Archive | February 2017

ENGINEERING STUDENT SAYS CANADIAN SCHOOL REJECTED HIM FOR BEING ISRAELI

ENGINEERING STUDENT SAYS CANADIAN SCHOOL REJECTED HIM FOR BEING ISRAELI

JPOST.COM STAFF


The flags of Israel and CanadaThe flags of Israel and Canada Photo By: REUTERS

A Canadian trade school reportedly turned down an Israeli student applicant simply for being Israeli.

Israeli civil engineering student and amateur carpenter Stav Daron, who initially spoke with Mako News reporter Ido Daniel, said that he applied to study at the Island School of Building Arts, a Canadian trade school specializing in wood construction and design.

The report cited Daron as saying he had wanted to study at the ISBA, located on Gabriola Island in the province of British Columbia, due to its expertise and prominence in the wood construction field.

According to copies of emails received by The Jerusalem Post on Tuesday, Daron had been in correspondence with Patricia Rokosh, the ISBA’s manager of the school and student services, since February. He mentioned that he is Israeli and wanted to sign up for a four-week course costing $2,500 CND. He had even purchased a book from the ISBA website by the school’s founder in order to prepare him for the course

However, when the time came to sign up for the course, Rokosh wrote back to Daron on January 25 that the school is “not accepting applications from Israel.” She said the reason was “due to the conflict and illegal settlement activity in the region.”

Screenshot of the email that Israeli student Stav Doron says he recieved from the Island School of Building Arts in Canada (photo credit: COURTESY STAV DORON)Screenshot of the email that Israeli student Stav Doron says he recieved from the Island School of Building Arts in Canada (photo credit: COURTESY STAV DORON)

Daron responded to Rokosh that “It’s really sad to hear that a place that takes pride in taking students from across the world would behave like this.”

Rokosh wrote back in response that “It is sad that decisions being made halfway around the world impact us here as we have had a number of students from Israel attend the school in the past.” The email continued: “This is a question of staying in line with our moral compass, which will always be important to us. We are still inclusive and cannot support that which is not inclusive.”

In his final email to the school, Daron wrote that “not taking applications from Israeli students just because they are from Israel is racism, which is basically what you are protesting against.”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Deborah Lipstadt: Obawiam się, że rewizjoniści Holocaustu wkrótce powrócą

Deborah Lipstadt: Obawiam się, że rewizjoniści Holocaustu wkrótce powrócą

Małgorzata Steciak


Prof. Deborah Lipstadt<span> (fot. materiały prasowe)Prof. Deborah Lipstadt (fot. materiały prasowe)

Kiedy słyszę, że Donald Trump jest jak Hitler, myślę: ”To nie jest takie proste” – mówi nam Deborah Lipstadt, oskarżona o zniesławienie przez człowieka, który zanegował Holocaust. Rozmawiamy z nią nie tylko o sądowej batalii o prawdę o Zagładzie, ale i postprawdzie oraz rosnącej w siłę prawicy.

W 1998 roku David Irving, publicysta, autor książek historycznych, jeden z czołowych rewizjonistów Holocaustu, pozwał amerykańską historyk Deborah Lipstadt i jej wydawcę Penguin Books o zniesławienie. Lipstadt w swojej książce “Denying the Holocaust: The Growing Assault on Truth and Memory” oskarżyła Irvinga o szerzenie kłamstw na temat Zagłady Żydów. Prawie 20 lat po tamtych wydarzeniach wchodzi do kin film “Kłamstwo” Micka Jacksona z Rachel Weisz i Timothym Spallem, który przybliża kulisy sądowej batalii o prawdę na temat Holocaustu.

Małgorzata Steciak: Skąd bierze się w człowieku potrzeba wypierania prawdy?

Deborah Lipstadt: – Istnieje coś takiego jak koncepcja teorii spiskowych, przekonanie, że oficjalna wersja wydarzeń to wyłącznie przykrywka dla wielkiego spisku, który jest trzymany przed światem w tajemnicy. Antysemityzm jest jedną z najsłynniejszych teorii spiskowych. To forma uprzedzenia, podobnie jak rasizm, ale jej źródło nie leży w przekonaniu, że Żydzi są słabsi albo gorsi, tylko że są potężni i niebezpieczni. Ludzie są niewyobrażalnie podatni na tego typu bzdury, szczególnie w Stanach Zjednoczonych.

Rewizjonizm Holocaustu powstał w oparciu o taki mechanizm?

– Rewizjonizm Holocuastu jest teorią spiskową. To antysemityzm, któremu nazistowska ideologia dała kształt i sens. Jest niebezpiecznym połączeniem uprzedzeń i wiary w nazistowskie teorie o czystości rasy z przekonaniem, że Żydzi są w istocie potężni i podstępni. I to oni wyrządzili Niemcom niewyobrażalną krzywdę, zrzucając na nich winę za zbrodnie, których ci nie popełnili. Trzecia Rzesza nie była wcale taka zła, a właściwie to może naziści byli całkiem kulturalnymi, miłymi ludźmi?

Jeżeli ktoś ma tak spaczone spojrzenie na rzeczywistość, nie przekonają go nawet tysiące stron niezbitych dowodów. On będzie wiedział lepiej.

Pani do walki z Davidem Irvingiem, jednym z czołowych negacjonistów, została niejako zmuszona. W “Kłamstwie” w jednej ze scen Irving wdziera się na pani wykład i obiecuje tysiąc dolarów nagrody za namacalny dowód, że Holocaust miał naprawdę miejsce. Jak walczyć z takimi populistami?

– To było dla mnie największe wyzwanie. Kompletnie nie wiedziałam, jak się zachować. Jak dyskutować z antysemitą, rasistą, homofobem? Jak zmierzyć się z kimś, kto bezczelnie kłamie? Zwracając uwagę na negacjonistę, robisz mu niepotrzebną reklamę. Walcząc z nim, kwestionując jego słowa, dodajesz jego argumentom mocy, sprawiasz, że stają się przedmiotem akademickiej dyskusji. Z drugiej strony, jeśli zdecydujesz się na zignorowanie kłamcy, mimowolnie doprowadzasz do sytuacji, w której mówienie nieprawdy uchodzi komuś na sucho.

Prof. Deborah Lipstadt (z prawej) i wcielająca się w jej rolę w filmie ''Kłamstwo'' Rachel Weisz (fot. materiały prasowe)Prof. Deborah Lipstadt (z prawej) i wcielająca się w jej rolę w filmie ”Kłamstwo” Rachel Weisz (fot. materiały prasowe)”

Co pani czuła, kiedy Irving pozwał panią o zniesławienie?

– Kiedy spotkałam się z moim prawnikiem Anthonym Juliusem w jego biurze jeszcze przed procesem, powiedziałam mu, że chcę zniszczyć tego człowieka. Byłam tak wściekła. A on powiedział mi wtedy: “Deborah, to nie jest takie ważne”. Nie mogłam tego zrozumieć. Pytałam: “Anthony, pracujesz nad tą sprawą za darmo, poświęcasz jej swój czas i energię, jak możesz mówić, że to nie jest ważne?”. A wtedy on powiedział coś, co mi utkwiło w pamięci na całe życie: “Pomyśl o walce z Davidem Irvingiem jak o wdepnięciu w gó*no na ulicy. Ta kleista, śmierdząca maź nie ma większego znaczenia, chyba że nie zmyjesz jej z butów od razu, wniesiesz ją do domu i pobrudzisz sobie nowy dywan w salonie. Kiedy w twoim domu są ślady gó*na, masz problem. Musisz wyczyścić podłogę, oddać dywan do pralni albo go wyrzucić. To jest nieprzyjemny i czasochłonny proces. Można go uniknąć, jeśli wytrzesz gó*no z butów, zanim wejdziesz do domu”. Te słowa towarzyszyły mi podczas całego procesu.

To prawda, że zachęcano panią, by rozwiązać tę sprawę poza sądem? Pójść na ugodę?

– Namawiała mnie do tego grupa brytyjskich Żydów – w Wielkiej Brytanii toczył się proces. Oni mieli swoje powody. Byli przestraszeni. Brytyjska społeczność żydowska jest bardzo mała i stara się nie wchodzić nikomu w drogę. Oni nie kłócą się, nie wywyższają. Idą na nie zawsze wygodne kompromisy, by zaskarbić sobie czyjąś przychylność albo po prostu mieć święty spokój. Bali się, że Irving zyska zainteresowanie mediów i dzięki procesowi wypromuje się. Przekonywali mnie, że nie jest tego wart, że nawet jeśli przegra, zdobędzie to, na czym mu zależy, czyli rozgłos.

Do ugody namawiali mnie też moi koledzy po fachu, wybitni historycy, którzy uważali, że proces jest po prostu stratą czasu. Twierdzili, że wszyscy wiedzą, że Irving jest kłamcą i należy go zignorować. Ja jednak nie mogłam sobie na to pozwolić.

Davida Irvinga w ''Kłamstwie'' zagrał Timothy Spall (fot. materiały prasowe)Davida Irvinga w ”Kłamstwie” zagrał Timothy Spall (fot. materiały prasowe)

czytaj dalej tu: Obawiam się, że rewizjoniści…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


British PM slams Muslim countries for banning entry by Israelis

British PM slams Muslim countries for banning entry by Israelis

Yoel Domb


British PM Theresa May denounced the ‘discriminatory’ prohibition instituted by 16 Muslim countries against the entry of Israelis.

Theresa MayTheresa May

Donald Trump’s controversial ban on the entry to the US of citizens of seven Muslim countries has also drawn attention to a less known prohibition instituted by 16 Muslim countries against the entry of Israeli citizens into their territory. The issue reached the British parliament on Wednesday, where British Prime Minister Theresa May denounced the discrimination against Israelis and called on Opposition Leader Jeremy Corbyn to join her in denouncing the discrimination.

At a Prime Minister’s Questions session in the House of Commons Wednesday, May was asked about the issue by Conservative MP Theresa Villiers.

May answered that “it is absolutely right that this house should be aware of the discrimination and the ban that exists around the world…particularly for those who are Israeli citizens.”

“We are consistent with our approach. We don’t agree with that approach [of banning entry to countries by citizens] and it’s not an approach that we will be taking. And I wait for the day when the right honorable gentleman opposite actually stands up and condemns it, too.”

Corbyn has been accused in the past of anti-Semitic statements, such as when he appeared to compare Israel to the Islamic State in a speech against anti-Semitism within the Labor party.

The list of nations that bar entry to Israeli nationals include six of the seven countries targeted by Trump’s action.

Photos showing the list — including Algeria, Bangladesh, Brunei, Iran, Iraq, Kuwait, Lebanon, Libya, Malaysia, Oman, Pakistan, Saudi Arabia, Sudan, Syria, United Arab Emirates and Yemen — have gone viral on Facebook in recent days.

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Oscar-Nominated Film Peddles Anti-Jewish, Anti-Israel Narrative

Oscar-Nominated Film Peddles Anti-Jewish, Anti-Israel Narrative

Gilad Skolnick


The red carpet at the Oscars. Photo: Wiki Commons.The red carpet at the Oscars. Photo: Wiki Commons.

“Ave Maria” is a film that was nominated for Best Foreign Short at the 2016 Oscars. It is a fictional comedy, directed by Israeli-born Basil Khalil; and it is marred by a not-too-subtle disdain for Judaism.

Although filmed in Israel with Israeli actors, it was submitted as a “Palestinian” film. In the film, a Jewish family invades a Catholic convent. The ensuing culture clash is creative, with the occasional dose of dark humor. But many of Khalil’s ideas are sidetracked by his dislike for Jewish Israelis.

Minutes into the film, viewers are treated to the Jewish visitors causing the nuns to break their vow of silence, destroying a Christian statue, and later even violating their own religious beliefs. Both Khalil and Daniel Yáñez Khalil, who co-wrote the script, either are ignorant of Jewish religious practice or seek to use the film as an opportunity to denigrate Judaism.

The film begins with a car, driven by Jews, destroying a Mary Magdalene figure outside the convent. The Jewish family then loudly knocks on the convent’s door — in stark contrast to the silent surroundings at the convent — and demands help.

It is here that “Ave Maria” takes absurdity to a new level. Moshe, an observant Jew, refuses to use a cell phone to call a taxi because it is Shabbat. When a nun refuses to make the call for him, he quickly changes his mind and makes the call. His strict observance of Judaism seems to instantly vanish into thin air because he does not want his family to be inconvenienced by spending a night at the covenant. But now he demands a Jewish cab driver, not an Arab one, suggesting bigotry.

In reality, of course, an observant Jew would refuse allowing another Jewish person to break the laws of the Sabbath in order to drive him, unless a life was at risk.

Moshe then changes his mind, and says he will not take a taxi because it is too expensive, even though it is clear that he believes that both his safety and the safety of his family are at risk. Thus, yet another classic anti-Jewish stereotype of miserliness.

The climax of the film is a comedic scene in which the nuns help fix an old car with the help of the Jewish visitors. As the Jewish family is about to drive off, they worry that Israeli guards they may encounter will shoot them because the car looks like a stereotypical “Arab” vehicle. So, to fool the guards, the Jews borrow a statue of Jesus, which they prop up on the roof of the car. The irony here is that it is Jewish civilians who have the most to fear in the West Bank, as they have been targeted repeatedly by Palestinian terrorists on roads in that territory.

The juxtaposition of the convent in the wilderness, the silent nuns and the loud Israelis could have been a great recipe for a comedy. Indeed, addressing Arab and Jewish differences in Israel through comedy has been done successfully by others such as Sayed Kashua, an Arab-Israeli writer who has not been shy about criticizing Israel. Yet, unlike Khalil, Kashua always makes some effort to keep things even handed, with his Arab characters often taking on equally absurd roles and behaviors.

“Ave Maria” blends together ignorance, bigoted anti-Israel sentiment and classic elements of antisemitism. In Khalil’s world, Jews destroy sacred Christian objects and ignore their own religious laws due to being racist, cheap and selfish. The film lacks the slightest attempts at even-handedness nor does it delve into any depth. It is clear what Khalil’s intentions are: to demonize religious Jewish Israelis.

The author is the director of campus programming at the Committee for Accuracy in Middle East Reporting in America.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Jak Obama otworzył serce dla „muzułmańskiego świata”

Jak Obama otworzył serce dla „muzułmańskiego świata”

Michael Oren
former ambassador to the United States (2009–2013),


Barack Obama wita się z królem Arabii SaudyjskiejBarack Obama wita się z królem Arabii Saudyjskiej

Kilka dni po dżihadystycznym morderstwie w redakcji „Charlie Hebdo” setki tysięcy Francuzów przeszły w marszu solidarności przeciwko islamskiemu radykalizmowi. Dołączyło do nich czterdziestu czterech przywódców świata, ale zabrakło prezydenta Baracka Obamy.

Zabrakło również prokuratora generalnego Erica Holdera oraz zastępcy sekretarza do spraw bezpieczeństwa wewnętrznego Alejandro Mayorkasa; obaj byli jednak tego dnia w Paryżu.

Inni terroryści udali się do koszernego sklepu, aby zabić czterech francuskich Żydów, a miejsce to wybrali celowo. Jednak Obama opisał zabójców jako „nikczemnych fanatyków, którzy … strzelali do losowo wybranych osób w delikatesach”.

Przyciśnięty do muru w sprawie braku na paryskim marszu wysokich rangą amerykańskich urzędników, Biały Dom odpowiedział zwołaniem długo opóźnionej konwencji o „zwalczaniu brutalnego ekstremizmu”. A kiedy przypomniano, że jeden z bandytów chwalił się, że ma zamiar zabić Żydów, sekretarz prasowy prezydenta Josh Earnest wyjaśnił, że ofiary umarły „nie z powodu tego, kim są, ale z powodu miejsca, w którym przypadkowo się znalazły”.

Zbojkotowanie przez Obamę marszu pamięci w Paryżu, podobnie jak jego odmowa uznania tożsamości sprawców, ofiar, a nawet miejsca masakry, doskonale pokazuje jego sposób myślenia o islamie i Bliskim Wschodzie. Po prostu: prezydent nie mógł uczestniczyć w proteście przeciwko muzułmańskim radykałom, których motywację widzi jako wypaczenie, a nie jako radykalną interpretację islamu.

A skoro nie ma terrorystów pobudzanych przez islam, to sklep żydowski nie mógł być też celowo wybrany, ani Żydzi nie mogli być celowo wybranymi ofiarami – zwykłe delikatesy i przypadkowo obecni tam ludzie.

Zrozumienie światopoglądu Obamy było niezbędne dla mojej pracy jako ambasadora Izraela w Stanach Zjednoczonych. Zaraz po objęciu urzędu w czerwcu 2009 roku, poświęciłem miesiące na poznanie nowego prezydenta, ślęcząc nad jego przemówieniami, wywiadami, informacjami prasowymi i wspomnieniami, i spotykając się z wieloma z jego przyjaciół i zwolenników. Cel tego samokształcenia – operacja Obama 101, jak to sam nazwałem – było osiągnięcie stanu, w którym prezydent nie mógł już mnie zaskoczyć. W ciągu kolejnych czterech lat rzadko mnie zaskakiwał, zwłaszcza w kwestiach muzułmańskich i związanych z Bliskim Wschodem.

„Szukamy nowej drogi do muzułmańskiego świata opartej na wzajemnym zainteresowaniu i szacunku”, oświadczył Obama w swoim przemówieniu inauguracyjnym. Podstawowym założeniem było, że dotychczasowe stosunki Ameryki z muzułmanami charakteryzowały waśnie i pogarda. Chociaż bardziej znaczące było użycie przez prezydenta terminu „świat muzułmański” jako przybliżonego tłumaczenia arabskiego „umma”. Koncepcja „ummy”, stworzona przez klasyczny islam, odnosi się do wspólnoty wierzących, która wykracza poza granice, kultury i narodowości. Obama nie tylko wierzy, że taka wspólnota istnieje, ale również, że może się do niej zwracać i do niej przystosować.

Nowatorstwo tego podejścia ustępuje tylko uzurpacji Obamy, że on osobiście reprezentuje pomost pomiędzy tym muzułmańskim światem a Zachodem. W trakcie kampanii prezydenckiej wielokrotnie odwoływał się do muzułmańskich członków swojej rodziny, swoich wcześniejszych powiązań z Indonezją i muzułmańskimi wioskami w Kenii, i do swojego arabskiego nazwiska i drugiego imienia. Badania przeprowadzone zaraz po wyborach wykazały, że prawie jedna czwarta Amerykanów uważała, że ich prezydent był muzułmaninem.

To nie powstrzymało go od aktywnej realizacji planu pełnienia roli „pomostu”. Pojednanie ze światem muzułmańskim było tematem pierwszego telewizyjnego wywiadu prezydenta – z dubajską Al Arabiyą – oraz jego pierwszego zagranicznego przemówienia. „Stany Zjednoczone nie są i nigdy nie będą w stanie wojny z islamem”, powiedział w tureckim parlamencie w kwietniu 2009 roku. „Stosunki Ameryki ze społecznością muzułmańską nie mogą być i nie będą, oparte po prostu na opozycji wobec terroryzmu. Dążymy do szerszego zaangażowania opartego na wspólnych interesach i wzajemnym szacunku. Będziemy szerzyć nasze głębokie uznanie dla islamskiej wiary”.

Ale najpełniejsza prezentacja postawy Obamy wobec islamu i jego osobista rola w uspakajaniu jego zwolenników miała miejsce trzy miesiące później w Kairze. Przemówienie zapowiadane przez Biały Dom pod tytułem „Prezydent Obama przemawia do świata muzułmańskiego” wygłoszone zostało do hali wypełnionej starannie wybranymi egipskimi studentami. Jednakże przekaz nie był skierowany tylko do nich, ani nawet nie do Egipcjan, lecz do wszystkich muzułmanów”. „Ameryka i islam nie wykluczają się wzajemnie”, zadecydował prezydent. „Podzielają (…) wspólne zasady – zasady sprawiedliwości i postępu, tolerancji i godności wszystkich istot ludzkich”.

Prezydent chwalił osiągnięcia islamu za pomocą wielu cytatów z Koranu – każdy był oklaskiwany z entuzjazmem – i wymienił kolonializm, zimną wojnę i nowoczesność jako jedne z powodów tarć pomiędzy muzułmanami a Zachodem. „Agresywni ekstremiści wykorzystują te napięcia w małej, ale potężnej mniejszości muzułmańskiej”, wyjaśnił w jedynym odniesieniu do religijnej motywacji większości terrorystów. I znowu odwołał się do swoich osobistych związków z islamem, kiedy powiedział: „Znałem islam na trzech kontynentach przed przyjazdem do regionu, w którym po raz pierwszy się on objawił”.

Te wypowiedzi zapowiadały to, co było w swej istocie głęboką przemianą polityki USA. Powtarzając po wielokroć słowa o poparciu Ameryki dla bezpieczeństwa Izraela, Obama ostro krytykował politykę osadnictwa na Zachodnim Brzegu i udzielał poparcia dla palestyńskich żądań utworzenia państwa. Uznał również prawo Iranu do wzbogacania uranu dla celów pokojowych, utrzymał w mocy zasadę nierozprzestrzeniania broni atomowej i odrzucił politykę byłego prezydenta George’a W. Busha wspierania demokracji w stylu amerykańskim na Bliskim Wschodzie. „Żaden naród nie powinien wybierać, które kraje posiadają broń nuklearną”, powiedział. „System rządów nie może i nie powinien być narzucany jednemu narodowi przez inny”. W istocie Obama zaproponował nowy układ, zgodnie, z którym Stany Zjednoczone będą szanować wybranych przywódców muzułmańskich, autentycznie zakorzenionych we własnej tradycji i chętnych do współpracy z Zachodem.

Kairskie przemówienie było rewolucyjne. Zachodni przywódcy zwracali się już w przeszłości do wyznawców islamu – Napoleon najeżdżając Egipt w 1798 roku i Kaiser Wilhelm II podczas wizyty w Damaszku wiek później – ale nigdy wcześniej nie zrobił tego amerykański prezydent. Rzeczywiście, prezydent nigdy nie przemawiał do wyznawców jakiejś światowej religii, ani do katolików, ani do buddystów i jeszcze do tego w mieście otaczanym czcią. Co ważniejsze, kairskie przemówienie, dwukrotnie dłuższe niż przemówienie inauguracyjne, posłużyło za podstawowy dokument polityki Obamy wobec muzułmanów.

Zawsze, gdy izraelscy przywódcy byli zdumieni decyzją administracji, o przywróceniu stosunków dyplomatycznych z Syrią (zerwanych przez Busha po zabójstwie libańskiego prezydenta Rafika Haririego) lub przedwczesnej pomocy dla Libii i Iranu, odsyłałem ich do tego tekstu. Gdy politycy w kraju nie rozumieli, dlaczego Obama wspierał tureckiego dyktatora Recepa Tayyipa Erdogana, który więził dziennikarzy i popierał islamskich radykałów, czy Mohameda Morsiego, jednego z przywódców Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie i przez krótki czas prezydenta, zwykłem mawiać: „Sprawdź w przemówieniu”. Erdogan i Morsi obaj byli pobożnymi muzułmanami, demokratycznie wybranymi i przyjmującymi wyciągniętą dłoń Obamy. Taki sam był Hassan Rouhani, który stał się partnerem Obamy w dążeniu do wynegocjowania rozstrzygnięcia w sporze nuklearnym z Iranem.

Jakim sposobem prezydent osiągnął swoje unikalne podejście do islamu? Pytanie to stało się centralnym punktem moich badań „Obama 101”. Jedną odpowiedź można znaleźć na uczelniach, gdzie studiował i wykładał – Columbii, Harvardzie i Uniwersytecie Chicago – i gdzie takie pomysły były od dawna popularne. Wiele z nich można przypisać „Orientalizmowi” – zjadliwej krytyce studiów bliskowschodnich autorstwa Edwarda Saida i jego późniejszym artykułom, w których podkreślał, że wszyscy uczeni regionu są „naprawdę zaangażowani i życzliwi (…) w stosunku do świata islamu”. Opublikowany w 1978 roku, „Orientalizm” stał się jedną z najbardziej wpływowych amerykańskich książek humanistycznych. Jako wizytujący wykładowca w Stanach Zjednoczonych od 1980 roku, widziałem, jak prace Saida wpływały nie tylko na studia bliskowschodnie, ale stały się podstawą programów nauczania na kursach, od francuskiej literatury kolonialnej począwszy, a na historii włosko-afrykańskiej skończywszy.

Pogląd, że islam jest jednolitą i uniwersalną całością, z którą Zachód musi pokojowo współistnieć, stał się powszechny na amerykańskich kampusach i w końcu przeniknął do świata polityki. Jednym z podstawowych tekstów w moim badaniu „Obama 101” była monografia z 2008 roku: “Strategic Leadership: Framework for a 21st Century National Security Strategy” (Przywództwo strategiczne: ramy dla Strategii Bezpieczeństwa Narodowego w XXI w.), napisany przez ekspertów od stosunków międzynarodowych, z których wielu wkrótce będzie obejmowało wyższe stanowiska w nowej administracji. Starając się wprowadzać nowe zasady w relacjach z Bliskim Wschodem autorzy zalecają, aby Ameryka poszukiwała „lepszych stosunków z bardziej umiarkowanymi elementami politycznego islamu” i dostosowała się do „narracji dumy z osiągnięć islamu”.

W dodatku, jeśli chodzi o początki jego kariery akademickiej i na arenie międzynarodowej, stosunek Obamy do islamu najwyraźniej wywodził się z jego osobistych doświadczeń z muzułmanami. Zostało to szeroko opisane w jego bardzo osobistym pamiętniku „Dreams from My Father”, wydanym 13 lat przed wyborem na prezydenta. Obama pisał z pasją o kenijskich wioskach, gdzie po wielu latach przeprowadzek czuł się najbardziej jak w domu, i o swoich doświadczeniach z dzieciństwa w Indonezji. Mogę sobie wyobrazić, jak dziecko wychowywane przez chrześcijańską matkę może widzieć siebie w roli naturalnego pomostu pomiędzy jej dwoma muzułmańskimi mężami. Mógłbym również spekulować, jak porzucanie tego dziecka przez tych ludzi mogło go wiele lat później doprowadzić do poszukiwania akceptacji u ich współwyznawców.

Jednak, co jest być może tragiczne, Obama i jego odwoływanie się do świata muzułmańskiego nie zostaną zaakceptowane. Po wybuchu Arabskiej Wiosny wizja Stanów Zjednoczonych w stanie pokoju z muzułmańskim Bliskim Wschodem została wyparta przez mozaikę polityki – interwencję wojskową w Libii, bombardowania w Iraku, obojętność w stosunku do Syrii i uwikłanie w sprawach Egiptu. Uderzenia dronów, wiele z nich osobiście zatwierdzonych przez prezydenta, zabiły setki terrorystów, ale także niezliczonych cywilów.

I w rzeczy samej, zabicie jednego muzułmanina – Osamy bin Ladena – zamiast pogodzenia się z nim, pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych osiągnięć Obamy.

Także pod względem dyplomatycznym dialog Obamy z muzułmanami został w dużej mierze odrzucony. W czasie jego kadencji wsparcie dla Ameryki wśród narodów Bliskiego Wschodu – a zwłaszcza wśród Turków i Palestyńczyków – osiągnęło najniższy poziom w historii. W 2007 roku prezydentowi Bushowi udało się zgromadzenie na konferencji pokojowej w Annapolis przywódców izraelskich i arabskich, wraz z przedstawicielami około 40 państw. W maju 2015 roku Obama miał trudności z przekonaniem kilku przywódców arabskich do udziału w szczycie dotyczącym kwestii irańskiej w Camp David. Prezydent, który obiecał, że doprowadzi do spotkania Arabów i Izraelczyków, w końcu zrobił to nie z powodów pokojowych, ale z powodu ich wspólnego niepokoju dotyczącego jego wsparcia dla Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie i jego determinacji, aby osiągnąć porozumienie nuklearne z Iranem.

W rzeczywistości tylko Iran wciąż trzyma się obietnicy spełnienia początkowych nadziei Obamy na nowe rozdanie z muzułmanami. „Skoro byliśmy w stanie zmusić Iran do działania w odpowiedzialny sposób – powiedział „New Yorkerowi – można byłoby zobaczyć równowagę rozwijającą się między [nim i] sunnickimi państwami Zatoki Perskiej”. Założenie, że umowa atomowa z Iranem będzie świadczyć o tym, iż jest on „bardzo skutecznym mocarstwem regionalnym”, zdolnym do uzdrowienia, a nie wywoływania, historycznej schizmy, która pozostaje w centrum myślenia Obamy. Założenie to miało niewiele wspólnego z sunnickimi muzułmanami, z których wielu oglądało z głębokim niepokojem to, co postrzegali jako rozwijający się sojusz amerykańsko-irański.

Sześć lat po propozycji „wyciągnięcia ręki, jeżeli będą chętni, żeby otworzyć zaciśniętą pięść”, prezydent Obama wielokrotnie oglądał tę rękę odrzucaną przez muzułmanów. W przemówieniach już nie wspomina swoich muzułmańskich członków rodziny, a jego drugie imię wspominają tylko jego krytycy. A jednak jego polityka w ogromnym zakresie pozostaje bez zmian. Nadal z pełną mocą twierdzi, że muzułmańskie kobiety mają prawo do noszenia – a nie odmawiania noszenia – chusty i kładzie nacisk na nazywanie „brutalnymi ekstremistami” tych, którzy zabijają w imię islamu. „Każdy z nas ma obowiązek odrzucić pogląd, że grupy takie jak ISIS w jakikolwiek sposób reprezentują islam”, oświadczył w lutym. Określenie „świat muzułmański” jest nadal częścią jego słownika.

Historycy będą prawdopodobnie patrzeć na politykę Obamy w stosunku do islamu z kombinacją ciekawości i niedowierzania. Chociaż niektórzy mogą dać wiarę jego dobrym intencjom, inni mogą go winić za naiwność i oderwanie od złożonej i coraz bardziej śmiercionośnej rzeczywistości. Bliski Wschód bowiem nadal ulega rozłamom i stwarza wiele zagrożeń dla Ameryki i jej sojuszników. Nawet jeśli uda mu się zawrzeć umowę nuklearną z Iranem, rozprzestrzenianie się Państwa Islamskiego i innych ruchów dżihadu podkreśla porażkę Obamy w docieraniu do muzułmanów. Potrzeba ich angażowania – militarnego, kulturowego, filantropijnego, a nawet teologicznego – będzie w międzyczasie rosła. Następca prezydenta, nieważne czy demokrata czy republikanin, będzie musiał zmierzyć się z tą rzeczywistością od chwili, kiedy wejdzie do Białego Domu.

Pierwszą decyzją [nowego prezydenta] powinno być uznanie, że ci, którzy zabijają w imię islamu nie są jedynie brutalnymi ekstremistami, lecz fanatykami napędzanymi gorliwością konkretnej religii. A ich ofiary nie są bynajmniej przypadkowe.


Michael OrenMichael Oren
Michael Bornstein Oren (Hebrew: מיכאל אורן; born Michael Scott Bornstein on May 20, 1955) is an American-born Israeli historian, author, politician, former ambassador to the United States (2009–2013), and current member of the Knesset for the Kulanu party and the Deputy Minister for Diplomacy in the Prime Minister’s Office.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com