Archive | February 2015

Dymek: Piękne muzułmanki wygrywają cyberwojnę

Dymek: Piękne muzułmanki wygrywają cyberwojnę

Jakub Dymek


Fot. Juan Jiménez Martínez, cc, Flickr.com

Business is business. Znalazły się firmy pomagające Assadowi łamać zabezpieczenia w sieci.

Raport o cyfrowym wymiarze wojny domowej w Syrii, opracowany przez amerykańską firmę FireEye, zajmującą się „zintegrowaną obroną przed cyberatakami”, zawiera – obok wielu liczb i strategicznych detali – pewną interesującą anegdotę.

Pod koniec 2013 roku jeden z walczących przeciwko armii Assada rebeliantów został w niezobowiązujący sposób zaczepiony przez komunikator Skype: „Siedzisz na skajpie na komórce czy przy kompie?”. Nadawczyni posługiwała się syryjskim imieniem, a obok jej danych kontaktowych znajdowało się zdjęcie młodej kobiety w chuście. Mężczyzna przyjął zaproszenie i zaczął rozmowę. Typowa wymiana: „ile masz lat”, „kiedy masz urodziny”, „o, ja też, co za przypadek!”, doprowadziła do równie typowej w takich okolicznościach prośby o wysłanie zdjęcia. Po jakimś czasie również rozmówczyni przesyła plik z fotografią. Tylko że nie był to zwykły plik, a fotografia z ukrytym oprogramowaniem szpiegowskim, pobierającym hasła, dane o logowaniu i o wszystkim, co jeszcze mogło przepłynąć przez konto Skype. Na nieszczęście dziesiątek, a nawet setek zaaczepionych w ten sposób osób kanałem tym popłynęło wiele informacji. Wprost do agentów Assada.

W archiwum tych rozmów znalazły się w ten sposób zdjęcia dzieci, plotki, a nierzadko kompromitujące rozmowy prywatne. Ale nie tylko. Duża część przechwyconych informacji jest bezpośrednio związana z konfliktem w Syrii. Do tego stopnia, że na podstawie skanów i planów, które także w różnej formie przepływały przez komunikator, udało się odtworzyć przygotowywaną przez rebeliantów operację wojskową z połowy grudnia, włącznie z rodzajami broni, rozmieszczeniem sił, informacjami o zaopatrzeniu poszczególnych jednostek w amunicję i pozycjami personelu pomocniczego, a nawet nazwiskami pojedynczych żołnierzy. A gdyby te punktowe cyberuderzenia (wymierzone w rebeliantów, pracowników organizacji humanitarnych, aktywistki oraz byłych pracowników administracji czy służb syryjskich) nie przyyniosły skutku, to na wszelki wywadek złośliwe oprogramowanie i keyloggery (śledząco, co użytkownik wstukaje na ekranie smartfona lub klawiaturze komputerowej) rozpowszechniano także za pomocą Facebooka i mediów społecznościowych, na fałszywych stronach i profilach osób rzekomo sympatyzujących z syryjską opozycją.

Nie ma wątpliwości, że także poprzez takie operacje syryjskie siły rządowe próbowały zdobywać przewagę nad rebeliantami – a ujawnienie informacji operacyjnych mogło skończyć się dla wielu z nich śmiercią. Ta historia przytoczona w raporcie FireEye – jedna z wielu, bo okoliczności i poszczególne detale z pewnością były różne z ataku na atak – mówi jednak coś więcej o dynamice tego konfliktu. Rzuca też światło na paradoksy zachodniej polityki wobec „cyberwojny” i sieciowego aktywizmu.

Po pierwsze – to niby banał, ale wciąż trzeba to przypominać – facebookowe i twitterowe rewolucje są raczej facebookowymi i twitterowymi zbiorowymi samobójstwami, gdy używanie narzędzi, które nie zapewniają prywatności, domyślnie lokalizując swoich użytkowników i użytkowniczyki, służy do walki rewolucyjnej i „tajnych” operacji. To wręcz proszenie się o wizytę służb specjalnych pod wskazanym adresem. To z kolei może prowokować do łatwej i – częściowo uprawnionej – diagnozy o lekkomyślności i głupocie tych, którzy (tak przynajmniej podaje FireEye) nawet plany rozmieszczenia ciężkiej artylerii i nazwiska czołgistów mających przeprowadzić atak wysyłali niezaszyfrowanym czatem.

Czytaj dalej tu: Dymek: Piękne muzułmanki wygrywają cyberwojnę


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Wolność słowa i technika

Wolność słowa i technika

Andrzej Koraszewski


Nie można wykluczyć, że wynalazek wolnego słowa jest znacznie starszy od koła, ale korzystano z niego pokątnie i częściej anonimowo niż publicznie.

Podniesienie wolnego słowa do zasady ustrojowej przypisujemy Grekom. „W naszym życiu państwowym kierujemy się zasadą wolności”, mówił Perykles w swojej słynnej mowie zapisanej przez Tukidydesa. Oczywiście nie jesteśmy całkowicie pewni, czy tę słynną mowę Tukidydes zapisał, czy napisał, pewni jesteśmy jednak, że podniesienie wolności, również wolności słowa, do zasady ustrojowej zawdzięczamy Atenom i podejmowaliśmy w Europie próby powrotu do tej zasady w czasach Renesansu, Reformacji, Oświecenia i demokracji parlamentarnej, znajdując, że wolność słowa jest dobrodziejstwem, z którego należy korzystać z umiarem, gdyż grozi ptasim radiem lub, jak to od stuleci mówią Szwedzi, „polskim sejmem”.

W czasach Renesansu, odkąd wynalazek Gutenberga umożliwił obrzucanie się wolnym słowem bez podnoszenia przyłbicy, ideałem był pamflet in quarto. Osiem stron tekstu (nie mniej i nie więcej), co można było wydrukować dwustronnie na jednym arkuszu papieru składanego na czworo i rozcinanego od góry puginałem. Z ekonomicznego punktu widzenia był to wówczas ideał, pozwalał na maksymalną oszczędność kosztownego papieru i docieranie z wolnym słowem nawet na jarmarki. Te pamflety były zazwyczaj anonimowe i zawierały czasem treści, za które autor mógł głowę stracić. Tezy Lutra pozostałyby nic nie znaczącym epizodem, gdyby nie prasy drukarskie i duży popyt na obrazoburczy i niedrogi pamflet, który rozchodził się jak ciepłe bułeczki.

Korzystających z możliwości anonimowego druku wolnego słowa było wielu, jako że zarówno szlachta, jak i mieszczanie coraz lepiej rozpoznawali kształt liter, skutecznie przełamując wcześniejszy monopol duchownych na słowo pisane. Od SMS i twittera klientów pierwszych drukarzy dzieliło jeszcze ponad pół millenium, więc formuła ośmiu stron druku była z wielu względów ideałem.

Kontrreformatorzy zamykali drukarnie i ścigali drukarzy, kładąc kres rozbuchanej wolności słowa i innowacjom technicznym, które jej sprzyjały. Powrót do punku wyjścia nie był jednak możliwy, a w podzielonej Europie to i owo dawało się wydrukować u sąsiadów i przeszmuglować do kraju.

Wolne słowo prześladowane było wszędzie, ale nie wszędzie tak samo. Protestanci oczekiwali powszechnego czytania Biblii, a tym samym powszechnej umiejętności czytania i pisania. Siłą rzeczy mieli więcej drukarń i dużo więcej wolnego słowa, które bocznymi furtkami w cenzurze wkradało się do przestrzeni publicznej. (Było tu również ciekawe sprzężenie zwrotne – im więcej słowa drukowanego krążyło w społeczeństwie, tym bardziej przyspieszała innowacyjność. Osobiście obserwowałem to na przykładzie rolniczych kalendarzy pojawiających się obok książeczek do nabożeństwa.)

Wolne słowo wolało pozostać anonimowe nie tylko ze względu na państwową i kościelną cenzurę. Jak pamiętamy „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego” pierwotnie nie nosiły nazwiska jakiegoś mieszczanina o nazwisku Stanisław Staszic, bo szlachta nie zniżałaby się do czytania rozważań kogoś tak nisko urodzonego. Wolne słowo musiało się sposobem wkręcić w łaski czytelników.

Ani “Uwagi” ani “Przestrogi” Polski nie uchroniły i zapewne na tym etapie uchronić nie mogły; kiedy były pisane, Szwedzi od lat o bezładnej paplaninie mówili „polski sejm”, uważając że wolność słowa wymaga również pewnego porządku, w szczególności tam, gdzie wolność słowa jest również zasadą ustrojową.

Wraz z utratą suwerenności kwestia sposobu korzystania z wolnego słowa stała się w pewnym sensie bezprzedmiotowa. Nocne Polaków rozmowy nie wymagały porządku, punktów do dyskusji, ani protokołów. Troską było szerzenie idei, a więc dostęp do drukarń, które w zaborze rosyjskim pilnowane były staranniej, ale granice miedzy zaborami nie były murami i dawało się drukować, czy to w innych zaborach, czy w innych krajach, jednak ze względów bezpieczeństwa wolne słowo pozostawało anonimowe lub ukryte za znanym tylko przyjaciołom pseudonimem.

Parlamentarna demokracja miała być szkołą parlamentarnych sporów. Wolni obywatele mieli wolność słowa, ale ze sporów miał się wyłaniać porządek, co wymagało unikania „polskiego sejmu” i tłumienia tumultu w zarodku. W parlamentach wolne słowo wpływało do laski marszałka, ten udzielał głosu i głos odbierał, gdy spory zmieniały się w warcholstwo lub jałowe pieprzenie kotka przy pomocy młotka. Nowymi Atenami był Londyn, ale nie należało tego mówić głośno w Paryżu, bo w pysk mógł człowiek oberwać.

Czytaj dalej tu: Wolność słowa i technika


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


‘We’re leaving Britain – Jews aren’t safe here any more’

‘We’re leaving Britain – Jews aren’t safe here any more’

By Angela Epstein


After watching the rise in anti-Semitism in this country, the Gould family has taken the radical decision to emigrate to America. They tell Angela Epstein why
Honey and Simon Gould with their daughter Angel, 16, at home in Crumpsall, Manchester.

Honey and Simon Gould with their daughter Angel, 16, at home in Crumpsall, Manchester. Photo: Guzelian

Simon and Honey Gould, married for more than 20 years and with two children, live a seemingly peaceful life in their handsome five-bedroom house in a quiet British suburb.

Simon, 52, is a successful businessman running his own property company. Honey, 49, has pursued a career in marketing, while also raising son Arron, now 18, and daughter Angel, 16. Their wide circle of friends, close family and other relatives lives nearby.

Yet this summer the Goulds will leave everything behind – their north Manchester home filled with memories, their lovely, rambling garden, their busy social life – and leave the UK for good.

It may sound dramatic – incomprehensible, even. But the family, who are Jewish, no longer feel safe in this country. They believe they have no choice.

“It’s a terrible wrench,” says Honey, who admits that even emptying a single drawer “takes hours” as, bit by bit, she packs away the pieces of their life, ready for transit to their new home in the US state of Arizona.

“I’m proud to be British. My parents live in London. Simon has lived his whole life in two streets of north Manchester. Our house is the only home our son and daughter have ever known. But we have to do this, not least for the sake of our children.”

She is not the only member of Britain’s 300,000-strong Jewish community to feel things have reached crisis point. Since the gun attack that killed three people at the Jewish Museum in Brussels last year and the murder by radical Islamists of four Jews at a kosher supermarket on the outskirts of Paris last month, the chorus of concern has been growing. The actress Maureen Lipman recently revealed that she, too, is considering leaving the UK because of the rising number of attacks on Jews.

A poll by the Campaign Against Antisemitism last month found nearly half of Britons thought that at least one anti‑Semitic view presented to them was “definitely or probably true”.

Read More: ‘We’re leaving Britain…..


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Anti-Semitic posters plastered in Buenos Aires Jewish community


Anti-Semitic posters plastered in Buenos Aires Jewish community

Reuters contributed to this report.


Anti-semitism

Anti-semitism Photo By: REUTERS”

The head of Argentina’s Jewish community says the posters incite violence and threaten peaceful coexistence.

Anti-Semitic posters were spotted recently in a Buenos Aires neighborhood with a large Jewish community, reading “A good Jew is a dead Jew. That good Jew is Nisman.”

The signs referred to Argentine state prosecutor Alberto Nisman, who was found dead just days after publicly accusing President Cristina Fernandez of trying to orchestrate a cover up in the investigation of Iran over the 1994 bombing of the AMIA Jewish community center in Buenos Aires that killed 85 people.

They were first seen in the city’s Villa Crespo neighborhood on Monday, not far from the AMIA center, according to Argentinian daily El Día. It is still unknown who is responsible for creating the posters.

View image on Twitter

The country’s Jewish community railed against the posters, calling them an incitement to violence.

“The DAIA [the umbrella organization for Argentina’s Jewish community] condemns the clearly anti-Semitic content on the posters, as it incites violence, and urges the responsible authorities to investigate this case and find those responsible for the materials,” said DAIA President Julio Shlosser and Secretary General Jorge Knoblovits in a statement.

“Furthermore, the [DAIA] calls for the different sectors of Argentinian society to condemn this crime that threatens democracy and peaceful coexistence.”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


[Komentarz] – Fotoreportaż. Dana Rothschild w Autonomii Palestyńskiej

Fotoreportaż. Dana Rothschild w Autonomii Palestyńskiej

Dana Rothschild


Komentarz do reportazu nadeslal Edward Szpruch – Izrael.

Machsom Watch organizuje swoje wycieczki w celu pokazania ograniczen w ruchu nakladanych na mieszkancow arabskich na terenach kontrolowanych przez Izrael. Ale to wogole nie interesuje Dane, ona ma swoj program polityczny. Jej reportarz przypomina mi rozmowy z moimi kolegami – rezerwistami na przelomie lat 90 kiedy robilismy kolejna ture w obozie dla internowanych Palestynczykow podczas I intyfady : byli tacy, ktorzy twierdzili ze wogole nie rozumieja dlaczego ci Palestynczycy nie chca byc w obozie aresztantow: co im zle? Dostaja 3 dobre posilki dziennie, maja dach nad glowa wlasny materac, dostep do sluzby zdrowotej. Nawet moga gimnastykowac sie. W ich oczach tylko ludzie z plukanymi mozgami beda chcieli zamienic ten raj na o wiele gorsze warunki zycia w ich wioskach czy obozach uchodzcow.
Dana usiluje przekonac nas, ze to zupelnie normalne ze jest przejscie otwierane dwa razy w tygodniu miedzy osiedlem a polem .Prawda Dana – to tak w kazdym izraelskim kibucu I w kazdej izraelskiej wiosce. Czy Dana opisala nam jak to wyglada kiedy Arab z terenow kontrolowanego przez Izrael znalazl w internecie dobra oferte na weekend w Paryzu I chce wykorzystac to?

Dana chce skoczyc z Jerozolimy do Tel Awiwu do restauracji- no problem. Dana wsiada do samochodu i trzech kwadransach juz siedzi przy stoliku. Muhammad z Hebronu chce kupic majtki swojej zonie w sklepie w Ramalli , glupie 30 km. W najlepszym przypadku pol dnia, jezeli wogole.
Jak juz wspomnialem – wycieczka dotyczyla ograniczen swobody ruchu, ale nie to jest tematem o ktorym Dana chce pisac,

Edek Szpruch, Riszon LeZion


Postanowiłam pojechać na wycieczkę organizowaną przez…. Machsom Watch… tak tak… moi spadkobiercy mało nie spadli z krzeseł ze śmiechu, jak ich zawiadomiłam o tym moim pomyśle… Powiedziałam też reszcie redakcji portalu, że jak nie wrócę żywa, to żeby ładnie ogłosili, że zginęłam na posterunku… a co? Nie na posterunku?

Zapisałam się i parę dni przed terminem wycieczki dostałam tzw. program.


Nu, zwiedzanie trwało 8,5 godziny, jeśli tak można nazwać 8 godzin prania mózgów. Nie mogę tutaj niestety zrelacjonować słowo w słowo ośmiogodzinnych “wyjaśnień” pani przewodniczki, więc będą tylko krótkie zdania, które powtarzały się przez całą wycieczkę, w każdym miejscu koło którego przejeżdżaliśmy lub zatrzymywaliśmy się.

Już początek był “świetny”. Pani przewodniczka się przedstawiła.

– Jestem wolontariuszką Machsom Watch, jestem lewicowa, nie używam żadnych innych terminów, tylko „tereny okupowane”, „Palestyńczycy”, „osiedla” i „osadnicy” i nie będzie tutaj żadnych dyskusji politycznych. Machsom Watch istnieje od 14 lat i skupia 300-350 kobiet, które obserwują co się dzieje na punktach kontroli granicznej, czyli tzw. check points. [Check point po hebrajsku to właśnie „machsom”] Oprócz tego organizacja ma dodatkowe zajęcia: lekcje angielskiego i hebrajskiego dla dzieci, nauka wyrobów artystycznych i innych, żeby Palestyńczycy mogli je robić, sprzedawać i zarabiać pieniądze, pomoc w otrzymywaniu pozwoleń na pracę w Izraelu, bezpłatna pomoc prawna – powiedziała przewodniczka.

Innymi słowy „ja mówię co chcę, a wy macie zamknąć buzie, nie ma dyskusji”…

Potem ruszyliśmy w drogę i się zaczęło: “Qalkilya to miasto oblężone, teraz wjeżdżamy w strefę zwana „kav ha-tefer”, to ta między zieloną linią a strefą C, widzicie, nie ma żadnego przejścia, nie ma żołnierzy, nie ma sprawdzania dowodów osobistych, bo Izrael uważa, ze to ziemie izraelskie. A teraz dojeżdżamy do tzw. „przejścia rolniczego”, które jest zamknięte. Tylko dwa razy w tygodniu otwiera się je dla rolników, którzy chcą przewieźć swoje produkty, ale jak znajdzie się tam jakiś, który zechce przewieźć lodówkę, to już żołnierze nie pozwalają” i dodała sarkastycznie: „Dlaczego nie pozwalają? Bo tak im się chce, bo chcą zgnoić Palestyńczyków”. Tutaj wtrąciła się Polanija (czyli polska Żydówka) numer 1 (byłyśmy tam trzy) i zapytała się czy to żołnierze nie pozwalają, czy wojsko i usłyszeliśmy: “wojsko, ale wojsko czy żołnierze to to samo”.

„Nie, nie to samo, bo żołnierz nie może sam wg własnego widzimisię podejmować takich decyzji”, powiedziała Polanija numer 1.

Dalej pani przewodniczka wyjaśniła, że po drugiej stronie tego przejścia rolniczego i za płotem leży wioska Hableh, ale ziemie mieszkańców Hableh leżą po drugiej stronie między płotem a przejściem i oni nie mogą uprawiać swoich ziem i w ogóle nie mają prawa przebywać po tej stronie przejścia. Nu, rozejrzałam się ciutko i widzę piękne szkółki ogrodnicze, arabskie oczywiście, wiec jak to ja, uprzejmie się zapytałam, gdzie mieszkają ci Arabowie, którzy są właścicielami tych szkółek, jak i pracownicy arabscy i usłyszałam, że to są mieszkańcy Hableh i mogą przechodzić i właśnie mieć te swoje szkółki i mogę tam kupić sobie roślinki „dużo taniej niż w Izraelu”. Powiedziałam wtedy pani przewodniczce, ze ja trochę nie rozumiem, jak to może być, że nie wolno im przebywać na tej przejętej przez Izrael ziemi w „strefie szwu”, ale jednak przebywają. Pani wolontariuszka zmieniła temat, wiec niestety, nie mogę wam powiedzieć, dlaczego im nie wolno, ale wolno. Wycieczka rzuciła się na kwiatki i inne warzywa i owoce, które są dużo tańsze niż w Izraelu i ostatecznie trzeba pomoc biednym Palestyńczykom i się obkupić. Nic nie kupiłam, tylko robiłam zdjęcia (dużo zdjęć robiłam z okna autobusowego) i się rozglądałam.

100 2600

100 2601

Czytaj dalej tu: Fotoreportaż…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com