Archive | April 2016

Hamas’s New Way of Poisoning the Minds of Palestinian Children

Gatestone InstituteHamas’s New Way of Poisoning the Minds of Palestinian Children

Khaled Abu Toameh


  • The preachers, who belong to the Hamas-controlled Wakf (Islamic trust) Ministry in the Gaza Strip, enter schools and ensure, through the exorcism rite, that the children are repentant and faithful to Islam.
  • These are the children who are later recruited as “warriors” in the jihad against Israel and the “infidels.”
  • The Gaza City school video captures on camera the Palestinian leaders’ brainwashing and abuse of their own children.
  • Now the peace process in the Middle East awaits an exorcism of its own.

Hamas has spent years poisoning the hearts and minds of Palestinian children. The Islamist movement is now trying a new brainwashing tactic: exorcism.

The practice, which aims to cast out “demons” that might have wormed their way into the children’s souls, has shocked many Palestinians.

This newest Hamas-perpetrated child abuse was exposed in a video that was leaked to Palestinian social media. The cruelty of the behavior has caused an uproar among Palestinians.

The video shows hysterical children in the company of exorcising preachers belonging to the Hamas-controlled Wakf (Islamic trust) Ministry in the Gaza Strip. This humiliating and invasive rite is being practiced at the Al-Nil School in Gaza City.


Three boys cry as they undergo an exorcism ritual at the Al-Nil School in Gaza City, performed by preachers belonging to the Hamas-controlled Wakf (Islamic trust) Ministry.

The preachers belong to a group called The Ship of Missionary Salvation. They enter schools in the Gaza Strip and ensure, through the exorcism rite, that the children are repentant and faithful to Islam.

The group is managed by the Wakf Ministry’s General Administration for Preaching and Guidance.

Thriller movies come to mind as the video unfolds, shedding light on the nature of religious indoctrination performed by Hamas on schoolchildren in the Gaza Strip.

One of the Hamas preachers is heard in the video declaring that, “We did not come to enact a theater scene, but to expel the devil from the hearts and minds and enter the satisfaction of Allah into hearts.”

The video features terrified teenagers kneeling in the school yard, while others are crying out loudly. At the same time, the Hamas preachers hold microphones and shout the Islamic battle cry, “Allahu Akbar!” [“Allah is Great!”].”

The Hamas abuse of schoolchildren is far from new, and far from a surprise to those who have long been following the Islamist movement in Gaza. These are the children who are later recruited as “warriors” in the jihad (holy war) against Israel and the “infidels.”

Since its violent takeover of the Gaza Strip in 2007, Hamas has been using children as human shields and “soldiers” in the fight against Israel. Children dressed in military uniforms and brandishing automatic rifles and knives have become an integral part of Hamas’s military parades and rallies.

Caught on camera, Palestinian children are taught to hate those who are perceived as enemies of Islam. This is how new generations of Palestinians are raised on the glorification of suicide bombers and jihadists.

PLO Executive Committee member Hanan Ashrawi expressed revulsion over the video, noting that the preachers’ sermons were full of intimidation and horror. This behavior, Ashrawi, stated, demonstrates the “reactionary nature” of the Hamas regime in the Gaza Strip, which would have a negative impact on the development of society and the values of Palestinians. Ashrawi also denounced the practice as a blatant violation of conventions protecting children rights.

Even the Marxist terrorist group, the Popular Front for the Liberation of Palestine (PFLP), has come out against the video. The group voiced outrage at the “inhumane practices” against the children and called for an immediate inquiry into this form of mental torture and degradation. The group also warned against brainwashing the children and indoctrinating them through religious bigotry.

The Gaza City school video captures on camera the Palestinian leaders’ brainwashing and abuse of their own children.

It also captures the march of Palestinian society towards endorsing the tactics and ideology of radical Islam and groups such as ISIS and Al-Qaeda. Now the peace process in the Middle East awaits an exorcism of its own.


Khaled Abu Toameh, an award-winning journalist, is based in Jerusalem.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Bauman: gdyby nie było terrorystów, trzeba by ich było wymyślić

Bauman: gdyby nie było terrorystów, trzeba by ich było wymyślić

Rozmowa Sierakowskiego


Stan wyjątkowy podnoszony jest do rangi normalnego ładu.

Sławomir Sierakowski: Czy zamachy w Brukseli są dowodem na słabość Zachodu i rosnącą siłę islamskiego terroryzmu? Czy też należy się do nich po prostu przyzwyczaić, bo stały się nieodłączną częścią ponowoczesnego krajobrazu i w gruncie rzeczy jest w nich więcej z telewizyjnego horroru niż masowego zagrożenia?

Zygmunt Bauman: Wypadałoby się przyzwyczaić. Szeroko odnotowane zjawisko zwane w angielszczyźnie „copycat” [naśladowca, imitator – przyp. red.] i w tym przypadku zadziała. Silnik napędzający kopiowanie zachowań wygasa w miarę, gdy reakcje na dany typ poczynań przenoszą się z obszaru wypadków nadzwyczajnych do dziedziny rutyny. Tracą po drodze swą moc szokowania i budzą reakcje coraz mniej intensywne, a więc i efekty coraz mniej zyskowne.

W mediach mało który ekspert, a co dopiero polityk, przyznaje, że do zamachów takich jak w Paryżu czy w Brukseli trzeba się przyzwyczaić.

„Przyzwyczajenie” opłaca się podwójnie. Uspokaja nerwy, a więc umniejsza panikę, na której domowi demagodzy mogą łatwo zbić kapitał polityczny. A także – w rezultacie – zmniejsza prawdopodobieństwo, że islamski terroryzm w jego obecnej postaci na długo w tym świecie pozostanie „nieodłączną częścią ponowoczesnego krajobrazu”. Jak długo to potrwa, zależy nie tylko od organizatorów i podjudzaczy, ale i od tego, jak wiele na świecie mają oni do dyspozycji obszarów rekrutacyjnych i ile takich obszarów z dnia na dzień będzie przybywać. Terenów, na jakich roi się od młodych odartych z możliwości sensownego i godnego życia. Dla nich obietnice godnej i „sensownej” śmierci są jak miska miodu dla zbłąkanej i wygłodzonej muchy.

Od czego jeszcze to zależy?

Od tego, jak długo żądni zysków handlarze bronią i materiałami wybuchowymi, pospołu z rządami żądnymi wzrostu PKB (najpopularniejszego dziś sprawdzianu rządowej sprawności), nasycać będą świat narzędziami mordu, czyniąc je dziecinnie łatwymi do zdobycia i użycia. Te dwie moce wspólnym wysiłkiem przeobraziły naszą planetę w pole minowe, o jakim wiedzieć możemy tylko tyle, że wybuch nastąpi, ale nie mamy pojęcia gdzie i kiedy. Człowiek zwykł dobierać sobie cele, do jakich osiągania dostępne mu środki najbardziej się nadają. Jak pouczał Antoni Czechow aspirantów do tworzenia realistycznego teatru: „Jeśli w pierwszym akcie sztuki wisi na ścianie strzelba, w trzecim musi ona wystrzelić”.

A jakie znaczenie dla tego jak reagujemy na terroryzm ma to, że to islamski terroryzm, a nie na przykład „nasz własny”, irlandzki czy baskijski? Czy ta reakcja byłaby inna?

Viktor Orban – mistrz nad mistrze wsłuchiwania się w to, co w wyborczej trawie piszczy – rzucił w świat hasło, że „wszyscy terroryści są imigrantami”. Ta formuła, jak i inne jego pomysły, została gorliwie podchwycona w niektórych krajach przez kandydatów do niekwestionowanej, a zatem i w zasadzie nieskończonej, władzy, na podobieństwo do „Tysiącletniej Rzeszy”. Aż trzy wzajem powiązane tezy i obietnice – choćby i nieścisłe lub wręcz puste, ale wszystkie na pewien czas politycznie dochodowe – zawarte są w tej formule.

O jakich tezach mowa?

Pierwsza teza jest taka: strach przed zagrożeniem egzystencjalnym, jaki doskwiera przelicznym wyborcom, ma swe korzenie w obcym spisku. To nowa, a wygodniejsza dla rządu, wersja popularnego, a bardziej faktami ugruntowanego podejrzenia, że nękająca ich niepewność egzystencji powodowana jest (i co więcej pogłębiana) przez moce globalne, których władze państwa dosięgnąć nie mogą.

Druga: zatamowanie tak wyselekcjonowanego praźródła niepewności życiowej jest w zasięgu możliwości. A i na biurkach premierów czy ministrów można na przykład pięścią w stół uderzyć i odmówić intruzom z Brukseli przyjmowania uciekinierów i uchodźców. Można też wznieść wzdłuż granicy mur wielometrowej wysokości i wielokilometrowej długości – a jedno i drugie pokazywać w kółko na ekranach telewizyjnych i ekranikach telefonicznych celem choćby i krótkotrwałego przekonania sceptyków, że władza bierze ich zmartwienia na serio. Że zamierza sięgnąć do praprzyczyny ich niepokoju i że nie miele słów na próżno.

I trzecia: że smok niepewności ma jedną paszczę tylko, i wystarczy jeśli się mu jeden łeb odrąbie, by poczucie bezpieczeństwa przywrócić. Inne ludzkie kłopoty, jak np. rynek pracy przemieniony w ruchome piaski, brak dostatecznego zabezpieczenia na starość i w wypadku choroby, trudności z godziwym wykształceniem dla potomków itp. można na razie do lamusa odłożyć, a już na pewno zdjąć z ekranów telewizji i szpalt gazet.

Czy ten terroryzm nie jest w gruncie rzeczy zachodnią ponowoczesną produkcją, a nie tworem państw islamskich, skoro organizują go ludzie urodzeni i wychowani w Europie? Symptomem jakiej europejskiej choroby mogą być te samobójcze ataki?

Na Zachodzie pojawiło się nowe słowo, jak dotąd jeszcze w słownikach nieodnotowane: securitization. Używa się go dla oznaczenia tendencji, bardzo dziś w Europie rozpowszechnionej, do przesuwania kwestii imigracji ze sfery problemów socjalnych, moralnych czy nawet gospodarczych do strefy bezpieczeństwa.

To w wyniku tej „sekuratyzacji” kwestii uchodźców pukających do naszych bram i z miejsca transponowanej na tych, którzy się już przez owe bramy przedostali, może nam w przyszłości „coś ze strony uchodźców grozić”. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie – powiada mądrość ludowa.

Także po reakcji polskiego rządu, który ogłosił, że nie zamierza na razie przyjmować nawet tych 7 tys. uchodźców, na których się już wcześniej zgodziliśmy, widać, że winą za te zamachy oskarża się uchodźców. Na ile naprawdę coś nam grozi z ich strony?

Owszem, publiczne i hurtowe piętnowanie uciekinierów z pól mordu jako zagrożenia nawet tych najżyczliwiej usposobionych, kochających Europę, może ich we wrogów przemienić.

Czyli to stygmatyzowanie przez rząd uchodźców powoduje zagrożenie na przyszłość?

Realia socjalnej dyskryminacji wraz z odruchową nieżyczliwością otoczenia mogą tylko wzmocnić, a nie osłabić, wysiłki propagandowe terrorystów, a w rezultacie i ich rekrutacyjne zapędy. Udało się już podobno terrorystom zwerbować około pięciu tysięcy młodych mężczyzn i kobiet z upośledzonych rewirów Europy do szeregów przyszłych samobójczych zamachowców. „Sekuratyzacja” problemu imigrantów może odegrać rolę samospełniającej się prognozy. Oby starczyło nam rozsądku, by temu zapobiec.

No dobrze, można krytykować lęki przed uchodźcami obecne w społeczeństwie jako prymitywny szowinizm, ale czy nie jest to pójście na łatwiznę, do tego przeciwskuteczną? Czy nie powinniśmy ich najpierw zrozumieć i jakimś sposobem się z przestraszonymi skomunikować i porozumieć?

Prymitywny szowinizm pewnie i odegrał rolę surowca, jakim się posłużyła obecna panika wobec napływu imigrantów, ale formę nadały jej inne czynniki. O pewnych z nich już mówiłem pokrótce przy okazji „sekuratyzacji”. Ale zwróćmy jeszcze uwagę na dwa inne.

Pierwszy zasygnalizował już starogrecki bajkopisarz Ezop w bajce o zającach i żabach. Przypomnę jej treść: zające słynęły ze swej strachliwości – umykały w przerażeniu przed wszystkimi innymi zwierzętami, przekonane, iż znajdują się na dnie hierarchii stworzeń. Pewnego razu jednak, w ucieczce przed tabunem jeleni, natknęły się na staw pełen żab, które na ich widok hurmem skoczyły do wody. Uradowało to zające niezmiernie. Są takie stworzenia, jakie nawet na nich, zajęcy, bojących się wszystkiego co się rusza, reagują przerażeniem. Okazało się, że pod tym dnem, na jakim los umieścił zające, jest jeszcze jedno dno! Odkrycie to podniosło zające na duchu i przywróciło im cząstkę utraconego honoru. Pewnie odtąd zające, by zasklepić rany zadane ich godności własnej, zajmowały się tropieniem i straszeniem żab.

Ta ezopowa bajka nadaje się znakomicie na alegorię reakcji warstw upośledzonych we własnym społeczeństwie, zmożonych uwiądem szacunku do siebie, ufności w swe siły oraz nadziei na poprawę, na pojawienie się w pobliżu grup jeszcze bardziej niż one pogardzanych i postponowanych.

Tak zdarzyło się w kraju o nieprzypadkowej nazwie Liberia, gdzie pełni wyrzutów sumienia Amerykanie zawieźli oswobodzonych niewolników, którzy dostali możliwość urządzenia się po swojemu i natychmiast uczynili z tubylców niewolników i zaprowadzili jeden z najbardziej okrutnych reżimów w Afryce, który upadł dopiero w latach 80.

Przydarzyła się też taka reakcja po klęsce Federacji w amerykańskiej wojnie domowej 1861-1865 ubogim „białym”, wiodącym dotąd nędzny żywot w świecie zdominowanym przez opływających w dostatki i pyszniących się swą wyższością panów niewolniczych plantacji, a pogardzających swymi ubogimi pobratymcami, dla których ukuli nawet ogólne miano „white trash” („białego śmiecia”). Wczorajsi mieszkańcy niewolniczych baraków stali się nagle mieszkańcami tychże co „białe śmiecie” regionów – sąsiadami konkurującymi z białoskórymi nędzarzami do skąpych zasobów pozostałych po wojennych spustoszeniach.

„Białe śmieci” odkryły drugie, jeszcze głębsze od własnego, dno społecznego upokorzenia. Odtąd troska o honor własny i ratowanie własnej twarzy utożsamiona była w ich świadomości z pogłębianiem dyskryminacji nędzarzy czarnoskórych. Aby kolor skóry, jakiego zmienić nie można, przeważył wszystkie inne kryteria pozycji społecznej i prestiżu, i służył im – białoskórym nędzarzom – polisą ubezpieczeniową przed upadkiem na rzeczywiste dno upokorzenia. Dno, na którym nie ma już czym się w swej niedoli pocieszać i w niedoli innych, większej jeszcze od własnej, znajdować ratunek dla resztek własnej godności.

To stara historia, ale jeszcze niedawno tak było w USA, które dziś „poucza nas”, jak należy dochowywać wierności demokracji i zasadzie rządów prawa.

Mówi pan o tzw. „Jim Crow”, czyli zasadach obowiązujących na południu USA od czasu „Rekonstrukcji” z 1890 roku, a zniesionych dopiero w 1965. Było to duchem swym pokrewne późniejszemu południowo-afrykańskiemu „apartheidowi”. Gdy Marine LePen rzuciła już w naszych czasach hasło „Francja dla Francuzów”, liczyła na podobny psycho-społeczny mechanizm, a więc i podobne reakcje na zaoferowanie pogardzanym sposobu na odbicie się od dna pogardy. I przyznać trzeba, że z powodzeniem.

A drugi powód paniki spowodowanej napływem uchodźców?

Na drugi czynnik żywiołowej niechęci do nowo przybyłych zwrócił uwagę Bertold Brecht, gdy odnotował, iż „uchodźcy są heroldami złej nowiny”.

Zaiste są – dziś bardziej niż wtedy, w latach trzydziestych poprzedniego wieku. Ówczesne „klasy średnie”, znane z dufności i uznania prawowitości przeszłego dorobku oraz przekonania o tym, że prawdopodobnie zostanie zwiększone w przyszłości, zostały zastąpione dziś przez „prekariat”. Prekariat, czyli szybko rosnące grono ludzi o zasobach niewspółmiernie szczupłych w porównaniu z tymi, jakich spełnienie własnych ambicji wymaga. Prekariusze są dlatego niepewni uzyskanej pozycji społecznej, dniem i nocą nęka ich przeczucie jej utraty.

Ale co mają wspólnego prekariusze z uchodźcami?

Wczoraj jeszcze mamieni pozornym bezpieczeństwem swych domostw i posiadłości, a dziś zmuszeni przez moce nie do poskromienia do tułaczki, skazani na bezdomność i wtrąceni w społeczną pustkę, uchodźcy ucieleśniają najgorsze strachy z ich nocnych koszmarów. Natrętnie przypominają prekariuszom o ruchomości piasków, po jakich stąpają. A jak wiadomo z dziejów ludzkich, posłańcom nie wybacza się mroczności wieści jakie przynoszą, choć sami ich zawartości nie skomponowali i za ich treść odpowiedzialności nie ponoszą. Z pewnością nie mogą wygnańcy liczyć na witanie chlebem i solą, a tym bardziej z kwiatami. Nie można bezkarnie pozbawiać ludzi złudzeń… A kysz, widmo upadku! Wynocha!

W Polsce powinno chyba mieć jakieś znaczenie to, co mówi i robi w tej sprawie papież, a jest bardzo konkretny w swoich oczekiwaniach wobec katolików. Tymczasem reakcja Franciszka, który umył nogi 11 imigrantom, zaskoczyła wielu naszych katolików. Czy papież nie wyrasta dziś na lidera raczej światowej lewicy niż katolickiej prawicy, która nie może go zrozumieć i zaczyna się od niego dystansować, szczególnie w Polsce? W polskim internecie Franciszka spotkała fala nienawiści za ten gest.

Dwunastą osobą, jedyną rodzimą Włoszką w tym gronie, była dziewczyna zgnębiona i załamana stratą ukochanej i kochającej, opiekuńczej mamy. Boleść straty była wspólnym mianownikiem doboru dwunastki, i głównym przesłaniem Franciszka w roku miłosierdzia: bliscy czy dalecy, oto ludzie podobnie odarci z tego, czym żyli i co im było drogie, a przeto równie wołający o nasze miłosierdzie. I o naszą wobec ich cierpień pokorę.

Dwóch lewaków wsłuchanych z zachwytem w głos papieża [śmiech]. Gorszy humor ma nasz Kościół katolicki, który milczy.

Skąd się wywodzi takie przesłanie Franciszka? Z lewicowego czy prawicowego podręcznika? Faktem jest, że nawoływania i obietnice do niedawna schludnie posegregowane między vademecum „lewicy” i „prawicy” leżą dziś, by tak rzec, na ulicy, dokumentnie niemal przemieszane, odarte z firmowych etykietek i pozbawione świadectw urodzenia czy partyjnych legitymacji. Ludzie wybierają z nich do woli, a spójność źródeł jest ostatnią z cnót, jakie dałoby się temu czy innemu z wybranych zestawów przypisać.

Dzisiejsze podziały (i antagonizmy) postaw, inklinacji czy poczynań przebiegają między człowieczeństwem a nieludzkością, czy – jeśli wolisz – między gwiazdami przewodnimi miłości i nienawiści, chęciami przynoszenia dobra czy pognębiania nielubianych, przygarniania lub odpychania, zespalania czy odrzucania. Franciszek jest dziś przewodnikiem obozu miłości, niesienia dobra, przygarniania i zespolenia. Jego wybór obiektów do tegorocznego obrzędu omywania nóg, a i rozmaitość nań reakcji, jest kolejną, a bynajmniej nie jedyną, znakomitą tego ilustracją i demonstracją.

Nie drażnijmy już nikogo i zostawmy w spokoju Franciszka. Terroryzm powoduje wprowadzanie ustaw antyterrorystycznych w kolejnych państwach. Taka przygotowywana jest także w Polsce. Jaką rolę odegrały one dotąd na Zachodzie? Są skuteczne? Są nadużywane? Czy dobrze służą społeczeństwom?

Proponowałbym niejakie rozszerzenie horyzontu. Kolejne poczynania na drodze ku podnoszeniu stanu wyjątkowego do rangi normalnego ładu, któremu akty terrorystyczne dostarczyły (a pewnie i nadal dostarczać będą) znakomitych okazji, są przejawami ogólniejszego zjawiska, które nie jest stworzone przez terrorystów, a co najwyżej przez nich ułatwiane i przyspieszane. Choć częstotliwość powoływań na terroryzm dla legitymacji owych poczynań kusi, by zasugerować, że gdyby nie było terrorystów, trzeba by ich było wymyślić.

W takich sytuacjach przywołuje pan zazwyczaj metaforę wahadła rozpiętego między wolnością i bezpieczeństwem…

Po zakosztowaniu uroków wolności (czytaj: prawa czy obowiązku samostanowienia), przemieszanych z udręką wystrzegania się pułapek i coraz większego ryzyka w przeskakiwaniu coraz wyżej ustawianych poprzeczek, wielu ludzi dojrzewa do wyrzekania się kolejnych wolnościowych dobrodziejstw na rzecz większego zabezpieczenia przed ryzykiem i scedowania odpowiedzialności za wybór sposobu życia i jego los na czynniki możniejsze niż wątłe siły jednostki, a przeto bardziej wiarygodne w czynieniu słowa ciałem. Dorzućmy do tego coraz powszechniejsze wykruszanie się zaufania do zdolności (a może i chęci) demokracji. Z wszystkimi jej przyległościami do słowa ciałem czynienia. I faktyczne zaburzenia w komunikacji między górą polityczną a społecznymi dołami, władzą a ludem, mówiącymi językami coraz bardziej różniącymi się o coraz bardziej różnicujących się sprawach.

Tych dwu tendencji wystarczy do objaśnienia coraz powszechniej potężniejącej tęsknoty za silną władzą i silnym władcą.

I równie żwawo potężniejącej obojętności na przykrości, jakimi spełnienie tej tęsknoty może zaowocować. Na przykład na prawdopodobne żądanie mocarnego władcy, by nań przekazać prawo do decydowania, co dla cedujących dobre, a co złe, co myśleć winni i jak się sprawować.

Czy demokracja liberalna jest już skazana na śmierć? Od najmłodszych demokracji, jak polska, węgierska czy słowacka, aż po najstarsze i najpotężniejsze, jak amerykańska czy francuska, wszędzie do władzy dochodzą albo są bardzo tego bliscy politycy otwarcie antyliberalni. Czy dostrzega pan jakąś wspólną przyczynę tego zjawiska?

Nie tylko w polityce, ale i we wzorach życia, konsumpcji, akceptowanych receptach na życiowe szczęście, wartościach mierzących przydatność i atrakcyjność rzeczy i istot ludzkich, przechodzimy aktualnie od epoki ogniskowania ludzkiej uwagi na bezbłędności homeostatycznego, monotonnego odtwarzania stanu rzeczy do epoki waloryzującej nowość i improwizację. By utrzymać się na rynku, producenci ofert muszą co pewien czas w kurczących się czasowych odstępach pieczętować ich opakowania proklamacją „new and improved”. To wyrażenie w dzisiejszych czasach w gruncie rzeczy tautologiczne, jako że nowość tego, co nowe sugeruje już bez dalszej argumentacji, że „to” jest „lepsze” od jakiegoś „tamtego”, do którego zastąpienia jest powołane i dla którego zastąpienia zostało stworzone. No i sygnalizuje tym samym, że czas najwyższy odesłać „tamto” na złom, by oczyścić miejsce dla „tego”.

To samo dzieje się z demokracją liberalną? Nie stanowi ona ram dla kultury masowej, tylko staje się jej częścią?

Pęd do zamiany zastępuje dziś impuls mozolnej naprawy, jakiemu hołdowano w epoce. Przewagą zamiany nad naprawą jest jej propozycja drogi na skróty. Od kultury uczenia się, gromadzenia i magazynowania wiedzy przechodzimy (też drogą na skróty!) do kultury usuwania i zapominania.

Dlaczego polityka miałaby być wyjątkiem od tej reguły? Jej odstępstwo byłoby w istocie wielce osobliwe, zważywszy iż demokracja od pierwszej chwili chełpiła się, i słusznie, posłuszeństwem wobec zasady wymiany ekip rządzących. Rzecz w tym jednak, że stawką w grze politycznej nie jest dziś wymiana ekip, lecz z nią skończenie. A w każdym razie intencja czy też obietnica z nią skończenia.

Przy zglobalizowanej gospodarce i niezglobalizowanej wciąż polityce, można w polityce albo przegrać albo oszukiwać wyborców?

Wszystkie kolejne i współzawodniczące ze sobą ekipy miały dość czasu, by skompromitować się niedotrzymywaniem obietnic i frustrowaniem nadziei w nie inwestowanych. Wszystkie, bez reszty, są do luftu. Może więc szkopuł nie tyle w marnej jakości elit, ile w ich kadrylu?! Taki wniosek, jakby nie był fałszywy, uparcie się nasuwa, i przyznajmy, że ma dla swej natarczywości niejakie uzasadnienia. Skoro wymiana ekip nie gwarantuje realizacji zasady, że co nowe to lepsze – tym, co „nowe i lepsze”, może się okazać skończenie z ich kadrylem. Dajmy takiej nowości szansę. Spróbujmy. Powiadają niektórzy, że próba, jakiej się w tym wypadku napraszamy, ma polegać na położeniu próbom kresu? Ano, jak to angielska mądrość ludowa twierdzi, testem puddingu jest jego jedzenie. Nie ma innego sposobu na sprawdzenie – więc i nie ma rady; nie da się uniknąć ryzyka niestrawności.

Stać nas na to, żeby spróbować czegoś nowego i pożegnać demokrację liberalną, jeśli staje się ona na przykład nieefektywna ekonomicznie albo geopolitycznie?

O paradoksie: gwoli pewności i twardej gleby pod nogami, jakie się dziś marzą ludziom znękanym zawrotnym tempem kołowrotków i kalejdoskopów, gotowi są marzyciele przystać na niepewność jutra i wstąpić na grunt tak grząski, że karłowacieją wobec niej wszystkie te inne niepewności, przed którymi łakną ucieczki, a bagno z którego pragną się wydostać podeszczowym błotkiem się zdaje. Lepszy gołąb zrywający się do lotu – ten jak dotąd na dachu, niż to wróblę oklapłe od długotrwałego łochmacenia w dłoni.

Jak już mówiłem, coraz powszechniejsza i potężniejsza jest dziś tęsknota za silną władzą i silnym władcą. A i równie żwawo potężnieje obojętność na przykrości, jakimi spełnienie tej tęsknoty może zaowocować. Intencji kandydata do roli „mocnego władcy” nie da się z góry do końca przewidzieć. Dajcie mu palec, a za rękę chwyci! Ale za to można w obecnych warunkach jednego się spodziewać: jeśli po przejęciu władzy będzie pięścią w stół walić bez oglądania się na boki (jak to czynił, gdy się o nią ubiegał), rychło sobie ręce połamie i z upiorami, jakie obiecał przepędzić, będzie musiał iść na kompromisy. I to na warunkach stawianych przez te upiory. Wspomnijmy choćby losy Tsiprasa i najprawdopodobniejsze koleje dziejów Podemos, jeśli uda się tej prężącej muskuły partii za przykładem Syrizy zwyciężyć w wyborach.

Sęk bowiem i powód koronny do powątpiewania w wydolność demokracji, nie w szczególnych wadach demokratycznego sposobu rządzenia czy skłonności jego praktykantów do korupcji, ale w rozwodzie mocy z polityką – zaszłości zwanej potocznie „globalizacją”. Przeciw stają sobie w dzisiejszym świecie moce eksterytorialne, wyemancypowane spod kontroli politycznej, i nadal lokalne narzędzia polityki, cierpiące na nieznośny deficyt mocy, paraliżujący ich poczynania i obracający na nice ich dobre chęci. Pod przebraniem „kryzysu demokracji” kryje się kryzys terytorialnej suwerenności, podważanej, ograniczanej, i coraz bardziej fikcyjnej raczej iż rzeczowej przez globalny wymiar ludzkiej współzależności. Niezależnie od tego, czy o wyborze zadań do realizacji decyduje w terytorialnym państwie parlament, dyktator czy mafia, ich działania uwikłane są w „double bind”, są wzięte w dwa ognie.

Jaki jest tego skutek?

Władze muszą się liczyć tak czy owak z życzeniami przez siebie rządzonych, którzy mogą odmówić posłuszeństwa lub nawet uciec się do buntu. Z drugiej strony jednak, muszą spełniać warunki stawiane przez giełdy, banki i zawiadowców „globalnych funduszy inwestycyjnych”, znajdujących się daleko poza granicami ich państwa.

I to wszelkiego państwa.

A więc poza zasięgiem państwowego nadzoru i kontroli, a więc zdolnych do ignorowania ich postanowień, jeśli uznają je za sprzeczne z własnymi ich rachubami. Dziś każdy rząd, także i rządy państw terytorialnych uznawanych za mocarstwowe, bez względu na to, czy przestrzega on zasad demokracji czy je łamie, zmuszony jest lawirować między dwoma potencjalnie przeciwstawnymi sobie naciskami, ryzykując niezgodę i sankcje karne z obydwu stron. W tej sytuacji, i przynajmniej tak długo, jak nie będzie ona poddana fundamentalnej rewizji, pomachiwanie szabelką, gdy mowa o obcokrajowych intruzach i zapowiadanie ku uciesze słuchaczy ich wzięcia w karby, zignorowania lub przepędzania, na czas jakiś w Korei Północnej, na Kubie, w Myanmarze czy w Daeshu. I to z wiadomymi, nie zanadto pociągającymi, następstwami.

Zalatuje od nich nie tyle walką z wiatrakami, co porywaniem się z motyką na słońce. Kryzys suwerenności terytorialnej jest produktem globalnym i globalną kondycją. Globalne problemy mogą być tylko rozwiązane środkami globalnymi. Jak przekonująco wywodził Ulrich Beck w jednym z ostatnich jego dzieł, „jesteśmy już, nie z naszego wyboru i bez względu na to, czy się nam to podoba czy nie, wrzuceni w kondycję kosmopolityczną. Natomiast wspinanie się naszej świadomości do szczebla naszego położenia w świecie jeszcze się na dobre nie zaczęło”. Od czasów Williama Fieldinga Ogburna, czyli od lat dwudziestych poprzedniego stulecia, taki rozdźwięk nosi miano „opóźnienia kulturowego”. Tyle, że jego wariant dzisiejszy dotyczy nie pojedynczego plemienia czy szczepu lub ich zespołu, ale całej zglobalizowanej ludzkości. Na ten pierwszy kłopot – kosmopolityzację sytuacji – nie widać, jak dotąd, rady. Od nas jednak tylko zależy, kiedy damy sobie radę z tym drugim – zaściankowością wyobraźni i świadomości.

Amen.


Wywiad ukazał się w Wirtualnej Polsce.
**Dziennik Opinii nr 98/2016 (1248)


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Biedna Hanna Gronkiewicz-Waltz patrzy na reprywatyzację

logoBiedna Hanna Gronkiewicz-Waltz patrzy na reprywatyzację

Jan Śpiewak


Warszawska dzika reprywatyzacja trwa nie dlatego, że ratusz jest bezradny, lecz z powodu chęci ratusza do bycia bezradnym.

PiS mści się na Warszawie! – rozległ się okrzyk oburzenia, gdy warszawski ratusz obwieścił, że rząd wstrzymał wypłatę 200 milionów złotych na odszkodowania z tytułu reprywatyzacji przedwojennego mienia. Prawda jest jednak inna. Winnego obecnej sytuacji da się wskazać łatwo: jest nim Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy od 2006 roku i długoletnia wiceprzewodnicząca niegdyś rządzącej krajem Platformy Obywatelskiej. Bez jej milczącej aprobaty dzika reprywatyzacja nie byłaby możliwa.

Hanna Gronkiewicz-Waltz musi zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo patologicznym i niesprawiedliwym procesem jest dzika warszawska reprywatyzacja. Jak sama przecież mówiła, jest jej ofiarą. Jej mąż wraz z rodziną odziedziczył „trefną” kamienicę na Noakowskiego 16. Została ona ukradziona żydowskim właścicielom przez gang szmalcowników po II wojnie światowej. Sfałszowali oni akt notarialny, a następnie sprzedali ją wujkowi męża pani prezydent. Sąd pod koniec lat 40. posłał winnych do więzienia i nakazał przywrócenie w hipotece prawdziwych właścicieli. Wyroku nie wykonano jednak w całości. W hipotece jako właściciel dalej figurował wujek męża Hanny Gronkiewicz-Waltz, który w III RP zgłosił się po „swój” majątek. Rodzina Waltzów sprzedała kamienicę firmie deweloperskiej zajmującej się „rewitalizacją zabytków”. Wiedziała, że sprawa musi być co najmniej kontrowersyjna. Już wtedy mieszkańcy kamienicy protestowali i mówili o popełnionym przestępstwie. Hanna Gronkiewicz-Waltz przez dziesięć lat swojego urzędowania nie zrobiła nic, aby naprawić tę krzywdę, pomimo tego, że „Gazeta Stołeczna” zlokalizowała nawet jednego z prawowitych spadkobierców kamienicy na Noakowskiego 16.

Przez 8 lat swoich rządów Hanna Gronkiewicz-Waltz mimo wielu obietnic nie złożyła żadnej propozycji rozwiązania sprawy reprywatyzacji systemowo. Nie wykorzystała swojej pozycji wiceprezesa rządzącej krajem partii. Do Sejmu nigdy nie wpłynął żaden projekt ustawy.

Nawet po morderstwie działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej nie wykonała choćby kroku, żeby zahamować skalę patologii. Co więcej, zgodziła się na to, aby urzędnik odpowiedzialny za warte często dziesiątki milionów złotych „zwroty” nieruchomości, dyrektor Biura Gospodarowania Nieruchomościami, nie publikował oświadczenia majątkowego, sam nie podpisywał żadnych decyzji (robili to jego zastępcy), a na boku prowadził firmę doradczą. Gdy okazało się, że jeden z jego zastępców kupił roszczenia do kamienicy na ulicy Kazimierzowskiej i de facto sam sobie ją zwrócił, pani prezydent rozwiązała z nim umowę… za porozumieniem stron. Dopiero przed wyborami parlamentarnymi, gdy widmo porażki zawisło nad Platformą Obywatelską, Ratusz zdecydował się złożyć projekt „małej ustawy reprywatyzacyjnej”, która zatrzymałaby zwroty budynków użyteczności publicznej. Była ona powszechnie krytykowana przez prawników. Ich zdaniem była przygotowana niechlujnie i łamała konstytucję. Ustawę do Trybunału Konstytucyjnego odesłał prezydent Bronisław Komorowski. Dlaczego po dekadzie niekończącej się dyskusji o reprywatyzacji profesor prawa Hanna Gronkiewicz-Waltz nie była w stanie porządnie przygotować tak ograniczonej ustawy? Nawet bez rozwiązań systemowych warszawską reprywatyzację można by zdecydowanie ograniczyć na gruncie istniejących przepisów prawa i wyroków Trybunału Konstytucyjnego.

Stowarzyszenie Miasto Jest Nasze i liczne organizacje walczące o transparentność i poszanowanie prawa w procesie reprywatyzacji zbierają doświadczenia związane z użytkowaniem gruntów warszawskich i obrotem nieruchomościami. Analizujemy je i staramy się znaleźć rozwiązania problemów wspólnych dla miasta i jego mieszkańców. Gdy badamy działalność miasta związaną z likwidacją skutków Dekretu Bieruta z 1945 r., docierają do nas bardzo niepokojące informacje. Stowarzyszenie Hoża 27 w swoim raporcie na temat reprywatyzacji stwierdziło szereg błędów prawnych i proceduralnych ze strony instytucji miejskich odpowiedzialnych za ten zakres spraw. Na podstawie zgromadzonych doświadczeń możemy przedstawić ze szczegółami szereg przykładów działań problematycznych.

1. Brak weryfikacji roszczeń wnoszonych w imieniu osób mniej lub bardziej poszkodowanych w wyniku Dekretu z 1945 r.

Działając od lat Biuro Gospodarki Nieruchomościami rozdysponowało około 2000 nieruchomości na terenach dekretowych (czyli podlegających temu aktowi). Wiele z tych roszczeń nie było jednak weryfikowanych w oparciu o przedwojenne zapisy ksiąg hipotecznych, które nierzadko wykazywały zupełnie innych właścicieli, niż ci, którzy się za nich bądź ich spadkobierców współcześnie podawali. Podstawy roszczeń (głównie testamenty) często nie były sprawdzane, lekceważono także umowy indemnizacyjne, chociaż Ministerstwo Finansów prowadzi rejestry wypłaconych na tej podstawie odszkodowań za mienie utracone przez obywateli i podmioty z obcych państw. Odszkodowania wypłacone w latach powojennych objęły również obywateli polskich, którzy po 1945 uzyskali obywatelstwo danego kraju-sygnatariusza układów indemnizacyjnych.

Należy zadać pytanie: dlaczego miasto Warszawa, choć jest w posiadaniu list kilkuset kamienic spłaconych na podstawie umów indemnizacyjnych, nie zwraca się do Ministerstwa Finansów o dokonanie stosownych wpisów do ksiąg wieczystych i przeniesienie ich własności na rzecz Skarbu Państwa. Od lat robi to Kraków i dzięki temu (plus dzięki weryfikacji dokumentów roszczeniowych) uratował nawet 700 kamienic. Kraków potrafi, a Warszawa nie?

Na gruntach dekretowych sprawdzano tylko aktualne księgi wieczyste (wprowadzone po 1945 roku), w których jako właściciel gruntu występował wyłącznie Skarb Państwa lub miasto Warszawa; uznawano bezkrytycznie wszystkie dokumenty posiadaczy roszczeń, nawet bardzo wątpliwe. Na Nowym Świecie zaakceptowano nawet testament, który nie wymienia żadnych konkretnych danych, posługując się ogólną formułą „wszystkie nieruchomości warszawskie”.

Przed 1939 rokiem większość nieruchomości warszawskich była obciążona kredytami do granic możliwości, zaś wiele z nich zdążyło zmienić właścicieli – część przejął Skarb Państwa za niezapłacone podatki, część zaś banki i inne instytucje kredytowe. Upaństwowienie instytucji finansowych po 1945 roku oznacza, że państwo stało się wierzycielem hipotecznym, a zatem Dekret oznaczał w dużej części przejęcie przez państwo (reprezentowane przez miasto Warszawę) swoich własnych nieruchomości. Dalsze postępowanie władz miejskich lekceważyło obciążenia hipoteczne, zaś koszty tego postępowania ponosimy dzisiaj, w zmienionej sytuacji ustrojowej.

Handel roszczeniami nadal odbywa się bez wymogu notarialnej rejestracji umów, czyli bez żadnej kontroli formalnej. Kamienicę w Warszawie można odzyskać na skserowany dokument pełnomocnictwa!

2. Hojne wypłacanie odszkodowań za nieruchomości na podstawie trybu art. 215 ustawy z dnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami (zależnie od woli posiadaczy roszczeń, gdy rezygnują oni ze zwrotu w naturze).

Miasto Warszawa nie jest w stanie udźwignąć ciężaru wypłaty odszkodowań za nieruchomości, które państwo przejęło na podstawie Dekretu z 26 października 1945 r. o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy (Dz.U. nr 50, poz. 279), toteż specjalną ustawą z 8 listopada 2013 r., o zmianie ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji (Dz. U. 2013 poz. 1643), umożliwiono wykorzystanie na te cele dodatkowych funduszy w wysokości 200 mln zł rocznie w latach 2014–2016; ostatnia transza 200 mln zł została wstrzymana przez Ministerstwo Finansów.

W tej sytuacji jedyną reakcją Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy jest opracowanie projektu szybkiego i sprawnego rozdysponowania pieniędzy z budżetu, w dalszym ciągu bez żadnej weryfikacji zasadności ich wypłacania. Ta weryfikacja roszczeń jest możliwa na podstawie istniejących od dawna przepisów, ponieważ jest to obowiązek wynikający z ustawy o księgach wieczystych i hipotece, a także z Kodeksu Cywilnego.

Szacujemy, że rzetelne badanie zasadności wciąż napływających roszczeń znacznie ograniczy ich ilość, co odpowiednio zmniejszy wypłaty odszkodowań, a także liczbę przekazywanych nieruchomości.

3. Niestosowanie przepisów Dekretu Bieruta przez warszawski ratusz

Zgodnie z art. 9 Dekretu Bieruta odszkodowania za grunty i budynki mają być wypłacane w miejskich papierach wartościowych, a odszkodowanie ustala miejska komisja szacunkowa. Taka komisja oczywiście nie istnieje, a Hanna Gronkiewicz-Waltz szasta pieniędzmi podatników, jak się da. Jest to jeden z przykładów, że zapisy dekretu stosowane są wybiórczo. Poniżej art. 9 dekretu:

Art. 9. (1) Odszkodowanie za grunty, należne w myśl art. 7 ust. (5) oraz odszkodowanie za budynki, należne w myśl art. 8, ustala miejska komisja szacunkowa. Odszkodowanie to wynosi, jeżeli chodzi o grunty – skapitalizowaną wartość czynszu dzierżawnego (opłaty za prawo zabudowy) gruntu tej samej wartości użytkowej, a jeżeli chodzi o budynki – wartość budynku. Odszkodowanie wypłaca się w miejskich papierach wartościowych.

Ponadto następny ustęp mówi o wygaśnięciu prawa do odszkodowania.

Art. 9 (2) Prawo do żądania odszkodowania powstaje po upływie 6 miesięcy od dnia objęcia gruntu w posiadanie przez gminę m. st. Warszawy i wygasa po upływie lat 3 od tego terminu.

Art. 7 (3). W razie uwzględnienia wniosku gmina ustali, czy przekazanie gruntu nastąpi tytułem wieczystej dzierżawy, czy na prawie zabudowy, oraz określi warunki, pod którymi umowa może być zawarta.

To na gminie spoczywa obowiązek uwzględnienia lub nieuwzględnienia wniosku (na tym etapie można weryfikować dokumenty roszczeniowe) i określenie, na jakich warunkach nastąpi przekazanie gruntu. Całkowita odpowiedzialność za warunki, na jakich przekazywana jest nieruchomość, spoczywa na ratuszu.

4. Pomimo upływu czasu żadna ustawa nie przewiduje kresu zgłaszania coraz to nowych roszczeń, a wręcz przeciwnie, tolerowanie roszczeń nieuzasadnionych zachęca do stałego ich wzrostu.

Pojawiają się coraz liczniej „specjaliści” od roszczeń słabo udokumentowanych, a nawet całkowicie fikcyjnych. Jest to zrozumiałe, gdyż wniesienie roszczenia (także fikcyjnego) powoduje zablokowanie obrotu daną nieruchomością i brak możliwości jej wykorzystania pod inwestycje lub jako zabezpieczenie kredytów.

W ten sposób Hanna Gronkiewicz-Waltz toleruje w Warszawie atmosferę powszechnego strachu przed szantażystami wnoszącymi fikcyjne roszczenia na terenach „dekretowych”, co godzi w uczciwych mieszkańców i przedsiębiorców, odbiera sens inwestycjom i podważa zaufanie do władz miasta. Pani prezydent nigdy nie zaproponowała zmiany w prawie, która ograniczałaby czas zgłaszania roszczeń. Warszawska reprywatyzacja to never ending story.

5. Całkowite lekceważenie praw lokatorów

Nieruchomości przekazywane beztrosko posiadaczom roszczeń są od wielu lat użytkowane przez liczne podmioty i osoby, których prawa również powinny być przez miasto chronione. Brak ustawy w tym względzie nie jest dla miasta żadnym usprawiedliwieniem. Prawo najmu, powszechnie lekceważone przy przekazywaniu obiektów mieszkalnych i usługowych, można wycenić i uwzględnić w umowie przekazującej nieruchomości, jako ograniczone prawo zobowiązaniowe (co powinno być obowiązkiem miasta wobec najemców). Obowiązek regulowania takiej należności wobec najemcy należy oczywiście do miasta (w budynkach całkowicie lub częściowo komunalnych). Jest również możliwe przeniesienie tego obowiązku na podmiot przejmujący nieruchomość (np. w drodze negocjacji), ewentualnie wpisanie jej do działu księgi wieczystej danej nieruchomości ze wszystkimi konsekwencjami finansowymi.

6. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego

Trybunał Konstytucji orzekł w maju zeszłego roku (sygn. akt P 46/13), że unieważnianie decyzji administracyjnych kilkadziesiąt lat po ich wydaniu jest sprzeczne z artykułem 2. ustawy zasadniczej, czyli zasadą zaufania obywateli do państwa. Duża część zwrotów nieruchomości jest podejmowanych na podstawie unieważnienia decyzji administracyjnych, które zapadły pod koniec lat 40. Trybunał Konstytucyjny uznał, że takie radosne cofanie decyzji sprzed kilkudziesięciu lat jest nielegalne. Historii nie da się cofnąć. Nie widać jednak, żeby urzędnicy podlegli Hannie Gronkiewicz-Waltz stosowali się do tego wyroku i korzystali z niego, by blokować nielegalne w świetle orzeczenia TK zwroty.

7. Nieistniejące plany zagospodarowania terenu

Warszawa jest objęta planami zagospodarowania przestrzennego jedynie w ⅓. Oznacza to, że pozwolenia na budowę dostaje się w oparciu o tak zwane „wuzetki”, czyli warunki zabudowy. Teoretycznie powinny być one oparte na zasadach dobrego sąsiedztwa. W warszawskiej i ogólnopolskiej praktyce oznacza to, że właściciel nieruchomości może wybudować prawie wszystko. Przepisy są w tym zakresie w ogromnym stopniu uznaniowe i przez to korupcjogenne. Tereny objęte reprywatyzacją są pokryte planami w jeszcze mniejszym stopniu. Planu zagospodarowania nie ma nawet Stare Miasto! W mieście panuje chaos i spekulacja gruntami.

Każda szkoła w Śródmieściu może zostać wyrzucona z budynku, a teren przeznaczony pod zabudowę komercyjną. Od ponad dekady podejmowane są próby „odzyskania” kilkudziesięciu hektarów ogródków działkowych przy ulicy Waszyngtona przez firmę, która nie potrafi udowodnić, że ma jakikolwiek związek z tym terenem.

Ogródki na Saskiej Kępie nie mogą doczekać się planu zagospodarowania pomimo tego, że warszawski ratusz wielokrotnie zapewnił o potrzebie pilnego uchwalenia planu, który chroniłby ich istnienie. Tymczasem Hanna Gronkiewicz-Waltz przeznaczyła w tegorocznym budżecie na planowanie przestrzenne mniej niż na organizację Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

8. Nieinformowanie mieszkańców o roszczeniach

Warszawski ratusz informuje mieszkańców o roszczeniach zazwyczaj dopiero wtedy, gdy procedury dotyczące zwrotów nieruchomości są na bardzo zaawansowanym etapie. Informacje podawane przez ratusz widnieją jedynie na stronach internetowych w sposób absolutnie nieprzejrzysty, a lista roszczeń uaktualniana jest rzadko. Mieszkańcy komunalni zazwyczaj w ogóle nie są informowani o toczących się postępowaniach. A to właśnie ta grupa jest najbardziej zainteresowana tym, żeby postępowania przebiegały zgodnie z prawem. Brak informacji jest korzystny dla handlarzy roszczeń, którzy zaskakują swoje ofiary wtedy, gdy te już nie mogą się bronić.

9. Oddawanie za bezcen budynków wybudowanych po wojnie handlarzom roszczeń.

Jednym z bardziej szokujących elementów dzikiej reprywatyzacji jest przekazywanie w prywatne ręce budynków, które w całości zostały wybudowane po roku 1945. Jeden z przykładów – spadkobierca, który odzyskuje grunt na Mokotowie, odzyskuje również kilkupiętrowy, wyremontowany za miejskie pieniądze budynek z 1955 roku przy ul. Narbutta 60, za który musi dopłacić zgodnie z wyceną ratusza zaledwie 1,8 mln. Miasto wcześniej wyremontowało budynek. Lokatorzy zarzucali, że urzędnicy wydali decyzje bez wszystkich dokumentów, a część z nich była sfałszowana.

Warszawa nierządem stoi

Warszawska dzika reprywatyzacja trwa nie dlatego, że ratusz jest bezradny, lecz z powodu chęci ratusza do bycia bezradnym. Postawa władz miasta sprzyja przejmowaniu mienia publicznego oraz szantażowaniu wieloletnich posiadaczy i użytkowników nieruchomości, niejednokrotnie następców prawnych osób i podmiotów, które te same domy odbudowały ze zniszczeń wojennych. Istnieje możliwość znacznego ograniczenia strumienia stale napływających nowych roszczeń dekretowych przez skrupulatne sprawdzanie dokumentów oraz praw i zobowiązań hipotecznych, z wykorzystaniem zobowiązania do honorowania zobowiązań hipotecznych przez osoby realizujące roszczenia i do honorowania praw rzeczowych i zobowiązaniowych nabytych przez dotychczasowych użytkowników danych nieruchomości, przede wszystkim lokatorów komunalnych. Weryfikacja roszczeń pozwoli na odrzucenie znacznej części tych żądań, z ogromną korzyścią dla miasta i jego mieszkańców.

Osobną kwestią jest zaskakujący brak inicjatywy Hanny Gronkiewicz-Waltz w celu zmiany prawa. Nawet drobne zmiany poprawiłyby sytuację. Taką zmianą byłaby nowelizacja kodeksu opiekuńczo-rodzinnego – ukróciłaby legendarne już przejmowanie nieruchomości metodą „na kuratora”, poprzez wprowadzenie zapisu, że kurator może reprezentować osobę, co do której nie ma uzasadnionych podejrzeń, że nie żyje, a jedynie nie wiadomo, gdzie przebywa (np. zapis, że osobę w wieku powyżej 70 lat uznaje się za zmarłą po upływie 5 lat od ostatniego śladu życia). W chwili obecnej dochodzi do sytuacji, że kuratorzy są ustanawiani i przejmują nieruchomości w imieniu osób, które np. miałyby ponad 120 lat! Kolejną zmianą byłoby wprowadzenie okresu zgłaszania roszczeń. Hanna Gronkiewicz-Waltz nie potrafiła jako wiceprzewodnicząca partii rządzącej wprowadzić nawet tak kosmetycznych zmian w polskim prawie.

Na przykładzie dzikiej reprywatyzacji doskonale widać nie tylko, dlaczego Platforma przegrała wybory, ale jak lata jej zaniechań i świadomego tolerowania patologii stworzyło (i dalej tworzy) podatny grunt dla skrajnej prawicy. Platforma dalej rządzi w samorządach i dalej w pocie czoła buduje sukces PiSu. Rząd natomiast powinien natychmiast rozpocząć konsultację nad ustawę reprywatyzacyjną. Jeśli będzie robił w tej sprawie tyle, co Hanna Gronkiewicz-Waltz stanie się współudziałowcem w jednej z największych patologii III RP. Powinna powstać komisja weryfikacyjna, która przejrzy wszystkie zwroty, jakie miały miejsce w trakcie ostatniej dekady. W skład komisji powinni wejść członkowie organizacji społecznych, urzędnicy z ratusza i urzędnicy ministerstwa sprawiedliwości i ministerstwa finansów.

P.S. Wszystkie te informacje podałem w wywiadzie dla jednego z dużych liberalnych pism. Na koniec wywiadu usłyszałem: „powiem Panu jak czekista czekiście. Mówi Pan prawdę, ale jest to gówno prawda. Obecna sytuacja polityczna nie pozwala nam na atakowanie Hanny Gronkiewicz-Waltz”. To samo słyszałem przed wyborami. Nie możemy źle pisać o Hanny Gronkiewicz-Waltz, bo wygra PiS. Co usłyszę, jak PiS już rządzić nie będzie?


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Izraelski “samobójczy dron” na Kaukazie

Izraelski “samobójczy dron” po raz pierwszy zaatakował. Na Kaukazie (http://www.tvn24.pl)

mm\mtom / Źródło: Washington Post, PAP


System Harop był wielokrotnie testowany, ale dotąd nigdy niewykorzystany bojowo


Foto/Video Israel Aerospace Industries

Nowoczesny izraelski dron IAI Harop został po raz pierwszy użyty bojowo, poinformował “Washington Post”. Harop to nowoczesny system tzw. amunicji manewrującej, czyli bezzałogowych pojazdów latających, które atakują wskazany cel, rozbijając się o niego i eksplodując. Na amatorskich zdjęciach wykonanych w ostatnich dniach w Górskim Karabachu widać maszynę, którą zidentyfikowano jako IAI Harop. To niewielki, izraelski dron o masie zaledwie 135 kilogramów i charakterystycznej sylwetce kadłuba, który jak dotąd nie był testowany bojowo.

Amunicja manewrująca w użyciuJego przeznaczeniem jest krążenie nad polem walki i wykrywanie celów, które niszczy, rozbijając się o nie i jednocześnie detonując 23-kilogramową głowę bojową. Ten rodzaj broni, czyli niewielkich dronów o stosunkowo dużej sile ognia i wysokiej celności, określany jest mianem “amunicji manewrującej”.W raporcie “Washington Post” napisano, że w ostatnich dniach w Górskim Karabachu Harop nie tylko krążył, ale też miał przeprowadzić atak, uderzając w autobus pełen “armeńskich ochotników”, w którym zginęło siedem osób. Według gazety, choć oba państwa nie tego nie potwierdzają, Izrael i Azerbejdżan od lat utrzymują rozwiniętą współpracę wojskową i “samobójcze drony” były eksportowane do Baku.

Kruchy rozejm w Górskim KarabachuWe wtorek resort obrony Azerbejdżanu poinformował, że uzgodnił z separatystami w Górskim Karabachu ogłoszenie rozejmu. Ma on zakończyć czterodniowe walki, w następstwie których zginęły 64 osoby. Przedstawiciel Górskiego Karabachu potwierdził zawarcie rozejmu. Pierwsze walki rozgorzały w nocy z piątku na sobotę. Obie strony obwiniały się wówczas o złamanie kruchego rozejmu.Konflikt zbrojny o Górski Karabach wybuchł w 1988 roku, u schyłku ZSRR. Starcia przerodziły się w wojnę między już niepodległymi Armenią a Azerbejdżanem. Wojna pochłonęła 30 tys. ofiar śmiertelnych, były setki tysięcy uchodźców. W 1994 roku podpisano zawieszenie broni. Nieuznawana przez świat, związana z Armenią enklawa formalnie wciąż pozostaje częścią Azerbejdżanu.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Ile tych pięknych kobiet zginęło.

Paweł Śpiewak: ile tych pięknych kobiet zginęło. “Świat utracony. Żydzi polscy” [WYWIAD]

Bartosz Rumieńczyk


– Moim zdaniem w Polsce doszłoby do pogromu – mówi profesor Paweł Śpiewak, pytany o to, jak układałyby się relacje polsko-żydowskie, gdyby nie doszło do Holokaustu. A wspominając świat utracony, sportretowany w albumie Leszka Dulika i Konrada Zielińskiego mówi, że gdyby w Polsce nadal byli Żydzi, bylibyśmy krajem żwawszym. I dodaje: kurczę, ile tych pięknych kobiet zginęło.

Nora NeyNora Ney

“Świat utracony. Żydzi polscy” to album, który jest zbiorem fotografii wspólnoty żydowskiej z lat 1918-1939. Ten świat uległ niemal całkowitej zagładzie, a wyrok na niego wydał Adolf Hitler. W 1939 roku Führer Trzeciej Rzeszy rozpętał drugą wojnę światową, zmienił raz na zawsze oblicze Europy oraz zrealizował ludobójczy plan ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. W dużej mierze to właśnie ziemie polskie stały się miejscem zagłady Żydów. Przed wojną mieszkało ich tu blisko 3,5 miliona i była to największa diaspora żydowska w europie. Co ważne, diaspora o niemal tysiącletniej tradycji.

To w Polsce kwitło życie religijne Żydów, to tu rozwijała się ich kultura, tożsamość i świadomość narodowa. Po wojnie dla nielicznych ocalałych ziemia, która kiedyś była ojczyzną, stała się cmentarzem. A dziś w Polsce wspólnoty żydowskiej już nie ma. Album Leszka Dulika i Konrada Zielińskiego, wydany przez Boni Libri i Żydowski Instytut Historyczny, to nie tylko portret świata stojącego w przededniu zagłady. To dzieło, które pokazuje “wielowątkowy obraz świata polskich Żydów”, jak piszą we wstępie sami autorzy, “bez unikania spraw trudnych i spraw bolesnych”.

I właśnie ten wielowątkowy obraz jest tematem mojej rozmowy z profesorem Pawłem Śpiewakiem, dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego. Czy mamy świadomość tego, co straciliśmy? Jak wygląda dzisiejszy antysemityzm w Polsce, a jak na świecie? I co by było, gdyby Holokaust nigdy się nie wydarzył?

94 procent ludności żydowskiej w Lubomlu, Wilno nazywane Jerozolimą północy, 40 procent Żydów w Warszawie i setki koszernych restauracji, okazałe synagogi w Stanisławowie czy Lublinie. Żydowskie delegacje u Piłsudskiego, makkabiady, jarmarki w Kazimierzu Dolnym. Ten świat utracony, który jest tematem albumu, to bardzo bogaty świat. Ale czy dziś w Polsce mamy świadomość tego, co nam zabrano?

Ja uważam, że nie. Oczywiście trudno mówić o wszystkich, bo są ludzie, którzy dużo wiedzą, ale 95 procent Polaków nie wie. Często brakuje wiedzy o swoim własnym mieście. Na przykład warszawiacy. Gdy wyszła historia Warszawy, napisana przez profesora Mariana Marka Drozdowskiego i obejmująca okres od średniowiecza po III Rzeczpospolitą, to nie znalazło się tam nawet jedno słowo o Żydach. Tak samo jest z historiami różnych innych miast. Ludzie nie wiedzą, że miasteczka w centralnej Polsce, w regionie lubelskiego czy w Galicji były w dużej mierze miastami żydowskimi. Ludzie tego albo po prostu nie wiedzą, albo ta pamięć nie jest przekazywana. Oczywiście jest kilka miejsc w Polsce, gdzie dba się o pamięć, ale tak na co dzień, moim zdaniem, tej pamięci w ogóle nie ma.

Dlaczego?

Po części z braku tradycji rodzinnych, czyli przekazywania wiedzy, ale ta pamięć też nie mieści w programie nauczania historii. Wszystko zależy od stowarzyszeń lokalnych oraz samorządów. A samorządy są zainteresowane sytuacjami bieżącymi. Co tam jakaś przeszłość.

O Holokauście wiemy.

Żydzi byli jedynym narodem w programie Hitlera, który został przeznaczony do całkowitego wyniszczenia
Prof. Śpiewak

Wiemy, ale ogólnikowo. Wiemy, że zginęło tyle i tyle ludzi. Ale jakby zapytać Polaków, czy śmierć Żydów była wyjątkowa, inna niż śmierć Polaków, Rosjan czy Ukraińców podczas wojny to myślę, że większość tej świadomości nie ma. Ludzie nie wiedzą, na czym polega wyjątkowość Holokaustu. Pokazują to badania socjologiczne.

Powiedzmy zatem na czym polega wyjątkowość Holokaustu.

Wyjątkowość Holokaustu polega na tym, że Żydzi byli jedynym narodem w programie Hitlera, który został przeznaczony do całkowitego wyniszczenia. Czyli ktoś ginął nie dlatego, że zrobił coś złego – tylko dlatego, że się taki urodził. Druga kategoria. Żydzi byli traktowani nie jako ludzie, tylko jako podludzie. Zostali wyzuci z cech człowieczeństwa i byli zabijani jako coś na pograniczu człowieka i zwierzęcia. Śmierć Żydów była też związana z silnym przekonaniem, że są oni winni za całe zło. Jeśli Żydów się wytępi, zło zniknie. Zabijano też Cyganów, ale Cyganie nie byli grupą etniczną w tym samym stopniu przeznaczoną do likwidacji co Żydzi.

Hannah Arendt pisała, że to Niemcy stały się ojczyzną antysemityzmu. Ponury paradoks, przecież mniejszość żydowska w Niemczech przed wojną stanowiła niecały procent całego społeczeństwa. Co więcej, niemieccy Żydzi uchodzili za wzór asymilacji, choćby dla swoich braci w wierze ze wschodu.

Ale to jest właśnie w dużej mierze pułapka. Problem żydowski nabrał rozpędu politycznego i potem ludobójczego właśnie w związku z procesem asymilacji. Teza rasistów była taka: Żydzi zasymilowani zatruwają kulturę niemiecką i światową, bo nie występują jako Żydzi, tylko jako lipni Niemcy czy Austriacy. Używają zatem lokalnych strojów, niemieckiego, polskiego, rosyjskiego po to, żeby tę kulturę zniszczyć.

Asymilacja paradoksalnie wzmocniła niechęć do Żydów. To nie było tak, że zasymilowani Żydzi stawali się dobrymi Niemcami, bo płacili podatki, czy służyli w wojsku. Przeciwnie, ich winą było właśnie to, że się zasymilowali. Ale antysemita zawsze znajdzie powód, żeby kogoś poniżyć.

W Polsce Żydów też nie lubiano. Antysemityzm przed wojną był bardzo silny i kierował się zarówno wobec zasymilowanych, jak i niezasymilowanych. Jednak paradoksalnie najbardziej jadowity był wobec tych, którzy chcieli być Polakami albo się do polskości poczuwali. Dobrym przykładem jest Julian Tuwim, któremu zawsze wypominano pochodzenie.

Proces pozbawiania kogoś prawa do czucia się Polakiem, Niemcem, Austriakiem jest jednym z potwornych zjawisk w historii. Jak się Żydowi powie, że jest Żydem, to on odpowie: tak jestem. Ale te tożsamości, o których mówimy, były bardziej złożone.

Pomimo 800 lat wspólnej historii polsko-żydowskiej te narody się nie zżyły – tak pisze noblista Isaac Singer, którego słowa posłużyły jako motto do albumu. Czy sama kultura żydowska miała na to wpływ?

Żydzi tworzą nie tylko kulturę, ale i własną cywilizację, i to przez pokolenia, a w zasadzie przez tysiąclecia. Była to grupa, która starała się zachować swoją tożsamość i odrębność z osobnym kalendarzem, osobnym systemem świąt, osobną religią. I nikt im nie miał za złe, że tacy są. Oprócz oczywiście jednej grupy, czyli chrześcijan, którzy mieli do nich pretensje.

O co?

Chrześcijanie uważali, że Żydzi powinni się ochrzcić, przejść na chrześcijaństwo i być dobrymi katolikami czy protestantami. Uważano, że wybrani przez Boga nie są już Izraelici, ale Kościół. Tu pojawiała się niechęć do Żydów czy nawet nienawiść. Luter nienawidził Żydów, był antysemitą. Palono Talmud, zamykano Żydów w gettach, np. we Włoszech. To był jeden element izolacji.

A drugi?

Drugim elementem izolacji była autoizolacja. Osobny obyczaj, odrębna religia. Inny typ jedzenia, co jest bardzo ważne. Kuchnia żydowska jest kuchnią, którą Polacy mogą jeść. Ale Żyd nie może jeść u Polaka. Tym samym więź budowana przez jedzenie, bardzo ważna, zostaje ucięta. Dalej jest problem języka. Żydzi mówili osobnym językiem, co też oddzielało, bo mówili między sobą w sposób niezrozumiały dla postronnych. Oczywiście były kontakty handlowe, więc wspólny język też się budował.

W Pierwszej Rzeczpospolitej Żydzi mieli swego rodzaju autonomię polityczną, co też ich oddzielało od reszty. To była osobna warstwa społeczna w hierarchii klasowej. Mieli osobne prawa, a pojęcie warstwy czy stanu wiąże się właśnie z określonymi przywilejami i uprawnieniami. Żydzi zatem byli osobnym stanem. Byli dopuszczani do pewnych zawodów, np. Żyd mógł zająć się handlem zbożem albo propinacją, czyli produkcją alkoholu, handlem, ale nie był już dopuszczany do posiadania ziemi. Miasta bardzo nie lubiły żydowskich rzemieślników, bo byli konkurencją.

Zatem obie strony zamykały się na siebie. I wtedy, kiedy zaczęło to pękać, czyli kiedy powstało zjawisko asymilacji – to nie było ono dobrze przyjmowane przez tzw. rdzennych mieszkańców. Ludzie się tego bali. A najbardziej bał się Roman Dmowski. Był najbardziej zagorzałym orędownikiem separacji i zepchnięcia Żydów z powrotem do Żydostwa.

Skąd ten lęk u Dmowskiego?

Moim zdaniem on był wyznawcą tego samego, co Hitler, czyli darwinizmu społecznego. Tylko u Dmowskiego ten darwinizm prowadził do innych konsekwencji. Dmowski uważał, że Żydzi są niesłychanie energiczną grupą ludzi, że są wewnętrznie silni. I paradoksalnie ich podziwiał, co prawda negatywnie, ale ich podziwiał. Dlatego też uważał, że są niebezpieczni. Romowie, choć żyli osobno, nie byli dla niego żadnym zagrożeniem, bo byli słabą warstwą społeczną. A Żydzi byli silni w kulturze, w ekonomii i dlatego się ich bał.

Bojąc się ekspansji Żydów, Dmowski uważał, że walka z nimi jest nie tylko walką z obcymi wpływami, ale również – co ciekawe – uważał, że jest to sposób na wzmocnienie polskości. No bo jak człowiek bije się z mocnym, to sam też musi być mocny. W związku z tym walka z Żydami miała być dla Dmowskiego sposobem na umocnienie żywiołu polskiego.

Mówi pan o pewnych zbieżnościach Dmowskiego z Hitlerem. Ale antysemityzm hitlerowski był stricte rasistowski. Czy takie wątki odnajduje pan również u Dmowskiego?

Tak, w jego późnych książkach, zwłaszcza w powieściach, które pisał pod pseudonimem. Pojawia się w nich zbiór wszystkich złych stereotypów, które mają wyraźnie rasistowski charakter. Łącznie z wyobrażeniem żydowskich kobiet jako demonów seksu i zniewolenia. To się czyta jak podręcznik stereotypów.

Oczywiście nie ma u Dmowskiego programu ludobójczego. Natomiast jest program, nazwijmy to, gettoizacji Żydów, czyli zamykania i oddzielania ich tak, żeby nie wchodzili do polskiego żywiołu. A najlepiej, co było mocno lansowane przed wojna nie tylko przez Dmowskiego, zmuszenie Żydów do emigracji. Problem polegał na tym, że Żydzi nie mieli wówczas, dokąd emigrować.

Niektórzy wskazują, że antysemityzm 20-lecia międzywojennego to nie tyle antysemityzm – ile walka ekonomiczna.

A czym to się różni? Ja rozumiem, że teraz się próbuje relatywizować prawdę historyczną. Szczególnie prawicowa strona usiłuje pokazać, że ten antysemityzm nie był taki straszny. Ale przed wojną były pogromy i było zabijanie Żydów i jeśli to była walka ekonomiczna, to Hitler był najskuteczniejszym bojownikiem na polu tej walki ekonomicznej.

Było niedopuszczanie Żydów do studiów, ograniczanie dostępu do wsparcia dla bezrobotnych. Było bardzo dużo różnych form nacisku – a najgorszy był nacisk propagandowy. Mistyfikacja, że Żyd to komunista, że to ten obcy. Nazywanie tego ekonomicznym antysemityzmem jest po pierwsze ograniczające, a po drugie ekonomiczny antysemityzm jest w dalszym ciągu antysemityzmem, więc o czym my w ogóle mówimy.

Każdy kraj, który chce się rozwijać gospodarczo, powinien dawać szanse rozwoju ekonomicznego wszystkim. Z tego, że rozwija się jedna grupa, wynika wzrost gospodarczy dla reszty. To było po prostu autodestrukcyjne dla Polski.

A jak doświadczenie Holokaustu wpłynęło na polski antysemityzm, ten znany z 20-lecia międzywojennego?

Po wojnie antysemityzm wzrósł. Ewidentnie wzrósł pod wpływem Holokaustu, pod wpływem propagandy i tego doświadczenia. Możemy mówić o nieprawdopodobnie dużej fali pogromów tuż po wojnie, zabijania Żydów, w dużej mierze z rąk tzw. żołnierzy niezłomnych. Wtedy antysemityzm i ludobójstwo nie spotykało się z moralnym potępieniem tak, jak dziś. Ci, co ocaleli w Rosji i w Polsce, zrobili wszystko, żeby jak najszybciej wyjechać. I większość wyjechała do 1950 roku. To było ponad sto tysięcy osób, dla których Polska była cmentarzem, a trudno na cmentarzu mieszkać. Ale wyjeżdżali również dlatego, że w Polsce był bardzo gorący antysemityzm.

Potem są kolejne fale emigracji, z której ostatnią jest fala marcowa, czyli z ‘68 roku, kiedy antysemityzm był także nieprawdopodobnie silny. To dopiero teraz, od późnych lat 90. coś się zaczyna zmieniać.

Skąd brał się ten wzrost antysemityzmu tuż po wojnie? To przetrącony kręgosłup moralny Polaków?

W każdym społeczeństwie są ludzie szlachetni, na szczęście, ale zawsze są i skurwysyny
Prof. Śpiewak

Moim zdaniem tak. Działy się rzeczy straszne. Jest taki opis w dziennikach doktora Klukowskiego ze Szczebrzeszyna – moment wysiedlania Żydów. Wywożono ich do zagazowania, a wokół getta stoją furmanki i polscy chłopi czekają, aż Niemcy Żydów wywalą. I co chłopi robią zaraz po wywiezieniu? Rzucają się na ich własność. Niemcy pozwalają, co jest istotne, żeby wszystko, co zostało po Żydach – buty, ubrania, kołdry – zostało rozkradzione. Polscy chłopi są wspólnikami zbrodni, niechcącymi, bo to nie jest tak, że chcieli, by Żydów wysiedlono, ale wykorzystali tę sytuację.

Ilość mordów czy wydawania Żydów przez Polaków, też jest bardzo duża. Otwarto muzeum Ulmów, co oczywiście jest bardzo piękne, ale mamy tysiąc przykładów Polaków, którzy zginęli z powodu ratowania Żydów, tysiąc na ponad 30 milionowy naród. Ja nie będę się kłócił, czy to dużo, czy mało – ale to tylko tysiąc.

Zawsze w każdym społeczeństwie są ludzie szlachetni, na szczęście, ale zawsze są i skurwysyny. Szacuje się, że między 5 a 10 procent Polaków na różny sposób współpracowało z Niemcami, w tym także uprawiając szmalcownictwo. A szmalcownictwo w Warszawie było szerokie. Ci ludzie żyli z cierpienia Żydów. I o tym nie można zapomnieć.

Ilość wyroków na szmalcownikach, które były wykonywane przez polskie sądy podziemne, bo była taka decyzja, jest minimalna. Oczywiście trudno jest twierdzić, że polskie władze podziemne mogły zapewnić bezpieczeństwo Żydom, ale w czasie wojny zdawano sobie sprawę ze stopnia zdziczenia obyczajów. Ci sami ludzie zapewne żyli nie tylko ze słabości Żydów, ale także Polaków. Wojna popsuła ludzi moralnie, to nie jest okres heroizmu. Dziś mówi się o heroizmie, ale równie dobrze można mówić, że to jest potwornie destrukcyjny okres dla moralności.

Heroizm cechuje jednostki, a nie masy.

My się teraz powołujemy na Armię Krajową, że wszyscy byli w AK, a to nieprawda. Oddziały zbrojne oczywiście były, ale tym nie można zasłonić obrazu rzeczywistości. Byli żołnierze, byli ci, którzy walczyli, ale większość ludzi chciała przeżyć i się do niczego nie mieszać. A część po prostu wykorzystywała tę sytuację. Warszawa była stolicą lewych interesów w Europie. Ale tego nikt nie opisuje, bo to nie pasuje do schematu historiozoficznego.

W Polsce, jako w jedynym z okupowanych krajów, za pomoc Żydom groziła kara śmierci, a mamy najwięcej sprawiedliwych wśród narodów świata. Mamy raporty o sytuacji Żydów, Karskiego, Pileckiego, jako pierwsze doniesienia…

Nic mi nie wiadomo o tym, by Pilecki pisał coś o Żydach.

A raport z Auschwitz?

No tak, ale to skądinąd było wiadomo. Pierwszy ważny raport był napisany przez trzech czeskich Żydów uciekinierów z obozu.

Ale mamy też piękną kartę w historii. Natomiast bardzo ciężko przyjmujemy krytykę. Słychać rozważania o odebraniu orderu Grossowi, propozycje karania za używania określenia “polskie obozy”, wiadomo że kłamliwego, ale…

Dlaczego kłamliwego? To prawdziwe określenie.

Przecież to nie były obozy zakładane przez Polaków.

Jan Karski, na którego pan się powołuje, używał tego określenia. To co, kłamał? Tak samo pisała Zofia Nałkowska, autorka największej książki o wojnie, czyli “Medalionów”. Ona używała tego określenia w kategoriach geograficznych i tu nikt nie ma wątpliwości. A teraz co? Karskiego skażemy na trzy lata więzienia, bo tak chce Ziobro? No bo taki należałoby wyciągnąć wniosek. Nie dajmy się zwariować. Nikt w Polsce, kto mówi o polskich obozach śmierci, nie ma na myśli tego, że to Polacy je zakładali, to jest jasne. To co, Obamę aresztujemy za to, że użył takiego określenia? No przecież to jest jakiś idiotyzm!

A odbieranie Grossowi orderu – to jest tak, jakby powiedzieć komuś, że może prowadzić dowolne badania naukowe, ale nie może się dotykać Żydów i relacji polsko-żydowskich w czasie wojny. To podstawowe zagrożenie dla wolności badań naukowych. I to jest absolutny dyshonor, że ktoś może coś takiego proponować.

Skąd więc te gwałtowne reakcje? Jesteśmy aż tak niepewni siebie?

Ten temat nigdy nie został porządnie obgadany. On jest gadany, o nim się wiele mówi i wiele pisze, ale to temat bardzo trudny. Mamy i piękne gesty, i złe gesty. Polacy chcieliby się wiedzieć wyłącznie jako pięknych i szlachetnych, ale to jest niezdawanie sobie sprawy z tego, że świat nie składa się tylko z ludzi pięknych i szlachetnych. To jest powrót do starego mitu, że Polacy to naród niewinny, że jest to naród, który nigdy nikogo nie skrzywdził, że Polacy zawsze byli ofiarami i nigdy nie czynili zła. A czynili jak każdy inny naród. To, że mają mniej zasług w czynieniu zła niż kilka sąsiednich narodów to na pewno, ale mieli też swoje ciemne strony.

A dzisiejszy antysemityzm? Pan sam się z nim spotkał i to nie tylko na ulicy. Janusz Palikot powiedział o panu “Śpiewak to pisowski strach jak u każdego Żyda! Trzeba to zrozumieć! I wybaczyć”.

I uważam, że to jest kompromitujące, ale Palikot jest antysemitą, takim małomiasteczkowym antysemitą. I może pan to napisać. No co ja mogę poradzić? To jest nieuleczalne, tak jak panu czy mnie wypadają włosy. No ja mam tak, a on ma tak. I niezależnie co zrobi, to tego antysemityzmu z siebie nie wyrzuci. Zresztą ja nie mam do niego pretensji, jest takim prymitywem i trudno.

Co bardziej dotyka: obelga na ulicy, oderwane od wszelkiego zrozumienia słowa Żyd, kibicowskie hasła na murach czy słowa Palikota?

Bardziej mnie boli ten Palikot, bo on się kreuje na liberała. Otwarty, światły, walczy o Gombrowicza, ale to wszystko lipa. Wspierał narodowo-katolickie pismo OZON, jak i równie chętnie zabierał się za liberalną ideologię. To jest facet, którego wiarygodność jest zerowa. Może był wiarygodny, gdy produkował Żołądkową Gorzką, ale nie była to jego receptura. To rzeczywiście jest dobra wódka, ale to nie jego zasługa. On był tylko fabrykantem.

Dla mnie zaskoczeniem było poszukiwanie żydowskich korzeni w rodzinie Andrzeja Dudy. Po liberalnych tygodnikach bym się tego nie spodziewał.

No właśnie, ci ludzie tacy są. Lubią przypisywać różnym ludziom antysemityzm, ale nie lubią, jak im się mówi, że przekroczyli granicę dobrego wychowania. Szczególnie naczelny “Newsweeka” jest tu takim przykładem.

A czy w dzisiejszej Polsce mogą się obudzić, jak to się określa, demony antysemityzmu?

Ale w Polsce jest antysemityzm. Jeżeli w Sejmie mamy silną grupę faszystów, ONR-owców, u Kukiza, którego język zresztą nie jest pozbawiony nacjonalistycznych haseł, no to mamy taką polityczną reprezentację i mamy młodzież, która na nich głosuje. I to nie są żarty. Nigdy nie wiadomo, kiedy Bóg, honor i ojczyzna, na które się tak powołują, każe im bić Żyda. Obcego już biją, jak ktoś ma orientalny wygląd, to trzeba mu przyłożyć. To już wolno, więc nie wiadomo kiedy będą bili Żyda. Tylko że Żydów już nie ma, więc nie bardzo jest kogo bić. Zresztą oni nawet pojęcia nie mają jak Żyd wygląda. Ale do bitki są już skorzy. I my będziemy za to płacili społecznie i politycznie. Bo obraz Polski będzie taki, jak chcą tego Rosjanie, czyli że to jest kraj, który do niczego się nie nadaję, że Polacy to nacjonaliści i antysemici. Jak Polsce zależy na takim obrazie w świecie i złym samopoczuciu, to idźmy w tę stronę.

Władzę na razie sprawuje Prawo i Sprawiedliwość. Czy taka eskalacja, o której pan mówi, może nam grozić pod rządami tej formacji?

Nie. Kaczyński na to nie pozwoli. Natomiast pod rządami Kukiza już tak. Groźniejsi są “kukizowcy” jako formacja polityczna niż PiS. Póki co PiS oko przymyka, ale tego nie popiera.

Pytam o PiS, bo tuż przed wyborami malowano obraz Kaczyńskiego w barwach brunatnych, a media mu sprzyjające porównywano np. do antysemickiej gadzinówki Der Stürmer.

Trwa walka z uchodźcami i to jest na razie główny temat. Nie lubimy obcych, czyli nie lubimy uchodźców. To jest taki syndrom zamykania Polski. Ja nie lubię tego syndromu, bo on nigdy żadnemu narodowi w historii nic dobrego nie przyniósł. W tym sensie mam w głowie taki alert, ale nie powiedziałbym, że PiS to są nacjonaliści.

Spójrzmy na antysemityzm szerzej. Nie wiem, czy pan profesor czytał “Uległość” Houellebecqa, który maluje wizję Francji pod rządami Bractwa Muzułmańskiego. W tej wizji Żydzi z obawy o swoje bezpieczeństwo zaczynają emigrować.

I już emigrują – bez wizji Houellebecqa.

Do tego zmierzam. Przytoczmy dane: 2013 – 3,300 wyjazdów do Izraela, 2014 – 7,200, w ubiegłym roku rekord – 7,765.

Musimy pamiętać o jednej rzeczy. Po pierwsze antysemityzm we Francji to produkt w dużej mierze islamu. Nie sądzę, by we Francji istniała jakaś szersza fala antysemityzmu pośród ludności post-chrześcijańskiej, żeby to już religijnie rozdzielić.

Poza starym Frontem Narodowym.

No tak, ojciec pani Le Pen to faktycznie straszny człowiek. Natomiast kwestią zasadniczą jest to, że ta wspólnota żydowska jest dosyć podzielona. Większą część wspólnoty stanowią Żydzi sefardyjscy z Maroka albo z Algierii, czyli z Afryki Północnej. I oni są o wiele bardziej tradycyjni i jednocześnie mniej zasymilowani. I są Żydzi aszkenazyjscy, czyli z Europy Środkowo-Wschodniej, którzy są zasymilowani od pokoleń. Można podejrzewać, że wyjeżdżają głównie sefardyjczycy, którym jest łatwiej, w sensie kulturowym, przenieść się do Izraela. Poza tym oni są bardziej przywiązani do tradycji, religii. W tym sensie zagrożenie dla nich i ich sposobu życia jest większe. Noszą kipy, otwarcie przestrzegają rytuałów. Tym samym są łatwym celem, bo łatwo ich rozpoznać.

A czy narracja islamistycznego antysemityzmu, bo chyba tak należałoby go określić, jest czymś, co może być nam znane z przedwojennej historii Europy?

Oni przejmowali pewne hitlerowskie wzorce. Wiemy, że po wojnie sporo hitlerowców znalazło się w Syrii czy w Egipcie. Nie chcę przesadzać z wpływem na kulturę, ale oni gdzieś tam są. Natomiast z całą pewnością ten antysemityzm w Egipcie, w Maroko czy w Algierii jest bardzo silny. Wiemy, że wszyscy Żydzi zostali wyrzuceni z Egiptu w 1956 roku, wyjechali z Tunezji, z Algierii. Większość stamtąd uciekała. A to znaczy, że mieli powody, żeby się bać. To jest trochę tak jak z Polakami. Polacy bardziej boją się Rosjan, niż ludzie z krajów, które są położone dalej od Rosji. Polacy znają Rosjan. A ci Żydzi z Afryki Północnej znają Arabów.

Czyli znając Arabów stamtąd, wiedzą czego się mogą spodziewać po nich tutaj?

Tak i to jest bardzo poważna konfrontacja. Nie sądzę, żeby to miało doprowadzić do Auschwitz, ale wystarczy, że przeniosą się do Francji te wzorce, które są teraz w Izraelu, czyli pojawią się jacyś nożownicy. Nie zdziwię się, gdy wtedy wyjazdów nie będzie już siedem tysięcy, a kilkadziesiąt tysięcy. A we Francji mieszka największa żydowska wspólnota w Europie.

I ona już została zaatakowana, choćby przy okazji zamachów na Charlie Hebdo. Klub Bataclan, jeszcze przed ostatnimi zamachami, też był celem ataków, a wówczas jego właścicielami byli Żydzi.

Jest to faktycznie bardzo poważna sprawa i wiele osób decyduje się na wyjazd. Zresztą chodząc po Izraelu, często słychać francuski. Jest to jeden z języków ulicy. Natomiast jest jeden problem. Ludzie się przywiązują do kultury francuskiej i nie jest łatwo im tak po prostu powiedzieć “adieu” i wyjechać. Poza tym Izrael jest trudnym krajem – tam jest dość ostra walka o byt. Żydzi wyjeżdżają, bo na razie w Izraelu jest bezpieczniej, ale to strasznie dużo kosztuje, w sensie moralnym i obyczajowym.

Jak więc zapobiegać tej, jak pan to nazwał, poważnej konfrontacji we Francji?

To jest bardzo złożony problem. Są próby zbudowania francuskiego islamu, przejęcia kontroli nad edukacją imamów, próby wprowadzenia kontroli policyjnej. Chce się zbudować taki specyficzny model religijności, który byłby zakorzeniony w Europie, ale to jest bardzo długi proces. Chyba musiałoby się stać coś bardzo strasznego, żeby coś się ruszyło.

Co takiego?

Większość muzułmanów, jak rozumiem, stanęła przeciwko terroryzmowi we Francji i to otwarcie. To było takie wydarzenie, które uświadomiło Arabom, że to nie jest sprawa jakichś przybłędów. Ci terroryści zdradzili ich własną kulturę i religię. Zrozumieli więc, że za te błędy płaci nie tylko 20 terrorystów i ich szejk, tylko cała kultura. Oni to widzą. Na tyle chyba są mądrzy.

To jest też problem wewnętrznej autoedukacji. Oni sami muszą coś z tym zrobić. Nie wystarczy kogoś nazwać terrorystą. Arabowie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie tkwi problem islamu.

Wróćmy do Shoah. Na początku powiedział pan, że o Holokauście mamy wiedzę ogólnikową. Jak zatem powinniśmy o zagładzie opowiadać? Pojawiają się już dzieła z pogranicza popkultury, z jednej strony “Bękarty Wojny” Tarantino, z drugiej “Maus” Spiegelmana czy niedawno przetłumaczony na polski komiks Michela Kichki “Drugie Pokolenie, czyli o czym nie powiedziałem swojemu ojcu”.

Ja sam nie wiem. Wyszedł teraz film “Syn Szawła”, który jest wstrząsającym obrazem, są filmy Holland: “W Ciemności” czy “Europa, Europa”. Filmów o tematyce żydowskiej jest dużo i one tworzą jakiś rodzaj wrażliwości, choć ja tych filmów nie lubię. Nie lubię fabuły o Holokauście, choć jest to jakiś rodzaj edukacji społecznej.

Natomiast to nie jest tylko pytanie o technikę przekazu, bo pan wskazuje tu na pewną metodę – jakim językiem i jakim obrazem się posługiwać. To, co jest najtrudniejsze i ja nie wiem jak to zrobić, to pokazać pewną rzecz: samotność tych ludzi, którzy ginęli. Niewiarygodną samotność ludzi, których prowadzą do gazu i ani sąsiedzi nie reagują, ani rządy, nawet podziemne, ani państwa alianckie, ani kościoły, nikt nie reaguje. Samotność ludzi, którzy są pozbawieni wszelkich narzędzi oporu. To jest najbardziej dramatyczne. I o tej samotności śmierci trzeba opowiadać. Ale ja nie wiem jak to zrobić.

A dlaczego nie lubi pan fabuły o Holokauście?

Bo to jest próba inscenizowania śmierci. Reżyser próbuje sobie wyobrazić, co czuje człowiek prowadzony na śmierć, co czuli ludzie zimą w kolumnie marszowej z Auschwitz. A przecież to jest absolutnie niemożliwe, żeby człowiek, który kręci film, to wiedział i rozumiał. Ingerencja w taki obszar rodzi poczucie, że nikt nie ma prawa tego robić.

Ale w ten sposób możemy budować tę wrażliwość.

Pan mówi o warstwie pedagogicznej, a w warstwie pedagogicznej kicz, byle wzruszający, będzie najlepszy. Był taki serial w latach 70. “Holocaust”. Kompletny kicz, ale dużo ludzi bardzo poruszył. No ale wówczas nie mówimy o sztuce. Obowiązuje nas pewna zasada, nie tylko w kwestii Holocaustu, że w pewnym momencie sztuka musi milczeć. Nie można zagadać wszystkiego, sztuka może nas gdzieś doprowadzić, ale nie może zagadać.

Bo poezja po Auschwitz jest niemożliwa?

Jak widzimy kogoś cierpiącego po śmierci najbliższych, to staramy się mieć dla niego ciepło, ale też nie możemy go zagadać. Musimy dać mu prawo do cierpienia.

Sprzedawca jabłek z Wilna

Foto: NAC Sprzedawca jabłek z Wilna

Rozumiem. Chciałbym jeszcze wrócić do albumu. Innym mottem są słowa Herberta, który napisał, że Polska bez Żydów i bez innych mniejszość Polską być przestała. Zastanówmy się, co by było, gdyby Hitler zginął w latach trzydziestych, podczas strzelaniny z komunistami, w drodze do Poczdamu na manifestację Hitlerjugend. Allan Bullock w “Studium Tyranii” opisuję taką scenę: wąska droga, ciężarówka z bojówkarzami komunistycznymi mija się z limuzyną z hitlerowcami. Czasy takie, że każdy przy boku ma pistolet, ale zamiast strzałów strony wymieniają jedynie wrogie spojrzenia i się rozjeżdżają. Gdyby ta scena rozegrała się inaczej, mogłoby nie dojść do wojny i tym samym do Holokaustu. Jak w takiej alternatywnej historii układałyby się stosunki polsko-żydowskie i jakim krajem byłaby dziś Polska? Zdaję sobie sprawę, że to mogą być karkołomne rozważania…

Nie, wcale nie karkołomne. Taka spekulacja jest potrzebna. Czytałem dużo gazet z lat 30. i mam wrażenie, że atmosfera w Polsce była potwornie wybuchowa. Była strasznie silna propaganda antysemicka, która objęła właściwie wszystkie warstwy społeczne i wszystkie partie, poza komunistami, bo nawet socjaliści zaczęli jej ulegać. Potworna presja. Ci Żydzi jak w pułapce, nie mają się dokąd wydostać. Palestyna zamknięta, Ameryka w dużej mierze zamknięta, na Zachód też ciężko, dramat. Do Związku Radzieckiego przecież nie uciekną. Co zrobić z trzema milionami ludzi?

Polacy nie byli też tacy, żeby zaraz zabijać. Do getta owszem, ale zabijać to nie. Gdyby to było tak, jak pan proponuje, oczywiście zakładam, że mogłaby się też poprawić koniunktura gospodarcza, ale moim zdaniem doszłoby do pogromu. Do jakichś wystąpień antyżydowskich by doszło. Za duże było ciśnienie, by do czegoś nie doszło. Oczywiście to nie znaczy, że trzy miliony ludzi by zabito – to nie było to samo, ale sytuacja była bardzo dramatyczna.

I byłoby tak, jak dzisiaj z Syrią. Oglądamy wiadomości – i mówimy, że to nie nasza sprawa. Niech Arabowie sobie to jakoś załatwią. Tak samo pewnie cały świat by patrzył na sytuację Żydów w Polsce. Polski problem, niech Polska sobie go załatwi. Przyjeżdżałyby tu komisje z Ameryki, z Anglii, z pomocą, z potępieniem, ale co z tego. Naprawdę byłoby niedobrze, byłoby gorąco. Polski rząd zresztą był też bardzo antyukraiński. W tamtym czasie polska klasa polityczna umiała sobie wyszukiwać wrogów. To umiała doskonale, ale to żadna sztuka. Sztuka to szukać przyjaciół.

Pesymistyczna wizja.

Pewnie po jakiś dwudziestu latach to by się unormowało. No i miliony istnień ludzkich by ocalało. Natomiast jestem przekonany, że Polska byłaby w trudnej sytuacji. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie doszłoby do strasznego rozlewu krwi, że np. żydowscy tragarze w końcu chwyciliby za pały i zaczęli lać narodowców tak, jak w ’40 roku w Warszawie.

To jedyny scenariusz? To ciśnienie nie uległoby jakiemuś rozładowaniu?

Jednocześnie dokonywał się drugi proces, czyli proces spolszczenia Żydów. Był obowiązek szkolny, wszystkie dzieci żydowskie chodziły do polskich szkół, wychowywały się do polskiej kultury i literatury. Więc z jednej strony antysemityzm i izolacja, a z drugiej akulturacja. Te dwa procesy rozwijałyby się naraz.

Ale jest też dalszy ciąg. Jeżeli pan kończy szkołę i nie może pan pójść na uniwersytet, a ma pan tego chce, rodzi się u pana straszna frustracja. A skąd się brało silne poparcie dla lewicy u żydowskiej inteligencji? Bo oni mieli zablokowany awans. Nie mogli pracować dla państwa – nie było miejsca dla Żydów w administracji państwowej, nie było miejsca dla Żydów w policji, w wojsku, na kolei, na poczcie. A ludzie wykształceni chcą mieć pracę, rodziny i dzieci, nie chcą rewolucji.

Wolą święty spokój.

Właśnie. Ludzie są popychani do radykalnych zachowań, bo nie mają innej możliwości.

To taki miecz obosieczny. Najpierw się daną grupę dyskryminuje, następnie ona się radykalizuje…

A potem się mówi – patrzcie, radykałowie. Pomieszanie przyczyn ze skutkiem. Największa część Żydów przed wojną wspierała radykalne ruchy żydowskie, ruchy prawicy żydowskiej. Na ulicy żydowskiej to prawica była bardzo silna. Ludzie z Betaru, bardzo radykalni, którzy chcieli się zbroić i jechać na Palestynę. W czym zresztą pomagał im rząd polski.

Cały czas szukam odpowiedzi na pytanie, jakim krajem byśmy byli dziś, mając mniejszości.

Załóżmy więc, że Holokaust się wydarzył, a po wojnie mamy ponad 200 tysięcy Żydów. Dzieci dorastają, rodzą dzieci, więc to by była całkiem spora wspólnota, z całkiem inną tradycją, inną kulturą, innymi nawyki. Ale dzięki Hitlerowi i polityce polskiej, Polska stała się krajem “judenfrei”. W Polsce nie ma już Żydów. Są jednostki, ale wspólnoty żydowskiej już nie ma.

Ładniejszym byśmy byli krajem, gdyby ta wspólnota nadal była?

Żwawszym! Ilu laureatów nagrody Nobla z Polski to są Żydzi? Wspaniali architekci, malarze, rzeźbiarze, poeci. To niewiarygodne, jakie zasoby kulturowe zostały stracone. A co wynika ze spotkania kultur? To tak jak ludzie z niższych warstw społecznych muszą być bardziej dynamiczni, żeby awansować. Chłopak ze wsi ma o wiele więcej do zrobienia, by stać się inteligentem niż syn inteligenta. Tym samym jest on o wiele twardszy. Taką samą pracę muszą wykonać ludzie, którzy są z niższych warstw kulturowych – więc też muszą być twardzi. A to całkowicie zmienia kulturę. Myślę, że to byłoby bardzo fajne.

A pana ulubione zdjęcie z albumu?

Luboml. Taki długi dom targowy, gdzie stoją sprzedawcy. Każdy jest inaczej ubrany, są Żydzi tradycyjni, ci nowocześni, kobiety, mężczyźni, wszyscy coś tam wystawiają i nie ma żadnego ruchu. Nie ma żadnego handlu. Mieszka tam ponad 80 proc Żydów, więc kto ma kupować? Polscy chłopi byli za biedni.

Mnie najbardziej zapadły w pamięć zdjęcia studentów, ludzi niewiele młodszych ode mnie, zwykłe fotografie, czy to ze spaceru, czy z basenu. Ale to data wykonania nadaje im nowe znaczenie, rok 1933, 1937…

Tam jest taka piękna poetka, Zuzanna Ginczanka. Kurczę, ile tych pięknych kobiet zginęło…


Dziękuję Leszkowi Dulikowi, współautorowi albumu za udostępnienie zdjęć. Album “Świat Utracony. Żydzi polscy” ukazał się nakładem wydawnictwa Boni Libri i Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Chcesz podyskutować z autorem wywiadu? Wyślij wiadomość na adres bartosz.rumienczyk@grupaonet.pl


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com