Archive | 2026/05/19

Nasza NakbaJak świat arabski wypędził swoich Żydów, a rezultat nazwał kolonializmem

Jak świat arabski wypędził swoich Żydów, a rezultat nazwał kolonializmem


Nasza Nakba
Jak świat arabski wypędził swoich Żydów, a rezultat nazwał kolonializmem

Matt Field


Żydzi egipscy opuszczający Egipt w 1956 roku.

Ambasador Niemiec w Egipcie pracuje w domu, który kiedyś należał do żydowskiej rodziny. Tak samo ambasador Szwajcarii. Tak samo amerykański. Domy skonfiskowano w 1956 roku, kiedy egipski rząd ogłosił — w komunikacie odczytanym z minaretów Kairu i Aleksandrii — że wszyscy Żydzi są syjonistami i wrogami państwa. Rodzinom pozwolono zabrać jedną walizkę. Podpisywały dokumenty „przekazujące” całą resztę państwu. Potem wyjeżdżały. Domy nadal stoją. Rodzin już nie ma.

To tutaj zaczyna się spór o Izrael. Nie w Europie. Tutaj.

Istnieje opowieść o Izraelu, powtarzana z niezwykłą pewnością siebie na uniwersytetach, w Organizacji Narodów Zjednoczonych i na łamach gazet, które powinny wiedzieć lepiej. Opowieść brzmi tak: europejscy Żydzi, straumatyzowani europejskimi prześladowaniami, przybyli do ziemi zamieszkanej przez rdzennych Arabów i siłą stworzyli państwo osadnicze. Europejskie poczucie winy. Europejska migracja. Europejska potęga. Kolonializm z Gwiazdą Dawida.

Ta opowieść wymaga zignorowania większości Izraelczyków.

Żydzi mizrachijscy — ci, których przodkowie pochodzą z Iraku, Iranu, Jemenu, Egiptu, Maroka, Libii, Syrii, Tunezji, Algierii i Libanu — stanowią największy blok demograficzny w żydowskiej populacji Izraela: od 45 do 61 procent, zależnie od tego, jak liczy się małżeństwa mieszane i samoidentyfikację. Żaden poważny demograf nie kwestionuje tego podstawowego faktu. Nie są Europejczykami. Są potomkami społeczności żyjących na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej ponad dwa tysiące lat, zanim słowo „Europa” nabrało jakiegokolwiek politycznego znaczenia. Wielu wywodzi swoje korzenie z niewoli babilońskiej z 586 roku p.n.e. Ich rodziny były w Bagdadzie, zanim Rzym stał się miastem. Były w Sanie, Kairze i Trypolisie, kiedy przodkowie dzisiejszych najgłośniejszych antysyjonistów byli jeszcze poganami w północnych lasach.

Według definicji, do której odwołuje się język praw ludów rdzennych, są oni rdzenną ludnością Bliskiego Wschodu.

Teza kolonialna nie komplikuje tego faktu. Ona wymaga jego wymazania.

Społeczności te nie pojawiły się w Iraku, Jemenie czy Egipcie z Europy ani znikąd. Przybyły tam z Ziemi Izraela, niesione przez podboje i wygnania, które definiowały starożytny świat. Niewola babilońska z 586 roku p.n.e. sprowadziła Żydów do Mezopotamii, kiedy Nabuchodonozor zniszczył Pierwszą Świątynię i deportował ludność Judei. Kolejne fale nastąpiły po podboju asyryjskim, zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian w 70 roku n.e. i późniejszych rozproszeniach, które rozsypały żydowskie społeczności po całym regionie. Żydzi z Bagdadu, Sany, Kairu czy Trypolisu nie byli imigrantami przybyłymi na Bliski Wschód z innego miejsca. Byli wygnanymi dziećmi Ziemi Izraela, żyjącymi na ziemiach, na które rzucił ich podbój, zachowującymi swój język, swoje teksty i pamięć o domu przez dwa tysiące lat. Kiedy wrócili do Izraela w XX wieku, nie przybywali jako kolonizatorzy. Wracali.

Aby zrozumieć, co zostało utracone, trzeba wiedzieć, co istniało.

Żydzi iraccy należeli do najstarszych nieprzerwanie istniejących społeczności żydowskich na świecie. Ich korzenie w Babilonii sięgały zburzenia Pierwszej Świątyni. W Iraku nie tylko przetrwali. Oni tam tworzyli. Talmud — centralny tekst żydowskiego prawa i życia, regulujący żydowską praktykę od piętnastu stuleci — został spisany w Babilonii, w akademiach Sury i Pumbedity, na ziemi dzisiejszego Iraku. Na początku XX wieku Żydzi stanowili około jednej trzeciej ludności Bagdadu. Byli kupcami, muzykami, urzędnikami państwowymi, lekarzami, bankierami. Mówili judeoarabskim i modlili się po hebrajsku — i robili jedno i drugie nieprzerwanie przez dwa i pół tysiąca lat.

Żydzi jemeńscy zachowali tradycję liturgiczną tak starą i tak odizolowaną od reszty żydowskiego świata, że badacze fonetyki hebrajskiej analizują ją dziś, by zrozumieć, jak język był pierwotnie wymawiany. Byli na Półwyspie Arabskim jeszcze przed narodzinami islamu. Ich piyyutim — religijna poezja — niosły melodie dawno zapomniane przez resztę żydowskiego świata.

Żydzi Maroka i Algierii poprzedzali arabski podbój Afryki Północnej. Perska społeczność żydowska wywodziła swoje początki z czasów Cyrusa Wielkiego, wymienionego w Księdze Izajasza jako narzędzie żydowskiego wyzwolenia. Żydzi Egiptu byli starożytni. Żydzi Syrii byli starożytni. Nie były to ludy przesiedlone. Były zakorzenione — z własnymi świętymi tekstami, żywymi językami i nieprzerwaną pamięcią wspólnotową sięgającą najwcześniejszych rozdziałów historii Żydów.

W 1948 roku w Iraku żyło 135 tysięcy Żydów. W Maroku 265 tysięcy. W Algierii 140 tysięcy. W Tunezji 105 tysięcy. W Egipcie 100 tysięcy. W Jemenie 60 tysięcy. W Libii 38 tysięcy. W Syrii 30 tysięcy.

Dziś w Iraku jest mniej niż dziesięciu Żydów. W Jemenie mniej niż dziesięciu. W Libii mniej niż dziesięciu.

Koniec każdej z tych społeczności miał własny charakter, ale schemat wszędzie był ten sam.

W Bagdadzie rozpad zaczął się podczas żydowskiego święta Szawuot w czerwcu 1941 roku. Nazistowskie wpływy dotarły do Iraku za pośrednictwem niemieckiego ambasadora Fritza Grobby, który finansował antysemickie gazety, sponsorował młodzieżówkę wzorowaną na Hitlerjugend i budował proizraelską… [sic? no] proosiową elitę oficerską. Gdy krótko istniejący pronazistowski rząd upadł, a brytyjskie wojska ruszyły ku miastu, tłumy wyszły na ulice. W ciągu dwóch dni zamordowano około 180 Żydów, setki raniono i kobiety gwałcono, a 1500 domów i firm splądrowano i zniszczono. Pogrom ten nazwano Farhud. Nie uczy się o nim w szkołach. Dekadę później Irak zdelegalizował syjonizm, skonfiskował żydowskie mienie, odebrał Żydom obywatelstwo i stworzył warunki, w których 120 tysięcy Żydów weszło na pokład samolotów do Izraela w ramach operacji Ezra i Nehemiasz, opuszczając ziemię, na której spisano Talmud.

W Egipcie rząd prezydenta Nasera czekał do kryzysu sueskiego w 1956 roku. Wtedy komunikat popłynął z meczetów. Syjoniści. Wrogowie państwa. Jedna walizka. Podpisz formularz. Wyjeżdżaj. Między 1948 rokiem a końcem lat 60. ponad 80 procent egipskich Żydów uciekło — większość do Izraela, część do Francji i obu Ameryk — wszyscy do życia budowanego od zera w kraju, który wcześniej nie był ich krajem.

W Jemenie antyżydowskie zamieszki wybuchły pod koniec listopada 1947 roku, sprowokowane protestami przeciw planowi podziału Palestyny ONZ. W ciągu trzech dni zabito ponad 80 Żydów, splądrowano ponad 100 żydowskich firm, spalono synagogi. W latach 1949–1950, w operacji nazwanej przez izraelski rząd „Na skrzydłach orłów”, niemal 49 tysięcy Żydów jemeńskich przetransportowano drogą lotniczą do Izraela. Wielu szło przez pustynię całymi dniami, by dotrzeć do pasa startowego. Przybyli niemal z niczym. Przywieźli swoje zwoje Tory.

W Libii Żydzi byli obecni od ponad dwóch tysięcy lat, a ich korzenie w regionie sięgały czasów sprzed zburzenia Drugiej Świątyni. W 1945 roku arabskie zamieszki nacjonalistyczne zabiły ponad 140 z nich i zniszczyły setki ich domów. Kolejny pogrom w 1948 roku. Więcej zabitych. Więcej spalonych domów. Gdy Kaddafi przejął władzę w 1969 roku, ustawowo skonfiskował całe pozostałe żydowskie mienie. Do 1970 roku rząd ogłosił Libię Judenrein — „wolną od Żydów”. Dwa tysiące lat żydowskiej obecności zakończono dekretem.

Ten sam schemat powtórzył się w Maroku, Algierii, Tunezji, Syrii, Libanie i Iranie. Czasem poprzez przemoc tłumu. Czasem przez biurokratyczne duszenie. Prawo wymagające muzułmańskich wspólników biznesowych. Zatrzymywane paszporty. Odbierane obywatelstwo. Zamrażane konta bankowe. Żydowskie społeczności świata arabskiego zostały zlikwidowane w ciągu trzech dekad poprzez połączenie prześladowań, zubożenia i okresowych rzezi — aż ponad 99 procent z nich zniknęło. Ziemia skonfiskowana tym, którzy uciekli, obejmuje 40 tysięcy mil kwadratowych — pięć razy więcej niż powierzchnia Izraela w 1948 roku. Straty majątkowe, udokumentowane w 22 archiwach i przedstawione Radzie Praw Człowieka ONZ, wycenia się dziś na 263 miliardy dolarów.

Nie istnieje żadna agenda ONZ dla tych uchodźców. Żaden coroczny dzień żałoby uznany przez Zgromadzenie Ogólne. Żaden specjalny sprawozdawca. Żaden międzynarodowy fundusz. Żadna stała populacja uchodźców utrzymywana przez pokolenia jako instrument polityczny. Nie używa się wobec nich słowa „Nakba”, choć według każdego mierzalnego standardu to, co spotkało niemal milion Żydów w świecie arabskim, było większym, pełniejszym i bardziej świadomie zaplanowanym wysiedleniem niż palestyński exodus, do którego termin ten stosuje się wyłącznie.

To milczenie nie jest przeoczeniem. Przeoczenia się koryguje, kiedy ktoś je wskazuje.

W tym miejscu trzeba nazwać spór precyzyjnie.

Ludzie forsujący kolonialną tezę o Izraelu zasadniczo nie są nieświadomi istnienia Żydów mizrachijskich. To ludzie wykształceni. Czytają. Wiedzą, że Izrael nie jest monokulturą. Problem nie polega na braku informacji. Problem polega na tym, że te informacje nie służą argumentowi, więc się ich nie używa.

Kolonialna rama jest konstrukcją nośną. Usuń ją, a cała ideologiczna budowla się zawali. Uznaj, że większość Izraelczyków pochodzi ze społeczności wypędzonych z krajów arabskich, a musisz też uznać, że państwa arabskie przeprowadziły czystkę etniczną swoich żydowskich populacji. Uznaj to, a nie da się utrzymać prostego podziału na rdzennych Arabów i kolonialnych Europejczyków. Uznaj to, a ludzie domagający się likwidacji Izraela jako aktu dekolonizacji domagają się, by uchodźcy arabskiej czystki etnicznej oddali jedyne miejsce, które ich przyjęło.

Żydzi mizrachijscy nie komplikują tego argumentu. Oni go kończą.

Dlatego są wymazywani. Nie przez spisek. Przez nawyk selektywnej uwagi tak konsekwentny i tak wygodny, że działa jak polityka. Są ludźmi, których ten argument potrzebuje, by nie istnieli. I w dużej mierze, w dyskursie kształtującym sposób, w jaki świat mówi o Izraelu, rzeczywiście nie istnieją.

To wymazanie nie jest ignorancją. Jest podtrzymywaniem konstrukcji.

Izrael jest krajem, którego większość populacji wywodzi się od Żydów wypędzonych ze świata arabskiego. Żydzi ci pochodzili ze społeczności starszych od islamu, które stworzyły Talmud na ziemi babilońskiej, zachowały starożytną liturgię hebrajską w jemeńskich górach i były częścią tkanki Kairu, Bagdadu i Trypolisu dłużej, niż istnieje większość współczesnych państw. Zostali wywłaszczeni przez arabski nacjonalizm, pozbawieni obywatelstwa i majątku, zmuszeni do wejścia do samolotów, obozów przejściowych i nowego kraju, który był jedynym krajem gotowym ich przyjąć. Nie są kolonizatorami Bliskiego Wschodu. Są jego wypędzonymi dziećmi, które wróciły.

A państwa arabskie ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za rzeczywistość demograficzną, którą potem przez dekady potępiały. Niemal 900 tysięcy Żydów opuściło Irak, Jemen, Egipt, Libię, Maroko, Algierię, Tunezję i Syrię — wypędzonych przez prześladowania, pogromy i sponsorowane przez państwo wywłaszczenia. Niektórzy wyjechali na mocy bezpośrednich nakazów wydalenia. Inni dlatego, że pozostanie stało się niemożliwe. Rozróżnienie ma mniejsze znaczenie niż rezultat: oni zniknęli, ich majątek został zabrany i żadne państwo arabskie nigdy nie zaoferowało, że ich zatrzyma, ochroni lub zrekompensuje to, co utracili. Około 650 tysięcy trafiło do Izraela, ponieważ Izrael był jedynym krajem, który przyjął ich bez warunków. Reszta wyjechała do Francji i obu Ameryk. Państwa arabskie wypędziły Żydów, zamknęły za nimi wszystkie drzwi, a potem potępiły miejsce, do którego ci Żydzi trafili. Populacja, którą teza kolonialna określa jako europejski narzut, została w większości zbudowana przez uchodźców stworzonych przez sam świat arabski. Akt oskarżenia i jego przyczyna są tymi samymi ludźmi.

Konflikt ma konkurujące ze sobą roszczenia. Zasługują one na uczciwe rozliczenie. A takie rozliczenie nie może się zacząć, dopóki wszyscy ludzie nie znajdą się na stole.

Ludzie, którzy zbudowali kolonialną tezę wokół Izraela, wiedzieli — lub powinni byli wiedzieć — to wszystko. A mimo to skonstruowali ten argument. Przywoływali prawa ludów rdzennych, jednocześnie wymazując najbardziej rdzennych Żydów na ziemi. Domagali się historycznej odpowiedzialności, jednocześnie zapewniając pełną bezkarność państwom arabskim, które zlikwidowały swoje żydowskie populacje i zatrzymały skradzione mienie. Nazywali Izrael projektem europejskim, ignorując jemeńskich Żydów, którzy szli przez pustynię ze zwojami Tory, by dostać się do samolotu lecącego do Tel Awiwu.

Nie da się uczciwie wysuwać tego argumentu. Można go wysuwać tylko wtedy, gdy z góry zdecyduje się, że pewni ludzie się nie liczą.

Żydzi mizrachijscy się liczą. Byli obecni, kiedy budowano argument przeciwko nim. Byli obecni, kiedy świat postanowił ich nie zauważać. Są obecni dziś — stanowią większość żydowskiej populacji państwa żydowskiego, wypędzone dzieci świata arabskiego, które wróciły do domu. Żadna teza tego nie przetrwa. Przetrwa tylko decyzja, by dalej udawać, że to nie istnieje.


Link do oryginały¨

That Jew Our Nakba – The German ambassador to Egypt works out of a house that used to belong to a Jewish family. So does the Swiss ambassador. So does the American one. The homes were confiscated in 1956, when the Egyptian government declared, in a proclamation read aloud from the minarets of Cairo and Alexandria, that all Jews were Zionists and enemies of the state. The fa…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Amid Conspiracy Theories, Eurovision Proves Ordinary People Are Still Willing to Treat Israel Fairly


Amid Conspiracy Theories, Eurovision Proves Ordinary People Are Still Willing to Treat Israel Fairly

Micha Danzig


Noam Bettan, representing Israel, performs “Michelle” during the dress rehearsal 2 of the Grand Final of the 2026 Eurovision Song Contest, in Vienna, Austria, May 15, 2026. Photo: REUTERS/Lisa Leutner

For many Americans, Eurovision requires a brief explanation. It is a massive annual international music competition involving dozens of countries across Europe and nearby regions, watched by hundreds of millions of people. And because much of the Arab world boycotted Israel culturally and politically after 1948 — excluding it from most regional sporting and cultural frameworks — Israel was integrated into European competitions instead.

Much like the situation where Israeli soccer teams must qualify for the World Cup through Europe rather than through the Middle East, Israel competes in Eurovision through the European broadcasting system.

For years now, Eurovision has followed the same ritualized choreography when it comes to Israel.

There are protests outside the arena. Activists demand Israel’s exclusion. Broadcasters openly question whether Israel should even participate. Some performers posture about morality and “complicity.” Social media floods with denunciations. Major media outlets, like The New York Times, publish innuendo-filled pieces implying Israel is somehow manipulating the contest through “soft power,” aggressive promotion, or shadowy mobilization campaigns.

And then the public votes for Israel at — or near — the top anyway.

The pressure campaign against Israel exploded after October 7, 2023, but the politicization predates October 7 by years.

Israel historically performed extremely well at Eurovision, winning in 1978, 1979, 1998, and again in 2018 with Netta Barzilai’s “Toy.” For decades, Israel was treated largely as a normal — if occasionally controversial — participant.

That changed during the 2010s, alongside the rise of intersectional activist politics, the normalization of BDS rhetoric in cultural spaces, and the growing effort to frame Israel as not merely controversial, but as uniquely illegitimate.

Netta’s 2018 victory was an early warning sign. The backlash quickly escalated from criticism of the song itself to claims that Israel should not host Eurovision (as all winners do) because the contest was supposedly “laundering apartheid.”

After October 7, the situation became impossible to ignore.

Israel increasingly received weak jury scores while performing dramatically better with the public vote. Ordinary viewers and elite opinion were diverging sharply.

That pattern repeated this year with Israel’s multilingual ballad “Michelle,” performed by Noam Bettan.

Last year, Israel’s “New Day Will Rise,” performed by Yuval Raphael — herself a survivor of the Nova massacre — triggered a frenzy of insinuations about “manipulated” voting after she finished second despite ranking only 15th with the professional juries.

This year, “Michelle” briefly surged into the overall lead during the public vote reveal but ultimately finished second as Bulgaria secured the win with far stronger professional jury support.

And once again, the reaction was not: “perhaps the public genuinely liked the song.”

Instead, Israel’s success is cast as both suspect and suspicious.

Apparently, Israel promoting its Eurovision entry is now evidence of sinister “soft power” — despite Eurovision itself being essentially one giant soft-power competition.

Countries spend heavily promoting themselves through Eurovision. The contest has always been part music competition, part tourism campaign, part national branding exercise, and part geopolitical theater in sequins.

Host countries market tourism and national identity through the contest. Governments support contestants. National broadcasters campaign aggressively. Diaspora and regional voting blocs have existed for decades and are openly joked about every year.

None of this becomes scandalous unless Israel succeeds.

Because increasingly, Israel is not treated as a normal country participating in international cultural life, but as a uniquely illegitimate presence whose success must always be explained away as manipulation, coercion, propaganda, or hidden influence — an impulse that mirrors classic antisemitic patterns.

In fact, many journalists now deploy this double standard so reflexively they no longer even recognize it.

But the deeper issue here is not really the Eurovision itself. It is the widening divide between institutional opinion and public sentiment.

The Eurovision voting system makes this unusually visible. Countries award separate “professional jury” votes and public televotes. Under Eurovision rules, countries cannot televote for themselves. Meanwhile, countries like Britain, France, Ukraine, Poland, and Romania possess diaspora populations vastly larger than the global Jewish population.

Yet when Israel performs strongly with the public vote, conspiracy theories immediately emerge.

The global Jewish population is roughly 15 million people — about half living in Israel, with much of the diaspora concentrated in the United States, where Eurovision remains relatively niche in mainstream culture. The notion that diaspora Jews are secretly overpowering Europe’s vastly larger voting populations through coordinated televoting campaigns collapses under minimal scrutiny.

The problem for many activists is not Israel’s Eurovision strategy. It is that the public itself keeps refusing to behave correctly.

The public keeps voting for the Israelis anyway — likely because Israeli entries are often among the competition’s strongest. And because many ordinary viewers probably recoil from the increasingly hysterical effort to turn Israeli artists into untouchables.

That effort has increasingly backfired.

Several left-wing European broadcasters and political actors spent years trying to pressure Eurovision organizers to ban Israel entirely. When that failed, some shifted toward symbolic boycotts and public distancing campaigns.

Yet despite the protests, the media pressure, the activist intimidation, and despite professional juries that increasingly appear politically or socially pressured not to reward Israel too generously, Israel still finished second again this year — propelled overwhelmingly by ordinary viewers.

That is the real story.

This does not mean European publics are uniformly pro-Israel. They are not. But many appear to recognize that the obsession with Israel is wildly disproportionate and often reflects something deeper than policy disagreement: hostility toward Jewish national legitimacy itself.

That distinction mattered even more after October 7.

Because while large segments of the Western media rapidly attempted to reframe Israelis from massacre victims into primary villains almost immediately after the largest single-day slaughter of Jews since the Holocaust, millions of ordinary people watched what actually happened.

They saw civilians butchered in homes. Families burned alive. Young people massacred at a music festival. Women dragged into Gaza. Babies kidnapped. Holocaust survivors taken hostage.

And despite relentless efforts afterward to flatten chronology, causation, and moral categories, many people never fully accepted the demand that Israelis immediately cede to an assigned role as uniquely illegitimate global pariahs. That, for parts of Europe’s activist and media class, is the real scandal.


Micha Danzig is an attorney, former IDF soldier, and former NYPD officer. He writes widely on Israel, Zionism, antisemitism, and Jewish history. He serves on the board of Herut North America.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Nazi-Looted Painting Found in Home of Dutch SS Leader’s Family, Art Detective Reveals


Nazi-Looted Painting Found in Home of Dutch SS Leader’s Family, Art Detective Reveals

Shiryn Ghermezian


Adolf Hitler and Hermann Göring. Photo: German Federal Archives

A painting stolen by Nazis during World War II from a Jewish art dealer in the Netherlands was discovered in the home of the family of a senior Nazi collaborator, Dutch art detective Arthur Brand shared on Tuesday.

“Portrait of a Young Girl” by Toon Kelder was looted by the Nazis from prominent Jewish art dealer Jacques Goudstikker. It was found hanging in the house of the granddaughter of notorious Dutch Nazi collaborator Hendrik Seyffardt, who commanded the Dutch Waffen-SS unit of volunteers.
.

A member of Seyffardt’s family, who discovered he was a descendant of a Nazi collaborator and the truth about the painting’s stolen origins, contacted Brand through an intermediary and told him about the artwork, Brand told AFP.

“It is true that I discovered my family possesses the looted painting and does not want to return it,” the family member, who chose to remain anonymous, told the Dutch newspaper De Telegraaf. “I was stunned speechless. That is why I am now bringing it into the public eye. I feel deep shame about the family past and am furious about the years of silence. The painting must return to the Jewish rightful heirs.”

Brand traced the painting to an auction in 1940 of artwork that Nazis looted from Goudstikker’s collection. The painting still has a label on its back confirming it was from Goudstikker’s personal collection but also the number 92 carved into its frame. After digging into archive records, Brand discovered that in the 1940 auction, an item under the number 92 was titled “Portrait of a Young Girl” by Toon Kelder. The painting was sold to Seyffardt at the auction, according to Brand.

A lawyer for Goudstikker’s heirs confirmed that the painting was stolen from the Jewish art collector and had been included in the 1940 auction.

Dutch police cannot take action against Seyffardt’s family for the theft because the statute of limitations has passed, but Seyffardt’s family has agreed to return the painting over to Brand’s team, the latter shared in a post on X. The family denied knowing that the painting was stolen.

A famous art dealer in Amsterdam, Goudstikker fled the Netherlands with his family in May 1940 after the Nazis invaded the country. He died in an accident while escaping and left behind approximately 1,400 works of art, most of which were looted by Nazi Party leader Hermann Göring, according to the Contemporary Jewish Museum in California. After the war, part of his art collection was found by the Allies in Germany and given to the Netherlands. In February 2006, Goudstikker’s descendants regained ownership of 200 artworks from the Dutch government, the museum added.

Seyffardt was assassinated by resistance fighters in his home in The Hague in February 1943. A Nazi state funeral was held for him in The Hague, which featured a wreath sent by Nazi leader Adolf Hitler.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com