Archive | 2015/02/07

Dymek: Piękne muzułmanki wygrywają cyberwojnę

Dymek: Piękne muzułmanki wygrywają cyberwojnę

Jakub Dymek


Fot. Juan Jiménez Martínez, cc, Flickr.com

Business is business. Znalazły się firmy pomagające Assadowi łamać zabezpieczenia w sieci.

Raport o cyfrowym wymiarze wojny domowej w Syrii, opracowany przez amerykańską firmę FireEye, zajmującą się „zintegrowaną obroną przed cyberatakami”, zawiera – obok wielu liczb i strategicznych detali – pewną interesującą anegdotę.

Pod koniec 2013 roku jeden z walczących przeciwko armii Assada rebeliantów został w niezobowiązujący sposób zaczepiony przez komunikator Skype: „Siedzisz na skajpie na komórce czy przy kompie?”. Nadawczyni posługiwała się syryjskim imieniem, a obok jej danych kontaktowych znajdowało się zdjęcie młodej kobiety w chuście. Mężczyzna przyjął zaproszenie i zaczął rozmowę. Typowa wymiana: „ile masz lat”, „kiedy masz urodziny”, „o, ja też, co za przypadek!”, doprowadziła do równie typowej w takich okolicznościach prośby o wysłanie zdjęcia. Po jakimś czasie również rozmówczyni przesyła plik z fotografią. Tylko że nie był to zwykły plik, a fotografia z ukrytym oprogramowaniem szpiegowskim, pobierającym hasła, dane o logowaniu i o wszystkim, co jeszcze mogło przepłynąć przez konto Skype. Na nieszczęście dziesiątek, a nawet setek zaaczepionych w ten sposób osób kanałem tym popłynęło wiele informacji. Wprost do agentów Assada.

W archiwum tych rozmów znalazły się w ten sposób zdjęcia dzieci, plotki, a nierzadko kompromitujące rozmowy prywatne. Ale nie tylko. Duża część przechwyconych informacji jest bezpośrednio związana z konfliktem w Syrii. Do tego stopnia, że na podstawie skanów i planów, które także w różnej formie przepływały przez komunikator, udało się odtworzyć przygotowywaną przez rebeliantów operację wojskową z połowy grudnia, włącznie z rodzajami broni, rozmieszczeniem sił, informacjami o zaopatrzeniu poszczególnych jednostek w amunicję i pozycjami personelu pomocniczego, a nawet nazwiskami pojedynczych żołnierzy. A gdyby te punktowe cyberuderzenia (wymierzone w rebeliantów, pracowników organizacji humanitarnych, aktywistki oraz byłych pracowników administracji czy służb syryjskich) nie przyyniosły skutku, to na wszelki wywadek złośliwe oprogramowanie i keyloggery (śledząco, co użytkownik wstukaje na ekranie smartfona lub klawiaturze komputerowej) rozpowszechniano także za pomocą Facebooka i mediów społecznościowych, na fałszywych stronach i profilach osób rzekomo sympatyzujących z syryjską opozycją.

Nie ma wątpliwości, że także poprzez takie operacje syryjskie siły rządowe próbowały zdobywać przewagę nad rebeliantami – a ujawnienie informacji operacyjnych mogło skończyć się dla wielu z nich śmiercią. Ta historia przytoczona w raporcie FireEye – jedna z wielu, bo okoliczności i poszczególne detale z pewnością były różne z ataku na atak – mówi jednak coś więcej o dynamice tego konfliktu. Rzuca też światło na paradoksy zachodniej polityki wobec „cyberwojny” i sieciowego aktywizmu.

Po pierwsze – to niby banał, ale wciąż trzeba to przypominać – facebookowe i twitterowe rewolucje są raczej facebookowymi i twitterowymi zbiorowymi samobójstwami, gdy używanie narzędzi, które nie zapewniają prywatności, domyślnie lokalizując swoich użytkowników i użytkowniczyki, służy do walki rewolucyjnej i „tajnych” operacji. To wręcz proszenie się o wizytę służb specjalnych pod wskazanym adresem. To z kolei może prowokować do łatwej i – częściowo uprawnionej – diagnozy o lekkomyślności i głupocie tych, którzy (tak przynajmniej podaje FireEye) nawet plany rozmieszczenia ciężkiej artylerii i nazwiska czołgistów mających przeprowadzić atak wysyłali niezaszyfrowanym czatem.

Czytaj dalej tu: Dymek: Piękne muzułmanki wygrywają cyberwojnę


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Wolność słowa i technika

Wolność słowa i technika

Andrzej Koraszewski


Nie można wykluczyć, że wynalazek wolnego słowa jest znacznie starszy od koła, ale korzystano z niego pokątnie i częściej anonimowo niż publicznie.

Podniesienie wolnego słowa do zasady ustrojowej przypisujemy Grekom. „W naszym życiu państwowym kierujemy się zasadą wolności”, mówił Perykles w swojej słynnej mowie zapisanej przez Tukidydesa. Oczywiście nie jesteśmy całkowicie pewni, czy tę słynną mowę Tukidydes zapisał, czy napisał, pewni jesteśmy jednak, że podniesienie wolności, również wolności słowa, do zasady ustrojowej zawdzięczamy Atenom i podejmowaliśmy w Europie próby powrotu do tej zasady w czasach Renesansu, Reformacji, Oświecenia i demokracji parlamentarnej, znajdując, że wolność słowa jest dobrodziejstwem, z którego należy korzystać z umiarem, gdyż grozi ptasim radiem lub, jak to od stuleci mówią Szwedzi, „polskim sejmem”.

W czasach Renesansu, odkąd wynalazek Gutenberga umożliwił obrzucanie się wolnym słowem bez podnoszenia przyłbicy, ideałem był pamflet in quarto. Osiem stron tekstu (nie mniej i nie więcej), co można było wydrukować dwustronnie na jednym arkuszu papieru składanego na czworo i rozcinanego od góry puginałem. Z ekonomicznego punktu widzenia był to wówczas ideał, pozwalał na maksymalną oszczędność kosztownego papieru i docieranie z wolnym słowem nawet na jarmarki. Te pamflety były zazwyczaj anonimowe i zawierały czasem treści, za które autor mógł głowę stracić. Tezy Lutra pozostałyby nic nie znaczącym epizodem, gdyby nie prasy drukarskie i duży popyt na obrazoburczy i niedrogi pamflet, który rozchodził się jak ciepłe bułeczki.

Korzystających z możliwości anonimowego druku wolnego słowa było wielu, jako że zarówno szlachta, jak i mieszczanie coraz lepiej rozpoznawali kształt liter, skutecznie przełamując wcześniejszy monopol duchownych na słowo pisane. Od SMS i twittera klientów pierwszych drukarzy dzieliło jeszcze ponad pół millenium, więc formuła ośmiu stron druku była z wielu względów ideałem.

Kontrreformatorzy zamykali drukarnie i ścigali drukarzy, kładąc kres rozbuchanej wolności słowa i innowacjom technicznym, które jej sprzyjały. Powrót do punku wyjścia nie był jednak możliwy, a w podzielonej Europie to i owo dawało się wydrukować u sąsiadów i przeszmuglować do kraju.

Wolne słowo prześladowane było wszędzie, ale nie wszędzie tak samo. Protestanci oczekiwali powszechnego czytania Biblii, a tym samym powszechnej umiejętności czytania i pisania. Siłą rzeczy mieli więcej drukarń i dużo więcej wolnego słowa, które bocznymi furtkami w cenzurze wkradało się do przestrzeni publicznej. (Było tu również ciekawe sprzężenie zwrotne – im więcej słowa drukowanego krążyło w społeczeństwie, tym bardziej przyspieszała innowacyjność. Osobiście obserwowałem to na przykładzie rolniczych kalendarzy pojawiających się obok książeczek do nabożeństwa.)

Wolne słowo wolało pozostać anonimowe nie tylko ze względu na państwową i kościelną cenzurę. Jak pamiętamy „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego” pierwotnie nie nosiły nazwiska jakiegoś mieszczanina o nazwisku Stanisław Staszic, bo szlachta nie zniżałaby się do czytania rozważań kogoś tak nisko urodzonego. Wolne słowo musiało się sposobem wkręcić w łaski czytelników.

Ani “Uwagi” ani “Przestrogi” Polski nie uchroniły i zapewne na tym etapie uchronić nie mogły; kiedy były pisane, Szwedzi od lat o bezładnej paplaninie mówili „polski sejm”, uważając że wolność słowa wymaga również pewnego porządku, w szczególności tam, gdzie wolność słowa jest również zasadą ustrojową.

Wraz z utratą suwerenności kwestia sposobu korzystania z wolnego słowa stała się w pewnym sensie bezprzedmiotowa. Nocne Polaków rozmowy nie wymagały porządku, punktów do dyskusji, ani protokołów. Troską było szerzenie idei, a więc dostęp do drukarń, które w zaborze rosyjskim pilnowane były staranniej, ale granice miedzy zaborami nie były murami i dawało się drukować, czy to w innych zaborach, czy w innych krajach, jednak ze względów bezpieczeństwa wolne słowo pozostawało anonimowe lub ukryte za znanym tylko przyjaciołom pseudonimem.

Parlamentarna demokracja miała być szkołą parlamentarnych sporów. Wolni obywatele mieli wolność słowa, ale ze sporów miał się wyłaniać porządek, co wymagało unikania „polskiego sejmu” i tłumienia tumultu w zarodku. W parlamentach wolne słowo wpływało do laski marszałka, ten udzielał głosu i głos odbierał, gdy spory zmieniały się w warcholstwo lub jałowe pieprzenie kotka przy pomocy młotka. Nowymi Atenami był Londyn, ale nie należało tego mówić głośno w Paryżu, bo w pysk mógł człowiek oberwać.

Czytaj dalej tu: Wolność słowa i technika


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com