Photo: Atena Warwakion, rzymska kopia posągu Ateny Partenos z III wieku n.e./Narodowe Muzeum Archeologiczne w Atenach
Trup, który mówi w imieniu świata
Anna Grabowska
Uniwersytety, które miały być świątyniami rozumu, przemieniły się w sceny moralnego teatru. Francuska inteligencja stworzyła nową religię – kult winy, wstydu i Palestyny. A nad tym
wszystkim unosi się trup ONZ, który wciąż przemawia tonem proroka, choć od dawna nie żyje.
Chcieliśmy wierzyć w świat, który miał być sanktuarium rozumu, tymczasem panuje w nim kult rozedrganej i histerycznej emocji. Uniwersytety, dawniej przestrzenie sporów i samej odwagi myślenia, zamieniły się w świątynie moralnego performansu. Mają nawet swoje ołtarze, na których leżą słowa-fetysze: dekolonizacja, opór, solidarność i Palestyna. Kiedyś służyły do rozumienia świata, wymiany poglądów, dziś służą do powszechnego wybielania sumienia. Profesorowie i studenci złączyli się w jednym rytuale fałszywej cnoty. A w tym rytuale, współczucie stało się towarem, a prawda – wyłącznie przeszkodą. To właśnie tu zaczyna się francuska patologia intelektualna: miejsce, w którym najwyższy prestiż akademicki współistnieje z moralnym rozbrojeniem wobec antyizraelskiej narracji. Wystarczy spojrzeć na Collège de France, jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych instytucji naukowych w całej Francji, obok École Normale Supérieure i Sciences Po. Powstała w XVI wieku jako ośrodek wolnej myśli, gdzie profesorowie nie “uczą”, lecz prowadzą publiczne wykłady z własnych badań, bez formalnych studentów. To symbol intelektualnej arystokracji Francji: tam wykładali Michel Foucault, Pierre Bourdieu, Claude Lévi-Strauss; dziś Henry Laurens, Alain Prochiantz czy Philippe Descola. Jeśli ktoś ma katedrę w Collège de France, staje się autorytetem par excellence.
A jednak właśnie tutaj, w tym bastionie elity, odbywają się konferencje, w których obok nazwisk wybitnych badaczy widnieją nazwiska osób pokroju Franceski Albanese. Ta urzędniczka ONZ, znana z jednostronnych raportów o “izraelskich zbrodniach”, zasłynęła milczeniem wobec Hamasu, a jej słownik bardziej przypomina język politycznego manifestu niż prawnego dokumentu. To właśnie symbol nowego etosu: specjalistka od “praw człowieka”, która nigdy nie widziała, i nie chce zobaczyć ofiar terroru. Nie jest przy tym odosobniona. W kręgach francuskiej akademii zaprasza się do dyskusji ludzi, którzy od lat mówią jednym głosem, a więc: przeciw Zachodowi, przeciw Izraelowi, przeciw uniwersalnym wartościom. W Collège de France, Sciences Po i w EHESS nie brakuje dziś gości takich jak Achille Mbembe, autor Critique de la raison nègre, (Krytyka czarnego umysłu) który oskarża Izrael o “nekropolitykę”, czyli zarządzanie śmiercią; Françoise Vergès, głosząca “feminizm dekolonialny”, według którego białe kobiety są opresorkami kobiet Południa; Pascal Boniface, założyciel IRIS, który w każdej publikacji powtarza, że “Izrael jest moralnym problemem Zachodu”; czy Rony Brauman z EHESS, dawny szef Médecins Sans Frontières (Lekarze bez Granic), który w wywiadach bez cienia wahania określa Hamas swojskim mianem “ruchu oporu”.
W świecie Collège de France i Sciences Po taki język już nie bulwersuje, on daje prestiż. Henry Laurens, profesor historii świata arabskiego, autor pięciotomowej serii La Question de Palestine (Kwestia palestyńska), pisze o Izraelu jak o “projekcie kolonialnym Europy”. W jego wykładach słowo “terror” praktycznie nie występuje, zamiast niego mówi się o “ruchach emancypacyjnych”. Bertrand Badie, wykładowca Sciences Po, (Instytut Nauk Politycznych) autor Nous ne sommes plus seuls au monde, (Nie jesteśmy juz sami na świecie) twierdzi, że Zachód utracił moralne prawo do definiowania globalnych norm, a Izrael jest “ostatnim bastionem kolonialnej logiki bezpieczeństwa”. Souleymane Bachir Diagne z École Normale Supérieure głosi potrzebę “dekolonizacji epistemologicznej”, czyli odrzucenia całej zachodniej tradycji poznania. A François Burgat i Olivier Roy – wykładowcy z EHESS i Sorbony – od lat tłumaczą islamizm jako “efekt imperializmu kulturowego Zachodu”, sprowadzając terroryzm do reakcji emocjonalnej wobec rzekomego “upokorzenia”. To nazwiska, które współtworzą dzisiejszy moralny pejzaż współczesnej Francji, w którym antyzachodniość jest nową formą elegancji savoir vivre, a potępienie Izraela – przejawem wyrafinowania. Ich wspólny ton to afektywne potępienie Zachodu jako źródła wszelkiego zła: niewolnictwa, kolonializmu, kapitalizmu, patriarchatu, ekologii, a nawet nauki. To etyka negacji, w której zachodni rozum został uznany za grzech pierworodny. A to, kogo się dziś zaprasza, jest równie wymowne, jak to, kogo się nie zaprasza. Nie usłyszycie tam izraelskiego naukowca, który mówi o etyce obrony. Nie zobaczycie historyka z Tel Awiwu, który analizuje dokumenty ONZ. Nie ma tam głosu izraelskich kobiet, które przeżyły 7 października, ani specjalistów od prawa wojennego, którzy mogliby zburzyć wygodną bajkę o dwóch stronach. Akademia, która miała uczyć pluralizmu, organizuje debaty bez debaty, czyli panelowe potwierdzenie dogmatu.
To, co narodziło się w Paryżu, nie zatrzymało się wyłącznie na Sekwanie. W latach 70′ i 80′ idee Foucaulta, Derridy i Bourdieu wyemigrowały do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Francuska teoria – French Theory – stała się kultem na kampusach: Oxford, Cambridge, Yale, Columbia, Berkeley. Tam właśnie dekonstrukcja zamieniła się w ideologię. W anglosaskim kontekście zlała się z feminizmem, z teorią rasy i z ruchem LGBT+, tworząc nową teologię: intersectionality. W Londynie powstały kierunki takie jak postcolonial studies i critical race studies. Na SOAS (School of Oriental and African Studies) naucza się, że “izraelski kolonializm osadniczy” to kontynuacja brytyjskiego imperializmu. Na Goldsmiths University (gdzie wykłada Eyal Weizman, izraelski architekt-ideolog ruchu BDS) powstał cały kierunek forensic architecture, który używa metod naukowych do oskarżania izraelskiego wojska o zbrodnie wojenne. A w Niemczech, z pozoru odpornych na antyzachodnie resentymenty, powstała nowa generacja akademików gotowych relatywizować antysemityzm w imię “zrozumienia kontekstu”. Wystarczy posłuchać, w Berlinie, Hamburgu i Kolonii profesorowie humanistyki mówią dziś o “traumie kolonializmu w Palestynie”, a studenci, pod ich okiem, maszerują z hasłami From the river to the sea. To nie jest już odruch ulicy, lecz zaplanowany efekt katedr. W Polsce, Czechach i Europie Środkowo-Wschodniej wirus przyszedł później, ale bez odporności. W latach 90′ i 2000′ tłumaczono tutaj Edwarda Saida, Homi Bhabhę i Gayatri Spivak – bez świadomości, że w tym dyskursie my również jesteśmy “kolonialnym przedłużeniem Zachodu”. Uniwersytety zaczęły mówić o różnorodności, włączeniu i polityce pamięci. W Polsce “dekolonizacja humanistyki” brzmi może jeszcze trochę egzotycznie, ale jest coraz częściej tytułem doktoratu. W Czechach uczy się o “białej władzy symbolicznej”, a na Węgrzech nawet ośrodki konserwatywne adaptują zachodni język winy, żeby pozostać “aktualne”.
Ten język, który w Paryżu był kiedyś ostrzem krytyki, dziś stał się globalnym dogmatem. Ameryka go przejęła, spłaszczyła i sprzedała światu jako moralny produkt eksportowy. W Nowym Jorku i San Francisco cytuje się Foucaulta jak księgę liturgiczną, w Australii i Kanadzie powstają całe kierunki decolonial humanities, które uczą, że nauka jest opresją, a logika, narzędziem dominacji. W Republice Południowej Afryki studenci żądają “usunięcia białych naukowców z programów”, powołując się na francuskich mistrzów dekonstrukcji. I to właśnie największy paradoks francuskiego dziedzictwa: idea, która miała przecież wyzwalać myślenie, dzisiaj zniewala cały świat. Z ducha Foucaulta narodziła się biurokracja moralności, z Derridy, administracja winy a z Bourdieu – ekonomia wszechobecnej emocji. Francuska rewolucja intelektualna połknęła własne dzieci i wydała na świat potomstwo, które nie zna już granic między empatią a agresją. Za tą nową teologią stoją także pieniądze. Uniwersytety nie są już wspólnotą myślenia, lecz korporacją reputacji. Programy “dekolonizacji wiedzy” finansują te same instytucje, które zbudowały fortuny na kolonialnych imperiach, dziś kupują spokój sumienia przelewem. Moralność stała się marką, w której cierpienie jest dziś dotacją. I tak świat akademicki, który miał być sumieniem cywilizacji, stał się jej agencją PR. A nad tym wszystkim unosi się trup ONZ, która miała być strażnikiem pokoju, a stała się widowiskiem bez treści. Ta instytucja już dawno przestała być trybunałem moralnym, dziś to widowisko nagród dla sprawców i potępień dla ofiar. Wydaje rezolucje przeciw Izraelowi z matematyczną regularnością, jakby świat składał się wyłącznie z jednej winy i jednego winowajcy. To już nie organizacja, to farsa sumienia, która udaje, że wciąż istnieje.
A więc nie trzeba już dzisiaj myśleć, wystarczy nieustannie się wzruszyć we właściwym kierunku. Nie trzeba mieć też odwagi, podpis pod petycją wystarczy.
Tak wygląda świat, w którym wszelki intelekt złożył donos na samego siebie.
Źródła:
https://editionsladecouverte.fr/critique_de_la_raison…
https://www.fayard.fr/la-question-de-palestine-tome-1…
https://lafabrique.fr/catalogue/un-feminisme-decolonial/
https://editionsladecouverte.fr/nous_ne_sommes_plus_seuls…
https://editionsladecouverte.fr/comprendre_l_islam…
https://www.maxmilo.com/9782315000878-la-france-malade-du…
https://www.college-de-france.fr/en
https://www.college-de-france.fr/…/the-college-de…
https://www.college-de-france.fr/en/online-resources
Anna Grabowska – urodzona i mieszkająca we Francji wspaniała syjonistka z solidnymi polskimi i żydowskimi korzeniami. Autorka udzieliła pozwolenia na publikację niektórych wpisów z jej Facebooka w „Listach z naszego sadu”.
Photo: Atena Warwakion, rzymska kopia posągu Ateny Partenos z III wieku n.e./Narodowe Muzeum Archeologiczne w Atenach
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com





