Archive | 2015/03/08

Wojna pamięci

Wojna pamięci

Rozmawiała Katarzyna Markusz


Jerzy Halbersztadt

W kwietniu poznamy zwycięski projekt upamiętnienia Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich. O toczących się sporach na temat budowy tego pomnika rozmawiamy z byłym dyrektorem MHŻP Jerzym Halbersztadtem.

Ostatnio ogłoszono prace finałowe w konkursie na upamiętnienie Sprawiedliwych przy Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Czy mógłby Pan je ocenić?

Myślę, że te projekty/pomysły będą jeszcze ewoluowały i bardziej z respektu dla artystów, niż tego przedsięwzięcia, wolałbym nie zagłębiać się w szczegóły. Mogę tylko ogólnie powiedzieć, że moim zdaniem wybrane propozycje nie mają „ikonicznego” potencjału. Mam tu na myśli zdolność do wyrażenia idei, której te pomniki mają służyć w sposób przykuwający uwagę opinii publicznej, tak by upamiętnienie stało się powszechnie identyfikowanym i rozumianym znakiem pamięci o Sprawiedliwych i ich heroicznych czynach. Rodzi się wobec tego pytanie – po co to w ogóle robić? To zresztą dość częsta sytuacja, że w warunkach trudno zrozumiałych sporów i zakulisowych przepychanek nawet najpiękniejsze intencje rzadko kiedy doprowadzają do ciekawego artystycznie rozwiązania.

Jedyna praca, którą chcę skomentować, to propozycja obsadzenia prawie całego terenu za muzeum „zagajnikiem osikowym”. Dla mnie jest to propozycja absurdalna, chociaż doceniam inspirację sadzeniem drzewek w Yad Vashem, ale to świadczy tylko o powierzchowności i braku pomysłu odpowiedniego dla tej konkretnej lokalizacji. Zagajniki mają to do siebie, że zmieniają się w las. Każdy, kto by chociaż zajrzał do encyklopedii, dowiedziałby się, że topole osiki osiągają wysokość 20 m, a przy okazji może zauważyłby także dlaczego są one powszechnie usuwane z miast. Zresztą zapełnienie lasem tak cennej i symbolicznie ważnej przestrzeni miejskiej (jedynej takiej przestrzeni na Muranowie) musiałoby doprowadzić do konfliktów z mieszkańcami. Moim zdaniem naruszałoby również powagę tego miejsca w imię pewnej abstrakcyjnej idei, która nie ma szans przemówić do osób tam przychodzących. Dla budynku muzeum byłby to zresztą swoisty „Las Birnam”, niweczący sporą część wrażenia, jakie wywołuje jego architektura.

W pozostałych, wybranych pracach widać próbę jak najmniejszego interweniowania w tę przestrzeń, i za zrozumienie tego ograniczenia trzeba podziękować wyróżnionym artystom, a także członkom jury, bo wśród zgłoszeń, które napłynęły, było wiele dziwactw, włącznie z pomysłami urządzania sadzawek w tym miejscu i wkopywania się w ziemię, która pełna jest ludzkich prochów.

Przy Muzeum stoi już kilka pomników…

I to już teraz jest duży problem, bo większości z nich nie powinno tam być. To jest muzeum honorujące jeden pomnik: Pomnik Powstania w Getcie Warszawskim autorstwa Natana Rapaporta i Leona Suzina. Tak zostało pomyślane i zaprojektowane. Samo muzeum też nie jest choinką do obwieszania ozdobami z różnych stron! Jeden z powodów mojego krytycznego stosunku do konkursu na pomnik Sprawiedliwych, to kwestia zupełnie niewłaściwie przyjętego przez organizatorów obszaru opracowania. Dopuszczono, a tym samym zachęcono artystów, do umieszczenia jakiejś formy upamiętnienia w przestrzeni na północny-wschód od budynku muzeum, a więc po stronie pomnika powstania, gdzie w ostatnich latach pojawiło się już kilka obiektów niezwiązanych z cierpieniem i walką mieszkańców getta. Moim zdaniem, to nie powinno było mieć miejsca. Fakt, że organizatorzy konkursu dopuścili do zaprojektowania w tym miejscu kolejnego upamiętnienia świadczy o tym, że albo nie byli świadomi, albo zlekceważyli wagę pamięci o powstaniu. Podobnie jak przedtem w przypadku tzw. kanapy Karskiego, dopuścili się pewnej agresji w tę przestrzeń. W moim przekonaniu jest to niedopuszczalne i krytykowałem to pisząc akurat o pomniku Karskiego.

Kiedy pytam o prace finałowe przedstawicieli różnych instytucji, najczęściej uważają oni, że zwycięży projekt przedstawiający drzwi.

Widzę, że uparcie chce Pani wycisnąć ze mnie jakieś określone wskazania! Nic z tego, to nie moja rola. Mogę tylko powiedzieć, że koncepcja „drzwi” to projekt artystycznie ciekawy, nawiązujący do meritum losu samych Sprawiedliwych. Ale jest on ulokowany w niewłaściwym miejscu i dlatego doprowadza do konfliktu pamięci. Wiąże te wszystkie upamiętnienia Karskiego, Sendlerowej, „Żegoty” w jakąś „Oś Sprawiedliwych” , która coraz agresywniej otacza Pomnik Powstania w Getcie Warszawskim i stwarza swoistą strefę manipulacji historią między tym pomnikiem a muzeum. To jest jakiś przejaw wojny pamięci, którą niemądrzy ludzie od kilku lat w wielu obszarach relacji polsko-żydowskich – a w tym miejscu szczególnie – urządzają. Ze szkodą dla wszystkich.

Może teraz jest chwila, aby zastanowić się, czy i po co to robić i kontynuować? W każdym razie projekt „drzwi”, jeśli miałby być realizowany, to nie we wskazanym miejscu.

Zygmunt Rolat, kiedy jesienią 2013 roku w Stanach Zjednoczonych odbierał medal od prezydenta Bronisława Komorowskiego, ogłosił chęć budowy tego pomnika. W 2014 trwały przygotowania, ogłoszono konkurs. Teraz zbliża się rozstrzygnięcie. Pomnik jest popierany przez środowiska żydowskie, których reprezentantem czuje się pan Rolat, i przez prezydenta Komorowskiego. Wydawałoby się, że wszyscy powinni być zadowoleni, a jednak nie są. Pojawiły się jakieś protesty. Może niezbyt głośne, ale jednak.

Niezbyt głośne protesty? Pani żartuje? Od dwóch lat trwa całkiem głośna i moim zdaniem w skutkach w sumie dość szkodliwa awantura, w którą zaplątało się wiele osób, zresztą z elementami zacietrzewienia po obu stronach. Rzecz toczy się od dawna, ale od wiosny 2013 roku spór stał się kwestią publiczną, gdy (słusznie!) ujawniła go prof. Barbara Engelking. Miałem wówczas nadzieję, że doprowadzi to do rozsądnego kompromisu, choć nie zgadzałem się z jej opinią (podzielaną przez spore grono osób), że upamiętnienie Sprawiedliwych, ze wszech miar potrzebne, nie powinno mieć miejsca na terenie dawnego getta. Wydaje mi się to dość sztuczną konstrukcją, użyteczną w tej polemice, ale sprzeczną z realiami, które i w przeszłości i współcześnie czyniły z tego terenu wspólną przestrzeń Żydów i Polaków.

Ciekawe jednak, że użyła Pani określenia „środowiska żydowskie”. Ja znam z imienia i nazwiska raptem trzy lub cztery osoby, które angażują się na rzecz pomnika w tej lokalizacji, ale są to właściwie głosy odosobnione. Jest dużym problemem, dlaczego kwestia, którą podnieśli publicznie przede wszystkim polscy badacze dziejów Holokaustu i II wojny światowej, osoby związane z Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN, nie spotkała się z jakimś szerszym wsparciem w środowiskach żydowskich. Wiosną 2013 r. na państwa portalu pojawiło się oświadczenie szefów kilku ważnych organizacji żydowskich [list został podpisany przez Jana Śpiewaka, Piotra Kadlčika, Elżbietę Magenheim, Piotra Wiślickiego – przyp. red.] przeciw lokalizacji pomnika na Muranowie, ale list ten chyba nie trafił do mediów publicznych. List podkreślał wielką wagę samego upamiętnienia Sprawiedliwych, ale nie w tym miejscu. Poza tym jednak głosów żydowskich było bardzo niewiele. Uważam to za słabość i przejaw pewnego serwilizmu, niepozwalającego na zabieranie głosu w istotnych sprawach, nawet wtedy, kiedy taka dyskusja toczy się w sferze publicznej. Mam to za złe wielu osobom, które wyrażają ten krytycyzm pokątnie, natomiast bardzo starają się, żeby milczeć publicznie.

Kiedy Pan po raz pierwszy zetknął się z pomysłem postawienia pomnika przy Muzeum?

Miałem z tym do czynienia, jako dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich, co najmniej od 2003 roku. Dążenie do wzniesienia pomnika Sprawiedliwych pojawiło się w pobliżu dyskusji o Jedwabnem, w roku 2001-2002, w środowiskach polskiej prawicy, podkreślających swój związek z tradycją ruchu narodowo-demokratycznego, polskiej endecji, której znaną cechą był negatywny stosunek do mniejszości narodowych oraz antysemityzm. Te środowiska, dotknięte i urażone, niezdolne do zrozumienia wartości dyskusji, która się rozpoczęła po publikacji prof. Grossa, zareagowały chęcią prezentowania Sprawiedliwych, jako odpowiedzi na ujawnione przez niego fakty. Miał to być dowód na rzekomo powszechną, pozytywną postawę społeczeństwa polskiego wobec Żydów w czasie Zagłady, co jest ewidentną nieprawdą historyczną. Tyle, że to stwierdzenie w niczym nie ujmuje, a wręcz podkreśla wyjątkowość Sprawiedliwych, którzy zdecydowali się udzielić pomocy swoim znajomym lub nieznajomym, Żydom, w obliczu prześladowań i toczącej się Zagłady. Ich czyny są powodem do dumy i wdzięczności nas wszystkich, ale – moim zdaniem – nie powinny osłaniać nieprawdy i podłości.

Początkowo zawiązał się komitet, który działał pod egidą prof. Tomasza Strzembosza. Komitet ten doprowadził do podjęcia decyzji o budowie pomnika Sprawiedliwych na Placu Grzybowskim. To był też moment, kiedy ja – jako dyrektor MHŻP – miałem z tym do czynienia. Zanim lokalizacja na Placu Grzybowskim została określona, ze strony ratusza, kierowanego wówczas przez Lecha Kaczyńskiego, zwrócono się do mnie z pytaniem o lokalizację na Muranowie, w pobliżu muzeum. Udało mi się wyperswadować tę ideę, ponieważ uważałem, że byłoby to odbierane jako instrumentalizacja muzeum, które dopiero chcieliśmy wtedy powołać do życia.

Ucieszyłem się więc, gdy Jerzy Kropiwnicki wystąpił z ideą postawienia takiego pomnika w Łodzi, do czego doszło. Jest to dzieło w pełni poświęcone pamięci o Sprawiedliwych, ma kształt gwiazdy Dawida, są tam wymienione nazwiska i nazwy wszystkich podmiotów uhonorowanych przez izraelski instytut Yad Vashem. To pozwoliło na dłuższy czas odłożyć wszelkie pomysły i prace nad ulokowaniem tego pomnika przy muzeum.

Warszawscy urzędnicy jednak nie ustępowali?

Drugi etap w sprawie pomnika toczył się w latach 2007-2008, już po przejęciu administracji miasta przez PO. Obawiając się agresywnych treści pomnika wystawianego przez komitet z Pl. Grzybowskiego (po śmierci prof. Strzembosza jego liderem został prof. Jan Żaryn) władze Warszawy szukały alternatywnego rozwiązania. Wtedy pojawiła się u mnie cała delegacja z ratusza z zamiarem umieszczenia tego pomnika na Muranowie. Odbierałem to ewidentnie jako pewną próbę zapobieżenia wystawieniu na Placu Grzybowskim takiego pomnika, który mógłby być źródłem konfliktów. Uważałem jednak , że to nie byłoby właściwe rozwiązanie. Próba postawienia takiego pomnika na Muranowie, w takim dwuznacznym manewrze urzędniczym, a także zanim jeszcze zaczęła się budowa muzeum, doprowadziłaby moim zdaniem do pewnej kompromitacji zarówno idei pomnika, jak i muzeum. Te argumenty po raz drugi okazały się przekonujące.

Powrót tematu nastąpił w 2011 roku na tle poczucia, którego ja już wtedy nie podzielałem (od kiedy sprawą zajął się Czesław Bielecki), że pomnik na Placu Grzybowskim będzie stanowił jakiś wielki problem dla polskiej pamięci historycznej. Ze strony ratusza i władz państwowych ciągle pojawiały się sygnały, że sprawa pomnika jest aktualna, konieczna i trzeba do niej wrócić. Że jest to też kwestia pewnego wizerunku i wymowy Muzeum Historii Żydów Polskich. Do momentu mojego odwołania udało mi się parokrotnie uniknąć takiego działania. Później, docierały do mnie informacje o przebiegu różnych spotkań w tej sprawie, bo konsultowały to ze mną prywatnie osoby, biorące w nich udział.

Co z tych spotkań wynikało?

Do jednego z takich spotkań doszło na początku 2012 roku. Przedstawiciele różnych czynników urzędowych doszli do wniosku, że sprawę pomnika powinno podjąć jakieś środowisko żydowskie. Dwa miesiące później dowiedziałem się, że z tym wnioskiem wystąpiło Stowarzyszenie Dzieci Holokaustu. Nie znam mechanizmu, w jaki sposób do tego doszło. Wierzę, że to Stowarzyszenie z najlepszą wolą taką myśl wyraziło. Zresztą, to Stowarzyszenie autentycznie, od lat, bez związku z pomnikiem, wkłada wiele wysiłku, żeby otoczyć opieką tych Sprawiedliwych, którzy żyją i wymagają opieki.

Pan Zygmunt Rolat w tym samym okresie był zapraszany przez władze Polski do podjęcia tego tematu i w jakimś momencie zdecydował się to zrobić. W moim przekonaniu na własną odpowiedzialność i bez konsultacji, a w każdym razie bez konsensusu, bez pozytywnej postawy przedstawicieli środowisk żydowskich. W związku z tym trudno tu mówić, że jest to coś, co jest wyrazem działania tego środowiska. W okolicznościach zupełnie nienaturalnych dla tej inicjatywy, a mianowicie w Nowym Jorku, i w sytuacji, która z cała tą dyskusją tutaj nie miała nic wspólnego, został zgłoszony komunikat pana Rolata o tym pomniku. W sposób wyraźny uruchomił różne działania, w które zaangażowało się kilka innych osób. Wtedy również pojawiły się coraz bardziej nasilone głosy zastrzeżeń i krytyki. One, patrząc z perspektywy kilku lat, zostały zlekceważone.

Jak mógłby Pan podsumować te działania?

Uważam całą tę sprawę, chociaż ona ma swoją własną wielką wagę, za podeptanie fundamentalnej zasady, która przyświecała stworzeniu Muzeum Historii Żydów Polskich i która – przynajmniej dopóki byłem jego dyrektorem – była siła motoryczną, a mianowicie, że to Muzeum jest wspólnym dziełem Polaków i Żydów, powstającym na zasadzie konsensusu(*wk- porozumienia), pewnego współdziałania, podzielenia zadań i wzajemnego się wspierania. Nie jest zaś terenem sporów i konfrontacji, których i tak jest wiele, i które toczą się w przestrzeni społecznej, krajowej i międzynarodowej. A już szczególnie nie jest doraźnym sposobem na reagowanie na jakieś inne problemy. Muzeum jest czymś, co jest pozytywną propozycją rozmawiania o wspólnej historii, a nie walki tą historią.

Mimo że teraz jest to przedstawiane jako upamiętnienie heroicznych działań Sprawiedliwych (które bezwzględnie wymagają dokumentacji i upowszechnienia), uważam, że mamy tu do czynienia z instrumentalizowaniem tej historii i wykorzystywaniem jej w różnego rodzaju celach „wizerunkowych”. Znajduje to odbicie w działaniach różnych urzędów państwowych, w ostatnich latach szczególnie widoczne w działalności MSZ i niektórych jego agend. Takie działania biurokratyczne i polityczne rodzą więcej wątpliwości niż uznania. O wiele większy szacunek można uzyskać podejmując w otwartej debacie intelektualistów i edukatorów te sprawy, które były wcześniej przemilczane.

Czy te sprawy może podjąć Muzeum?

Powinno. Generalnie temu służy wystawa MHŻP, chociaż niestety też z poważnymi słabościami. Przykre, że jedną z tych słabości jest problematyka Sprawiedliwych, która nie jest tam wystarczająco przedstawiona. Działa uruchomiony przeze mnie w 2008 roku odrębny program i portal internetowy poświęcony Sprawiedliwym, ale to nie to samo. To kwestia pewnego nieszczęścia, które się stało z MHŻP, które w o wiele większym stopniu niż ja uważałbym za dopuszczalne, zostało przejęte w ostatniej fazie jego realizacji przez czynniki urzędnicze i osoby niekompetentne. Umowa ze Stowarzyszeniem Żydowski Instytut Historyczny, do której podpisania doprowadziłem w 2005 roku, została w wielu punktach na przestrzeni ostatnich kilku lat złamana, przy kompletnym milczeniu Stowarzyszenia. Ostatnie perypetie związane z bezpośrednimi ingerencjami w treść wystawy są tego konsekwencją.(*wk – pisala o tym m.in. Helena Datner) Wydaje mi się, że jest to bardzo nieszczęśliwa sytuacja, w której niestety udział swój mają organizacje żydowskie. W dosyć małostkowy sposób nie starały się umocnić tej umowy i podmiotowości nowego muzeum. Wręcz przeciwnie. Podobnie, jak to widać w działaniu pana Rolata, wolały zabiegać o przychylność polityków i urzędników, niż występować w obronie integralności tego muzeum. Żydowski Instytut Historyczny wypowiedział umowę, na mocy której m.in. wystawa w muzeum miała być nasycona oryginałami ze zbiorów w posiadaniu instytutu. Tak się więc nie stało i to m.in. zmieniło wystawę muzeum na gorsze.

Zaś w spornej sprawie pomnika i terenu wokół Muzeum Polin, samo muzeum jest wielkim niemową i cały czas uchyla się od zajmowania stanowiska. To nie jest sposób na wybicie się na autorytet, bo tego nie można wysiedzieć w wygodnym kącie, a jedynie przedstawiając dobre propozycje rozwiązywania spraw trudnych i konfliktowych.

Rozmawiała Katarzyna Markusz

*wk – redakcja blogu, wyjasnienie dla czytelnikow blogu
* – zaznaczenia tekstu na czerwono redakcja blogu


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Rocznica marca 1968. „Studenckie protesty stanowiły poważny problem dla ekipy Gomułki i świadczyły o jej słabości”

Rocznica marca 1968. „Studenckie protesty stanowiły poważny problem dla ekipy Gomułki i świadczyły o jej słabości”
KL,PAP

Zdj. SB, fot. Marzec1968.pl

Zdj. SB, fot. Marzec1968.pl

8 marca mija 46 lat od wiecu na Uniwersytecie Warszawskim, który stał się początkiem tzw. wydarzeń marcowych – kryzysu politycznego, związanego z falą studenckich protestów oraz walką wewnątrz PZPR, rozgrywaną w atmosferze antysemickiej i antyinteligenckiej propagandy.

Wydarzeniem, które stało się impulsem dla studenckich protestów w marcu 1968 r. była tzw. sprawa „Dziadów”. Spektakl reżyserowany przez Kazimierza Dejmka, z Gustawem Holoubkiem w roli Gustawa, miał swoją premierę pod koniec listopada 1967 r. w Teatrze Narodowym w Warszawie. Przedstawienie spotkało się z ostrą krytyką kierownictwa PZPR. Wezwany 21 grudnia w trybie nagłym do KC Kazimierz Dejmek usłyszał od Wincentego Kraśki, kierownika Wydziału Kultury, że jego inscenizacja „Dziadów” jest antyrosyjska, antyradziecka i religiancka.

16 stycznia 1968 r. Ministerstwo Kultury i Sztuki powiadomiło dyrekcję Teatru Narodowego, że z dniem 1 lutego przedstawienie „Dziadów” będzie zawieszone. Prof. Wojciech Roszkowski opisując okoliczności podjęcia tej decyzji pisze, że do dziś nie wiadomo dokładnie, które gremium partyjne zadecydowało o zdjęciu „Dziadów”: „gomułkowskie dla wykazania, że panują nad sytuacją, czy moczarowskie dla wzburzenia nastrojów”. (W. Roszkowski „Najnowsza historia Polski 1945-1980”)

Ostatni spektakl, który odbył się 30 stycznia, zgromadził tłumy. W trakcie przedstawienia publiczność reagowała bardzo spontanicznie, wznoszono okrzyki: „Niepodległość bez cenzury!”, „Chcemy +Dziadów+!”, „Dejmek!, Dejmek!”. Po zakończeniu spektaklu uformował się pochód, który skandując „Wolna sztuka! Wolny teatr!” przeszedł pod pomnik Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. W wyniku interwencji milicji zatrzymano 35 osób pod zarzutem „zakłócania porządku publicznego”.

Po demonstracji dwaj studenci – Adam Michnik i Henryk Szlajfer – poinformowali o jej przebiegu korespondenta francuskiego dziennika „Le Monde”. Wiadomości te zostały następnie rozpowszechnione przez rozgłośnię polską Radia Wolna Europa.

1 lutego 1968 r. grupa studentów rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją do Sejmu, wyrażającą protest przeciwko decyzji zakazującej wystawiania w Teatrze Narodowym „Dziadów” oraz „polityce odcinania się od postępowych tradycji narodu polskiego”. W ciągu dwóch tygodni w Warszawie zebrano ponad 3 tys. podpisów, a we Wrocławiu ponad tysiąc.

 

 

Zdjęcie z afisza „Dziadów” wywołało oburzenie części środowisk intelektualnych. 29 lutego na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich uchwalono przedstawioną przez Andrzeja Kijowskiego rezolucję potępiającą politykę kulturalną prowadzoną przez ekipę Władysława Gomułki. W dyskusji ostro wypowiadali się m.in. Jerzy Andrzejewski, Paweł Jasienica, Leszek Kołakowski, Antoni Słonimski i Stefan Kisielewski, który mówił o „skandalicznej dyktaturze ciemniaków w polskim życiu kulturalnym”.

4 marca 1968 r. decyzją ministra oświaty i szkolnictwa wyższego Henryka Jabłońskiego Adam Michnik oraz Henryk Szlajfer zostali skreśleni z listy studentów Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego za udział w demonstracji 30 stycznia i przekazywanie informacji zagranicznym dziennikarzom. Obaj należeli do tzw. komandosów, czyli grupy zbuntowanej młodzieży, opowiadającej się za rozszerzeniem swobód obywatelskich, przede wszystkim zniesienia lub przynajmniej ograniczenia cenzury oraz większej autonomii nauki i szkół wyższych.

8 marca 1968 r. na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się protestacyjny wiec, na którym zebrało się kilka tysięcy studentów. Zgromadzeni przez aklamację przyjęli rezolucję, w której stwierdzali m.in.: „My studenci uczelni warszawskich, (…) oświadczamy: Nie pozwolimy nikomu deptać Konstytucji Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Represjonowanie studentów, którzy protestowali przeciwko haniebnej decyzji zakazującej wystawienia +Dziadów+ w Teatrze Narodowym, stanowi jawne pogwałcenie art. 71 Konstytucji. Nie pozwolimy odebrać sobie prawa do obrony demokratycznych i niepodległościowych tradycji Narodu Polskiego. Nie umilkniemy wobec represji”.

W rezolucji żądano również przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz umorzenia postępowań przeciwko innym uczestnikom demonstracji pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Studenci, także poprzez aklamację, wyrazili pełne poparcie dla rezolucji przyjętej przez pisarzy 29 lutego, solidaryzując się z nimi „w obronie kultury i swobód obywatelskich”.

Pod koniec wiecu, już po przyjęciu rezolucji, na teren Uniwersytetu wjechało kilka autokarów wypełnionych „aktywem robotniczym”, milicjantami i funkcjonariuszami ORMO. Rozpoczęło się rozpędzanie zebranych. W obronie studentów interweniowali prof. Czesław Bobrowski i prof. Stanisław Herbst.

Z kolei prorektor Zygmunt Rybicki zwracając się do studentów oświadczył, że wiec jest nielegalny i mają kwadrans na opuszczenie Uniwersytetu. Rozchodzący się demonstranci zostali zaatakowani niezwykle brutalnie przez oddziały ZOMO. Tłum zgromadzony na Krakowskim Przedmieściu, obserwujący bicie młodzieży, krzyczał w stronę milicji: „Gestapo!”. Jeszcze tego samego dnia przeprowadzono aresztowania w środowisku studenckim, zatrzymując m.in. Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego i Adama Michnika.

Wydarzenia, które miały miejsce 8 marca na Uniwersytecie Warszawskim, oburzyły środowisko akademickie i stały się powodem wielu protestacyjnych wieców i ulicznych demonstracji, początkowo w samej Warszawie, a następnie także w innych miastach. 9 marca na Politechnice Warszawskiej odbył się wiec wyrażający poparcie dla studentów UW i potępiający brutalne działania milicji. W odpowiedzi na kłamliwe informacje prasy o zajściach na uniwersytecie palono gazety i wznoszono okrzyki „Prasa kłamie!”.

Po zakończeniu wiecu część jego uczestników ruszyła w pochodzie w stronę redakcji „Życia Warszawy”, która komentując wydarzenia z poprzedniego dnia pisała: „Na Uniwersytecie Warszawskim co pewien czas daje znać o sobie grupka awanturników, wywodząca się z kręgów bananowej młodzieży, której obce są troski materialne, prawdziwe warunki życia i potrzeby naszego społeczeństwa”. Demonstranci nie dotarli jednak do celu, gdyż zostali zaatakowani przez milicję i rozproszeni.

W kolejnych dniach studenci organizowali akcje protestacyjne i manifestacje w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Poznaniu, Łodzi, Toruniu, Lublinie i Katowicach. Zgromadzenia te były najczęściej rozpędzane przez milicję. Warto dodać, że w wydarzeniach, które rozgrywały się w marcu 1968 r., udział brała również część młodzieży szkół średnich.

W obronie represjonowanych studentów 11 marca wystąpiło pięciu członków Koła Poselskiego Znak: Konstanty Łubieński, Tadeusz Mazowiecki, Stanisław Stomma, Janusz Zabłocki i Jerzy Zawieyski. W interpelacji skierowanej do rządu zwracali oni uwagę na brutalność milicji i ORMO oraz pytali, „co zamierza uczynić Rząd, aby merytorycznie odpowiedzieć młodzieży na postawione przez nią palące pytania, które nurtują także szeroką opinię społeczną, a dotyczą demokratycznych swobód obywatelskich i polityki kulturalnej Rządu”.

21 marca 1968 r. biskupi uczestniczący w Konferencji Episkopatu Polski wystosowali memoriał do premiera, w którym pisali m.in., że „od dawna już poważne zastrzeżenia budzą w społeczeństwie metody stosowane przez władze bezpieczeństwa”, zwracali ponadto uwagę na fakt, że „gwarantowane obywatelom przez Konstytucję PRL i Deklarację ONZ prawa do rzetelnej informacji domagają się wolności prasy, ograniczenia interwencji cenzury i obiektywizmu w informowaniu”.

28 marca odbył się ostatni wiec na Uniwersytecie Warszawskim. Przyjęto na nim „Deklarację Ruchu Studenckiego”, w której młodzież akademicka żądała wolności opinii, swobody zrzeszania się, zniesienia cenzury, wprowadzenia jawności życia publicznego, społecznej kontroli własności państwowej oraz przestrzegania konstytucyjnych praw obywatelskich.

W odpowiedzi władze rozwiązały sześć kierunków studiów, m.in. ekonomię, filozofię i socjologię. Z listy studentów skreślono 34 osoby. Po ponownym otwarciu tych kierunków 70 osób nie uzyskało zgody na kontynuowanie studiów.

Protesty środowisk akademickich zostały stłumione w całym kraju do końca marca 1968 r. Nie znalazły one większego poparcia w społeczeństwie. Komunistyczna propaganda, rozbudzając nastroje antyinteligenckie i antysemickie, przedstawiała je jako prowokację i syjonistyczny spisek.

W całym kraju w zakładach pracy organizowane były tzw. masówki popierające władzę i potępiające wystąpienia młodzieży akademickiej. Odbywały się one pod hasłami: „Studenci do nauki, literaci do pióra!”, „Ukarać prowodyrów!”, „Syjoniści do Syjamu!” (sic!) czy „Mośki do Izraela!”.

Wydarzenia z marca 1968 r. stały się okazją do rozgrywki politycznej wewnątrz PZPR, w której na początku lat 60. powstała nieformalna grupa partyjnych i państwowych działaczy skupionych wokół ówczesnego wiceministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara, nazywana „partyzantami” (Moczar i jego najbliżsi współpracownicy w czasie II wojny światowej działali w komunistycznej partyzantce).

„Moczarowcy” walcząc o wpływy z ekipą Władysława Gomułki posługiwali się mieszaniną haseł antyinteligenckich, komunistycznych i nacjonalistycznych. Domagając się zmiany pokoleniowej w partii, żądali jednocześnie usunięcia z wysokich stanowisk ludzi pochodzenia żydowskiego. Prawdopodobnie liczyli na to, że marcowe demonstracje osłabią pozycję Władysława Gomułki w partii, pozbawią go zaufania sowieckiego kierownictwa i w efekcie umożliwią przejęcie władzy przez Mieczysława Moczara. Istnieją przypuszczenia, że temu właśnie miały służyć brutalne działania milicji wobec młodzieży akademickiej, prowadzące do eskalacji konfliktu.

Prof. Jerzy Eisler opisując wydarzenia marcowe, stwierdzał: „Niewiele wiemy na temat tego, jakie były rzeczywiste cele partyzantów i ich sojuszników w 1968 r. Wcale nie jest pewne, czy Moczar chciał wtedy obalić Gomułkę i zająć jego miejsce, czy tylko chciał być +pierwszym po I sekretarzu+ i stać się szarą eminencją systemu”. (J. Eisler „Marzec `68 – znany i nieznany”, „Lekcja historii” Nr 1/2001)

Bez wątpienia studenckie protesty stanowiły poważny problem dla ekipy Gomułki i świadczyły o jej słabości. Duże znaczenie miało poparcie, jakiego I sekretarzowi KC udzielił w imieniu śląskiej organizacji partyjnej Edward Gierek 14 marca 1968 r. na wiecu w Katowicach.

19 marca 1968 r. w czasie przemówienia w Sali Kongresowej PKiN w Warszawie Władysław Gomułka potępił antyradzieckie prowokacje w trakcie przedstawień „Dziadów” w Teatrze Narodowym. Ostro skrytykował również przebieg zebrania ZLP z 29 lutego, przede wszystkim wystąpienia Stefana Kisielewskiego i Pawła Jasienicy, którego brutalnie zaatakował, oczerniając go i insynuując jego współpracę z UB.

Zwracając się do aktywu partyjnego Warszawy Władysław Gomułka mówił: „Niemała część młodzieży studenckiej w Warszawie, a także innych ośrodkach akademickich w kraju została oszukana i sprowadzona przez wrogie socjalizmowi siły na fałszywą drogę. Siły te zasiały wśród studentów ziarna awanturniczej anarchii, łamania prawa. Posługując się metodą prowokacji, wzburzyły umysły części młodzieży, parły do wywołania starć ulicznych, do przelewu krwi”.

I sekretarz KC podkreślił żydowskie pochodzenie „inspiratorów” zajść na Uniwersytecie Warszawskim, „znanych z rewizjonistycznych wystąpień i poglądów”. Gomułka obłudnie zapewniał, że walka ze „syjonizmem” nie ma nic wspólnego z antysemityzmem. Gdy mówił o sprawach żydowskich, sala skandowała „Śmielej! Śmielej!”, przy jego słowach o prawdopodobnym opuszczeniu Polski przez „syjonistów” wznoszono okrzyki „Prędzej! Prędzej!”. Część „aktywu” w trakcie przemówienia krzyczała „Wiesław! Wiesław!”, ale inni wołali „Gierek! Gierek!”.

Następnego dnia w całym kraju odbyły się wiece pod hasłem: „Jesteśmy z Wami, towarzyszu Wiesławie!”. W samej partii rozpoczęła się antysemicka nagonka personalna. Do końca marca 1968 r. z PZPR wyrzucono ponad 8 tys. osób. 80 funkcjonariuszy wysokiej rangi utraciło swoje stanowiska, 14 z nich pełniło funkcje ministerialne.

Prof. Roszkowski podsumowując wydarzenia marcowe, pisał: „Choć pucz moczarowski z marca 1968 r. nie osiągnął ostatecznego celu i został zahamowany przez kierownictwo gomułkowskie, w kierownictwie tym dokonano sporych wyrw, co osłabiło znacznie pozycję samego Gomułki. Odbyło się to podczas dzikiej kampanii antydemokratycznej i antysemickiej, rozpętanej w trakcie pogromu liberalnego ruchu intelektualistów i studentów. Ruch ten przegrał, gdyż nie poparli go na większą skalę robotnicy. Komuniści próbowali zmobilizować w Polsce w marcu 1968 r. najciemniejsze siły drzemiące w każdym społeczeństwie – szowinizm, rasizm i ksenofobię – by rozegrać swoje porachunki oraz przesłonić istotne przyczyny permanentnego kryzysu społecznego w PRL, oduczyć Polaków racjonalnego myślenia i uczynić wspólnikami w walce z urojonym wrogiem”. (W. Roszkowski „Najnowsza historia Polski 1945-1980”)

Według informacji Generalnej Prokuratury z 6 czerwca 1968 r. w związku z wydarzeniami marcowymi zatrzymano ponad 2700 osób, w tym 359 studentów. Przed kolegiami postawiono blisko 700 osób, w tym 143 studentów. Śledztwa wszczęto wobec 540 osób, w tym 207 studentów.

Do sądu skierowano akty oskarżenia przeciwko 262 osobom, w tym 98 studentom i pracownikom naukowym. Wśród nich znaleźli się: Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, którzy dostali po 3,5 roku więzienia, a także Adam Michnik z wyrokiem 3 lat pozbawienia wolności. W pozostałych procesach wyroki były niższe i wahały się od 18 do 24 miesięcy. Osoby zgadzające się na emigrację były zwalniane.

Kilka tysięcy studentów zostało relegowanych z uczelni, zawieszonych w prawach studentów lub musiało starać się o ponowne przyjęcie. Wielu spośród relegowanych otrzymało karty powołania do służby wojskowej.

W latach 1968-1969 z Polski wyemigrowało ponad 15 tys. osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. ok. 500 pracowników naukowych, ok. 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy. W tym czasie wyjechało również ok. 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The photographs of ‘Lovely Linda’ McCartney capture the Beatles, Mick Jagger, Steve McQueen…

The photographs of ‘Lovely Linda’ McCartney capture the Beatles, Mick Jagger, Steve McQueen…

Caroline Howe for MailOnline


Eva Rozenbaum Yerushalmi

polecila na FB grupie “Drugie Pokolenie” Eva Rozenbaum Yerushalmi

    • EXCLUSIVE: Candid camera: The photographs of ‘Lovely Linda’ McCartney capture the Beatles, Mick Jagger, Steve McQueen and Ali McGraw in a stunning portfolio of her work

    • Paul McCartney’s wife Linda Eastman McCartney amassed a major portfolio of photographs of rock musicians from the 1960s to the 1990s

    • ‘I can think of no one else who captured the essence better than Linda,’ Paul writes

    • Linda died tragically of breast cancer at 56

Lovely Linda: Eastman met Paul McCartney in London in 1967 at the Bag O'Nails Club. They met up again days later at the launch album, Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band.The couple married in March 1969, had four children together and remained close until her untimely death of advancing breast cancer at age fifty-six in 1998
Lovely Linda: Eastman met Paul McCartney in London in 1967 at the Bag O’Nails Club. They met up again days later at the launch album, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band.The couple married in March 1969, had four children together and remained close until her untimely death of advancing breast cancer at age fifty-six in 1998

Paul,  the last of the Beatles to marry poses with his bride Linda Eastman and her daughter Heather after their wedding 

She was not related to the George Eastman family of Eastman Kodak fame. Rather, her father, Leopold Vail Epstein, was the son of Jewish Russian immigrants and had changed his name to Lee Eastman.

After high school, Linda headed west and was living in Arizona where a friend encouraged her to take an art history course at the Tucson Art Center with Hazel Archer.

Archer introduced Linda to the great photographers Walker Evan, Dorothea Lange, Ansel Adams and told Eastman to ‘Borrow a camera, buy a roll of film and take pictures’.

‘She inspired me to become a photographer, because of the photographs she showed me, unlike fashion photography, they were photographs of life, of people, of sadness, of poverty, of nature, everything – I loved it’.

Back in Manhattan, Linda’s photographic break came while working as a receptionist at Town and Country Magazine.

She used an extra invite to a Rolling Stone promotional party to shoot pictures of the band. That was the beginning of her career chronicling the musical revolution of the Sixties.

She met Paul McCartney in London in 1967 at the Bag O’Nails Club and met up again days later at the launch of their album, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band.

The couple married in March 1969, had four children together and remained close until her untimely death of advancing breast cancer at age fifty-six in 1998.

These photographs appear in Life In Photographs by Linda McCartney and, in a new edition of the book published by Taschen.

Zobacz wiecej: The photographs of Mick Jagger, Steve McQueen…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com