Archive | 2017/01/21

Mój rabin

Mój rabin

Zuzanna Radzik


To chyba dziś, ale nagle nie jestem pewna. Przegrzebuję nerwowo szuflady, żeby między rentgenem kota, starymi legitymacjami i indeksami znaleźć stary paszport. Zgadza się, dziś mija dziesięć lat od czasu, gdy rabin prof. Michael Signer zamieszał w moim życiu. Dokładniej dziesięć lat od chwili, gdy dotłukłam się autobusem z wielką walizką do South Bend w stanie Indiana, by studiować pod jego kierunkiem. Mój rabin, zawsze tak o nim mówiłam i mówię do dziś. W te parę miesięcy pootwierał przede mną tyle światów.

Pierwszy raz spotkaliśmy się w Krakowie, gdzie współorganizował seminarium chrześcijańsko-żydowskie dla studentów teologii i szkół rabinicznych z Polski, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Z przejęcia, ale też dlatego, że niespecjalnie przykładałam się do nauki w liceum, ledwo mówiłam po angielsku. Z pewnością nie na tyle, by opowiedzieć mu wszystko to chciałam, by być partnerką do rozmowy jaką chciałabym z nim odbyć. Wykorzystywałam każdą okazję, by go słuchać, polowałam na miejsce przy jego stoliku każdego ranka przy śniadaniu. Kiedy była okazja, cierpliwie słuchał, choć był nas tam tłum.

Był jednym z czterech autorów deklaracji rabinów na temat chrześcijaństwa, słynnego Dabru Emet, które ukazało się zaledwie trzy lata wcześniej, w 2000 r.. Deklarację współtworzył po latach zaangażowania w dialog chrześcijańsko-żydowski, wspólnych dni skupienia, formacyjnych spotkań seminarzystów i studentów rabinicznych, dialogów księży z rabinami. Zainteresowanie średniowieczną interpretacją Pisma Świętego pchnęło go jako młodego rabina do dalszych studiów, a te odbył w Toronto pod kierunkiem o. Leonarda Boyle OP. To było jego wprowadzenie w dialog chrześcijańsko-żydowski i na poziomie osobistej relacji w profesorem i naukowo, bo zajmował się tym jak średniowieczne interpretacje Pisma świętego przez chrześcijan i żydów są od siebie zależne, splątane wzajemnymi wpływami i polemikami. Ostatecznie doktorat pisał o Hugonie od Świętego Wiktora. Z czasem, z kalifornijskiej uczelni rabinicznej przeniósł się do zimnej Indiany (jego żona wciąż nie mogła uwierzyć, jak to się stało, że wylądowali na tej wsi) i został jedynym rabinem pracującym na wydziale teologii na bardzo katolickim Uniwersytecie Notre Dame. Tam również brał pod swoje skrzydła i tych, którzy zajmowali się podobną tematyką, jak i nas, których zajmowały współczesne relacje chrześcijańsko-żydowskie. Starał się stwarzać jak najwięcej okazji by chrześcijańscy i żydowscy teologowie musieli zaangażować się w dialog twarzą w twarz, a nie tylko pisząc artykuły.

Seminaria dla młodych chrześcijańskich i żydowskich adeptów teologii starał się organizować co dwa lata. Dzięki temu po Krakowie spotkaliśmy się znów w Norymberdze. Z językiem szło mi dużo lepiej i tak samo nie odstępowałam go na krok. Oprócz tego, że był słynnym w chrześcijańsko-żydowskich kręgach profesorem, był też ciepłym, roześmianym człowiekiem. Kiedy cię słuchał, wydawało się że świat wokół nie istnieje. Żydowsko-niemieckim pojednaniem w wymiarze religijnym zajmował się od lat, spotykając się z grupą niemieckich teologów i księży. W Norymberdze przyglądałam się uważnie jego przyjaźni z ks. Hanspeterem Heinzem, zbudowanej na latach trudnych i ważnych rozmów. Czuć było, że dla obu fundamentem jest wiara, bliskość jaka ich łączyła niewiele bez tego znaczyła.

Kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy, dopiero skończyłam pierwszy rok studiów, do Norynbergi przyjechałam zaś z tematem i szkicem bibliografii do pracy magisterskiej. Chciałam, żeby powiedział, co z tego warto kupić, bo nic nie było dostępne w polskich bibliotekach. Kupić? – zdziwił się. To zupełnie bez sensu, najłatwiej będzie jak do nas przyjedziesz, mamy wspaniałą bibliotekę. Wykpiłam ten pomysł, bo jak niby i za co, ale on poprosił, żeby dać mu trochę czasu na zastanowienie się, jak to zorganizować. Był cudowny, ale roztrzepany. To jego żona Betty przekuwała mistrzowsko jego wizje w twardy logistyczny plan. Dlatego znajomi radzili, żebym się nie przywiązywała do myśli, że to załatwi. Najpewniej już zapomniał, mówili studząc moje nadzieje. Jednak pół roku później jego sekretarka wysłała maila z pytaniem, czy chcę przyjechać na semestr czy na dwa, bo właśnie wypełnia moje wnioski wizowe. Wszystko było gotowe.

I tak dziesięć lat temu wylądowałam na pięknym kampusie, sąsiadującym z małym nudnym miasteczkiem w płaskiej jak stół Indianie, żeby studiować pod jego kierunkiem. Na cotygodniowe spotkanie w jego gabinecie wpadałam z zeszytem zapisanym notatkami i pytaniami, a wychodziłam z torbami książek do przeczytania. Wracałam znów, oszołomiona lekturami które zadał. „Czemu nikt mi nie powiedział do tej pory, że można tak czytać św. Pawła” – mówiłam podekscytowana, a on uśmiechając się zdejmował z półki kolejne pozycje. To był gorączkowy czas, zachłanny. Siedziałam w bibliotece, aż zamykali późną nocą, nawet w niedziele. Zasypiałam wcześnie zmęczona nadmiarem lektur w obcym języku. Na zajęciach kazał nam prowadzić dzienniczek refleksji na temat lektur, który sprawdzał co miesiąc. Mam do dziś jego długie komentarze do moich nieporadnych refleksji. Do dziś mam też w pudłach kserówki książek z jego podkreśleniami i segregator z wystąpieniami na zamkniętej watykańskiej konferencji, których mieć nie powinnam, ale wiedział, że ten temat chrystologii w kontekście dialogu bardzo mnie interesuje. Dziś jego wykrzykniki i komentarze na marginesach są bezcenne.

Nie był jednak tylko profesorem. Śmiali się z Betty, że mnie adoptowali i mają nadzieję, że moi rodzice nie mają nic przeciwko temu. Jeździłyśmy z Betty na Farmers Market prowadząc niekończące się rozmowy o zdrowym żywieniu, zgarniali mnie po zajęciach na sushi i w weekend na naleśniki. Chodziliśmy do kina i pubu, a kiedy odprowadzałam go na parking popołudniami po zajęciach cierpliwie wysłuchiwał moich szczeniackich rozważań, co dalej robić w życiu, kim być, czego chcę i co mogę. Cały on, który cierpliwością i pasją formował studentów. Jego żona wielokrotnie podkreślała, że zamiast tego powinien więcej pisać, ale machał ręką, bo uważał, że studenci są ważniejsi od pisania książek. Korzystałam z jego czasu i uwagi bezwstydnie.

Wiedział, że prawdziwy dialog międzyreligijny robią między sobą ludzie wierzący. Nie zapomnę, kiedy oprowadzając mnie po wydziale zaprowadził do kaplicy mówiąc: tu będziesz codziennie, msza jest odprawiana w południe. Właściwie zawstydziło mnie, że zakłada, że bywam na mszy codziennie. To nie było akurat prawdą. Choć faktycznie, w intelektualno-duchowej ekscytacji jaka mi towarzyszyła w tych miesiącach, kaplica stała się ważnym adresem. Pamiętam też inny moment, pewnie podczas którejś z serii rozmów o dialogu chrześcijańsko-żydowski jako takim. Powiedział jakoś nagle i bardzo, bardzo poważnie, że przychodzą czasem w dialogu momenty wielkiej fascynacji tą drugą tradycją, ale żeby nigdy przenigdy nie przeszła mi przez myśl konwersja. Masz wiedzieć skąd przychodzisz, stamtąd czerpać. Nie wiem czy czymś wtedy zasłużyłam na taką przestrogę, czy po prostu postanowił podzielić się radą na życie. Jednak sposób w jaki to powiedział sprawił, że pamiętam to do dziś.

Gdy nasz wspólny czas studiowania zbliżał się do końca, przedstawił mnie gościnnie wykładającej izraelskiej profesorce jako swoją studentkę, która za rok będzie studiowała w Jerozolimie. – Co takiego? Musimy porozmawiać – chrząknęłam i odciągnęłam go na bok. – A, no właśnie, zapomniałem ci powiedzieć, uważam że to świetny pomysł. Przyjdź jutro, to pogadamy – odpowiedział niedbale. Przyszłam, ale byłam zła, nie chciałam tam jechać, mieszkać ani studiować. Marzyłam o prestiżowym angielskim programie o relacjach chrześcijańsko-żydowskich. Michael zachęcał, pokazywał jaki ciekawy program czeka na mnie w Jerozolimie, że będę mogła postudiować wszystko, o co go tu tak nerwowo wypytuję. – Relacje chrześcijańsko-żydowskie w antyku, przecież ciągle do tego wracamy w naszych rozmowach – przekonywał. Wreszcie nieco zniecierpliwiony spojrzał pobłażliwie ale jakoś belfersko i stwierdził, że przecież mnie zna i nie nadaję się na te brytyjskie studia, bo nie usiedzę w bibliotece. A skoro nie usiedzę, to on chciałby, żebym poza nią była otoczona przez żydowski świat, język hebrajski, Jerozolimę, różnorodność synagog. Żeby to nie były tylko studia, ale pakiet doświadczeń. Uległam, bo w końcu relacja mistrz uczeń zobowiązuje, ale też nie wierzyłam, że się uda. Do dziś podejrzewam, że to jego rekomendacja (cokolwiek w niej było) otworzyła mi drzwi Uniwersytetu Hebrajskiego. Dwa lata później, gdy przekażę swojemu kierownikowi studiów, że Michael jest umierający, będziemy przytuleni razem płakać w korytarzu.

Zdążyliśmy jeszcze pojechać na jedno wspólne seminarium do Lublina. Tydzień później wylatywałam do Jerozolimy, gdzie nie znałam nikogo. Przykazali jerozolimskim uczestnikom, że mają się mną opiekować. Pogrozili, że przyjadą sprawdzić czy się wywiązali. W nikim nie miałam na początku pobytu takiego oparcia, od wspólnych szabatów i świąt po żyrowanie wynajmu mieszkania. Zaraz po jego śmierci biegłam na ich kampus, wiedząc że zrozumieją, co teraz czuję. Tego dnia Benji poprosił, żebym z nim ubrała po modlitwie zwój Tory, a kolegom studentom szkoły rabinicznej wyjaśnił, że dziś jesteśmy we wspólnej żałobie i nie znajduje lepszego gestu na to, żeby wyrazić ile znaczył dla nas Michael i co nas połączyło.

Nie znosiłam z początku nauki hebrajskiego, ale widziałam jak go cieszyło, że już coś umiem i że nie mówi ale uważa, że powinnam już dawno mówić płynnej i rozumieć więcej. Parę miesięcy później okazało się, że jest ciężko chory. Przemogłam niechęć do języka i ucząc się głownie dlatego, że on tego chciał.

Nie mamy właściwie wspólnych zdjęć, bo miało być jeszcze tyle okazji. Żegnaliśmy się zawsze niedbale, krótki uścisk i „no to cześć,” bo jakoś nie znosiliśmy celebrowania i przedłużania tych rozstań. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni Betty opowiadała mi film (ten sam, po raz kolejny) a my patrzyliśmy co jakiś czas na siebie jakby potwierdzając, że spokojnie, przecież się jeszcze nagadamy.

Na krótko byłam tylko jedną z wielu jego studentów, ale dał mi w tym czasie więcej niż mogłam przyjąć i zrozumieć. 10 stycznia, dzień rocznicy jego śmierci, zbyt ściska gardło. Dziś jednak mamy rocznicę radosną, początku krótkiej, wspólnej przygody, która radykalnie zmieniła moje życie. Niech go moja niezmierna wdzięczność otula tam, gdzie teraz jest.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Bernard-Henri Lévy: A calling to see – and write about – the truth

Bernard-Henri Lévy: A calling to see — and write about — the truth

Jonathan Kirsch


Portrait of Bernard-Henri Levy.Portrait of Bernard-Henri Levy.

The peripatetic philosopher Bernard-Henri Lévy was en route from Iraq to his home in Paris when the Journal caught up with him by phone during a stopover in Morocco and spoke about a wide range of topics, from the election of Donald Trump to the successes of Zionism.

The author of the recently released “The Genius of Judaism” has a conversational style that is somewhat less charged-up than his prose, but he displays the same command of history, politics and literature — and the same urgent moral concern — that characterize his published work.

Lévy is now here in Los Angeles, where he will appear in conversation with Rabbi David Wolpe at Wilshire Boulevard Temple, 3663 Wilshire Blvd., at 7:30 p.m. Jan. 15. The free public event is co-sponsored by the Jerome N. Tober Fund in association with the United States Holocaust Museum and the USC Casden Institute. For more information, visit wbtla.org/bhl.

JONATHAN KIRSCH: Many of us over here in America are unsettled about the election of Donald Trump. Some of us are in despair. What is your view of the upcoming Trump presidency?

BERNARD-HENRI LÉVY: One has to be deeply concerned as an American but also as a Jew in America. The Trump campaign reopened the gates of an old-fashioned anti-Semitism, not only from the extreme right but even more so within the mainstream. And I feel that a paradoxical effect of the Trump victory is that it might give new leverage to leftist anti-Semitism. My fear today is that the Jews could be taken between the jaws of both rightist and leftist anti-Semitism. We have seen the same situation in France and in Europe. I pray [to] God that it does not happen in America, which has been, for so many decades, a safe haven for Jews.

JK: In recent months and years, Americans have been more aware than usual about election results in Europe, including England, France, Austria and Hungary. We hear a lot about the resurgence of the far right in these countries. Do you share these anxieties?

BHL: I am concerned about populism in general, which can be right-wing or left-wing. Populism is an idea that the people are an embodiment of the truth, and it expels from its body those regarded as marginal — it may be foreigners, it may be the so-called elites and it may be the Jews.

JK: During the recent U.S. elections, much was said about whether or not to use the phrase “radical Islamic terrorism.” Donald Trump criticized President Barack Obama and Hillary Clinton for declining to even utter the phrase. As a man for whom language matters, what do you say about the debate over that phrase?

BHL: You have to call evil by its name. Albert Camus said that when you don’t call evil by its proper name, you increase the suffering in in the world. One of the ruses of the Devil is to disguise himself under a name that is not his own. “Radical Islam” means two things. One: This terrorism has something to do with Islam. Two: This Islam is not normal Islam, it is not mainstream Islam, but it is a special sort of Islam that is a caricature of Islam. If we say that the terror we have seen from Paris to Brussels to the United States has nothing to do with Islam, it is a fault: Obama is wrong when he declines to utter these words. But Trump is also wrong when he says Islam is radical in itself and that terrorism is always Islamic. Believers in democratic values have to be strong enough to navigate between these two points of view.

JK: Israel in the ’40s and ’50s was widely seen around the world as an experiment that had succeeded. Nowadays, and regretfully, Israel is seen very differently. What do you see as the successes and failures of Zionism?

BHL: If you take the big picture, and if you are honest, you cannot but admit that Zionism is a success. Look at the problem of multiethnicity, a problem on which we — Europeans and Americans — are breaking our teeth. Israel is a rare case of a multiethnic democracy that is working well. It’s an old political question: How can you make a democracy when you start from ground zero? From Day One until today, Israelis have come from all over the world — including places where democratic values were defeated such as Nazi Germany, the Soviet Union and the Muslim countries. But the social link, in Israel, is solid. One of the biggest challenges in a democracy is how it deals with war; we know it in France after Charlie Hebdo and you know it in America after 9/11. Very often, democracies take some liberties with liberty in times of war. Israel has been at war since the birth of the state, and the democracy has prevailed.

JK: Do you share the conventional wisdom in many circles that the two-state solution is a dead letter?

BHL: I know the idea is weak today, but it is the only solution. I don’t see what the alternative could be. I don’t want Israel to be one state with two peoples. I don’t want Israel to have a majority of non-Jewish citizens. And I don’t want an apartheid regime. Without a two-state solution, the dream of [Theodor] Herzl will disappear. If someone knows another solution, I would be happy to know what it is.

JK: Americans live in a culture of celebrity, but I cannot think of a philosopher who has achieved the fame that you enjoy in France. Even your most intimate, personal relationships are the subject of reporting, rumor and speculation. Does that detract from the seriousness of the message you seek to deliver to the world as a writer, a philosopher, a man of conscience?

BHL: In a way, celebrity helps, and in another way, it overshadows the message. But I don’t think too much about it. I think of doing my duty. I think of telling the truth. Today, I think of expressing my rage at what is happening in Aleppo — as a European, as a Westerner and as a Jew. Beyond that, whether my character and my personality helps me or blocks me in conveying the message, I cannot say and I don’t care so much.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Jerusalem hip hop opera shimmies into English

Rap and ‘The City’: Jerusalem hip hop opera shimmies into English

JESSICA STEINBERG


Performers were booted out of the Edinburgh Fringe Festival in 2014 for being Israeli

Bogart- and Jay Z-inspired rapid-fire Hebrew favorite to be staged in translation on February 14, sponsored by The Times of Israel

The City,' a rap-driven show with hip-hop rhythms by The Victor Jackson Show ensemble, will be performed in English on February 14, 2017 (Yudan Abadi)The City,’ a rap-driven show with hip-hop rhythms by The Victor Jackson Show ensemble, will be performed in English on February 14, 2017 (Yudan Abadi)

The City,” a darkly funny Hebrew rap opera from the Victor Jackson Show ensemble, has always required more than one viewing in order to fully understand its rapid-fire dialogue, wry repartee and songs. That’s true, even for native Hebrew speakers. The play tells a classic noir tale of private detective Joe meeting a mysterious woman who convinces him to investigate her sister’s strange disappearance.

Now the homegrown Jerusalem troupe will be performing “The City” in English on February 14, a treat for those who may not catch all the nuances of the Hebrew version.

Not to worry, it still works in English.

“In Hebrew, there’s all the references to Hebrew culture,” said Amit Ulman, who plays Joe and is one of the three members of The Victor Jackson Show acting ensemble who created “The City.” “So in English, it’s a little different, but the same idea. The language itself is a little more distant for us, but actually closer to the genre of what we’re doing.”

“The City,” a story of small-town detectives, lust and possible murder, is told via fast-paced dialogue of rap, hip-hop, beat boxing and musical-style singing. It is clearly inspired by 1940s Humphrey Bogart-style films, with more than a little of Jay Z thrown in for good measure.

Performed on a spare stage, furnished with a desk and a chair, “The City” is punctuated by the steady musical accompaniment of its troubadour, Omer Mor. Seated at the back, he is sometimes joined by his fellow performers on piano or drum — er, possibly an upside-down plastic tub or metal bin.

It’s a show that requires rapt attention if you want to understand every word and absorb its many nuances.

There’s one song made up of bits and pieces of well-known Israeli lyrics, another bit that scoffs at the intricacies of singular and plural nouns in the Hebrew language, and, throughout the play, the continual use of language and idioms familiar from Israeli life.

The February 14 English production won’t be the first, as the ensemble is regularly invited to perform it in festivals worldwide, and has performed it in English in Israel several times.

The three headlining members of The Victor Jackson Show ensemble ( Courtesy)The three headlining members of The Victor Jackson Show ensemble (Courtesy)

read more: Rap and ‘The City’: Jerusalem hip hop opera shimmies into English


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com