Archive | 2017/02/01

Jak Obama otworzył serce dla „muzułmańskiego świata”

Jak Obama otworzył serce dla „muzułmańskiego świata”

Michael Oren
former ambassador to the United States (2009–2013),


Barack Obama wita się z królem Arabii SaudyjskiejBarack Obama wita się z królem Arabii Saudyjskiej

Kilka dni po dżihadystycznym morderstwie w redakcji „Charlie Hebdo” setki tysięcy Francuzów przeszły w marszu solidarności przeciwko islamskiemu radykalizmowi. Dołączyło do nich czterdziestu czterech przywódców świata, ale zabrakło prezydenta Baracka Obamy.

Zabrakło również prokuratora generalnego Erica Holdera oraz zastępcy sekretarza do spraw bezpieczeństwa wewnętrznego Alejandro Mayorkasa; obaj byli jednak tego dnia w Paryżu.

Inni terroryści udali się do koszernego sklepu, aby zabić czterech francuskich Żydów, a miejsce to wybrali celowo. Jednak Obama opisał zabójców jako „nikczemnych fanatyków, którzy … strzelali do losowo wybranych osób w delikatesach”.

Przyciśnięty do muru w sprawie braku na paryskim marszu wysokich rangą amerykańskich urzędników, Biały Dom odpowiedział zwołaniem długo opóźnionej konwencji o „zwalczaniu brutalnego ekstremizmu”. A kiedy przypomniano, że jeden z bandytów chwalił się, że ma zamiar zabić Żydów, sekretarz prasowy prezydenta Josh Earnest wyjaśnił, że ofiary umarły „nie z powodu tego, kim są, ale z powodu miejsca, w którym przypadkowo się znalazły”.

Zbojkotowanie przez Obamę marszu pamięci w Paryżu, podobnie jak jego odmowa uznania tożsamości sprawców, ofiar, a nawet miejsca masakry, doskonale pokazuje jego sposób myślenia o islamie i Bliskim Wschodzie. Po prostu: prezydent nie mógł uczestniczyć w proteście przeciwko muzułmańskim radykałom, których motywację widzi jako wypaczenie, a nie jako radykalną interpretację islamu.

A skoro nie ma terrorystów pobudzanych przez islam, to sklep żydowski nie mógł być też celowo wybrany, ani Żydzi nie mogli być celowo wybranymi ofiarami – zwykłe delikatesy i przypadkowo obecni tam ludzie.

Zrozumienie światopoglądu Obamy było niezbędne dla mojej pracy jako ambasadora Izraela w Stanach Zjednoczonych. Zaraz po objęciu urzędu w czerwcu 2009 roku, poświęciłem miesiące na poznanie nowego prezydenta, ślęcząc nad jego przemówieniami, wywiadami, informacjami prasowymi i wspomnieniami, i spotykając się z wieloma z jego przyjaciół i zwolenników. Cel tego samokształcenia – operacja Obama 101, jak to sam nazwałem – było osiągnięcie stanu, w którym prezydent nie mógł już mnie zaskoczyć. W ciągu kolejnych czterech lat rzadko mnie zaskakiwał, zwłaszcza w kwestiach muzułmańskich i związanych z Bliskim Wschodem.

„Szukamy nowej drogi do muzułmańskiego świata opartej na wzajemnym zainteresowaniu i szacunku”, oświadczył Obama w swoim przemówieniu inauguracyjnym. Podstawowym założeniem było, że dotychczasowe stosunki Ameryki z muzułmanami charakteryzowały waśnie i pogarda. Chociaż bardziej znaczące było użycie przez prezydenta terminu „świat muzułmański” jako przybliżonego tłumaczenia arabskiego „umma”. Koncepcja „ummy”, stworzona przez klasyczny islam, odnosi się do wspólnoty wierzących, która wykracza poza granice, kultury i narodowości. Obama nie tylko wierzy, że taka wspólnota istnieje, ale również, że może się do niej zwracać i do niej przystosować.

Nowatorstwo tego podejścia ustępuje tylko uzurpacji Obamy, że on osobiście reprezentuje pomost pomiędzy tym muzułmańskim światem a Zachodem. W trakcie kampanii prezydenckiej wielokrotnie odwoływał się do muzułmańskich członków swojej rodziny, swoich wcześniejszych powiązań z Indonezją i muzułmańskimi wioskami w Kenii, i do swojego arabskiego nazwiska i drugiego imienia. Badania przeprowadzone zaraz po wyborach wykazały, że prawie jedna czwarta Amerykanów uważała, że ich prezydent był muzułmaninem.

To nie powstrzymało go od aktywnej realizacji planu pełnienia roli „pomostu”. Pojednanie ze światem muzułmańskim było tematem pierwszego telewizyjnego wywiadu prezydenta – z dubajską Al Arabiyą – oraz jego pierwszego zagranicznego przemówienia. „Stany Zjednoczone nie są i nigdy nie będą w stanie wojny z islamem”, powiedział w tureckim parlamencie w kwietniu 2009 roku. „Stosunki Ameryki ze społecznością muzułmańską nie mogą być i nie będą, oparte po prostu na opozycji wobec terroryzmu. Dążymy do szerszego zaangażowania opartego na wspólnych interesach i wzajemnym szacunku. Będziemy szerzyć nasze głębokie uznanie dla islamskiej wiary”.

Ale najpełniejsza prezentacja postawy Obamy wobec islamu i jego osobista rola w uspakajaniu jego zwolenników miała miejsce trzy miesiące później w Kairze. Przemówienie zapowiadane przez Biały Dom pod tytułem „Prezydent Obama przemawia do świata muzułmańskiego” wygłoszone zostało do hali wypełnionej starannie wybranymi egipskimi studentami. Jednakże przekaz nie był skierowany tylko do nich, ani nawet nie do Egipcjan, lecz do wszystkich muzułmanów”. „Ameryka i islam nie wykluczają się wzajemnie”, zadecydował prezydent. „Podzielają (…) wspólne zasady – zasady sprawiedliwości i postępu, tolerancji i godności wszystkich istot ludzkich”.

Prezydent chwalił osiągnięcia islamu za pomocą wielu cytatów z Koranu – każdy był oklaskiwany z entuzjazmem – i wymienił kolonializm, zimną wojnę i nowoczesność jako jedne z powodów tarć pomiędzy muzułmanami a Zachodem. „Agresywni ekstremiści wykorzystują te napięcia w małej, ale potężnej mniejszości muzułmańskiej”, wyjaśnił w jedynym odniesieniu do religijnej motywacji większości terrorystów. I znowu odwołał się do swoich osobistych związków z islamem, kiedy powiedział: „Znałem islam na trzech kontynentach przed przyjazdem do regionu, w którym po raz pierwszy się on objawił”.

Te wypowiedzi zapowiadały to, co było w swej istocie głęboką przemianą polityki USA. Powtarzając po wielokroć słowa o poparciu Ameryki dla bezpieczeństwa Izraela, Obama ostro krytykował politykę osadnictwa na Zachodnim Brzegu i udzielał poparcia dla palestyńskich żądań utworzenia państwa. Uznał również prawo Iranu do wzbogacania uranu dla celów pokojowych, utrzymał w mocy zasadę nierozprzestrzeniania broni atomowej i odrzucił politykę byłego prezydenta George’a W. Busha wspierania demokracji w stylu amerykańskim na Bliskim Wschodzie. „Żaden naród nie powinien wybierać, które kraje posiadają broń nuklearną”, powiedział. „System rządów nie może i nie powinien być narzucany jednemu narodowi przez inny”. W istocie Obama zaproponował nowy układ, zgodnie, z którym Stany Zjednoczone będą szanować wybranych przywódców muzułmańskich, autentycznie zakorzenionych we własnej tradycji i chętnych do współpracy z Zachodem.

Kairskie przemówienie było rewolucyjne. Zachodni przywódcy zwracali się już w przeszłości do wyznawców islamu – Napoleon najeżdżając Egipt w 1798 roku i Kaiser Wilhelm II podczas wizyty w Damaszku wiek później – ale nigdy wcześniej nie zrobił tego amerykański prezydent. Rzeczywiście, prezydent nigdy nie przemawiał do wyznawców jakiejś światowej religii, ani do katolików, ani do buddystów i jeszcze do tego w mieście otaczanym czcią. Co ważniejsze, kairskie przemówienie, dwukrotnie dłuższe niż przemówienie inauguracyjne, posłużyło za podstawowy dokument polityki Obamy wobec muzułmanów.

Zawsze, gdy izraelscy przywódcy byli zdumieni decyzją administracji, o przywróceniu stosunków dyplomatycznych z Syrią (zerwanych przez Busha po zabójstwie libańskiego prezydenta Rafika Haririego) lub przedwczesnej pomocy dla Libii i Iranu, odsyłałem ich do tego tekstu. Gdy politycy w kraju nie rozumieli, dlaczego Obama wspierał tureckiego dyktatora Recepa Tayyipa Erdogana, który więził dziennikarzy i popierał islamskich radykałów, czy Mohameda Morsiego, jednego z przywódców Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie i przez krótki czas prezydenta, zwykłem mawiać: „Sprawdź w przemówieniu”. Erdogan i Morsi obaj byli pobożnymi muzułmanami, demokratycznie wybranymi i przyjmującymi wyciągniętą dłoń Obamy. Taki sam był Hassan Rouhani, który stał się partnerem Obamy w dążeniu do wynegocjowania rozstrzygnięcia w sporze nuklearnym z Iranem.

Jakim sposobem prezydent osiągnął swoje unikalne podejście do islamu? Pytanie to stało się centralnym punktem moich badań „Obama 101”. Jedną odpowiedź można znaleźć na uczelniach, gdzie studiował i wykładał – Columbii, Harvardzie i Uniwersytecie Chicago – i gdzie takie pomysły były od dawna popularne. Wiele z nich można przypisać „Orientalizmowi” – zjadliwej krytyce studiów bliskowschodnich autorstwa Edwarda Saida i jego późniejszym artykułom, w których podkreślał, że wszyscy uczeni regionu są „naprawdę zaangażowani i życzliwi (…) w stosunku do świata islamu”. Opublikowany w 1978 roku, „Orientalizm” stał się jedną z najbardziej wpływowych amerykańskich książek humanistycznych. Jako wizytujący wykładowca w Stanach Zjednoczonych od 1980 roku, widziałem, jak prace Saida wpływały nie tylko na studia bliskowschodnie, ale stały się podstawą programów nauczania na kursach, od francuskiej literatury kolonialnej począwszy, a na historii włosko-afrykańskiej skończywszy.

Pogląd, że islam jest jednolitą i uniwersalną całością, z którą Zachód musi pokojowo współistnieć, stał się powszechny na amerykańskich kampusach i w końcu przeniknął do świata polityki. Jednym z podstawowych tekstów w moim badaniu „Obama 101” była monografia z 2008 roku: “Strategic Leadership: Framework for a 21st Century National Security Strategy” (Przywództwo strategiczne: ramy dla Strategii Bezpieczeństwa Narodowego w XXI w.), napisany przez ekspertów od stosunków międzynarodowych, z których wielu wkrótce będzie obejmowało wyższe stanowiska w nowej administracji. Starając się wprowadzać nowe zasady w relacjach z Bliskim Wschodem autorzy zalecają, aby Ameryka poszukiwała „lepszych stosunków z bardziej umiarkowanymi elementami politycznego islamu” i dostosowała się do „narracji dumy z osiągnięć islamu”.

W dodatku, jeśli chodzi o początki jego kariery akademickiej i na arenie międzynarodowej, stosunek Obamy do islamu najwyraźniej wywodził się z jego osobistych doświadczeń z muzułmanami. Zostało to szeroko opisane w jego bardzo osobistym pamiętniku „Dreams from My Father”, wydanym 13 lat przed wyborem na prezydenta. Obama pisał z pasją o kenijskich wioskach, gdzie po wielu latach przeprowadzek czuł się najbardziej jak w domu, i o swoich doświadczeniach z dzieciństwa w Indonezji. Mogę sobie wyobrazić, jak dziecko wychowywane przez chrześcijańską matkę może widzieć siebie w roli naturalnego pomostu pomiędzy jej dwoma muzułmańskimi mężami. Mógłbym również spekulować, jak porzucanie tego dziecka przez tych ludzi mogło go wiele lat później doprowadzić do poszukiwania akceptacji u ich współwyznawców.

Jednak, co jest być może tragiczne, Obama i jego odwoływanie się do świata muzułmańskiego nie zostaną zaakceptowane. Po wybuchu Arabskiej Wiosny wizja Stanów Zjednoczonych w stanie pokoju z muzułmańskim Bliskim Wschodem została wyparta przez mozaikę polityki – interwencję wojskową w Libii, bombardowania w Iraku, obojętność w stosunku do Syrii i uwikłanie w sprawach Egiptu. Uderzenia dronów, wiele z nich osobiście zatwierdzonych przez prezydenta, zabiły setki terrorystów, ale także niezliczonych cywilów.

I w rzeczy samej, zabicie jednego muzułmanina – Osamy bin Ladena – zamiast pogodzenia się z nim, pozostaje jednym z najbardziej pamiętnych osiągnięć Obamy.

Także pod względem dyplomatycznym dialog Obamy z muzułmanami został w dużej mierze odrzucony. W czasie jego kadencji wsparcie dla Ameryki wśród narodów Bliskiego Wschodu – a zwłaszcza wśród Turków i Palestyńczyków – osiągnęło najniższy poziom w historii. W 2007 roku prezydentowi Bushowi udało się zgromadzenie na konferencji pokojowej w Annapolis przywódców izraelskich i arabskich, wraz z przedstawicielami około 40 państw. W maju 2015 roku Obama miał trudności z przekonaniem kilku przywódców arabskich do udziału w szczycie dotyczącym kwestii irańskiej w Camp David. Prezydent, który obiecał, że doprowadzi do spotkania Arabów i Izraelczyków, w końcu zrobił to nie z powodów pokojowych, ale z powodu ich wspólnego niepokoju dotyczącego jego wsparcia dla Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie i jego determinacji, aby osiągnąć porozumienie nuklearne z Iranem.

W rzeczywistości tylko Iran wciąż trzyma się obietnicy spełnienia początkowych nadziei Obamy na nowe rozdanie z muzułmanami. „Skoro byliśmy w stanie zmusić Iran do działania w odpowiedzialny sposób – powiedział „New Yorkerowi – można byłoby zobaczyć równowagę rozwijającą się między [nim i] sunnickimi państwami Zatoki Perskiej”. Założenie, że umowa atomowa z Iranem będzie świadczyć o tym, iż jest on „bardzo skutecznym mocarstwem regionalnym”, zdolnym do uzdrowienia, a nie wywoływania, historycznej schizmy, która pozostaje w centrum myślenia Obamy. Założenie to miało niewiele wspólnego z sunnickimi muzułmanami, z których wielu oglądało z głębokim niepokojem to, co postrzegali jako rozwijający się sojusz amerykańsko-irański.

Sześć lat po propozycji „wyciągnięcia ręki, jeżeli będą chętni, żeby otworzyć zaciśniętą pięść”, prezydent Obama wielokrotnie oglądał tę rękę odrzucaną przez muzułmanów. W przemówieniach już nie wspomina swoich muzułmańskich członków rodziny, a jego drugie imię wspominają tylko jego krytycy. A jednak jego polityka w ogromnym zakresie pozostaje bez zmian. Nadal z pełną mocą twierdzi, że muzułmańskie kobiety mają prawo do noszenia – a nie odmawiania noszenia – chusty i kładzie nacisk na nazywanie „brutalnymi ekstremistami” tych, którzy zabijają w imię islamu. „Każdy z nas ma obowiązek odrzucić pogląd, że grupy takie jak ISIS w jakikolwiek sposób reprezentują islam”, oświadczył w lutym. Określenie „świat muzułmański” jest nadal częścią jego słownika.

Historycy będą prawdopodobnie patrzeć na politykę Obamy w stosunku do islamu z kombinacją ciekawości i niedowierzania. Chociaż niektórzy mogą dać wiarę jego dobrym intencjom, inni mogą go winić za naiwność i oderwanie od złożonej i coraz bardziej śmiercionośnej rzeczywistości. Bliski Wschód bowiem nadal ulega rozłamom i stwarza wiele zagrożeń dla Ameryki i jej sojuszników. Nawet jeśli uda mu się zawrzeć umowę nuklearną z Iranem, rozprzestrzenianie się Państwa Islamskiego i innych ruchów dżihadu podkreśla porażkę Obamy w docieraniu do muzułmanów. Potrzeba ich angażowania – militarnego, kulturowego, filantropijnego, a nawet teologicznego – będzie w międzyczasie rosła. Następca prezydenta, nieważne czy demokrata czy republikanin, będzie musiał zmierzyć się z tą rzeczywistością od chwili, kiedy wejdzie do Białego Domu.

Pierwszą decyzją [nowego prezydenta] powinno być uznanie, że ci, którzy zabijają w imię islamu nie są jedynie brutalnymi ekstremistami, lecz fanatykami napędzanymi gorliwością konkretnej religii. A ich ofiary nie są bynajmniej przypadkowe.


Michael OrenMichael Oren
Michael Bornstein Oren (Hebrew: מיכאל אורן; born Michael Scott Bornstein on May 20, 1955) is an American-born Israeli historian, author, politician, former ambassador to the United States (2009–2013), and current member of the Knesset for the Kulanu party and the Deputy Minister for Diplomacy in the Prime Minister’s Office.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Trump’s Jews and Obama’s Jews

Trump’s Jews and Obama’s Jews

Daniel Greenfield


Jason Greenblatt Co-Chairman of Israel Advisory Committee for Donald TrumpJason Greenblatt Co-Chairman of Israel Advisory Committee for Donald Trump

{Originally posted to the FrontPage Magazine website}

Seen from above, the 2016 electoral map of New York City is blue with dots of red. Trump’s home district is blue, but across the water a red wedge slices into Brooklyn. Around that red wedge are districts where Hillary won 90 percent of the vote and Trump was lucky to get 5 percent. Inside it, he beat her in district after district.

The voters who handed him that victory are the Chassidic Jews of Williamsburg who dress in fur hats and black caftans. Their districts, crammed in by hipsters and minorities, are a world away from the progressive activist temples whose clergy went into mourning at Hillary’s loss.

East of Prospect Park, in a vast sea of blue, is what looks like a red sofa. Trump won here with the Chabad Chassidim of Crown Heights. He won in the more mainstream Orthodox Jewish communities of Flatbush. He won by huge margins among the Russian Jewish immigrants of Brighton Beach who listen to a man dubbed the “Russian Rush Limbaugh.”

As the left-wing Forward put it, “Nearly every election district that Trump won in Brooklyn was in a Jewish neighborhood.” But it was a certain type of Jewish neighborhood. The wrong type.

“You can compare them to Rust Belt voters,” a Forward source states. “They are hardworking people, not college educated.”

And then in Far Rockaway where the housing projects by the beach give way to the red Orthodox Jewish communities that extend into Long Island.

There’s a line that recurs again and again in the attacks on David Friedman; the man picked by President-elect Trump to serve as the ambassador to Israel. It’s not stated openly. It’s implied.

“David Friedman, a bankruptcy lawyer from Long Island,” is the sneering summary.

Remnick, the New Yorker’s left-wing editor, took the sneering to a new level, titling his smear as “Trump’s Daily Bankruptcy.” Jewish identity, he declares, has never been a matter of “bankruptcy law.”

To a certain class of elites, it is self-evidently absurd that a bankruptcy lawyer from Long Island be appointed to anything or be listened to about anything. David Remnick is a Washington Post man married to a New York Times woman who went on to inherit the editorship of the New Yorker and turn it into a left-wing echo chamber. He lives in a $3.25 million four-bedroom Manhattan apartment with a wood-burning fireplace.

And David Friedman is the Orthodox son of a Rabbi from Woodmere who still lives there. His father was a Republican who hosted President Reagan. He might occasionally be allowed to read the New Yorker.

And that’s about it.

Yet it’s hard to think of anything that might recommend Friedman more to Trump.

Over at New York Magazine, Frank Rich and Fran Leibowitz famously chuckled over Trump being “a poor person’s idea of a rich person.” David Brooks, the token slightly right of the left voice at the New York Times, full of contempt for Trump, in an infamous moment, studied Obama’s “perfectly creased pant” and came to the conclusion that, “he’ll be a very good president.”

“I divide people into people who talk like us and who don’t talk like us,” Brooks has said.

Obama spoke like one of the collective “us”. Trump and Friedman don’t talk like “us”. Their voices are distinctly working class. Their New York values are those of a grittier and grimier country.

Trump’s calling card was, “Make America Great Again”. Obama’s was a memoir about race and identity that was a hit on college campuses. Two cultures could hardly be further apart.

The internal war in America and among Jews over Trump is not just about politics, it’s also about class. Trump’s victory was the uprising of a cultural underclass. That is equally true among Jews.

The same divide exists between the slick branding of J Street’s conferences stocked with self-appointed thought leaders who have never worked for a living and the hard-working Jewish communities who loathe the New York Times for its hostility to Israel. These are the Jews who have never been represented in national politics. Whom most of the left didn’t even know existed.

Friedman’s appointment led leftists like Remnick to undertake a baffled archeological survey of Arutz Sheva: a popular pro-Israel news site that no one at the New Yorker had ever heard of. The elites of the left have suddenly had to grapple with the existence of people who don’t talk like “us” or think like “us”.

And that for many voters, non-Jewish and Jewish, encompassed the thrill of Trump. Voting for Trump forced the elites that had ignored them out to acknowledge their existence for the very first time.

The split is as real among Jews as it is in the rest of America. Trump’s victory allowed Jewish communities that had been shut out of the national dialogue to have a voice. The divide over Israel is not only about policy, but about culture and class. The divide between readers of the Jewish Press and the Forward is as real as the yawning gap between country music listeners and the NPR audiences.

Trump and Obama both have inner circles filled with Jews. But they are as different as David Remnick is from David Friedman, as Jan Schakowsky is from Boris Epshteyn, or as J Street’s Jeremy Ben Ami is from Jason Greenblatt, a Trump advisor who performed armed guard duty while studying in Israel.

Obama is legitimately baffled by accusations of anti-Semitism. His inner circle of left-wing Jews agree with him that the Jewish State is the problem and aiding Islamic terrorists is the solution. His echo chamber elevated marginal left-wing organizations like J Street or Yeshivat Chovevei Torah into representatives of American Jews. Meanwhile his people, like ADL boss Jonathan Greenblatt, took over already liberal Jewish organizations and turned them into lobbies for his anti-Israel agenda.

Now suddenly the President-elect is surrounded by a very different breed of Jews. Instead of tenured academics, progressive journalists and irreligious clergy for whom Jewish values, like American values, mean appeasement and surrender to terrorists, a very different kind of Trump Jew is now on the rise.

Trump’s Jews are scrappy businessmen and tough lawyers. They live in traditional suburban communities instead of hip urban neighborhoods. They are more likely to be religiously devout and have large families. And they don’t look or sound like the “us” of the leftist elites. They don’t have the “perfectly creased pant”. Instead they look like the suburban dads and granddads that they are.

They believe that you have to work hard to get ahead. They know that you have to be tough to succeed. And they’ve learned to get ahead without caring what the liberal elites think of their manners and style.

In that they’re a whole lot like Trump. And a whole lot like the stereotypical Israeli.

It’s not just the substance of their message, pro-American, pro-Israel and pro-work, that horrifies the Remnicks of the left. It’s the conviction that they’re part of a social underclass that doesn’t belong on stage. The Remnicks have worked hard to ape the manners and attitudes of their progressive betters. There was a time when his ilk dared to be pro-Israel. But when the liberals went left, they went with them. They justified their betrayal by blaming Israel for “moving to the right” and alienating them.

recomended by:
Leon Rozenbaum

But Trump’s Jews, whether it’s his advisers, who look like every other professional or small businessman in Long Island or Teaneck, or the Chassidic and Haredi Jews of Brooklyn who voted for him, make no apologies for who they are. They pray toward Jerusalem, not Martha’s Vineyard. They do not cringe inwardly when Israel takes out a terrorist. They are not politically correct. They are Biblically correct.

They are not ashamed of their Jewishness. And now their voice is being heard.

In the fall of ’84, President Ronald Reagan showed up at the home of a Long Island Rabbi for a Sabbath meal. David Friedman’s mother spent three days shopping and prepared stuffed chicken cutlets, apricot noodle pudding and an apple crumb cake. Reagan toasted her as “a woman who makes a meal better than a state dinner.” Meanwhile outside, left-wingers protested hysterically against the visit.

At Rabbi Friedman’s synagogue, President Reagan declared, “the so-called anti-Zionists that we hear in the United Nations is just another mask in some quarters for vicious anti-Semitism. And that’s something the United States will not tolerate wherever it is, no matter how subtle it may be.”

The United States has tolerated it for far too long from Barack Hussein Obama.

When Rabbi Friedman passed away, Donald J. Trump, a future Republican president, drove to Long Island through a snowstorm to pay a condolence call to his son. Trump has chosen the man who sat at the table with President Reagan, that “bankruptcy lawyer from Long Island” as ambassador to Israel.

The left is so angry because it senses that it is losing the culture war within the Jewish community. The future does not belong to David Remnick. It belongs to David Friedman.


 About the Author: Daniel Greenfield is an Israeli born blogger and columnist, and a Shillman Fellow at the David Horowitz Freedom Center. His work covers American, European and Israeli politics as well as the War on Terror. His writing can be found at http://sultanknish.blogspot.com/ These opinions do not necessarily reflect the opinion of The Jewish Press.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


WIERSZ JULIANA TUWIMA

WIERSZ JULIANA TUWIMA
Blog Postacie

Żydowski Instytut Historyczny


Przy okazji 18. stycznia przypominamy wiersz Juliana Tuwima „Ab Urbe Condita”.

3 lata później Tuwim na wystawie w już działającym wśród gruzów ŻIH (19 kwietnia 1948 rok) — fot. ze zbiorów ŻIH

Ab Urbe Condita

Zaraz nazajutrz, tj:
Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc
Dziewięćset Czterdziestego Piątego,
Kiedy skwierczące miasto
Dogorywało, jak ofiarna jałowica na religijnym stosie
I tylko drgawkami kończyn świadczyło o życiu,
Które było śmiercią,
I dyszało, konając, czadem spalenizny,
Jak sierść całopalnego zwierzęcia;
I kiedy po drabinach dymu
Już się w niebiosa wspinała Warszawa,
Aby dalekim prapokoleniom
Na wysokościach
Zaświecić kiedyś mitem astralnym,
Ognistą legendą,
A tutaj zostać wygasłym kraterem,
Kraterem wulkanu do dna wykrwawionym —
Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc Dziewięćset
Czterdziestego Piątego,
Na rogu Ruin i Kresu,
Na rogu Gruzów i Śmierci,
Na rogu Zwalisk i Zgrozy,
Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskiej,
Co padły sobie w płonące objęcia,
Żegnając się na zawsze, całując płomiennie —
Zjawiła się pękata warszawska babina,
Nieśmiertelna paniusia z chusteczką na głowie,
Postawiła, dnem do góry, skrzynkę na rumach,
Podparła ją — meteorem: jakimś szczątkiem Miasta
I zawołała nieśmiertelnym tonem:
„Do chierbaty, do chierbaty,
Do świeżego ciasta!”

Nie widziałem jej, ale widzę:
Łzy się toczą
Z jej — mimo wszystko — uśmiechniętych oczu.

Mogła się zjawić Niobą-Źałobą,
Furią wieszczącą, panią Hiobową,
Rachelą, dzieci swoje plączącą —
I też by jej uwierzono.

Mogła przyfrunąć wiedźmą na mietle
Czy upiorzycą w krwawiącym świetle
Dnia zgliszczowego —
I też by jej uwierzono.

Mogła — bajeczna Wielka Piotrzyca —
W patos jambiczny zestroić słowa,
Że nowy wstanie gród z rumowisk
„Na złość dufnemu sąsiadowi” —
I też by była prawdziwa…

Mogła stanąć na skrzynce wzniosłym monumentem,
Upozować się pięknie i zadeklamować:
„Per me se va nella citta dolente” —
I nikt by się nie zdziwił.

Ach, mogła wreszcie, Klio nie Klio,
Liwiusz w spódnicy,
Siąść na kamieniach wymarłej stolicy
I byle gwoździem na byle cegle
Wyskrobać tytuł:
„Od założenia miasta” — — —

Ale ona-inaczej:
„Do chierbaty, do chierbaty,
Do świeżego ciasta!”
Założycielko! Pionierko! Muzo!
Dziś — stuk i łomot w całej Warszawie
Ku twojej sławie!

Dziś każdy murarz każdą nową cegłą
Pomnik twój wznosi!
I cała Polska-paniusiu! paniusiu! —
Wieczność twą głosi.
Woła gdyński port
– sława!
Wołają warsztaty łódzkie
– sława!
Śląskie kopalnie i huty
– sława!
Wrocław — miasto wojewódzkie
– sława! sława!
Szczecin — miasto wojewódzkie
– sława! sława!
Sława królowej w koronie ruin,
Której na imię po prostu: Warszawa!

Julian Tuwim


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com