Archive | 2018/02/10

ŻYDOWSKA OPOWIEŚĆ NIE MUSI KRZEPIĆ POLSKICH SERC

KrytykaPolityczna.pl
ŻYDOWSKA OPOWIEŚĆ NIE MUSI KRZEPIĆ POLSKICH SERC

LUDWIKA WŁODEK


LUDWIKA WŁODEK

Polskie i żydowskie opowieści o Zagładzie się różnią. Polacy opowiadają więcej o tych, co ratowali i pomagali. Żydzi o tych, co szantażowali i wydawali. Nie wynika to ze złej woli żadnej ze stron, a z różnicy perspektyw.

Dopóki Polacy nie wysłuchają, co na temat Holokaustu mają do opowiedzenia ocaleni Żydzi, i nie zaakceptują, że w ich wspomnieniach jest więcej złych niż dobrych Polaków, nie wyjdziemy poza licytowanie się, kto bardziej ucierpiał i poza frazesy o karze śmierci za ratowanie Żydów, względnie o Żydach gremialnie witających Sowietów – najpierw w 1939 a potem na przełomie lat 1944-45.

Polskie i żydowskie opowieści o Zagładzie się różnią. Polacy opowiadają więcej o tych, co ratowali i pomagali. Żydzi o tych, co szantażowali i wydawali. Nie wynika to ze złej woli żadnej ze stron, a z różnicy perspektyw.

Dobitnie to zrozumiałam na przykładzie losów Bogdana Wojdowskiego. Był polskim pisarzem żydowskiego pochodzenia, choć sam, pod koniec życia gorzko zauważał, że raczej po prostu Żydem urodzonym w Polsce. Był też najlepszym, najbardziej przejmującym kronikarzem warszawskiego getta (Chleb rzucony umarłym) i żydowskich wojennych losów. A prywatnie mężem mojej babci Marii Iwaszkiewicz-Wojdowskiej.

Kiedy żył, byłam za młoda, albo za głupia, żeby rozmawiać z nim o Zagładzie. W ogóle miałam z nim mało kontaktu. Pamiętam go milczącego, zamkniętego w sobie, w charakterystycznym rozpinanym wełnianym swetrze i przydeptanych na piętach skórzanych kapciach. Z pożółkłymi od nikotyny palcami i wielkimi czarnymi oczami schowanymi za okularami w grubych rogowych oprawkach. Kiedy przychodziłam do babci, najczęściej siedział zamknięty w swoim pokoju. Wiedziałam, że jest Żydem ocalałym z Holokaustu, ale przez co przeszedł, mało mnie wówczas obchodziło; szczerze mówiąc, w ogóle nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero gdy w kwietniu 1994 roku popełnił samobójstwo, wieszając się na karniszu w tym swoim i babci ursynowskim mieszkaniu, w czasie kiedy moja babcia na chwilę wyszła z domu, dotarło do mnie, że musiał przebrnąć przez koszmar, który prześladował go potem cale życie. Babcia zawsze powtarzała, że zabił go Holocaust.

Trochę po to, by się dowiedzieć, jak to się stało, w maturalnej klasie przeczytałam jego 7 opowiadań. Była to najbardziej wstrząsająca, zapadająca w pamięć i gorzka lektura w moim ówczesnym życiu. Nie chciałam dowiadywać się więcej. Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie pt. Ścieżka, o dziewczynce ukrywającej się na wsi. Na wsi, gdzie części mieszkańców bardziej niż to, że półnagie dzieci plączą się po okolicznych zagajnikach, przeszkadzało to, że krowy im się na widok takiej „Żydowicy” zlękły.

Nie byłam z antysemickiej rodziny (wręcz przeciwnie), nie zostałam wychowana w żadnym kulcie bohaterstwa narodu polskiego. I tak jednak wolałam wtedy wrócić do opowieści z powstania warszawskiego, o tym, jak to Baczyński ramię w ramię z innym dzielnymi chłopcami Polakami walczyli o wolną Polskę. Żydowskość Baczyńskiego – choć wiedziałam na przykład, że jego wiersz Byłeś jak wielkie stare drzewo, pisany w kwietniu 1943 roku, dotyczył Żydów, nie Polaków – wydawała mi się marginalną ciekawostką.

Z kolei z opowieści rodzinnych wolałam słuchać, jak moi pradziadkowie Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie ratowali Żydów. To były lepsze historie niż te strasznie smutne opowiadania Bogdana, od których robiło się zimno w środku. W mojej rodzinie nigdy nie ukrywało się istnienia szmalcowników czy Polaków wykradających pożydowskie mienie współobywateli. Ani moi dziadkowie, ani rodzice, ani nikt z mojej najbliższej rodziny nie miał złudzeń co do tego, jak w przedwojennej Polsce traktowano Żydów i czego oni doświadczali od swoich współobywateli w czasie wojny. Stosunkowo wcześnie dowiedziałam się też o powojennych pogromach, stale w moim domu obecne były historie z Marca ‘68. Mimo to więcej słyszałam i także, a może przede wszystkim, więcej pytałam o Polaków ratujących Żydów niż o tych przyczyniających się do ich zagłady.

Wydaje mi się, że nam, Polakom, po prostu łatwiej się mówi o ratowaniu niż o działaniu na zgubę. Kilka już ładnych temu, na zamówienie tworzącego się wówczas Muzeum Historii Żydów Polskich zrobiłam wywiad z moją babcią. Na stronę „Historie pomocy”, gdzie takie właśnie opowieści o dobrych Polakach miały być gromadzone.

Babcia opowiedziała mi wtedy nie tylko o swoich rodzicach, ale o całym otoczeniu, którego współpraca, czy chociaż życzliwa obojętność była konieczna, żeby ratowanie się powiodło (w narracji polskiej to jest tych słynnych dziesięciu Polaków stojących za jednym uratowanym).

Mówiąc o losach samego Bogdana, wspomniała o siostrach Jadwidze i Wandzie Koszutskich, które bardzo pomogły jemu i jego siostrze. Mówiąc o działalności swoich rodziców, wspomniała na przykład o Włodzimierzu Sudzickim, urzędniku z Brwinowa, który pił wódkę z Niemcami, żeby załatwiać stempel gapy – niemieckiego orła – na fałszywych dokumentach dla Żydów, którym mieszkania znajdowała moja prababcia. Mówiła też o gospodarzu, niejakim panu Szucie, u którego pradziadkowie załatwili mieszkanie dla dwojga żydowskich staruszków, państwa Muszkatów. „Niby taki szaławiła, pijaczek – mówiła babcia – a tak pokochał starego Muszkata, że traktował go jak rodzinę. Jego dzieci mówiły do Muszkata dziadku”.

Opowiadała także o Gajewskim, kuzynie swojego pierwszego męża, czyli mojego dziadka, który był „utracjusz, pijak. Ludzie nawet mówili, że oszukuje w karty”. Ale jak którejś nocy zadzwonił do niego ukrywający się Kazimierz Brandys, Gajewski go przyjął z otwartymi ramionami: „Kaziu! Cudownie, że się domyśliłeś, że ja nie mam z kim napić się wódki. Chodź, zaraz się napijemy, zrobimy kanapki”. „Tego wieczora Brandys miał po raz pierwszy od dawna uczucie, że jest gościem mile widzianym, że wódeczka, że to, że śmo…” – tłumaczyła mi babcia. Wspomniała nawet o służącym ze Stawiska: „Od bramy szła pani Nowicka. Ten służący zawsze był dla niej wyjątkowo uprzejmy, jak tylko przyszła dawał jej kanapkę, proponował herbatę. Gdy tak staliśmy obserwując ją nadchodzącą, powiedział do mnie: – głupie te Niemce, oj głupie, wystarczy na te nogi popatrzyć. Był prostym człowiekiem, doskonale zdawał sobie sprawę kim Nowicka jest, mimo to mogła się u nas czuć bezpieczna”.

Ci wszyscy dobrzy Polacy z opowiadania mojej babci mieli twarze, nazwiska albo przynajmniej funkcje. Można ich łatwo zapamiętać. I aż chce się pamiętać oczywiście.

Niestety w żydowskich historiach, opowiadanych przez samych Żydów ocalałych z Zagłady, jest też mnóstwo innych Polaków. W tekstach pisanych przez samego Wojdowskiego są ich całe tabuny. Na przykład w opowiadaniu Najniższa cena, którego długo nie znałam, ale którego fragmenty są bardzo często przytaczane w naukowych opracowaniach o Zagładzie (na przykład u Aliny Molisak czy u Joanny Tokarskiej-Bakir).

Był niższy i młodszy ode mnie, mogłem sobie pozwolić na stanowczość. Zawsze byłem stanowczy wobec niższych i mniejszych od siebie. Miałem trzynaście lat i obycie z warszawską ulicą, któremu ufałem. I o ile pamiętam, niezbyt wiele w kieszeni. Nie stać mnie było na to, żeby opłacać każde swoje przejście miastem.
Mały wsunął dwa palce pod zęby i przeraźliwie gwizdnął.
Jakaś kobieta o pociągającej nalanej twarzy zatrzymała się i okazała swoje litościwe serce dziecku.
– Czemu go bijesz, tego małego? – natarła z gniewem.
– Ale słowo pani daję, że go nie ruszyłem. Sam się przyplątał. 
– A toś ty taki!
– Jaki, proszę pani? – brnąłem dalej.
– Żebym ci nie powiedziała – zagroziła kobieta.
– Niech pani nie mówi – poprosiłem.
Nie wiem, czemu to powiedziałem; wyrwało mi się czy nie chciałem tego słowa usłyszeć na ulicy z jej ust.
– Nie zdążyli was jeszcze wytłuc – powiedziała okrężnie i zmiażdżyła mnie wzrokiem, w którym kryły się uczucia święte, natchniona nienawiść.

Chlebie rzuconym umarłym Bogdan pisał o zgrajach dzieciaków wyczekujących na Żydów w okolicach getta:

Skoro tylko dojrzeli w tłumie ścierpłą, ciemną od strachu twarz, zaraz biegli za jej właścicielem i wołali „Szapiro, daj na szmalec” albo krótko „Szmalec!” Wzrok i węch nie myliły ich nigdy. Tropili swoją zwierzynę zajadle i cierpliwie. (…) W okresie masowej deportacji i masowych ucieczek na tę stronę siadali stadkami na chodniku pod murem i godzinami nie ruszali się z miejsca. Zwierzyna przychodziła sama.

Taką literaturę w PRL-u, a także po jego upadku, w III RP, mało kto czytał. W każdej książce czy filmie o wojnie był jeden szmalcownik, jakiś łajdak, którego i tak nikt nie szanował, a wszyscy pozostali bohaterowie z oburzeniem potępiali. W mainstreamowych mediach, w publicznych dyskusjach, ci „źli Polacy” masowo pojawili się dopiero za sprawą Sąsiadów a później Strachu Jana Tomasza Grossa. I dlatego dla masowej, polskiej publiczności to, co tam można było przeczytać, to był tak wielki szok. Przedtem był chyba tylko Lanzmann, ze swoim 9-godzinnym filmem Shoah, ale jego film od razu został okrzyknięty oszczerczym, a poza tym wiadomo, że reżim Vichy, że „Francuzi sami wysyłali Żydów do obozu”, i że niech lepiej „posprząta na swoim własnym podwórku”.

Po Grossie powstało mnóstwo świetnie udokumentowanych, rzetelnych książek o Zagładzie i o udziale Polaków w tejże. Na temat Wojdowskiego – wyjaśniając w wielu miejscach, co w jego prozie było jego własną historią, co zapożyczeniem z przeżyć innych dzieci, a co fikcją literacką – świetną pracę napisała Alina Molisak: Judaizm jako los. Rzecz o Bogdanie Wojdowskim wydaną w 2004 roku. Były książki i teksty Barbary Engelking, Dariusza Libionki, Mirosława Tryczyka i wielu, wielu innych.

Jednak, poza nielicznymi wywiadami w prasie, książki te nie przedostały się do świadomości społecznej. W niej był tylko oszczerczy Gross kontra sześciotysięczna armia Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

Dlatego właśnie tak niesłychanie ważną książką jest napisana przez Annę Bikont SendlerowaW ukryciu. Tytułową bohaterką jest najsłynniejsza Polka ratująca Żydów, jedyna kobieta, dla której znalazło się kilka sekund w propagandowym filmiku wypuszczonym przez IPN, a mającym promować bohaterską postawę Polski w czasie drugiej wojny światowej.

Tak naprawdę książka Bikont nie jest tylko biografią Sendlerowej. Opowiada o całym środowisku, przeważnie lewicującej czy wręcz komunizującej inteligencji polskiej, także częściowo żydowskiej, które zorganizowało siatkę pomocy Żydom w czasie wojny. To też może być szok dla polskiego społeczeństwa, które do tej pory w głowie pod hasłem „pomoc Żydom” miało głównie Żegotę i Zofię Kossak-Szczucką (Bikont zresztą pisze o współpracy różnych środowisk). Jednak przede wszystkim, i to jest moim zdaniem w tej książce najważniejsze, pozwala Żydom samym opowiedzieć, jak przetrwali zagładę na ziemiach polskich. Paradoksem jest jednak, że te żydowskie historie o Zagładzie, żeby dotrzeć do bardziej masowego czytelnika, musiały wybrzmieć pod pretekstem opowieści o Polce ratującej Żydów, Irenie Sendlerowej.

Dla mnie najważniejszy był oczywiście rozdział o Bogdanie: Opuszczające umarłych wszy wpełzają mu na twarz. Reporterka sama przyznaje, że w dużej mierze bazuje na tym co odkryła, ustaliła i zgromadziła we współpracy z moją babcią naukowa biografka Wojdowskiego, Alina Molisak. Jednak Bikont umieszcza w centrum swojej narracji Irkę, siostrę Bogdana, co dla mnie było szczególnie ciekawe. Wiedziałam o niej wcześniej tylko tyle, że z Bogdanem za jego życia nie utrzymywała właściwie żadnych stosunków, mieszkała w Szczecinie i była komunistką.

Bikont opowiada, z jaką nieufnością ta kobieta traktowała ją na początku. Żydowskie imię Bogdana było Dawid, tak zresztą nazywa się bohater Chleba rzuconego umarłym. Irka też miała inne, żydowskie imię. Na początku rozdziału Bikont przytacza fragmenty ze swoich rozmów z Irką:

– Brat był Dawid, Danek, Bogdanek. Stąd Bogdan. Może powiem pani potem, jakie ja miałam imię, ale jeszcze nie teraz – mówiła przy pierwszej rozmowie. 
– Wiem, była pani w Żydowskim Instytucie Historycznym, tam jest moje imię zapisane i pani je teraz zna, Ale niech pani go nie pisze, proszę panią – mówiła przy kolejnej.
Nie piszę, chociaż imię było takie ładne, łagodne, ciepłe.

Ten rozdział jest pełen złych ludzi, Niemców, ale też Polaków, a nawet wcale nie tylko dobrych i szlachetnych Żydów. Bogdan i Irka zawdzięczają życie żydowskiej przyjaciółce swoich rodziców Helenie Rybak, komunistce i społeczniczce, która w czasie wojny, między innymi dzięki tak zwanemu „dobremu wyglądowi” mogła żyć po aryjskiej stronie. To ona ich cudem odnalazła, kiedy stolarz, który umówił się z ojcem dzieci, że będzie je przechowywał za pieniądze, chciał je oskarżyć o kradzież i wydać Niemcom. To ona znalazła ich dobre duchy, czyli siostry Koszutskie, i skontaktowała z nimi Irenę Sendlerową, która przekazywała im potem pieniądze z Żegoty i z którą tuż po wojnie jakiś czas nawet mieszkała mała Irka.

I Bogdan, i Irka opowiadają jednak – on za pośrednictwem swoich książek lub zapisów w dziennikach czy listach cytowanych przez Bikont, ona w bezpośredniej rozmowie z Bikont – więcej o tych, którzy ich szantażowali, głodzili, chcieli wydać, albo poniżyć. Irka ma pretensje właściwie do wszystkich, włączając to swoją dobrodziejkę Rybak i ludzi, u których się ukrywała. Skarżyła się reporterce, że przez jakiś czas musiała spać w jednym łóżku z Marią Kukulską, kobietą która się nią opiekowała, a wcześniej przez wiele dni gotowała jedzenie jej i bratu, które Irka woziła w ciężkich garach z Pragi do Świdra, gdzie mieszkali. „Spałam w nogach u Kukulskiej. (…) to było upokarzające, gorsze niż strach, że mogę wpaść, i gorsze niż noszenie garnków”.

Nawet do mamy Wojdowska ma żal, że wypychając ją na aryjską stronę i tym samym ratując jej życie „zostawiła ją samą”:

Nie mogłam darować rodzicom, że nie zostali z nami, Zostawili nas wśród obcych ludzi. Dlaczego mama ze mną nie wyszła? Mówiła świetnie po polsku, bo ojciec to kaleczył. Ja też miałam naleciałości. Ojciec miał akcent niezbyt czysty i te warunki zewnętrzne, ale mama mogła się przechować. Co ją trzymało? Solidarność z ojcem była ważniejsza?

Nie wszyscy mają w sobie aż tyle żalu co Irka. Niektórzy go umiejętniej ukrywają. Także bohaterowie książki Bikont są różni. Tak jak opowieści Żydów ocalałych z Zagłady są różne. Nigdy nie będą jednak opowieściami ku pokrzepieniu polskich serc. Czy nam się to podoba czy nie. Pozwólmy im mówić o tym i pamiętać to tak, jak chcą. A przecież i tak są to tylko opowieści tych, którzy przeżyli. Dwóch na trzech Żydów próbujących się ukrywać wśród Polaków, zginęło.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


NOWELIZACJA USTAWY O IPN: PYTANIA, WĄTPLIWOŚCI

NOWELIZACJA USTAWY O IPN: PYTANIA, WĄTPLIWOŚCI
Opinie: – Wypowiedź uczestnika grupy FŻP na FB

Michał Tchórzewski


Ostatnimi czasy daje się usłyszeć, to tu, to tam, że już było tak dobrze, że już udało się usunąć antysemityzm z języka polityki i że teraz pewnie stare demony i upiory znów ożyją w związku z kryzysem na linii Izrael-Polska.

Jest w tym niestety sporo prawdy. Pierwsza prawda jest taka, że faktycznie antysemityzm został wyrugowany z języka politycznego i tylko z niego. On nie został wyeliminowany z głów ludzi. Zniknął pod wpływem poprawności politycznej z języka, z publicznej debaty, czy z niesmacznych dowcipów. Natomiast w głowach ludzi siedzi dalej. Skąd to wiemy? Wiemy to stąd, że w sytuacjach anonimowych wypływa jak oliwa w na wierzch wody. Wystarczy poczytać komentarze anonimowych osób pod przeróżnymi tekstami w internecie, tekstami które kompletnie nie dotyczą relacji polsko-żydowskich, ale np. romansu pewnego polskiego dziennikarza z inną znaną polską celebrytką. Nawet w takim gniocie, polski sprawny czytelnik jest w stanie dopatrzeć się żydowskich konotacji.

Inny dowód to test tzw. listu. Otóż dawno temu w Ameryce ktoś zrobił test polegający na tym, że w losowo wybranych częściach miasta Nowy Jork rozrzucił kilkadziesiąt zaadresowanych listów tuż pod skrzynkami na listy. Tak żeby wyglądało, że ktoś po prostu nie trafił do skrzynki, nie zauważył i odszedł. A tuż obok ustawił kosze na śmieci. Kiedy listy te były zaadresowane do człowieka o nie-żydowsko brzmiącym nazwisku, prawie 100% dotarło do adresata. Kiedy zaś były zaadresowane do żydowsko brzmiącego nazwiska, niecałe 10% dotarło do adresata. Reszta trafiła do kosza.

Dlaczego antysemityzm istnieje? Na to pytanie nie ma pewnie jasnej odpowiedzi. Pewnie po części jest efektem osobistego kontaktu czy relacji, a po części z jakimś wyobrażeniem, mitem, czy czymś niewysłowionym, a co istnieje jedynie w warstwie zbiorowej imaginacji. Jeśli Polak wyrządzi krzywdę Polakowi, winny jest ten konkretny Polak, jeśli zrobi to Żyd, winny jest cały naród żydowski.

Drugie pytanie o antysemityzm jest już zawężające. Dlaczego antysemityzm zniknął z mowy codziennej, ale nie z głów i serc ludzi? Moja hipoteza brzmi skarżąco. Otóż dlatego, że zbyt dużo w samych Żydach jest pychy, bezczelności i impertynencji. Widać to było na przykładzie ostatniego kryzysu polsko-izraelskiego. Buńczuczne zapowiedzi premiera Natanjahu, idiotyczne wypowiedzi innego polityka o “polskich obozach śmierci”, czy w końcu nieprzemyślane i niesmaczne wystąpienie pani Azari podczas uroczystości w Warszawie. A po co tak? Można było rzeczowo i merytorycznie. Zamiast występować z pozycji siły i świętej racji, a w końcu urażonej dumy, warto było zareagować inaczej. Oto, jakie są fakty w tym zakresie:

1. Państwo Polskie i Izrael w 2016 r. wydały wspólne oświadczenie, w którym sprzeciwiają się wszelkim próbom wypaczania historii narodów żydowskiego lub polskiego przez stosowanie błędnych terminów takich jak „polskie obozy śmierci”. Taki jest fakt.

2. Czy prawdą jest, że Polacy pomagali Żydom i robili to mimo grożącej kary śmierci? Tak – to prawda. Czy prawdą jest, że najwięcej drzewek w Yad Vashem mają Polacy? Tak – to prawda. Czy prawdą jest że istniała Żegota? Tak – to prawda. Czy prawdą w końcu jest, że byli tacy Polacy którzy kolaborowali z Niemcami i wydawali Żydów? Tak, to niestety, też jest prawda. Jedno nie przeczy drugiemu, a drugie trzeciemu. Tu nie chodzi o bilansowanie krzywd, czy wypracowanie salda przewinień. Nie wiemy, czy więcej jest drzewek, czy więcej jest ludzi, którzy mordowali sąsiadów w amoku. To bez znaczenia w tym przypadku. Tu chodzi o to, że jedna strona uznała treść ustawy za zbyt szeroką, a druga strona że obawy tej pierwszej są wyssane z palca.

3. Jaka jest więc prawda? Kto przesadza, a kto ma realne wątpliwości? Spornym wydaje się być „Art. 55a. Brzmi on tak: 1. Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie określone w art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. (Dz. U. z 1947 r. poz. 367), lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat trzech. Wyrok jest podawany do publicznej wiadomości.”.

Cóż ten artykuł w istocie oznacza? Otóż to, że literalne użycie określenia „polskie obozy śmierci” nie będzie karalne, bowiem nie jest ono równoznaczne z przypisaniem Polakom odpowiedzialności za konkretną zbrodnię. Obozy budowali, jak wiemy, m.in. Polscy więźniowie, zatem na upartego można tego stwierdzenia (o zgrozo) użyć bezkarnie. Artykuł ten wymaga przypisania konkretnej odpowiedzialności czyli, że musi literalnie być wskazany fakt fałszywego sprawstwa danej zbrodni. Samo użycie frazy „polski obóz śmierci” nie spełnia tego wymogu, bo może odnosić się do jakiś określeń geograficznych. Jaki był więc cel takiego zapisu?

Dalej idąc, czytamy “…Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie…”.

Teraz rodzą się dwa pytania:
a) co to znaczy publicznie?
b) co to znaczy wbrew faktom?

Czy publikacja na FB to już miejsce publiczne? Czy przemówienie w zamkniętym gronie to już miejsce publiczne?

I co to znaczy wbrew faktom? A kto te fakty weryfikuje? Wyobraźmy sobie, że rodzina ocalałego z pogromu w Radziłowie będzie domagała się przedstawienia faktów na ten temat, w ramach jakiejś monografii. Czyli będzie trzeba upublicznić taką wiedzą (pierwszy warunek spełniony). Co się stało w Radziłowie? Tam miał miejsce pogrom. Innymi słowy był to jeden z wielu przypadków, gdzie przy biernej postawie Niemców, ludność polska w dzikim szale dokonała spalenia Żydów w stodole, zaś ocalałych (w tym dzieci) dobijano uderzeniami w potylice. Robili to Polacy. Jeśli więc ktoś w IPN uzna, że Niemcy nie stali z boku, ale jeden np. zabił Żyda z Waltera P38, to będzie taka monografia twierdzeniem „wbrew faktom” albo „rażącym pomniejszeniem odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”, czy nie? Gołym okiem widać, że ludzie, którzy badają takie przypadki, będą musieli każdorazowo szacować, czy czasem nie pomniejszają odpowiedzialności nazistów?

Idźmy dalej. Co z działalnością naukową? W tym artykule wyraźnie czytamy, że przypisanie odpowiedzialności lub współodpowiedzialności Polsce lub narodowi polskiemu nie stanowi przestępstwa, jeśli takie stwierdzenie padło w ramach działalności naukowej lub artystycznej. Jest to klasyczny truizm. A co to jest działalność naukowa lub artystyczna? Czy wnuczka ocalałego z pogromu, która nie jest naukowcem, ale np. pracuje w sklepie papierniczym w Riszon le-Cijjon, zapragnie wydać/opublikować wspomnienie swojego dziadka, to będzie mogła czy nie? Jeśli pracownik IPN dopatrzy się, że książka ma charakter fikcji literackiej, a nie stanowi pracy naukowej, ani nie posiada wartości artystycznej, to ta ekspedientka podlega każe czy nie?

Jako Polacy, mamy tendencję do tworzenia przepisów i regulowana rzeczywistości na ich podstawie. Najchętniej każdą codzienną czynność byśmy obwarowali ustawą. Pytanie tylko po co? Czy nie byłoby skuteczniej żeby jakiś zespół polsko-izraelsko-amerykański lub po prostu polsko-izraelski zasiadł, uchwalił jakąś prostą ustawę, gdzie włączyłoby się stwierdzenie “Polskie Obozy Śmierci” jako część “Kłamstwa Oświęcimskiego” powszechnie karanego w wielu krajach i po prostu jakaś kancelaria prawna (lub kilka kancelarii prawnych) zarabiałby na tym przyzwoite prowizje. Jestem pewien, że taka edukacja byłaby boleśnie skuteczna.

4. Czego oczekuję od Polski? Tego, że będzie potrafiła dbać o swoje interesy i będzie dla innych krajów partnerem, a nie parobkiem. Polacy do dumny naród, o dobrej mentalności. Polacy są, na ogół, dobrymi ludźmi i co ważne mądrymi, a w polityce międzynarodowej nie ma przyjaciół, są interesy.

5. Jak to się skończy? Myślę, że jeszcze w lutym wywoła się jakąś burzę medialną, a pod jej przykrywką, uchwali się satysfakcjonujące poprawki do tej nieszczęsnej ustawy. Taki będzie finał.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com

 


Ma’agalim – Jane Bordeaux

Ma’agalim – Jane Bordeaux

   jane bordeaux


Official music video for Jane Bordeaux’s ‘Ma’agalim’.
In a forgotten old penny arcade, a wooden doll is stuck in place and time.

Music – Jane Bordeaux Band
Producers: Uri Lotan & Yoav Shtibelman
Director: Uri Lotan
Co-Director: Yoav Shtibelman
Art Director: Ovadia Benishu
Additional Art: Avner Geller
Lighting and Shading: Yosef Refaeli
Additional Lighting: Uri Lotan, Rob Showalter
Storyboard: Yoav Shtibelman
Modeling and Rigging: Uri Lotan, Ore Peleg, Or Ofri
Texturing:Yosef Refaeli, Dor Ben-Dayan
Animation: Yoav Shtibelman, Toby Pedersen, Ron Polischuk
Effects: Phenomena Labs
Compositing: Uri Lotan, Ilya Marcus
Colorist: Ilya Marcus

Jane Bordeaux – Doron Talmon, Amir Zeevi, Mati Gilad
Lyrics by – Meytal Kadosh
Composed by Doron Talmon
Percussion and Singing – Doron Talmon
Guitar – Amir Zeevi
Duble Bass – Mati Gilad
Harmonica, Percussion, Music Production and Mix – Tomer Yeshayahu
Mastering – Ori Winokur “Slik Studio”

 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com