Archive | 2015/03/16

Halbersztadt: Zagubieni w scenografii [rozmowa]

Halbersztadt: Zagubieni w scenografii [rozmowa]

pytają Waślicka i Żmijewski,


Fot. Ministry of Foreign Affairs of the Republic of Poland, cc, Flickr.com

Przeszkadza mi propaganda sukcesu wokół POLIN. To onieśmiela głosy krytyczne.

Zofia Waślicka i Artur Żmijewski: W pańskiej wizji Muzeum Historii Żydów Polskich ze swoją wystawą główną miało być aktywnym aktorem w tworzeniu na nowo relacji polsko-żydowskich. Czy wystawa jest efektywna w wypełnianiu tego zadania?

Jerzy Halbersztadt: Jest, ale w stopniu niezadowalającym. Nie tylko z perspektywy doświadczenia dzisiejszego zwiedzającego, ale też jeśli porównamy zrealizowaną wystawę z jej projektami, czyli z tym, jaka miała być. Rozpoznaję w tej wystawie wszystkie etapy prac projektowych, którymi kierowałem. Bardzo niewiele jest tu elementów czy wątków, które zostały dodane w ostatnich latach. Z jednej strony czuję się więc odpowiedzialny za treść tej wystawy, a z drugiej forma, w której różne plany zostały zrealizowane, często mnie rozczarowuje. Mam z tym niestety ogromny problem. I bardzo mi przeszkadza propaganda sukcesu wokół Muzeum POLIN i wystawy. Ona jest do pewnego stopnia zrozumiała w momencie otwarcia, ale też powoduje, że osoby mające problemy z tą wystawą, zabierają głos dość nieśmiało. I w Polsce, i za granicą. A muzeum w tej chwili nie słucha, nie reaguje na głosy krytyczne.

Skąd się to bierze?

Właściwie wszyscy rozsądni ludzie się zgadzają, że to jest bardzo ważna, bardzo potrzebna instytucja i wystawa. Oczywiście, że muzeum potrzebuje na starcie dobrego wizerunku, żeby stać się miejscem – w skali kraju i w skali międzynarodowej – w którym historia Żydów polskich jest punktem odniesienia dla współczesnych dyskusji. Jednak zawzięte milczenie o wszelkiego rodzaju problemach, które są w tej wystawie, prowadzi do tego, że muzeum i ta wystawa mogą zastygnąć w takiej formie, w jakiej się w tej chwili znajdują. Tymczasem potrzeba naprawdę bardzo dużego wysiłku, żeby uzupełniać wystawę i miejscami ją modyfikować.

Może te głosy krytyczne nie zmierzają do zepsucia wysiłku innych ludzi, ale mówią: „Właśnie formujecie się i jako instytucja, i jako muzeum, i chcemy, żebyście nas – strony społecznej – słuchali w tym formacyjnym okresie”. Nie chcemy być tylko widzami, którzy poruszają „interaktywnymi” gadżetami na wystawie.

Słuszną rzeczą jest wciąganie zwiedzających i partnerów w rozmowę. Moje wypowiedzi o muzeum widzę właśnie w tym planie formacyjnym – refleksji, która może doprowadzić do poprawienia obecnego stanu tej ekspozycji, ponieważ została ona ograniczona, zubożona i zniekształcona w stosunku do opracowanych zamierzeń. Najbardziej dotknęło to historii najnowszej, tzn. okresu po drugiej wojnie światowej, a szczególnie po 1989 roku. Wbrew zamierzeniom wystawa nie pokazuje przemian, jakie dokonały się w Polsce po 1989 roku. A są one ogromne i pozytywne, nie mówiąc o tym, że samo muzeum i walka o nie były bardzo ważną częścią tych przemian.

Otwarcie muzeum miało być momentem refleksji, spojrzeniem wstecz na ten ćwierćwiekowy okres. Te lata są jednak niemal wymazane z wystawy. Jeszcze bardziej bolesny jest brak galerii „Dziedzictwo”.

To galeria, która w pracach projektowych miała być rozwinięciem galerii powojennej. Masterplan z 2003 roku zakładał, że w galerii współczesnej wyjdziemy poza granice geograficzne dzisiejszej Polski i pokażemy dziedzictwo Żydów polskich w Izraelu, w USA oraz na terenach, które są częścią wielkiej historii opowiedzianej w tej wystawie, a które dzisiaj nie należą do Polski. Mówię o dawnych Kresach Wschodnich. Całość koncepcji galerii historycznych miała być przedłożona do zaakceptowania Radzie Muzeum jesienią 2010 roku i udało mi się do tego doprowadzić. A że „Dziedzictwo” nie było galerią historyczną, czekało na swoją kolej do opracowania. Po usunięciu mnie z muzeum prace te jednak nigdy nie zostały tak naprawdę podjęte. Uważam, że jest to galeria o absolutnie fundamentalnym znaczeniu. To byłby „łącznik”, który by sprawił, że dla Izraelczyków, Żydów amerykańskich, Żydów z krajów europejskich, Australii, Argentyny czy z RPA historia Żydów polskich stałaby się częścią ich własnej historii. Tylko we fragmentach wystawy – tam, gdzie np. pokazany jest rozwój chasydyzmu czy początki świeckiej kultury żydowskiej u schyłku XIX wieku i w okresie międzywojennym – żydowscy odwiedzający widzą „miejsca wspólne”. Ale to za mało.

Nie tworzy się poczucie ciągłości, nie widać szacunku i zainteresowania dla całej istniejącej w świecie tradycji Żydów polskich.

Było wiele powodów, dla których tak się stało, np. perturbacje organizacyjne, personalne, ograniczenia finansowe i trudności ze znalezieniem miejsca na tę prezentację. Ale też wymazanie współczesnego zakończenia historii Żydów polskich jest wynikiem tego, że dla tych, którzy tu w Polsce otwierali muzeum, mówienie o współczesności jest bardziej powodem do obaw, że „będą kłopoty”, niż wyzwaniem, któremu trzeba sprostać, by to muzeum miało swój sens. Z głosów, które do mnie docierają, wynika, że nawet Żydzi mieszkający dziś w Polsce z trudem odnajdują się w tej wystawie. Po to powołałem Helenę Datner i Stanisława Krajewskiego do pracy nad galerią powojenną, żeby szanowani reprezentanci społeczności żydowskiej w Polsce mieli szansę pokazania historii po drugiej wojnie światowej – z uwzględnieniem doświadczeń i sposobu myślenia Żydów z Polski. To, że ta opowieść historyczna się urywa i przechodzi w jakieś luźne uwagi kilku dość przypadkowo dobranych osób, jest udawaniem, że coś się zrobiło. W istocie rzeczy doszło do amputacji bardzo ważnej części muzeum. To musi być uzupełnione.

Czy to jest faktycznie muzeum narracyjne, jak to było pierwotnie planowane? Joanna Krakowska napisała, że muzeum nie ma własnej narracji, nie ma własnego głosu. Opowiada wszystko cytatami i w ten sposób pozbywa się odpowiedzialności za opowiedzenie swojej wersji historii.

W dużym stopniu się z tą krytyką zgadzam. Ale nadal jest to muzeum narracyjne, bo konstytutywną cechą muzeum narracyjnego jest wbudowanie elementów faktografii i ikonografii historycznej w pewną logicznie przedstawioną prezentację procesu historycznego. A także – chociaż to niestety w małym stopniu odnosi się do MHŻP – podporządkowanie oryginalnych obiektów, kopii czy rekonstrukcji wszelkiego rodzaju obiektów celom tej opowieści.

Chwilami w tej wystawie narracja zanika, zmienia się w ciąg dygresji. Tak jest np. w galerii średniowiecznej.

Treść odnosząca się do średniowiecza musi być w dużym stopniu zrekonstruowana czy domyślana z ułamków różnych źródeł i materiałów historycznych. Więc z natury rzeczy jest mniej narracyjna, mniej potoczysta. W mniejszym stopniu opowiada daną historię, a w większym sygnalizuje ją doborem wydarzeń czy ikonografią. Ale – w odniesieniu do całej wystawy, a więc i galerii początkowych – zgadzam z krytyczną opinią o wycofaniu tego, co my nazywaliśmy w czasie projektowania wystawy „museum voice”, i o zapełnieniu tej przestrzeni w przesadny sposób cytatami ze źródeł historycznych. Są ciekawe i ważne, ale jest to jednak rodzaj dezercji i chowania się przed odpowiedzialnością za własne słowa za zasłoną materiału historycznego. Do tego doszło radykalne zmniejszenie ilości oryginalnych obiektów prezentowanych na wystawie w stosunku do pierwotnych zamierzeń.

Czytaj dalej tu: Halbersztadt: Zagubieni w scenografii [rozmowa]


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


„Komuniści przeciwko komunistom” Roberta Spałka

Stalinowskie samoukąszenie. „Komuniści przeciwko komunistom” Roberta Spałka

Łukasz Bertram


Dlaczego ofiarami terroru komunistycznego w powojennej Europie często padali działacze partyjni? Co tak naprawdę decydowało o skali czystek i przebiegu walki o władzę w Polsce Ludowej? Odpowiedzi na te pytania dostarcza książka Roberta Spałka „Komuniści przeciwko komunistom”.

Nigdy chyba w dziejach slogan o rewolucji pożerającej własne dzieci nie zrealizował się tak brutalnie, jak w ZSRR i krajach mu podległych pomiędzy końcem lat 20. – kiedy to władzę na Kremlu przejął Józef Stalin – a rokiem 1953, kiedy wódz postępowej ludzkości zmarł. Mimo to w polskiej historiografii wciąż nie dysponujemy całościowym opracowaniem tragiczno-ironicznego finału dziejów Komunistycznej Partii Polski podczas Wielkiej Czystki lat 1936–38, która pochłonęła tysiące „starych bolszewików” radzieckich, a także prawie wszystkich znaczniejszych komunistów polskich [1]. W dyskusji na temat znaczenia wewnętrznych czystek w systemie totalitarnym pojawiają się jednak nowe głosy. Najnowszym z nich jest imponujący już na pierwszy rzut oka, bo ponad 1100-stronowy tom „Komuniści przeciwko komunistom. Poszukiwanie wroga wewnętrznego w kierownictwie partii komunistycznej w Polsce w latach 1948–1856” autorstwa historyka z Instytutu Pamięci Narodowej Roberta Spałka.

Im lepiej, tym gorzej

Dynamika terroru stalinowskiego skierowanego przeciw własnym kadrom – choć nigdy nie osiągnęła już takiej skali jak podczas Wielkiej Czystki – nie zmniejszyła się po II wojnie światowej. Stalin konsekwentnie przenosił do sfery praktyki swój najwybitniejszy wkład w teorię marksizmu-leninizmu: koncepcję walki klasowej zaostrzającej się w miarę postępów budowy socjalizmu. Wielkiemu Językoznawcy udało się w jej ramach odwrócić dawne hasło „im gorzej, tym lepiej” i w genialny sposób uzasadnić konieczność zachowywania politycznej czujności nawet wtedy, gdy wszystko zdaje się zmierzać ku świetlanej przyszłości. Wróg klasowy kąsa bowiem najboleśniej, gdy zostanie przyparty do muru, a co gorsza wnika w komunistyczne szeregi, po czym chytrze się w nich maskuje.

Zdrajców szukano więc na Węgrzech, w Bułgarii, Rumunii, a także Albanii, w której krwawe partyjne dintojry, osadzone w długiej tradycji klanowej przemocy, trwały do początku lat 80. Pod wyssanymi z palca zarzutami na szafot szli ministrowie, wicepremierzy, sekretarze, którzy dopiero co zasiadali ze swoimi oskarżycielami i katami w tych samych prezydiach. Pod koniec 1952 r. powieszono Rudolfa Slánský’ego, byłego sekretarza generalnego KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Wokół jego procesu pobrzmiewały nowe tony. W roli naczelnego demona titoizm zastąpiony został przez syjonizm. Śmierć czeskiego genseka, a także rzekomy spisek „kremlowskich lekarzy” (o wyraźnym podłożu antysemickim) mogły stać się preludium do kolejnego przetasowania, w którym z talii wypaść miały również tak wysłużone figury, jak Wiaczesław Mołotow czy Ławrientij Beria. Tej partii Stalin już nie zdążył dokończyć. Nikita Chruszczow na XX Zjeździe KPZR w lutym 1956 r. ujawnieniem niewielkiego wycinka zbrodni Chorążego Pokoju sprawił, że kształtowanie kadr metodą plutonu egzekucyjnego odeszło bezpowrotnie w przeszłość. W europejskim komunizmie – z marginalnym wyjątkiem albańskim – zakończyła się epoka nie tylko terroru masowego i powszechnego, lecz także, jak pisze Robert Spałek, autoagresywnego.

„Komuniści przeciwko komunistom” nie stanowią studium porównawczego. Zamierzeniem autora było – po pierwsze – wyjaśnić, w jaki sposób w Polsce Ludowej po zdławieniu opozycji antykomunistycznej rozpętano polowanie na czarownice we własnych szeregach pod hasłem walki z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym, reprezentowanym jakoby przez Władysława Gomułkę. Po drugie – przedstawić metody, które w tej walce zastosowano. Po trzecie – odpowiedzieć na pytanie, co stanowiło o polskiej odmienności. Dlaczego Gomułka czy Marian Spychalski, w przeciwieństwie do Trajczo Kostowa czy László Rajka, nie trafili ani na szubienicę, ani nawet na salę sądową?

Odchylenie prawicowo-paranoiczne

Spałek skrupulatnie charakteryzuje kolejne pola walki między polskimi komunistami. Opisuje śledztwo wokół grupy Włodzimierza Lechowicza i Alfreda Jaroszewicza, aresztowania amerykańskiego sympatyka komunizmu Hermanna Fielda i grupy jego polskich przyjaciół (całkowicie bezpodstawnie oskarżonych o współpracę z zagranicznymi ośrodkami wywiadowczymi). Dotyka również – aczkolwiek już raczej na zasadzie dygresji – osobnego tematu aresztowań w Wojsku Polskim (na czele z odwołaniem ze stanowiska gen. Wacława Komara) [2]. Pokazuje, w jaki sposób zamierzano uczynić z tych spraw ogniwa projektu najważniejszego, czyli oskarżenia Mariana Spychalskiego, a następnie Władysława Gomułki, w 1948 r. napiętnowanego, w 1949 usuniętego ze wszystkich stanowisk, wreszcie w sierpniu 1951 aresztowanego.

„Komuniści przeciw komunistom” to szczegółowa rekonstrukcja narastającej zbiorowej paranoi. W historii tej nie chodziło bowiem tylko o sformułowanie wobec Gomułki i osób z nim powiązanych zarzutów czysto politycznych, takich jak brak pełnego zaufania dla Związku Radzieckiego, niewłaściwe (czyli: niezbyt entuzjastyczne) podejście do kwestii kolektywizacji rolnictwa czy nieodpowiednia ocena tradycji ruchu robotniczego w Polsce. Misterna – w założeniu twórców – konstrukcja opierała się bowiem na założeniu, że oskarżeni przywódcy odpowiadali również za wprowadzenie w szeregi partii zdrajców i prowokatorów i umożliwili jej penetrację przez każdego możliwego do wyobrażenia wroga – od Niemców przez Polskie Państwo Podziemne po wywiady imperialistyczne.

Podążając za tą logiką, Spałek śledzi mozolne wznoszenie przez przywódców PZPR oraz funkcjonariuszy Biura Specjalnego / X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego gmachu całkowitej fikcji. Wyrazistym jej przykładem jest tu szczegółowe opisanie losów Lechowicza i Jaroszewicza. Ci przedwojenni współpracownicy wywiadu radzieckiego, a w czasie okupacji komunistyczne wtyczki w strukturach Państwa Podziemnego, oskarżeni zostali o ni mniej, ni więcej tylko szpiegowanie na rzecz tych, których w rzeczywistości rozpracowywali. Na tej absurdalnej podstawie zamierzano „dojść” do Gomułki jako ich świadomego protektora. W logice systemu mieściło się zatem całkowite odwrócenie wektorów. Każdy czyn i wypowiedź, które dopiero co stanowiły świadectwo komunistycznej moralności, mogły zostać w razie potrzeby zmienione w dowód winy.

Spałek detalicznie przedstawia, odwołując się do niezliczonych stenogramów, notatek i innych dokumentów, stosowane metody śledcze oraz ich zróżnicowanie w zależności od postawy więźnia, a także sytuacji politycznej. Daje wgląd w to, w jaki sposób paranoiczna struktura i mentalność w połączeniu z gołą, brutalną przemocą wpływały na zachowanie ludzi, którzy wpadli w tryby systemu. Pisze o biciu, torturach, upokarzaniu, wielogodzinnych przesłuchaniach, pozbawianiu snu – działaniach mających sprawić, że zatrzymani przyznawali się do czynów, których nie popełnili i do spisków, w których nie uczestniczyli. Rysuje portrety ludzi, którzy całe dorosłe życie spędzili w służbie idei i Partii, by w ich imię zostać zepchniętymi na dno ludzkiej egzystencji albo przynajmniej poddanymi destrukcyjnym dla tożsamości zabiegom polegającym na wmawianiu, że całe życie danej osoby było wypełnione fałszem. Autor zastanawia się też nad nadzorcami i wykonawcami walki z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym – nad tym, czy działali oni całkowicie cynicznie, starając się „wykazać”, czy może sami wpadli w sidła własnych manipulacji i uwierzyli w absurdy, które próbowali wmówić aresztowanym. Sugeruje przy tym, że przynajmniej na szczeblu oficerów śledczych, druga z tych odpowiedzi mogła być w wielu przypadkach prawdziwa.

Czytaj dalej tu: Komuniści przeciwko…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Niebawem nowa pozycja w Bibliotece Świadectw Zagłady

Niebawem nowa pozycja w Bibliotece Świadectw Zagłady

Barbara Engelking


Intensywnie pracujemy by w początku kwietnia oddać do rąk czytelników kolejną
pozycję w Bibliotece Świadectw Zagłady. Będą to opracowane przez Barbarę Engelking niezwykłe zapiski Mietka Pachtera.

UMIERAĆ TEŻ TRZEBA UMIEĆ …

Mietek Pachter
oprac. i wstęp Barbara Engelking

Warszawa 2015, wydanie I
oprawa: twarda
cena katalogowa: 40,00 zł
ISBN: 978-83-63444-39-6
ISBN [ebook]: 978-83-63444-40-2

Lecząc gruźlicę w Szwajcarii w latach 1946–1947, Mietek Pachter spisuje swoje przeżycia z czasów wojny. Getto warszawskie, ukrywanie się w bunkrach w czasie powstania, wywózka do Majdanka, następnie do obozu pracy przymusowej przy zakładach HASAG w Skarżysku i Częstochowie. Wspomnienia Mietka to opowieść o miłości – tej do rodziców, która pomogła mu przeżyć getto, oraz tej do brata Wilka, która pomogła mu przeżyć obozy.

„Bierzemy, powiedzmy, narzędzia stolarskie od pierwszego lepszego fachowca i idziemy na wachę. Dochodzimy do niemca i mówimy, że zostaliśmy przysłani z gminy żydowskiej i mamy mu zrobić szafę lub coś innego w budzie – czy by nie chciał być tak łaskawy i wejść z nami do budki, pokazać nam, co mamy zrobić i w jakim stylu itp. Gdy dodaliśmy jeszcze kilka pochlebnych słów dla niego, zachęcając go tym, ten bez namysłu wchodził do budki. Ja z Wilkiem wchodzimy też, ja trzymam narzędzia i staję przy okienku, by mnie widział, a nie okno, a Wilek pokazuje mu odpowiednie ściany i określamy w fantazji szafę i [co] tam jeszcze dusza zapragnęła. Ja, stojąc przy okienku, słyszę, ile wozów przeszło, tu panuje współpraca. Gdy się bierze na «ścianę» niemca, to mają przejechać wszystkie wozy, wszystko jedno czyje. Wiedząc, że robota nasza skończona, dajemy mu kartkę do podpisania z obstalunkami – pisaną po żydowsku – ten podpisuje i my mamy pójść do gminy po zatwierdzenie […]”.

Centrum Badań nad Zagładą Żydów – Niebawem nowa pozycja w Bibliotece Świadectw Zagłady

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com