Archive | 2017/02/22

Zwyciężyć mogą tylko przyszłe pokolenia

Zwyciężyć mogą tylko przyszłe pokolenia

Krzysztof Cieślik


Dorit Rabinyan, cudowne dziecko izraelskiej literatury, opowiada o twórczej blokadzie, granicach, których nie ma, i skandalu, który wywołała jej najnowsza powieść.

Dorit_RabinyanDorit Rabinyan

Krzysztof Cieślik: W „Żywopłocie” opowiada pani o wielkiej niemożliwej miłości między palestyńskim artystą a izraelską tłumaczką tekstów naukowych. Powieść zaczyna się chwilę po 11 września 2001 r., a kończy wraz z początkiem budowy tytułowego „żywopłotu”, który oddziela Izrael od terytoriów okupowanych. Czy dziś, po kilkunastu latach od budowy muru, taka miłość jest niemożliwa i nie do zaakceptowania?

Dorit Rabinyan: Nie obchodzi mnie to. Nie chciałam napisać romansu, „Żywopłot” miał być studium strachu przed miłością. Oczywiście, aby to osiągnąć musiałam stworzyć historię miłosną, która byłaby na tyle mocna, żeby można się jej było bać. Nie wierzę jednak w to, że człowiekiem kierują jedynie pragnienia i marzenia. Sądzę, że cechują nas przede wszystkim lęki. Równie ważny jest instynkt plemienny, który przekracza – jak w mojej powieści – morza i oceany, a także język i kulturę. Możemy sobie myśleć, że jesteśmy liberalni, wolni, postępowi…

…ale kieruje nami ten instynkt plemienny? Myśli pani, że ten instynkt, lojalność wobec rodziny, jest ważniejszy od miłości?

Z pewnością myśli tak Liat, główna bohaterka „Żywopłotu”. Liat jest lojalna wobec rodziny, przez co rozumiem nie tylko rodzinę biologiczną, ale cały Izrael.

Czy ta lojalność jest kwestią wyboru, czy raczej czymś, co nie podlega dyskusji?

Chcielibyśmy uważać, że nasze życie jest determinowane przez nasze wybory. Liat w toku powieści dochodzi jednak do wniosku, że większą władzę mają nad nią siły, które ją stworzyły, niż ona sama. Dotyczy to nawet takich rzeczy, jak to, z kim spędza czas, kogo kocha, komu współczuje. Jeśli istnieje coś takiego jak charakter narodowy, to – przynajmniej takie głosy mam od czytelników „Żywopłotu” – właśnie Liat byłaby jego uosobieniem, szczególnie dziś. Odrzucamy możliwość współżycia z naszymi sąsiadami. Stworzyliśmy w głowach mur nie do rozbicia, który realnie nie istniał. Prawdziwa granica może istnieć tylko wtedy, gdy istnieje porozumienie między dwoma państwami. Ale ponieważ nie mamy oficjalnych stosunków dyplomatycznych z naszymi sąsiadami (z wyjątkiem Egiptu i Jordanii), określają nas, Izraelczyków, nieistniejące granice. Ten brak granic widać w życiu codziennym: w rodzinie, na drodze. Widać to po tym, jak ludzie jeżdżą, jak wkraczają w przestrzeń kogoś innego. Trzeba przecież wiedzieć, gdzie ja się kończę, a ty zaczynasz. Tego nam brakuje.

Dorit Rabinyan_Zywoplot_okladka

Jak to się stało, że wydany w 2014 r. „Żywopłot” trafił na listę lektur licealnych już rok po publikacji?

To nie do końca tak. Powieść trafiła na listę książek rekomendowanych. Nominowała ją komisja artystyczna. Jej członkowie czytają książki i oceniają, które z nich nadają się dla uczniów liceum. Komisja wystawiła „Żywopłotowi” bardzo miłą rekomendację, stwierdziwszy, że to ważne, by młodzi Izraelczycy mogli spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy.

I żeby zobaczyli siebie z perspektywy Innego.

Tak! Ale była też druga komisja, nominowana przez ministra edukacji. Aktualny minister ma wyraźnie prawicowe, religijne poglądy.

To Naftali Bennett.

Bennett jest znany z nacjonalizmu. W Izraelu nacjonalizm oznacza między innymi odrzucenie pomysłu dwóch państw – żydowskiego i arabskiego, a także uznanie terytoriów na Zachodnim Brzegu za izraelskie. Szefowa komisji nominowanej przez Bennetta miała zadecydować, które z rekomendowanych przez komisję artystyczną tytułów trafią na listę lektur. Jej sprawozdanie na temat „Żywopłotu” samo w sobie było dziełem sztuki. Jej zdaniem moja książka jest – jak później można było przeczytać w nagłówku z „New York Timesa” – „zagrożeniem dla żydowskiej tożsamości”. To bardzo śmieszne. Kiedy usunięto moją książkę z listy rekomendowanych publikacji i wybuchnął skandal, podczas pierwszych wywiadów można było zobaczyć, jak się śmieję. Nie dlatego, że byłam szczęśliwa, ale dlatego, że nie mogłam uwierzyć w absurdalność tego oskarżenia, ponieważ ten zarzut był zarazem tematem mojej powieści. Okazało się, że naszej tożsamości zagraża przystojny, charyzmatyczny, inteligentny Arab, z którym można fajnie spędzić czas, nawiązać dialog, a nawet się utożsamić. Przecież tak długo staraliśmy się ich demonizować, wmówić naszej młodzieży, że jesteśmy samotną wyspą w morzu ograniczonych, głupich, biednych Arabów, z którymi nie da się rozmawiać. W uzasadnieniu było napisane, że „dzieci w tym wieku mają skłonność do romantyzowania i ta książka może je zachęcić do zażyłości z nieżydowskimi mieszkańcami kraju”. Szefowa komisji nie była nawet wstanie użyć słowa „Arabowie”. Napisała „nie-Żydzi”. Co za „nie-Żydzi” mogą tu mieszkać?!

Marsjanie.

Albo mniejszość alawicka z Syrii. Judaizm jest w naszym DNA, mimo że wiele przez niego wycierpieliśmy. Nawet Liat, która postrzega siebie jako nowoczesną, liberalną kobietę, nie potrafi wyzwolić się spod wpływu żydowskiej kultury.

Sądzi pani, że usunięcie „Żywopłotu” z listy rekomendowanych lektur sprawiło, że książka sprzedała się lepiej i przyciągnęła uwagę większego grona czytelników? Czy sukces to raczej – abstrahując od literackich walorów – zasługa Nagrody Bernsteina i pochwały z ust Amosa Oza?

Książka miała świetne recenzje i przez 18 miesięcy sprzedawała się bardzo dobrze. Skandal na pewno jej nie zaszkodził. Dzięki niemu sprzedawała się nadal. W gruncie rzeczy okazał się błogosławieństwem. Wprawdzie już wcześniej sprzedano prawa do tłumaczenia na 16 języków, ale dzięki burzy wokół książki wywołała ona jeszcze większe zainteresowanie za granicą.

A czy poza „Żywopłotem” istnieją izraelskie książki, które byłyby próbą stworzenia wspólnej przestrzeni dialogu dla Izraelczyków i Palestyńczyków?

Były dwie takie próby, obie w Hajfie, czyli w mieście izraelsko-palestyńskim, ostatnia w 1982 r. Od tego czasu nie pojawiło się na ten temat nic istotnego. Jeden z argumentów przeciwko mojej książce był taki, że jest zbyt współczesna i może zachęcić młode dziewczęta do poszukiwania arabskich kochanków na Zachodnim Brzegu. Nigdy wcześniej nie musiałam się mierzyć z tym szalonym konserwatyzmem, który podbił Izrael. 20 lat temu, mniej więcej w czasie, gdy ukończyłam służbę wojskową, Izrael był innym krajem. Głosowaliśmy na Icchaka Rabina, w Oslo toczył się proces pokojowy. Od 14 roku życia brałam udział w demonstracjach, na których krzyczeliśmy: „Arabowie i Żydzi nie chcą być wrogami”. To marzenie zaczynało się urzeczywistniać. Oczywiście były i złe wieści, choćby ataki terrorystyczne. A potem zabito Icchaka Rabina, premierem został Benjamin Netenyahu i izraelskie elity zaczęły się zmieniać. Teraz krajem rządzą konserwatyści, którzy w teorii nie są ortodoksami (i rzeczywiście nie prowadzą ortodoksyjnego życia obyczajowego), ale w istocie bazują na podobnym oglądzie świata. Nam, ludziom świeckim, najbardziej niebezpieczne wydają się ich mesjanistyczne aspiracje, wedle których cała ziemia między Jordanem a Morzem Śródziemnym należy do Żydów. Dlatego nie dostrzegają, że na tym terenie żyje kilka milionów Palestyńczyków. Nie wiem, jak poukładali to sobie w głowach, ale uważają, że możemy tymi Palestyńczykami rządzić przez całą wieczność. Udają liberałów, ale cała ta liberalna fasada się posypała, gdy Naftali Bennett oskarżył mnie w telewizji o to, że piszę o izraelskim terroryzmie. Do dziś część jego zwolenników w to wierzy.

Hilmi mówi w „Żywopłocie” o dwóch narodach w jednym kraju, Liat zaś twierdzi, że jedyna możliwość to dwa kraje dla każdego z narodów. Które z tych rozwiązań wydaje się pani bardziej prawdopodobne? Wierzy pani w możliwość pojednania między Palestyńczykami a Żydami?

Dlaczego sądzi pan, że autor powinien znać prawidłową odpowiedź na to pytanie?

Nie twierdzę, że ma pani dobrą odpowiedź ani że myśli pani tak, jak któreś z bohaterów.

Prawidłowa odpowiedź jest chyba niemożliwa. Dla Liat miłość jest dwoma państwami, dla Hilmiego to dwunarodowa jedność. Chciałam uniknąć tej debaty w „Żywopłocie”, dlatego zdecydowałam się ją przedstawić właśnie w taki niedosłowny sposób. Pyta pan o to, jakie rozwiązanie wydaje mi się najlepsze. Nie mam rozwiązania, ale ostatnio doszłam do porozumienia ze swoim byłym partnerem i przy tej okazji usłyszałam bardzo ciekawe zdanie z ust prawnika: „Porozumienie jest dobre wtedy, gdy obie strony udają się do domu z poczuciem z trudem wywalczonego kompromisu”. Jeśli którejś stronie wydaje się, że była górą, to nie jest to dobre porozumienie. Myślę, że Izraelczycy i Palestyńczycy powinni osiągnąć podobny kompromis. Trudny, nie w pełni satysfakcjonujący, ale najlepszy z możliwych. Zwycięskie porozumienie nie przetrwa. Zwycięzcami mogą być tylko przyszłe pokolenia. Określiłabym to „porozumieniem przegranych”. Hilmi mówi zresztą o tym, że pewnego dnia, za kilkadziesiąt lat, konflikt zostanie rozwiązany, dlaczego więc nie osiągnąć kompromisu, unikając przy tym katastrofy?

W „Żywopłocie” są takie sceny, które zapadają w pamięć. Choćby ta, gdy młoda Liat idzie do szkoły ze szpilką w ręku na wypadek ataku ze strony palestyńskich budowlańców. Zdarzyło się pani coś podobnego?

To akurat prawdziwa scena z dzieciństwa. Te szpilki wymyśliła moja koleżanka, która twierdziła, że nóż łatwo będzie nam wyrwać, a szpilki nie widać. W latach 80. zdarzyło się kilka porwań dzieci. Zresztą porywaczami nie zawsze byli Arabowie. Jedna z ofiar została poćwiartowana i fragmenty jej ciała znaleziono w różnych miejscach. Miałyśmy wtedy po dziesięć lat. Porwanie wydawało nam się najgorszą rzeczą, jaka może kogoś spotkać. Nikt nie wskaże ci porywacza palcem, więc przedstawiasz go sobie jako kogoś, kto – jak mówią – jest wrogiem, a więc w naszym wypadku jako Araba. A ci palestyńscy budowlańcy byli jedynymi Arabami, jakich miałyśmy okazję zobaczyć.

Pochodzi pani z rodziny irańskich czy raczej perskich Żydów, którzy musieli opuścić Iran po rewolucji islamskiej. Miała pani wtedy ledwie siedem lat, ale czy te irańskie doświadczenia w jakiś sposób ukształtowały pani życie?

Zawdzięczam im swoją pisarską karierę.

Ma pani na myśli pierwsze dwie książki, które jeszcze nie ukazały się po polsku.

Tak, obie odnoszą się do wspomnień mojej babci. W pewnej mierze przyswoiłam sobie te wspomnienia i opowiadam je tak, jakby należały do mnie. To podróż wyobraźni wyposażonej w jej pamięć. Opisuję wszystko, jak bym sama tam była. Pomogło mi to rozwinąć umiejętność opowiadania i zadebiutować w wieku 22 lat. Byłam cudownym dzieckiem izraelskiej literatury. Stałam się gwiazdą, ale potem wszystkich rozczarowałam, bo potrzebowałam przerwy. Wydałam debiut, cztery lata później drugą powieść, a potem zniknęłam na 15 lat. Szybko robisz międzynarodową karierę, tłumaczą twój debiut na 15 języków, a potem okazuje się, że nie masz za grosz pojęcia, kim tak naprawdę jesteś. Spotyka cię tyle miłych rzeczy i tyle emocji z powodu czegoś, z czym po dwóch–trzech latach w ogóle się nie utożsamiasz… Masz 25 lat i zastanawiasz się, co można lubić w tamtej książce i kto napisał to gówno? Milczałam przez 15 lat.

Z powodu braku tematu albo doświadczenia życiowego?

Nie, to była prawdziwa walka. Przez te 15 lat pisałam codziennie. Przez sześć lat pracowałam nad powieścią, której nie wydałam. Potem zmarnowałam trzy lata na różne próby, a w końcu poświęciłam sześć lat na „Żywopłot”. Może musiałam udowodnić, że nie jestem cudownym dzieckiem, tylko sprawnym rzemieślnikiem, że umiem opowiadać? Pierwszą powieść pisałam rok, potem było już tylko gorzej. Ale dużo bardziej doceniam to, co udało mi się wypracować w pocie czoła.

Wielcy amerykańscy pisarze też latami siedzą nad jedną książką i trzeba przyznać, że literaturze wychodzi to na dobre.

Wie pan co? Wolałabym pisać słabsze książki, ale mieć łatwość tworzenia. Nie mam pojęcia, jak da się połączyć sukces z pisaniem. Pytam moich kolegów z Izraela, wielkich pisarzy jak Dawid Grosman, któremu wiele – jako czytelniczka i jako człowiek – zawdzięczam: „Jak to jest, że tyle podróżujesz i udaje ci się przy tym pisać książki?”.

W dodatku takie długie!

Do dziś nie mam pojęcia, jak mu się to udaje. Kiedy władze orzekły, że moja książka nie może być lekturą, przypomniałam sobie, że jedyną książką, której lektury mi zabroniono była właśnie powieść Grosmana „Patrz pod: miłość”. Miałam wtedy 14 lat. Bibliotekarka powiedziała, że to nie na mój wiek i odłożyła ją na półkę. Zaczekałam, aż nie będzie zwracać na mnie uwagi, i zwinęłam ją z biblioteki. To jedna z najwspanialszych powieści, jakie przeczytałam w życiu. Gdy zabroniono młodzieży lektury „Żywopłotu”, pomyślałam sobie: „Wielkie dzięki. Zyskałam dzięki wam mnóstwo młodych czytelników”. Nic tak nie kusi młodych ludzi, jak zakazany owoc.


Książka:

Dorit Rabinyan, „Żywopłot”, przeł. z języka hebrajskiego Agnieszka Olek, Smak Słowa, Sopot 2016.

Dorit Rabinyan
urodziła się w Izraelu w rodzinie perskich Żydów. Otrzymała wiele prestiżowych nagród literackich, między innymi Itzhak Vinner Prize, the ACUM Award, Nagrodę Premiera oraz Jewish Wingate Quarterly Award. Jej pierwsze dwie powieści zostały przetłumaczone na 15 języków. W 2014 r. Rabinyan opublikowała swą trzecią powieść pt. „Żywopłot”, która bardzo szybko stała się również bestsellerem w Izraelu. Wpływowy magazyn Ha’aretz uznał ją za najlepszą książkę roku, a w 2015 r. autorka otrzymała za nią prestiżową izraelską nagrodę literacką Bernstein Award.

Krzysztof Cieślik
tłumacz i krytyk literacki.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


One day on the set of Casablanca

One day on the set of Casablanca,

Leslie Epstein’s


Header

One day on the set of Casablanca, Peter Lorre persuaded a few soundmen to rig up a wire in the room where director Michael Curtiz, much like Claude Rains’ Capt. Renault in the movie, had his afternoon trysts with young women. The whole set heard Curtiz loudly groaning, “Oh, God, yes!” It’s a joke worthy of the film itself: Even as Casablanca exalts romantic love and anti-Nazi idealism, it also mischievously nods to the cynic in the corner who is ready to pop the bubbles of amorous and political righteousness.

The habitual prankster Lorre, born Ladislav Löwenstein, was, like Curtiz, a Central European Jew. Here they were at the edge of far-off America, safe from Hitler, making a movie about European refugees trying to get out from under the Nazis. It was a subject that Hollywood had largely avoided, but now that the war was on Warner Bros. swung into action—Casablanca came out in January 1943, a few months after the Allied invasion of North Africa. But Casablanca was no mere propaganda film: Instead, it came to embody the essence of The Movies, more than Chaplin’s comedies or John Ford’s Westerns or any of the great Hollywood musicals. How Casablanca became the echt Hollywood movie is the subject of Noah Isenberg’s hugely entertaining and insightful book, We’ll Always Have Casablanca.

“We’ll always have Paris.” “Here’s looking at you, kid.” “Round up the usual suspects.” “I’m shocked, shocked to find that gambling is going on in here!” “He’s just like any other man, only more so.” “The Germans wore gray, you wore blue.” “Play it, Sam” (without the “again,” please). And, of course, “The problems of three little people don’t amount to a hill of beans in this crazy world.” These words are part of our American heritage, as familiar as the Gettysburg Address. Their combination of stalwart manliness, romance, and wit seems now like the echo of a distant past, when we and the movies were young.

Seventy-five years after Casablanca was released, even cynicism isn’t what it used to be, because there’s no tenderness underneath. In Casablanca, Bogart plays the rebel and jaded individualist: “I stick my neck out for nobody,” he says. But it turns out that being cynical is itself a kind of naiveté. Finally, you do stick your neck out, bruised and bitter as you are, even if as a result you lose the girl—again.

The movie Casablanca is full of Jewish-refugee actors, as the actual Casablanca was full of refugee Jews, stuck in “unoccupied France” after the fall of Paris and trying to escape to the New World via Portugal. But the word “Jew” never appears in the film: America’s war effort depended on Americans not thinking that they were fighting, even in part, on behalf of European Jews. Indeed, in 1943 a substantial number of Americans still blamed the Jews for the war, just as Hitler did.

One of the most colorful of the refugees was Yani “Cuddles” Sakall, who plays Carl the waiter, bumbling and kindhearted, the movie’s equivalent of a Borscht Belt tummler. Sakall was a native of Budapest and a friend of Curtiz from Vienna in the 1920s. On arriving in Los Angeles, he was at first anxious about not knowing English, but to his pleasant surprise he found himself surrounded by fellow Hungarian speakers who had fled from Hitler. A joke was making the rounds: Hungarians would be reminded that “This is Hollywood, here we speak German!”

Another joke was circulating, based on the émigrés’ sometimes-exaggerated claims for themselves: Two dachshunds run into each other on Hollywood Boulevard, and one says to the other, “In the old country, I, too, was a St. Bernard.” Lotte Palfi, who appears briefly in Casablanca as a woman desperately trying to sell her diamonds, subtitled her autobiography I Was Never a St. Bernard.

‘In Casablanca, I kissed Bogart, but I never really knew him.’ —Ingrid Bergman

Much more prominent than Palfi was Conrad Veidt, a non-Jewish German actor who starred in the great silent classic The Cabinet of Dr. Caligari. Veidt had married a Jewish woman and, just before he left Germany in 1933, was said to have written JEW in capital letters when asked about his race on an official Nazi form. Ironically, Veidt paid the bills in 1940s Hollywood by playing Nazis onscreen. His Major Strasser, shot by Bogart at the end of Casablanca, hits just the right note, prickly and commanding rather than fanatical.

Lorre plays the oily, insidious Ugarte, who turns out to be a hero and gets killed in the first reel for his pains. Twitchy and perspiring, puffing on his cigarette, he makes an indelible impression as he wheezes out one of the movie’s best lines. “You despise me, don’t you?” Lorre asks Bogart. (“If I gave you any thought, I probably would,” is Bogart’s cool response.) As in The Maltese Falcon a year earlier, Lorre provided a touch of Weimar criminality, a dark reminder of Hollywood’s Berlin roots: He had starred as a child murderer in Fritz Lang’s M, which prophetically hinted at a Germany run by leather-coated gangsters.

Sam, Dooley Wilson’s character, is not an émigré, but a racial outsider, and Wilson was praised at the time by African-American critics for refusing to do the stage-Negro routine. Sober and wary, Rick’s truest companion, Sam is never obsequious or buffoonish. When Ilsa refers to him once, out of his hearing, as “the boy at the piano,” today’s viewer winces. But Casablanca is remarkably free of the racism that usually pervaded Hollywood. (Casablanca trivia: Wilson couldn’t actually play the piano, so that part was dubbed. He did sing, though.)

***

recomended by: Leon Rozenbaum
We’ll Always Have Casablanca
 is a treasure trove of information about the film’s émigré actors, but also everything else you could ask for: the fascinating process of coming up with the script, the cast’s relation on the set, and the movie’s long afterlife in popular culture, right down to the latest SNL parody. Isenberg has produced a delightful page-turner of a book, perfect for every movie fan. He also proves in spades his main thesis: If you love movies, you love Casablanca. Part of the reason is that it was always on television—a vivid memory to anyone who grew up in the 1960s and ’70s. But there are deeper reasons, too.

Casablanca has been called the ultimate studio concoction, and for good reason. Its script and its cast were more important than its director. The very experienced Curtiz did good, solid work, and he got an Oscar for directing, stumbling through the acceptance speech in his comically imperfect English. (Sakall once joked that if you thought Mike Curtiz’s English was bad, you should have heard him try to speak German.) But Curtiz was less influential than the movie’s writers, stars, and producer.

Most crucial to Casablanca’s triumph was the long, slow, contentious development of the screenplay. The seed for the movie sprouted from Everybody Comes to Rick’s, a play by Murray Burnett and Joan Alison. Burnett later sued Warner Bros. for rights to the characters he and Alison had created, without success. “Plaintiffs may play it again, but they must do it in United States District Court,” the New York State Supreme Court judge pronounced.

Philip and Julius Epstein, identical twin screenwriters, were the first to work over Everybody Comes to Rick’s and start turning it into Casablanca. In his autobiography, Kirk Douglas claims that the Epsteins were famous lovers because, midway through an assignation, one twin would retire to the bathroom and the other would emerge to replace him, with the woman none the wiser. (Julius Epstein disputes this as “absolutely not true,” saying that Douglas was merely making a bad joke.) Whatever their romantic talents, the Epsteins were crack comedy writers, and they made Casablanca one of the funniest pictures ever to hit the big screen.

The next screenwriter, Howard Koch, found the Epsteins’ screwball comedy too silly and was determined to add a dose of social conscience to the film. It was, after all, an anti-Nazi movie. Finally, there was the romantic angle, and for this the film’s legendary producer, Hal Wallis, brought in yet another writer, Casey Robinson, to beef up the love story. Wallis made sure that the final product had all three elements: sizzling humor, an ageless love story, and a firm political message.

Casablanca owes much of its longevity to the romance between Bogart and the young Ingrid Bergman. Up to this point in his career, the 42-year-old Bogart had mostly played gangsters, most notably the menacing yet vulnerable Duke Mantee in The Petrified Forest (1936), Stalin’s favorite movie. Casablanca was Bogart’s first romantic role, a prospect that made him so nervous he spent most of the filming playing chess on set or hiding in his dressing room: “In Casablanca, I kissed Bogart,” Bergman later remarked, “but I never really knew him.”

Bogart in Casablanca has an edge of malevolence, amplified a few years later in Nick Ray’s In a Lonely Place (1950). The thrill of Rick and Ilsa’s reunion is marked not just by Ilsa’s holding a gun on him (briefly), but also his violent fury at having been dumped for Victor Laszlo, her Hungarian freedom-fighter husband. Paul Henreid, who played Laszlo, was bouncing off a spectacularly successful romantic role starring with Bette Davis in 1942’s Now Voyager. But now he had to play second fiddle to Bogart, and he wasn’t happy. In later years, Henreid laughably claimed that he agreed to do the movie only on condition that he would get the girl in the end. In any event, he doesn’t get the girl—Bogart gives her to him, because he is willing to sacrifice romantic happiness for a bigger cause, fighting the Germans.

Bogart’s Rick had a mixture that was something new in the movies: toughness and elegance and, a little further down, kindness and bravery, all under that immaculate white dinner jacket. The Bogartian cocktail was tremendously appealing at the time, and it still is. Isenberg quotes Andrew Sarris’ comment that starting with Casablanca, “Bogart became the thinking man’s patriot … liberal, skeptical, sardonic, suspicious at first but eventually heroic in the service of one unfashionable underdog or another.” Bogart the reluctant warrior for a good cause makes his first appearance in Casablanca, to reappear in Howard Hawks’ To Have and Have Not (1944) and Ray’s Knock on Any Door (1949). His heroic decision has its effect even on the hard-to-crack Capt. Renault, in what is probably the most famous movie ending of all time. In the final minute of Casablanca, Renault repurposes his earlier line, “Round up the usual suspects,” and cynicism becomes heroism: the beginning of a beautiful friendship.

At a time when America, a country founded by the descendants of refugees, seems to be teaching itself to hate and fear them, we should all take another look at Casablanca.

***

Read Leslie Epstein’s memory of his father and uncle’s time at Warner Bros here.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com