Archive | 2015/05/21

Sophie Spitz – Znikające badaczki, czyli Sophie Spitz była kobietą


Sophie Spitz (1910–1956)

Sophie Spitz – Wikipedia, the free encyclopedia Sophie Spitz, M.D. (1910–1956) was an American pathologist who published the first case series of “juvenile melanoma,” (a special form of benign melanocytic nevi), skin lesions that have come to be known as Spitz nevi.[1][2]

Life and career[edit]

Spitz was born in Nashville, Tennessee. Her parents were Jewish and had emigrated from Germany.[3][4] Her uncle, Herman Spitz, was a pathologist and inspired her to pursue a career in medicine.[4] She earned her MD from Vanderbilt University in 1932 and commenced her residency at the New York Infirmary for Women and Children.[4]

Spitz met and married her husband, Arthur Allen, also a pathologist, in 1942. At around this time, she joined the Army Institute of Pathology, where she remained until 1945. It was here she developed an interest in tropical diseases and co-authoredPathology of Tropical Diseases: An Atlas with James Earle Ash.[5]

Following World War II, she returned to work at the New York Infirmary and also at the Memorial Sloan-Kettering Cancer Center, where she described the twelve cases of what was then known as juvenile melanoma and recognized that these lesions have benign behavior despite their microscopic resemblance to melanoma. This clinically important information came to be published in the American Journal of Pathology in 1948, and the lesion now bears her name.[6]

 


 

Znikające badaczki, czyli Sophie Spitz była kobietą

Paulina Łopatniuk


Opis kliniczny na skierowaniu – “Wycięcie blizny. Znamię Spitza, poszerzenie marginesu”

Opis kliniczny na skierowaniu – “Wycięcie blizny. Znamię Spitza, poszerzenie marginesu”

Rzecz zaczęła kiełkować dawno temu. Podczas jednego z kursów specjalizacyjnych kolega nieco lekceważąco podsumował omawiany właśnie dość rzadki nowotwór pochodzenia naczyniowego (ang. endovascular papillary angioendothelioma) zwany guzem Dąbskiej (także w piśmiennictwie anglojęzycznym znany jako jako Dabska tumor), jako że autorką pierwszego jego opisu była polska lekarka, Maria Dąbska – “To chyba jedyna wywodząca się od kobiety nazwa w patologii” (w tym momencie machamy rączkami koledze Piotrowi, choć najprawdopodobniej nie śledzi on naszego bloga). Sala przygasiła trochę rozbawienie młodego medyka, przypominając mu o Sophie Spitz, a temat umarł niepodsycany.

O zagajeniu kolegi przypomniałam sobie niedawno, gdy kolejne już skierowanie opatrzone rozpoznaniem “znamię Spitza” trafiło na moje biurko. Medycyna, co zapewne łatwo zauważyć, czytając o tych wszystkich chłoniakach Burkitta, zespołach Turnera, mięsakach Kaposiego czy chorobach Addisona, uwielbia eponimy, zwłaszcza te tworzone od nazwisk medycznych “odkrywców”, twórców pierwszych opisów chorób, struktur czy zjawisk. Ma to swoje wady (taka nazwa zazwyczaj nijak poza aspektem historycznym nie wiąże się logicznie z opisywanym schorzeniem czy zmianą), ma też swoje zalety (wygodniejsze to jednak w końcu niż zapamiętywanie nazw długich i niekiedy częściowo opisowych). Kobiety późno dołączyły do wyścigu o miejsca w terminologii medycznej, walcząc wpierw długo o możliwość, by móc się w odpowiednim kierunku kształcić, jednak nawet te, którym się udało, w codziennej praktyce bywają nie tylko zapominane, ale też niejednokrotnie po prostu brane za mężczyzn, co gramatyka naszego języka szczególnie uwydatnia właśnie w medycznych eponimach. Sophie Spitz przydarza się to często, podobnie jednak traktowana jest spora grupa badaczek, chociażby Yvonne Barr, Dorothy Reed czy Gertrud Hurler, by wymienić te co bardziej znane z dziedziny patologii.

Czytaj dalej tu: Znikające badaczki….


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


W łeb bierze strategia USA w Iraku

Bez zmian

Tomasz Zalewski



Państwo Islamskie górą, Ameryka płaci za kardynalne błędy popełnione w Iraku

W łeb bierze strategia USA w Iraku, której podstawą miało być wyszkolenie armii rządowej, aby w walce z ISIS nie musiała korzystać z pomocy popieranej przez Iran szyickiej milicji.

Dopiero co Waszyngton chwalił się sukcesami w wojnie z Państwem Islamskim w Iraku – likwidacją jednego z jego przywódców Abu Sayyefa i odbiciem Tikritu. W wyniku ofensywy wojsk irackich wspieranych przez amerykańskie lotnictwo ISIS jest w odwrocie – mówili rzecznicy Pentagonu.

Tymczasem w niedzielę padło Ramadi, stolica sunnickiej prowincji Anbar, 100 km od Bagdadu. Obserwatorzy są zgodni – to największe dotychczas zwycięstwo Państwa Islamskiego. Zabicie Abu Sayyefa nie ma znaczenia, wodzowie dżihadystów są zastępowalni, natomiast łupem zdobywców Ramadi padła kolejna wielka partia broni świeżo przysłanej z Bagdadu.

W łeb bierze strategia USA w Iraku, której podstawą miało być wyszkolenie armii rządowej, aby w walce z ISIS nie musiała korzystać z pomocy popieranej przez Iran szyickiej milicji. Nowy premier iracki, Haider al-Abadi, na apel sunnitów z Anbar wysłał ją na odsiecz nieudolnym wojskom.

Liczono, że Abadi, bardziej skłonny do współpracy z sunnicką mniejszością niż jego poprzednik Nuri al-Maliki, doprowadzi do przeciągnięcia na stronę rządu lokalnych sunnickich liderów – z których część uważa ISIS za mniejsze zło – i powtórzenia niejako operacji z lat 2006–2007, kiedy sunnici z Anbar skierowali się przeciw działającej tam wtedy irackiej Al-Kaidzie. Wówczas jednak główną siłą walczącą z islamistami było wojsko amerykańskie. Obecnie go nie ma i Amerykanie ograniczają się do bombardowań lotniczych. To najwyraźniej nie wystarcza.

Eksperci militarni i specjaliści od Bliskiego Wschodu przewidywali to już wtedy, gdy w lecie ubiegłego roku amerykańskie lotnictwo włączyło się do działań przeciw ISIS. Ataki z powietrza mają ograniczony zasięg, bo chodzi o minimalizację ofiar wśród cywilów. Obama nie wyśle jednak do Iraku sił lądowych. Nie po to je w całości wycofał w 2011 roku. Możliwe są tylko sporadyczne akcje sił specjalnych przeciw najważniejszym bazom dżihadystów.

Mimo wątpliwej skuteczności nalotów trudno sobie też wyobrazić, by Waszyngton nagle je odwołał. Bez amerykańskiego wsparcia zbrodnicze Państwo Islamskie będzie dalej zwyciężać i poszerzać swoje terytorium, tak jak w Syrii. Chyba że Bagdad jawnie już poprosi o pomoc Iran…

Inaczej mówiąc – i tak źle, i tak niedobrze. Tragedia Iraku, ogarniętego płomieniem wojny religijnej, jak w Syrii, Libii i Jemenie, pogłębia się. Można się było tego spodziewać po decyzji o inwazji w 2003 r. podjętej przez George’a W.Busha i katastrofalnej polityce okupacyjnej, co uruchomiło sekwencję fatalnych wydarzeń. Ameryka płaci za swoje kardynalne błędy.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com