Straż Pożarna oraz inni mężczyźni ze wsi brali udział w obławie”.

Obławę na Żydów zarządzono zaraz po mszy, przed kościołem. Można by zapytać historyków z IPN-u, autorów wystawy w Markowej, gdzie był miejscowy ksiądz, kiedy sołtys po nabożeństwie wzywał mieszkańców do polowania na Żydów. Czy interweniował, zakazywał, odmawiał rozgrzeszenia? Upominał, że zabijanie niewinnych jest śmiertelnym grzechem? Czy również znalazł się na długiej liście duchownych pomagających Żydom, którą można podziwiać na wystawie?

Następnego ranka na polach

Kolejny dokument, którego istnienie autorzy wystawy w Markowej postanowili przed zwiedzającymi zataić, to cytowane wcześniej w literaturze historycznej świadectwo Yehudy Ehrlicha. Relacja ta, sporządzona w Izraelu kilkanaście lat po wojnie, rzuca światło bezpośrednio na tragedię Ulmów i jej nieobecność w Markowej jest symptomatyczna. Ehrlich ukrywał się w Sieteszy, wiosce leżącej dosłownie za górką, najwyżej 20 minut piechotą od ostatniego zabudowania Markowej. Oto jego zeznanie in extenso:

„Były to ciężkie czasy dla nich [Jana i Marii Wigluszów którzy ukrywali Ehrlicha i dwóch innych Żydów; otrzymali Medal Sprawiedliwego w 1982 r.]. Trwały rewizje przeprowadzane przez Niemców oraz przez polskich chłopów którzy chcieli znaleźć ukrywających się Żydów. Na wiosnę 1944 roku wykryto żydowską rodzinę ukrywającą się u polskich chłopów. Całą tą polską rodzinę – osiem dusz wraz z ciężarną żoną – zamordowano razem z ukrywającymi się u nich Żydami. W wyniku tego powstała wśród polskich chłopów którzy ukrywali Żydów, wielka panika. Następnego ranka na polach odnaleziono dwadzieścia cztery ciała Żydów. Zostali oni pomordowani przez samych chłopów – chłopów, którzy ukrywali ich w ciągu [poprzednich] dwudziestu miesięcy”.

Relacja ta nie wymaga komentarza – tak jak nie wymaga go jej nieobecność w muzeum w Markowej.

Dzień po wymordowaniu przez Niemców rodziny Ulmów na polach w Markowej znaleziono ciała 24 Żydów. Zginęli z rąk ukrywających ich polskich chłopów


Wygląd mieli inteligentny

Biorąc pod uwagę przekaz wystawy w Markowej, gorzej obeznany z historią zwiedzający mógłby przypuszczać, że wyzwolenie przyniosło dalsze ugruntowanie przyjaźni, które zawiązały się, mimo tak wielkiego ryzyka, między ukrywanymi Żydami a ukrywającymi ich Polakami. Można by wręcz założyć, że mieszkańcy Markowej powinni byli być uszczęśliwieni, że niektórym z ich żydowskich sąsiadów udało się przeżyć. Dowiadujemy się jednak, że ukrywani Żydzi szybko opuścili wioskę. Zarazem przeczytać można na planszach, że z wieloma Żydami rodziny z Markowej zachowały przyjazny kontakt.

Może Żydów nęciło lepsze życie na Zachodzie? A może nie chcieli stale wspominać najbliższych, którzy zginęli z rąk niemieckiego okupanta? Twórcy wystawy pozostawiają zwiedzających w niepewności. A przecież wystarczy sięgnąć do świadectwa Józefa Riesenbacha (urodzonego w Markowej w 1930 r.), aby zrozumieć powody, dla których Żydzi uciekli z Markowej tak szybko, jak tylko mogli.

Młody Riesenbach znalazł kryjówkę – wraz ze swoimi dwiema siostrami i rodzicami – w domu państwa Julii i Józefa Barów. To pod ich dachem żydowska rodzina przeżyła całą okupację – i o tym dowiemy się w muzeum. Ale nie o tym, że po wyzwoleniu Riesenbachowie wprowadzili się do swego domu, w którym od ponad dwóch lat mieszkali już miejscowi Polacy. Można sobie wyobrazić, że nowi gospodarze nie byli zachwyceni faktem, że akurat „ich” Żydzi przeżyli i zgłaszają pretensje do domu, który polska rodzina od dawna traktowała jako swój własny.

Riesenbachowie nie pomieszkali w nim długo: pewnego wieczora do domu załomotali uzbrojeni ludzie, w szparze drzwi ukazała się lufa karabinu, a półnagi ojciec rodziny salwował się ucieczką przez okno. Bandyci zagrozili Żydom śmiercią. Już następnego dnia cała rodzina w popłochu i na zawsze opuściła Markową.

Mogła i tak uważać, że miała szczęście. Gorzej było w pobliskiej Kańczudze. 31 marca 1945 r., w Wielką Sobotę, doszło tam do masowego mordu na ocalonych. Nieznani sprawcy zabili przynajmniej 13 osób. Nie lepiej powiodło się Żydom, którzy wrócili do Kisielowa, wsi odległej o kilkanaście minut jazdy samochodem od Markowej. Tu też zginęli wracający z ukrycia Żydzi: siedem osób, w tym dwoje małych dzieci. W podobnych okolicznościach zginęła rodzina Fingerhutów z Grodziska Dolnego, zamordowana przez uzbrojonych osobników, którzy „mówili po polsku, wygląd mieli inteligentny, a do nas zwracali się bardzo grzecznie” – jak zeznali na milicji polscy świadkowie, których „inteligentni” zabójcy oszczędzili.

Istnieje w miarę obszerna literatura historyczna na temat mordów dokonanych już po wojnie przez Polaków na Żydach w okolicach Markowej – najwyraźniej nieznana twórcom wystawy.

Egzekucja Żydów z Rędzin-Borku. “Cóż wam po życiu, kiedy już pieniędzy nie macie”

Kontrrewolucja

Muzeum w Markowej próbuje napisać od nowa historię Zagłady – Holokaust staje się tu przede wszystkim historią szlachetnych Polaków niosących pomoc ginącym, a naczelnym aksjomatem jest założenie niewinności własnego narodu. Za tego rodzaju pisarstwo i wystawiennictwo przychodzi jednak płacić wysoką cenę – zatajania faktów i przeinaczania historycznych świadectw.

rekomendował
Leon Rozenbaum

Jan Żaryn, naukowy opiekun wystawy w Markowej, jeden z najbardziej aktywnych zwolenników „polityki historycznej” i doradca historyczny prezydenta RP, stwierdził, że „teraz jest czas na rozpoczęcie spóźnionej kontrrewolucji ukierunkowanej na zmianę stanu świadomości historycznej współczesnego świata, przynajmniej naszego kręgu kulturowego”. Żaryn jest zbyt skromny; kontrrewolucja w polskiej historii rozpoczęła się już dawno. Teraz jedynie uległa wzmożeniu.

Markowa jest wioską, w której Polacy ukrywali Żydów z wielkim poświęceniem. To też miejsce, gdzie Polacy wyłapywali i okrutnie mordowali Żydów. Zdarzało się niekiedy, że ci sami Polacy raz udzielali pomocy, a raz mordowali lub wydawali na śmierć. Jest to miejsce, jakich było bardzo wiele w okupowanej Polsce.

Muzeum w Markowej jest częścią ambitnego, lecz opartego na półprawdach i niedomówieniach projektu, którego celem jest oswojenie Holokaustu dla polskiej pamięci. Przemilczanie całych sfer życia pod okupacją, w których dominowała zła wola i terror, pozwala zwiedzającym, oglądającym i czytającym osiągnąć pełny komfort, usunąć dysonans poznawczy, który zazwyczaj towarzyszy próbom przyswajania „trudnej” historii. Najgorsze, że chcąc osiągnąć propagandowe korzyści, posłużono się w sposób instrumentalny śmiercią bohaterskich ludzi. Zarówno Żydzi, jak i ginący wraz z nimi Polacy zasłużyli na więcej. Naprawdę.


*Jan Grabowski – ur. w 1962 r., historyk, zajmuje się m.in. badaniami nad Holokaustem. Profesor na Wydziale Historii University of Ottawa, członek Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN
**Dariusz Libionka – ur. w 1963 r., historyk, dr hab., profesor IFiS PAN, zajmuje się m.in. II wojną światową i stosunkami polsko-żydowskimi. Redaktor naczelny rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”
Tekst to skrócona wersja artykułu z najnowszego tomu „Zagłady Żydów”. Tytuł i śródtytuły – „Wyborcza”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Database helps Holocaust survivors reclaim Warsaw property

Database helps Holocaust survivors reclaim Warsaw property

VANESSA GERA


WARSAW, Poland (AP) — A Jewish organization has launched a database aimed at helping thousands of Holocaust survivors or their heirs regain property lost in Warsaw due to World War II and communism.

Under a new Polish law, people will have just six months to file claims for more than 2,600 properties in Warsaw after those properties are listed publicly in a newspaper or online, something expected to happen soon. Not all of the properties belonged to Jews, but it is believed that many of them did.

Claimants who fail to come forward by the deadline will relinquish their rights to the properties, with the city to assume permanent ownership of unclaimed properties.

“There is now a very limited opportunity for some kind of justice for people who suffered so much,” said Gideon Taylor, chair of operations for the World Jewish Restitution Organization, which created the database.

The new law, which entered into force in September, affects people who had property in Warsaw that they tried to reclaim after the war. At that time, the communist regime seized much of the prewar property, of Jews and non-Jews alike, making it impossible in practice for anyone to reclaim it until communism fell in 1989.

In the years since then, some original owners have reclaimed lost property in complicated legal proceedings, but it has been more difficult for the Jews who fled Poland and settled abroad.

As the problem continues to fester, the city of Warsaw this year compiled a list of 2,613 street addresses that will be open to be claimed, but does not give the names of the original owners.

The new database matches the street addresses with the names found in historical records.

Taylor says it’s not clear how many of those properties were Jewish, but he believes a significant number must be because Warsaw was 30 percent Jewish before the war and Jews were well-represented in the professional and property-owning classes.

Before the war Poland was home to about 3.3 million Jews, the largest Jewish community in Europe and the second-largest in the world after the United States. Most of them perished in the Holocaust.

Poland is the only European Union country that has so far failed to pass a national law that returns property to Holocaust survivors and the others dispossessed by the war or communism.

The World Jewish Restitution Organization

Warsaw property database


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com