Archive | 2015/02/04

Korepetycje ze zgrozy

Korepetycje ze zgrozy (Judeopolonia wg Michnika)

Adam Krzemiński, 8 grudnia 2011


Jeszcze 10 lat temu 11,6 proc. Polaków wierzyło, że naród żydowski ponosi zbiorową odpowiedzialność za ukrzyżowanie Jezusa, a co czwarty (27 proc.), że Żydzi potajemnie dążą do przejęcia władzy nad światem.

Jeszcze 10 lat temu 11,6 proc. Polaków wierzyło, że naród żydowski ponosi zbiorową odpowiedzialność za ukrzyżowanie Jezusa, a co czwarty (27 proc.), że Żydzi potajemnie dążą do przejęcia władzy nad światem.

Uwagi na marginesie antologii Adama Michnika „Przeciw antysemityzmowi 1936–2009”.

Kilka tygodni po śmierci Gabriela Narutowicza wybitny polski językoznawca Jan Baudouin de Courtenay pisał: „Polska jest od dawna Judeo-Polską i taką też pozostanie. Za pośrednictwem chrześcijaństwa żydostwo wżarło się głęboko w polskość. A nawet musimy przyjąć aż trzy Judeo-Polski.

Pierwsza to wytwór historii, ze śladami w kulturze, literaturze, światopoglądzie i nastroju religijnym. Mniej więcej lat temu tysiąc przywędrowała ona z Zachodu. Wyszła niegdyś z Palestyny, usadowiła się w Rzymie, a przez Niemcy i Czechy trafiła do Polski. To Judeo-Polska organistów, pastuszków, kantyczek, kolęd. Judeo-Polska chrześcijaństwa.

Druga to Judeo-Polska rozdarcia, wzajemnego szczucia, nienawiści, waśni, Judeo-Polska żarcia się, gryzienia się, podszczuwaczy i sfanatyzowanej gawiedzi.

I wreszcie ta trzecia Judeo-Polska opamiętania się, pogodzenia się, zgodnego i spokojnego współżycia i wspólnej pracy obywatelskiej, Judeo-Polska Kościuszki i Berka Joselewicza, Towiańskiego i Mickiewicza, Asnyka, Gomulickiego, Orzeszkowej i Konopnickiej, krótkotrwałej epoki reform Wielopolskiego, Judeo-Polska przyszłości – Polska równouprawnienia i współpracy obywatelskiej”.

Zastrzyk wiedzy

Pierwszy prezydent wolnej Polski został zamordowany, bo głosowali na niego także posłowie żydowscy. Dla endeckiej prawicy był to dowód, że oto ziszcza się ich zmora: zamiast narodowego państwa prawdziwych Polaków powstaje jakaś szemrana Judeo-Polonia, w której Żydzi decydują, kto ma być głową państwa.

Mimo że Żydzi żyli w Polsce od wieków i przed rozbiorami zostali uznani za samodzielny stan – obok rycerstwa, duchowieństwa, mieszczaństwa i chłopów – to jednak do „narodu politycznego” (podobnie zresztą jak chłopi i po części mieszczanie) nie należeli. A Konstytucja 3 maja nie zdążyła zintegrować mieszkańców Rzeczpospolitej w jeden naród obywatelski. I choć w XIX w. nie brakowało dowodów solidarności polsko-żydowskiej, zarówno w postawie rewolucyjnych romantyków, jak i ugodowych realistów czy liberalnych pozytywistów, to jednak po rozbiorach nawet tak światłych myślicieli jak Niemcewicz czy Krasiński dręczył majak Judeo-Polonii zdominowanej przez obcoplemiennych. Ten lęk wzmógł się pod koniec XIX w., gdy władze carskie wypychały nad Wisłę „litwaków”, Żydów kresowych mających mniejszy kontakt niż pozostali z kulturą polską. Zarazem podobnie jak Polacy-Litwini, Ukraińcy czy Białorusini przejawiali własne aspiracje narodowe. Przed pierwszą wojną światową ten wyścig narodowych egoizmów stał się siłą napędową gwałtownych konfliktów etnicznych, które po 1918 r. zostały przeniesione do II Rzeczpospolitej, gdzie jedną trzecią ludności stanowiły mniejszości narodowe, w tym 3,5-milionowa społeczność żydowska – 10 proc. ludności kraju.

O ile jednak niechęć do Niemców, Rosjan, Ukraińców, Litwinów czy Czechów wyładowywała się w Polsce w wojnach o granice państwa, o tyle zderzenie polsko-żydowskie było konfliktem wewnętrznym z odwiecznym sąsiadem, który według polskich narodowców nie był sąsiadem, lecz ciałem obcym, wrogiem wewnętrznym. Stacjami tego zderzenia w Polsce międzywojennej były pogromy w latach 1918–19, bojkot sklepów i straganów żydowskich, oenerowskie hasło „bij Żyda”, getto ławkowe i usuwanie Żydów ze stanowisk.

Czytaj dalej tu: Korepetycje ze zgrozy...


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Arabskie echa zamachów w Paryżu – Zima po wiośnie

Arabskie echa zamachów w Paryżu – Zima po wiośnie

Joanna Podgórska,


Joanna Podgórska: – Gdy doszło do zamachów 11 września, w krajach muzułmańskich ludzie tańczyli z radości na ulicach. Jakie było w Egipcie echo strzałów w paryskiej redakcji „Charlie Hebdo”?

Piotr Ibrahim Kalwas: – Jeśli chodzi o przeciętnych Egipcjan, to właściwie nie było żadnej reakcji. Na placu Tahrir i w paru innych miejscach w Kairze odbyły się wiece protestacyjne, głównie dziennikarzy, intelektualistów, artystów. Zbierało się po kilkaset osób z długopisami, ołówkami demonstrować w obronie wolności słowa. Tak jak w Europie, tylko na dużo mniejszą skalę. Egipt ma tyle własnych problemów i kłopotów, że to wydarzenie przeszło trochę bokiem. Francja jest daleko, a zamachy terrorystyczne na Synaju to codzienność. Chcę jednak podkreślić, że ani razu – ani w mediach, ani w rozmowach z ludźmi – nie spotkałem się z żadnym wyrazem poparcia dla terrorystów. Inna rzecz, że w moim otoczeniu nie ma fundamentalistów ani dżihadystów.

Czy przeciętni Egipcjanie boją się fundamentalistów?
Strasznie. Najlepszy dowód, że obalili rząd Bractwa Muzułmańskiego w tzw. drugiej rewolucji po upadku Mubaraka. Miliony ludzi wyszły na ulicę, a do tego dopiero dołączyła się armia. Bo to nie było tak, jak mówi się w Europie, że to był jakiś zamach czy pucz wojskowy. Zaczęło się od protestów społecznych. Egipcjanie to bardzo specyficzny naród na tle innych krajów arabskich. Jeden z najbardziej wierzących, bogobojnych i praktykujących islam, a z drugiej strony absolutnie odrzucający wszelką teokrację. Większość po prostu boi się rządów islamistów.

Ale egipska rewolucja, która przyniosła wolność, jednocześnie te demony fundamentalizmu wywołała.
On wyszedł z podziemia. To ten sam mechanizm, który zadziałał w Iraku po obaleniu Husajna czy teraz w Syrii po rozbiciu państwa Asada. Tylko że tamto to skrajne przypadki rozmontowania państwa policyjnego, które trzymało wszystkich za twarz. W Egipcie rząd Mubaraka też trzymał za twarz wszelkich fundamentalistów, dżihadystów czy salafitów. Bractwo Muzułmańskie nie mogło przecież legalnie działać. Po upadku Mubaraka wszystkie te siły wypełzły na światło dzienne.

Podobno jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się dziś w Egipcie nurtów islamu to salafici. Kim oni są?
To archaiczny, ultrakonserwatywny prąd myślowy, oparty na surowej wykładni islamu pierwszych muzułmanów. Odczytuje święte teksty literalnie i dąży do tego, by wszystko było jak półtora tysiąca lat temu. Odwołuje się do salafu, czyli przodków. Za czasów Mubaraka salafizm był bardzo niemile widziany przez władze, a jego wyznawcy trafiali do więzień, byli inwigilowani, kontrolowani. W pierwszej fazie rewolucji salafici odcięli się od niej, bo według ich wykładni islamu rewolucje są haram, czyli zakazane, potem jednak dołączyli do rewolty, nie chcąc wypaść z politycznej sceny. Z początku popierali Bractwo Muzułmańskie ze względu na bliskość poglądów, choć rywalizowali z nim o rząd dusz. Potem dokonali wolty, poparli armię i prezydenta Sisiego. W wyborach parlamentarnych partie z nimi związane dostały 28 proc. głosów. To poważna siła polityczna.

Rząd wojskowy próbuje prowadzić stabilną politykę. Z jednej strony kontrolować i zamykać najbardziej radykalnych fundamentalistów z Bractwa Muzułmańskiego, a z drugiej nie prześladować środowisk religijnych, bo te mają poparcie wśród ludzi. Ja wiem, że to wszystko dla Europejczyka brzmi dziwnie. Wojsko obala demokratycznie wybrany rząd Bractwa Muzułmańskiego, a jednocześnie jest gwarantem demokracji. Ale do Egiptu, jak i wszystkich krajów Bliskiego Wschodu, nie można stosować europejskich miar. Zachód powinien pamiętać, że blisko stuletnia historia Bractwa Muzułmańskiego to historia terroryzmu i przemocy. Ja jestem przekonany, że marszałek Sisi uratował kraj od wojny domowej i chaosu.

Skąd się bierze siła fanatyzmu napędzająca terroryzm, dla Europejczyków zupełnie niepojęta?
Jest wiele czynników, ale przede wszystkim z wykładni islamu. Tu się nie ma co oszukiwać. Muzułmanie stają na głowie i kombinują, jak mogą, że to nie jest wina religii, a terroryzm to nie islamizm i nie ma nic z islamem wspólnego; że to jakieś wypaczenie. Prawda jest taka, że zamachów dokonują muzułmanie, którzy do okrutnych działań czerpią inspiracje również z wykładni islamu obowiązującej od setek lat. W tej wykładni jest dużo przemocy, ona jest w hadisach, w Koranie. To tkwi tam niezmiennie, niepoddane nowej interpretacji, niepotraktowane symbolicznie czy alegorycznie. W islamie od niepamiętnych czasów dominuje literalizm religijny. Fundamentaliści z tego korzystają. To nie tylko nauka ich imamów z piekła rodem, to także, niestety, po trosze jest przekaz mainstreamowego islamu. Dlatego wykładnia islamu wymaga reformy, o której mówił ostatnio prezydent Sisi.

Czytaj dalej tu: Arabskie echa…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Dlaczego media mają obsesję na punkcie Izraela?

Dlaczego media mają obsesję na punkcie Izraela?

Matti Friedman


Pewnej nocy wiele lat temu wracałem z Betlejem po reporterskim zadaniu i przechodziłem przez punkt kontrolny izraelskiego wojska między tym miastem a sąsiednią Jerozolimą, w której mieszkam. Towarzyszyły mi dziesiątki palestyńskich trzydziestolatków, moich rówieśników. Przy wejściu do punktu granicznego nie było widać żadnych żołnierzy, którzy służą tam jako “filtr” przeciwko zamachowcom-samobójcom. Zobaczyliśmy tylko stal i beton. Przeszedłem surowym korytarzem za innymi mężczyznami przez wykrywacz metalu i wykonywałem polecenia, które podawał ujadający głośnik – zdejmij swój pas, podnieś koszulę! Głos należał do żołnierza, który oglądał nas za pomocą kamery przemysłowej. Po wyjściu z “checkpointu” poprawiałem pasek od spodni i koszulę tak jak inni i czułem się trochę mniej niż 100-procentowy człowiek i wtedy nie pierwszy raz zrozumiałem, że takie uczucie może popchnąć kogoś do przemocy.

Konsumenci wiadomości rozpoznają w tej scenie izraelską okupację Zachodniego Brzegu, która utrzymuje 2.5 mln Palestyńczyków na tym terytorium pod wojskową władzą od 1967 roku. Fakty dotyczące tej sytuacji nie są za bardzo kwestionowane. To powinno być źródłem zmartwienia dla Izraelczyków, których demokracja, wojsko i społeczeństwo są przeżarte nierównościami na Zachodnim Brzegu. To też nie jest za bardzo kwestionowane.

Pytanie, które musimy zadać, jako światowi obserwatorzy, to dlaczego ten konflikt zyskuje więcej uwagi niż jakikolwiek inny i dlaczego jest opisywany w taki sposób. Jak wydarzenia w kraju, który stanowi 0.01% powierzchni świata, stały się źródłem niepokoju, wstrętu i potępienia bardziej niż cokolwiek innego? Musimy zapytać w jaki sposób Izraelczycy i Palestyńczycy stali się wystylizowanym symbolem konfliktu silnych i słabych, dzięki którym Olimpijczycy z Zachodu wykonują swoje sztuczki. Nie stało się tak z Turkami i Kurdami, Chińczykami Han i Tybetańczykami, brytyjskimi żołnierzami i irackimi muzułmanami, irackimi muzułmanami i irackimi chrześcijanami, ani z saudyjskimi szejkami i saudyjskimi kobietami, Hindusami i Kaszmirczykami czy kartelami narkotykowymi i meksykańskimi wieśniakami.

Zadawanie takich pytań nie jest w żadnym wypadku środkiem na uniknięcie albo zasłonięcie rzeczywistości, więc dlatego zacząłem od punktu kontroli granicznej w Betlejem. Jest wręcz przeciwnie. Każdy, kto chce w pełni rozpoznać rzeczywistość, nie może uciec od tego pytania. Moje dziennikarskie doświadczenia dostarczają częściowej odpowiedzi, a także podnoszą kwestie, które wykraczają poza ramy dziennikarstwa.

Pisałem z Izraela o Izraelu przez większość minionych 20 lat, odkąd się tutaj przeprowadziłem z Toronto w wieku 17 lat.

5.5 roku przepracowałem jako reporter dla amerykańskiej agencji prasowej The Associated Press, a między 2006 a 2011 rokiem powoli zacząłem sobie zdawać sprawę z pewnych ułomności, które towarzyszą opisywaniu Izraela – powtarzające się zaniedbania i pominięcia, rozdmuchane afery, a także decyzje, które były podejmowane nie z dziennikarskich powodów, ale politycznych, a wszystko w ramach relacji, którą obsługuje więcej dziennikarzy niż jakąkolwiek inną międzynarodową historię na ziemi.

Kiedy pracowałem w jerozolimskim biurze The Associated Press, to Izrael opisywało więcej pracowników tej agencji niż Chiny czy Indie albo wszystkie 50 krajów Afryki subsaharyjskiej. To jest reprezentatywne dla całego dziennikarskiego przemysłu

Na początku 2009 roku, żeby podać przykład takich rutynowych decyzji redaktorskich, o których wspominałem, to dostałem wtedy polecenie od przełożonych, żeby opisać historię z drugiej ręki, wziętą z izraelskiej gazety, która napisała o obraźliwych T-shirtach noszonych podobno przez izraelskich żołnierzy. Nie mieliśmy żadnego potwierdzenia prawdziwości tej historii, a swoją drogą nie ma wiele historii pokazujących co amerykańscy marines albo brytyjscy żołnierze piechoty mają wytatuowane na klatach albo ramionach. Jednak koszulki noszone przez izraelskich żołnierzy okazały się godne uwagi w oczach jednej z najpotężniejszych agencji informacyjnych na świecie. Działo się tak dlatego, że chcieliśmy wskazać albo powiedzieć wprost, że izraelscy żołnierze są przestępcami wojennymi, a każdy szczegół wspierający taki portret, miał być wykorzystany. Wiele światowych agencji informacyjnych napisało o tych T-shirtach.

W tym samym czasie wielu żołnierzy izraelskich było anonimowo cytowanych w gazetce szkolnej, w której mówili o nadużyciach, których mieli być świadkami podczas walki w Gazie. Napisaliśmy o tym nie mniej jak 3 oddzielne materiały, chociaż cytowanie ludzi, których tożsamość jest nieznana dla reporterów, jest zabronione i to z dobrego powodu przez wewnętrzne przepisy The Associated Press. Ta historia również bardzo pasowała do naszej linii. Z czasem żołnierze zaprzeczyli, że byli świadkami scen, które podobno opisali, a uczniom dawali przykłady i opowiadali po prostu o horrorach i moralnych wyzwaniach związanych z walką. Oczywiście było już za późno.

W tych samych miesiącach na początku 2009 roku dwaj reporterzy z naszego biura dotarli do szczegółów oferty pokojowej dla Palestyńczyków złożonej przez izraelskiego premiera Ehuda Olmerta kilka miesięcy wcześniej, która była przez nich uznana za niewystarczającą. Propozycja polegała na palestyńskim państwie w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu z Jerozolimą jako wspólną stolicą. To powinna być jedna z najważniejszych historii w roku. Ale izraelska oferta pokojowa i odrzucenie jej przez stronę palestyńską nie pasowało do naszej narracji. Szef biura kazał reporterom zignorować propozycję Olmerta i tak się stało pomimo tego, że jeden z nich wściekle protestował i nazwał tę decyzję “największą porażką jaką widział w dziennikarstwie od 50 lat”. Jednak to bardzo pasowało nie tylko do praktyki The Associated Press, ale też do praktyki innych agencji prasowych. Złe koszulki żołnierzy zasługiwały na nagłośnienie. Anonimowe i nieweryfikowalne opowieści żołnierzy o nadużyciach były warte aż trzech historii. Pokojowa propozycja izraelskiego premiera złożona palestyńskiemu prezydentowi miała w ogóle nie być opisywana.

Czytaj dalej tu: Dlaczego media…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com