Archive | 2015/05/31

Datner: Żydowski punkt widzenia Pyta Kacha Szaniawska

Datner: Żydowski punkt widzenia Pyta Kacha Szaniawska

Pyta: Kacha Szaniawska


Fot.: Ministry of Foreign Affairs of the Republic of Poland, cc, Flickr.com

To sformułowanie było jak płachta na byka, gdy pracowaliśmy w muzeum – nie ma, nie wolno!

Kacha Szaniawska: W recenzji wystawy głównej Muzeum Historii Żydów Polskich Joanna Krakowska nazywa jego strategię „cytatchórzostwem”. Jerzy Halbersztadt mówi, że muzeum chowa się za cytatami, nie bierze odpowiedzialności za opowiadanie historii. Mnie z kolei w wystawie zabrakło spójnej i pełnej opowieści; zwyczajnie pogubiłam się w gąszczu fragmentów, obrazów, dźwięków, ten przepych mnie przytłoczył. Ale może to jest celowy zabieg? Pracowałaś w zespole projektującym galerię „Powojnie”. Powiedz, jak wyobrażaliście sobie ostateczny kształt wystawy?

Helena Datner: Na pewno nie było takiego zamysłu, kiedy pracowaliśmy nad wystawą, że będziemy coś opowiadali, żeby co innego zakryć albo żeby czegoś nie dopowiedzieć. Myśleliśmy, że te cytaty są dobrym punktem otwierającym. Nie mieliśmy poczucia, że one są zamiast. Nie było centralnego mózgu, przynajmniej na początku, który by mówił, że powinniśmy czegoś unikać. Niektórzy z nas nawet pytali tak naiwnie i wprost: ile tego antysemityzmu? Na ile to jest ważna rzecz, na ile będziemy ten wątek śledzić? Albo: jakie są w ogóle wątki, które powinniśmy śledzić? I na to właściwie nigdy nie było odpowiedzi. Nie stanowiliśmy jednego zespołu, każdy pracował na własną odpowiedzialność, taka była mechanika tworzenia tego muzeum. I ostatecznie jest tak, jak mówisz: muzeum unika stawiania wyraźnych tez, wprowadzenia określonych wątków historiozoficznych; unika odpowiedzialności.

Swoją drogą, to interesujący skutek: każda z grup tworzących poszczególne części muzeum działała niezależnie, spontanicznie, a całość sama się złożyła w coś, co w tej chwili wydaje mi się trudne do przyjęcia. To studium świadomości badaczy, jeśli chodzi o historię Żydów.

Shana Penn w entuzjastycznym tekście na temat MHŻP cytuje Barbarę Kirshenblatt-Gimblett, która mówi, że to muzeum jest „teatrem historii”. I ja mam dokładnie takie odczucia, że to jest scenografia, że poruszam się w efektownych dekoracjach, które same w sobie nie mają treści. Dopiero aktorzy – przewodnicy, zwiedzający – muszą je wypełnić.

To jest niestety bardzo trafny opis, z tym że ten „brak treści” to dla mnie raczej wskazanie na to, o czym mówiłyśmy przed chwilą: brak przewodu historiograficznego albo obecność treści, które „zamazują” tę historię. Niekoniecznie intencjonalnie, ale skutek jest taki właśnie.

Kłopot w tym, że opowieść proponowana przez muzeum jest nie tylko niespójna, ale dość tendencyjna. Odnoszę wrażenie, że mimo deklaracji muzeum nie jest gotowe na dialog. W natłoku interaktywnych eksponatów, cytatów, ekranów narzuca gotową wersję wydarzeń. Zwiedzający mają zapamiętać, że Polska była i jest Paradisus Iudaeorum. A gdyby ktoś miał wątpliwości, to ostatecznie przypieczętowuje to dziwaczne współczesne zakończenie wystawy, które wprawiło mnie w osłupienie i konsternację.

Tak, tak jest w istocie. Widz nie ma szansy, żeby zrozumieć, skąd antysemityzm, jak działał, jakie były jego skutki. I to mało mądre, pełne dumy zaklinanie, że nie stworzyliśmy muzeum antysemityzmu! Koniec galerii „Powojnie” i jednocześnie koniec wystawy jest naprawdę okropny, nikt się chyba takiego nie spodziewał. Cały problem polega na tym, że, jak to się często zdarza, nic nie było nam mówione otwartym tekstem; były tylko takie zdania, które unosiły się w powietrzu.

  • I w pewnym momencie z tych nasłuchów, tych naskórków, stało się jasne, że
    chodzi o to, żeby wszystko było optymistyczne. Obalamy komunizm i następuje
    happy end.

Były też obiektywne przyczyny: wielki fiński architekt nie pozwalał czegoś przegrodzić, w związku z tym mieliśmy mniej przestrzeni na zakończenie wystawy, niż się wydawało.

Dla mnie jest zupełnie oczywiste, że jeżeli ktoś chce naprawdę pokazać współczesność i jej wieloaspektowość, w tym antysemityzm jako problem społeczny, to musi potraktować społeczność żydowską – szerzej: obecność Żydów w świadomości społecznej – jako pewien problem. A nie że Żydzi tylko tańczą, jedzą i śpiewają…

No właśnie na wystawie widzimy, że tylko to robią.

Gonił nas czas – i to znowu jest ta okoliczność obiektywna: „nie mamy czasu”, „architekt się nie zgadza”. A myśmy zaprojektowali to zakończenie na bardzo wiele punktów. Poza społecznością, która miała być pokazana w sposób bardziej złożony, to miało być miejsce na tzw. wielkie dyskusje lat dwutysięcznych. Było miejsce na Centrum Badań nad Zagładą, a niektóre ich prace są zupełnie pionierskie; na Grossa, na nowy chów, czyli Elę Janicką i Tomka Żukowskiego, i na artystów, którzy produkują kontrkulturę. To wszystko było zaprojektowane. Męczyliśmy się nad tym, były ograniczenia – przecież ta nasza galeria powojenna jest malutka!

Nieproprocjonalnie do reszty wystawy.

Decyzja, że jednak współczesność, czyli coś po 1945 roku, powinna być, zapadła w ostatniej chwili. No i już podobno nie dało się przeprojektować całej przestrzeni muzeum. Ale to chyba nie do końca tak, że była taka wola polityczna… To jest oczywiście interpretacja, ale ona wydaje mi się bliska rzeczywistości…

Zaraz, kształt galerii powojennej motywowano brakiem czasu, przestrzeni i tym, że miało jej nie być?

Kiedy nas zatrudniano, powiedziano nam, że galeria jest mała, bo miało jej nie być, i że nie da się jej przeprojektować. I myśmy z tym nie dyskutowali; dostaliśmy te dwieście metrów. W trakcie pracy okazało się też, że brakuje czasu, by tę ostatnią część odpowiednio szeroko przedstawić. To było mówione wprost. Natomiast że ma być radośnie, że nie może być smutno i zbyt „problemowo” – to było coś, co się unosiło w powietrzu.

Niebecność dyskusji lat dwutysięcznych, przemilczenie współczesnego antysemityzmu, potępienie żydokomuny – ładny polityczny koncert życzeń. Powtarzasz, że wiele zaleceń nie było wydawanych bezpośrednio, ale podobno wypomniano wam przy jakiejś okazji, że to jest państwowe muzeum, utrzymywane za państwowe pieniądze… Czyli kto płaci, ten wymaga?

Tak, to był akurat tekst wprost. Na słynnym dla mnie spotkaniu w Ministerstwie Kultury w 2013 roku, kiedy mówiono nam o polskiej racji stanu i o tych pieniądzach. Pani minister, która się z nami wtedy spotkała, ujęła to tak, że jest wiele punktów tej narracji, które nie zgadzają się z tym, czego polskie państwo, polskie społeczeństwo, oczekuje. I wobec tego musimy się poprawić. Dodatkowa trudność polegała na tym, że zarzuty nie były szczególnie uporządkowane, choć ich wymowa była raczej jasna. Nie ulegało wątpliwości, że jedną ze spraw jest żydokomuna, ale nie tylko…

Zapewne jeszcze Kościół katolicki.

Kościół katolicki pojawił się w innej rozmowie – z dyrektorem muzeum i recenzentką wystawy. To było później, tuż przed otwarciem, kiedy ostatecznie się wycofałam. Wiesz, chodziło o szereg punktów, w których była „narracja żydowska”… Zresztą to sformułowanie było jak płachta na byka – nie ma, nie wolno!

Dlaczego?

To jest pytanie o polską świadomość społeczną.

Jeżeli ktoś mówi, że coś jest „z żydowskiego punktu widzenia”, to znaczy, że nie opisuje rzeczywistości, tylko tę rzeczywistość wartościuje. Mieszkamy w Polsce, wobec tego jest oczywiste, że polska narracja jest narracją powszechną, dominującą.

Jednocześnie, i to jest bardzo ważne, ta narracja przez swą oczywistość jest niewidoczna, przezroczysta. Ta oczywistość sprawia, że kto z tej narracji schodzi, jest podejrzany, jest pieniaczem, histerykiem itd. Jest „nieobiektywny” – jakby tamta narracja była „obiektywna”. Robi coś niesłychanego. I na tym właśnie polega trudność tłumaczenia ludziom, o co nam chodzi.

Chcesz powiedzieć, że władzę i społeczeństwo łączy lęk o polską narrację? Co to znaczy, że narracja żydowska jest niewiarygodna?

Wiesz, praca nad tą wystawą była dla mnie wyjątkowym doświadczeniem. Wiedziałam o polskim antysemityzmie, o stosunku do tzw. żydokomuny. Ale dopiero przy końcu prac, kiedy zaczęły się te naciski, tworzenie wystawy stało się dla mnie rewelacją intelektualną w tym sensie, że poczułam, niemal na poziomie ciała, co to jest polska narracja.

Dla dużej części Żydów, którzy w Polsce pozostali, okres tużpowojenny był czasem prawdziwej nadziei na zmianę.

Taką zmianę, która pozwoliłaby im po raz pierwszy w historii czuć się równymi obywatelami. Ta potrzeba jest, mam wrażenie, permanentnie niesłyszana, niedoceniana, bo też żeby ją docenic, trzeba zrozumieć, przejąć się i dopuścić do nazwania wszechstronnej opresji, której Żydzi podlegali przedtem – okres międzywojenny był opresji tej ukoronowaniem; notabene w Muzeum nie sposób się tego dowiedzieć. Ja tymczasem przez trzy tygodnie prowadziłam korespondencję mailową z bardzo dobrym historykiem na temat tego, czy można użyć określenia „sprawiedliwy ustrój społeczny” włożonego w usta Żydów z tamtego czasu. Odpowiedź brzmiała: „Nie można, ponieważ to był ustrój, który miażdżył”. A część Żydów po wojnie tak właśnie mówiła, taką miała nadzieję; to jest udokumentowane w wielu źródłach żydowskich, to nie są moje wyobrażenia. Zmieniłam na „ustrój, w którym Żydzi po raz pierwszy mieli dostęp do wszystkich stanowisk”. To było zupełnie niewiarygodne, że historyk, bystry człowiek, w ogóle nie rozumiał, o czym mówię. Narracja, która była dla niego oczywista i jedyna, przesłoniła możliwość dopuszczenia innego punktu widzenia. Żydowskiego. To była dla mnie lekcja, oświecenie umysłowe; choć pewnie wielu ludzi jest oświeconych bez takiego doświadczenia.

Ale skąd się bierze ten lęk? Dlaczego narracja żydowska zagraża polskiej większości? Na pewno muzeum udało się jej uniknąć, nikt nie powie, że wystawa jest antypolska.

Tak, prasa prawicowa bardzo chwaliła za to muzeum.

Narracja żydowska, narracja mniejszości, która podlega większości, na dodatek mniejszości tak szczególnej – stojącej przez stulecia na „miejscu niebezpiecznym”, tak łatwo pozbawianej praw kiedyś nadanych – jest odmienna od narracji większościowej, nic dziwnego. Na dodatek jest to naracja, która zakłóca obraz polskiej większości jako grupy nieskazitelnej.

MHŻP jest dowodem na to, że w Polsce problem antysemityzmu może nie tyle nie istnieje, ile jest niegroźny, nieznaczący. Wykonano ogromną pracę, aby pokazać, jak jesteśmy otwarci na Żydów i ich kulturę. Zastanawiam się, dla kogo jest to muzeum, kto, co i komu tu tak naprawdę opowiada. I po co. Muzeum ma wielu darczyńców, została im poświęcona cała wielka ściana. Czy sponsorzy mieli wpływ na kształt wystawy?

Mieli, ale to akurat nie doprowadziło do destrukcji naszej opowieści. Mówię o naszej części; były naciski, które szły w dwóch kierunkach. Po pierwsze, aby pokazywać Żydów wybitnych. Wybitny Żyd w okresie powojennym to jest siłą rzeczy Żyd, który wszedł do kultury polskiej, bo nie miał innej możliwości. Po drugie, żeby nie przesadzać z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Żydów – instytucją, która powstała w roku 1950. Oczywiście była to instytucja komunistyczna, jak wszystkie wtedy, ale jednocześnie tworzyła środowisko zwykłych Żydów, ważne kulturowo, emocjonalnie, społecznie. Ale to sponsorów muzeum nie interesowało. I żeby nie przesadzać z „Fołks Sztyme”, żydowską gazetą wydawaną przez PPR, a potem przez PZPR.

Narracja polska dominująca obecnie jest narracją antykomunistyczną; pokazanie instytucji żydowskiej czy żydowskiej prasy komunistycznej jest obsuwą, czymś niezgodnym z głównym nurtem narracji polskiej, niewartym więc pokazania. Więcej: czymś, co szkodzi wizerunkowi Żydów w odczuciu sponsorów.

To wynika, mówiąc językiem kolokwialnym, z kompleksów, a mówiąc językiem bardziej analitycznym, z przejęcia przez mniejszość wyobrażenia o tym, co to znaczy być dobrym Żydem.

Taki Żyd z TSKŻ z Wałbrzycha, jakiś krawiec, nie jest naszym bohaterem, nikogo z nas, żydowskich sponsorów, nie interesuje, nie możemy być z niego dumni. Kompleks żydowski polega na tym, że skoro tak nas wszyscy nie lubią, to my pokażmy, że jesteśmy wspaniali. To jest reakcja obronna na bardzo prostym poziomie. Tak więc sponsorzy nie byli tu bardzo oryginalni, to odbija to, co często my, Żydzi, mamy w głowach.

A  co to znaczy być wspaniałym w Polsce powojennej? To znaczy pokazywać, że Żydzi komuniści byli wstrętni, ale ich było mało. Pokazywać, że wielu Żydów było w opozycji. Te nasze niekończące się dyskusje na temat Żydów w „Solidarności”… Muzeum ma nas obronić, ma pokazać nas wspaniałymi według takich wartości, jakimi kieruje się społeczeństwo.

Nie pozwolono nam podpisać antysemickich ulotek WiN-u, ponieważ to są oddziały poakowskie i trzeba to uszanować. Wykreślili nam nazwę „WiN”, ponieważ społeczeństwo musi zachować o nich dobre mniemanie – ale to już nie sponsorzy, to był już inny poziom, poziom władzy. Podziemie antykomunistyczne nie może być zbyt napiętnowane – antykomunizm jest rodzajem etycznego puklerza.

A jaka jest polska racja stanu?

Polska racja stanu jest taka, że Żydom było nie najgorzej. Kościół był momentami zły, ale nie taki bardzo zły. Polski antysemityzm jest umiarkowany, a jeśli chodzi o okres powojenny, to odpowiedzialni za to są, w stopniu niemałym, Żydzi, a ponadto ustrój komunistyczny. W dwudzielnej narracji antykomunistycznej społeczeństwo jest niezłe, ustrój – zawsze zły.

Co jeszcze zostało wygaszone, wyciszone na wystawie głównej?

Są pokazane przemoc i pogromy, choć myślę, że ich przyczyny, podobnie jak powody akcesu Żydów do komunizmu, nie są dla widza dostatecznie jasne. Jest antysemityzm ’56 roku. I jest Marzec.

Tylko że w Marcu to jest antysemityzm władzy. Próbuje się oddzielić władzę od społeczeństwa. To jest bardzo prosty zamysł: zły komunista prześladował Żydów w Marcu…

Tak więc można pokazywać antysemityzm, ale pod warunkiem, że jest on oddelegowany do władzy – którą się odpowiednio określa i która jest skreślona.

Mieliśmy dyskusję, że pokazujemy za mało ulotek, w których studenci potępiają antysemityzm. A ja nie pamiętam, żeby było takich wiele. Zwykle potępia się w nich i antysemityzm, i syjonizm; prosta kalka marcowej propagandy. Może była jedna czy dwie, m.in. z mojego Wydziału Filozoficznego, gdzie się potępia tylko antysemityzm. Obrona żydowskich kolegów to nie było coś, czym ruch studencki był wtedy zaprzątnięty. To była walka o wolność słowa, taka polityczna kontrkultura. Nie był to ruch antysemicki, jak część „Solidarności” potem, ale był skoncentrowany na czymś innym; problemu żydowskiego nie zauważał.

Kościoła prawie nie ma, tu też dostaliście wytyczne?

Przy Kielcach Kościół jest obecny. Jedną z interpretacji tego, co się wydarzyło, jest wypowiedź kardynała Hlonda, który mówił rzeczy straszne – że Żydzi sami są sobie winni, bo popierają władzę. I właśnie tu była rozmowa o Kościele, tuż przed zakończeniem prac, jedna z przykrzejszych, jakie miałam w życiu. Rozmowa, w której czułam, że cokolwiek powiem, będzie to niewiarygodne. I że jest to przemoc wobec mnie jako Żyda, jako kobiety i jako starszej osoby. Zapytano mnie, skąd wiem, jakie było stanowisko Kościoła katolickiego wobec Żydów po wojnie. Odpowiedziałam: stąd, że długo zajmuję się historią Żydów, a zajmowanie się stosunkiem Kościoła do Żydów jest częścią tej pracy badawczej. Wtedy agresywnie powiedziano mi, że robię argument ze swojego wieku. Możesz to sobie wyobrazić?

Druga rzecz była równie ozdobna. Od lat zajmuję się historią Żydów i na podstawie źródeł, jakie znam z okresu tużpowojennego, nie ulega dla mnie wątpliwości, że Żydzi, niestety, byli absolutnie przekonani o tym, że Kościół im nie pomoże. Kierowano prośby do duchowieństwa o wydanie odpowiedniego orędzia, no ale co było, to wiemy. Poza biskupem Kubiną, którym się wszyscy chwalą, i słusznie – cisza. Na to powiedziano mi, że ja odmawiam Żydom prawa do błędu. Rozumiesz? Rozmawiamy o tym, co oni czuli jako podmiot tej historii, na co słyszę, że oni błądzili w swoich odczuciach.

Rozumiem, że przekonania i emocje osób, które ze mną rozmawiały, były właśnie takie. Cała trudność polega na tym, że mamy do czynienia z prawdziwymi przekonaniami, głęboko przyswojonymi, uważanymi za naturalne i oczywiste, jedyne możliwe. Skutek jest taki, że w „naturalny” sposób przykrywają głos żydowski.

W czerwcu 2014, kiedy wszystko było gotowe, pojawiły się kolejne wątpliwości recenzentki co do kształtu i treści naszej galerii. Szły w kierunku narracji polskiej. Napisałam do kolegów, że z dniem takim i takim kończę współpracę z muzeum, bo nie będę uczestniczyć w pracach komisji do spraw błędów i wypaczeń, i od tej chwili nie biorę odpowiedzialności za kształt wystawy.

Przy twoim nazwisku jest podana informacja, że pracowałaś do konkretnego dnia.

Nie wiedziałam nawet. Muszę się tam w końcu wybrać.

Czy Muzeum Historii Żydów Polskich jest instytucją krytyczną?

Nie jest i wszystko wskazuje na to, że nie stwarza jakiejkolwiek przestrzeni, w której, w sposób przez muzeum zalegitymizowany, można by zadawać pytania, wychodzić z jakimiś problemami. Opowieść muzeum o sobie samym – że jest to „muzeum życia”, a nie jest to „muzeum antysemityzmu” – już na wejściu ustawia pole możliwej dyskusji. Czyli jest tak jak wszędzie – w tym sensie muzeum nie wykracza poza to, co mamy w Polsce.

Czyja to jest pamięć?

To jest polska pamięć o Żydach opowiadana Polakom. W sposób, który jest możliwy do zakceptowania i który w związku z tym powoduje, że zmiana jest niemożliwa, ponieważ przyklepujemy to, co jest.

Oczywiście, dobry przewodnik, mądry nauczyciel, ktoś, kto potrafi spojrzeć krytycznie, pójdzie tam i będzie w stanie z tych eksponatów wywieść historię krytyczną, historią edukacyjną w dobrym sensie, czyli próbującą zmienić postawy zastane. To jest możliwe; to muzeum ma tyle warstw, że pedagog z dobrym przygotowaniem, z wiedzą o historii stosunków polsko-żydowskich, której tam nie ma, będzie w stanie przekazać ją uczniom. Jest jakaś potencja w tych pięknych dekoracjach. Ale jednocześnie narracja muzeum o samym sobie, to, co się tam odbywa, może to zadanie utrudnić. Należałoby posłuchać tego, co mówią przewodnicy, bo tam jest, jak wspominałaś, tyle bodźców, że człowiek sam się gubi i potrzebuje przewodnika. A przewodnik to narrator o narracji muzeum, i tu się nie spodziewam, niestety, rewelacji.

Zwłaszcza że to są ludzie zakontraktowani przez muzeum.
Jerzy Halbersztadt wyraził w jednym z wywiadów obawę, że muzeum może odebrać środki innym instytucjom, jak Żydowski Instytut Historczny czy Centrum Badań nad Zagładą Żydów.

To jest bardzo dobre pytanie. Widzę, że muzeum wyssało ŻIH-owi publiczność. Z jednej strony to jest naturalne, bo tam są atrakcje, a tu co? Była wystawa stała, będzie inna, dobra, prosta, ale oczywiście potencjały, jeśli mierzyć liczbą odwiedzających, całkowicie nieporównywalne i na tej płaszczyźnie nie warto się porównywać. Pytanie, jak ŻIH powinien się zachować w tej sytuacji, co może zrobić, jak się sformatować. Zwłaszcza że kilka lat temu został przekształcony w placówkę kultury, przestał być instytucją badawczą, ma inny status, taki sam jak muzeum, i ograniczenia w pracy badawczej. Możemy pracować tylko na naszych zbiorach. Tu wiele zależy oczywiście od państwa. Wiele zależy też od tego, jak sam ŻIH się zorganizuje, jak ustawi wobec tego kolosa. ŻIH powstawał w roku 1947 jako placówka żydowska, może być nią nadal, tzn. taką, która zajmuje się narracją żydowską, narracją mniejszościową. Chciałabym, żebyśmy się nie bali.

A wiesz dlaczego zmieniono nazwę muzeum na Polin?

Jak proponowali tę nazwę, to byłam tak po dziecinnemu zdziwiona: jak można taki zasłaniający historię banał wkładać? Polin? I tu odpoczniesz…

Spoczniesz. Miliony spoczęły. Mnie się nie mieści w głowie, że wystawa zaczyna się lasem. Ja mam niestety pamięć wizualną o obozach ukształtowaną na filmach Lanzmanna i las kojarzy mi się jednoznacznie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wystawę, nie mogłam uwierzyć, że to jest podane tak wprost. Wielu Żydów swoją przygodę z Polską zaczęło i skończyło w lesie…

I jeszcze ta strasznie niemądra narracja, że to muzeum życia… Oni tego po prostu nie widzą. Tych, którzy krytykują opowieść muzeum o nim samym, mają za strasznych smutasów, którzy nic tylko by o tej Zagładzie mówili. A tu trzeba pokazać życie! I hulaj dusza.

Jest tu sprawa bardzo poważna: co oznacza to mówienie o zbytnim smutku, o znużeniu żydowskim smutkiem? Przecież to ucieczka od tego, co stanowi niezbywalną część historii Żydów. To ucieczka od śmiertelnie ważnych pytań edukacyjnych, wciąż aktualnych, dla wszystkich! Ucieczka od stawiania pytań i odpowiedzialności jednocześnie.

Helena Datner – historyczka i doktor socjologii, pracuje w Żydowskim Instytucie Historycznym


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Żydowska suwrenność w Jerozolimie kontra kłamstwa palestyńskie

Żydowska suwrenność w Jerozolimie kontra kłamstwa palestyńskie

REDAKCJA


Również według prawa międzynarodowego Jerozolima należy tylko do Narodu Żydowskiego.

Wraz z zakończeniem wielu przemówień i gratulacji, które słyszeliśmy w tym tygodniu z okazji Dnia Jerozolimy, należy podkreślić szczególnie ważną opinię w sprawie stolicy Izraela – prawo międzynarodowe.

Dr Jacques Gauthier jest prawnikiem, obywatelem Kanady, nie-Żydem, zajmującym się prawami człowieka i jest specjalistą w zakresie prawa międzynarodowego. Tematem jego rozprawy doktorskiej było prawo do suwerenności w Jerozolimie zgodnie z prawem międzynarodowym, a konkluzja jego badań była jednoznaczna: według prawa międzynarodowego tylko Żydzi maja prawo do państwowości w całej Jerozolimie. Te same argumenty odnoszą się do całego zachodniego Państwa Izrael, włącznie z Judeą, Samarią i Gazą.

Trzeba podkreślić, że badanie zostało przeprowadzone na przestrzeni 20 lat, w ciągu których Gauthier zebrał wyniki i fakty, na podstawie których stwierdził, że tylko ich ujawnienie może doprowadzić do konkluzji w sprawie praw do suwerenności. Uniwersytet w Genewie potwierdził wyniki tych dogłębnych badań przez nadanie mu tytułu doktora prawa, a teza o której mowa przeszła dokładną analizę naukową pod kątem prawa międzynarodowego w najbardziej obiektywnym miejscu na świecie, a nawet została zebrana w ogromna książkę o 1400 stronach, zawierających opis wszystkich dokumentów i fotografii.

Badanie to ponownie udowadnia, że żądania Arabów, włącznie z żadaniami Ligii Arabskiej, jakiejkolwiek suwerenności w Jerozolimie stoją w sprzeczności do prawa międzynarodowego. Zasada ta odnosi się również do Historycznego Basenu (określenie dla geograficznego okręgu Jerozolimy włącznie ze Starym Miastem i otaczających terenów – przyp. red.).

 

 

Prawda ta jest znana przywódcom palestyńskich organizacji terrorystycznych, z których cześć jest przywódcami Autonomii Palestyńskiej. Oni wiedzą, że prawo międzynarodowe stwierdza, że prawo Żydów do państwowości przeważa nad ich prawem – dlatego postawili tezę przeciwną i kłamliwą, dokładnie odwrotną, którą sformułowali już w 1964 r. w Karcie Palestyńskiej. Karta obowiązuje do dnia dzisiejszego i oni ciągle próbują ją zrealizować.

Moj kolega w tym dziale, dr Josi Beilin, powiedział przedwczoraj w telewizji, że w rzeczywistości nie ma możliwości zrealizowania „rozwiązania” dwóch państw. Stwierdził, że obie strony nie są w stanie go zrealizować, jednak istotą problemu jest niezdolność palestyńska do rezygnacji z odbierania nam naszych praw, nawet jeśli wiedzą, że w świetle prawa międzynarodowego to prawo ma wyższość nad ich twierdzeniami do innych praw należnych. To co zagraża nam i gra w ręce naszych wrogów to zapomnienie o tym prawie w świadomości żydowskiej. Jesteśmy blisko tego, ponieważ publiczna debata w Izraelu ignoruje dyskusje na ten temat i zapobiega podjęciu działań w celu wyjaśnienia istnienia tego prawa.

Musimy zacząć używać istnienia tego prawa według prawa międzynarodowego również w wojnie przeciwko kampanii delegitymizacji Izraela, która ma miejsce na świecie, i również żeby odeprzeć każde oskarżenie przeciwko krokom, jakie Państwo Izrael robi w obronie swoich praw. Trzeba potępić każdego, kto głosi przeciwko budowom w Judei, Samarii i w całej Jerozolimie oraz odważnie twierdzić, że jego słowa stoją w sprzeczności z prawem międzynarodowym – opierając się na pracy dr Gauthiera i innych. Nie ma znaczenia czy mówca to sekretarz ONZ, który ma nadzieję być wybrany na kolejną kadencję przy pomocy głosów państw arabskich i dlatego wypacza prawdę, czy nawet jeśli jest wiceprezydentem USA Johnem Bidenem, który zgorszył nas pokazem obelg, ponieważ realizowaliśmy to prawo podczas jego wizyty w kraju.

Amerykańska opinia publiczna przywiązuję wagę do trzymania się reguł prawa międzynarodowego i dlatego wybrani tam reprezentanci nie będą zadowoleni z przedstawienia ich jako tych, którzy próbują okraść z praw tych, za którymi stoi prawo międzynarodowe.

Zeew Żabotyński
19 maja 2014 r.
“Israel Hajom”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Illinois uchwala historyczną ustawę przeciwko BDS

Illinois uchwala historyczną ustawę przeciwko BDS, a Kongres rozważa podobne posunięcie

Eugene Kontorovich
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Izba Reprezentantów stanu Illinois właśnie dołączyła do Senatu Illinois, uchwalając jednogłośnie projekt ustawy, która nie dopuszcza, by fundusze emerytalne inwestowały w firmy bojkotujące Izrael. Gubernator Bruce Rauner oznajmił, że podpisze tę historyczną ustawę “anty-BDS”.

Trudno byłoby przecenić znaczenie tej ustawy. Kraje europejski szeptały w ostatnich latach mroczne groźby do uszu dyrektorów firm o “prawnym i ekonomicznym ryzyku” prowadzenia interesów z firmami izraelskimi. Niejasność tych ostrzeżeń jest świadectwem ich braku podstaw prawnych. Taka taktyka zastraszania musiała wpływać, choćby marginalnie, na decyzje firm. Obecnie Unia Europejska będzie musiała – jeśli jest uczciwa – ostrzegać biznesy o prawnym i ekonomicznym ryzyku świadomego odmawiania prowadzenia interesów z firmami izraelskimi.

Ogólniej, ustawa Illinois jest wyrazem narastającej odrazy do od dawna bulgocącego ruchu BDS (“Boycott, Divestment, and Sanctions” [Bojkot, Wycofanie inwestycji, Sankcje] – strategii wojny ekonomicznej i delegitymizacji Izraela. Podczas gdy BDS odniósł najwięcej sukcesów przy łatwych celach, takich jak brytyjskie związki akademickie i piosenkarze pop, działania przeciwko bojkotowi otrzymują entuzjastyczne przyjęcie w Ameryce od rzeczywistych rządów na poziomie stanowym i federalnym. Jest tak, ponieważ olbrzymia większość Amerykanów zasadniczo odrzuca przesłanie BDS – że Izrael jest unikatowo nikczemnym państwem.

Istotnie, fala ustawodawstwa anty-BDS ogarnia USA. Najważniejsze, jak dotąd są dwupartyjne poprawki do ustaw Kongresu dla Trade Promotion Authority [Urzędu Promocji Handlu]. Ustanowili „zniechęcanie” do bojkotów jako jeden z wielu celów USA w negocjacjach handlowych z krajami europejskimi.

Poprawki handlowe nie podejmują żadnych definitywnych akcji przeciwko bojkotującym. Wyraźnie jednak informują, że w oczach Ameryki BDS nie jest jak ruch praw obywatelskich, jak to uwielbiają twierdzić jego zwolennicy, ale raczej jak bojkot antyżydowski, tak powszechny w Europie w XX wieku, a w świecie arabskim do dnia dzisiejszego. Istotnie, dwie legislatury stanowe uchwaliły w ostatnich tygodniach rezolucje to właśnie stwierdzające.

Bardziej agresywnym i potencjalnie bardziej skutecznym projektem ustawy jest “Boycott Our Enemies, Not Israel Act” [Ustawa o bojkocie naszych wrogów, a nie Izraela] (H.R.1572) przedstawiona w Izbie przez Douga Lamborna i siedmiu innych reprezentantów. Wymaga ona od firm zawierających kontrakty rządowe zapewnienia, że nie bojkotują Izraela. Przyjmując podobne podejście projekt Illinois wymaga od stanowych funduszy emerytalnych, by nie inwestowały w bojkotujące firmy.

Rząd federalny od dawna stosuje restrykcje wobec firm otrzymujących kontrakty rządowe jako sposób promowania różnych wartości społecznych. Wymaga się od nich powstrzymania się od rozmaitych, legalnych skądinąd działań, jak na przykład niestosowanie działań afirmatywnych. Stanowe fundusze emerytalne zaś od dawna stosowały „społecznie świadome” inwestowanie, unikając inwestycji w firmy z powodu ich praktyk środowiskowych, zatrudnienia i warunków pracy. Projekt ustawy z Illinois dodaje po prostu dyskryminację przeciwko Izraelowi do tej mieszanki.

Stany Zjednoczone od dawna mają ustawy uznające uczestnictwo w bojkocie Izraela przez Ligę Arabską za niezgodne z prawem. Sądy zatwierdziły konstytucjonalność takich kroków. USA mogą równie słusznie sprzeciwiać się prywatnie propagowanym bojkotom, jak sponsorowanym przez rządy. Ten podział nie jest zresztą wyraźny, ponieważ wiele NGO, które wzywają do bojkotu, ma poparcie zagranicznych rządów.

Niemniej ważne jest podkreślenie, że obecna runda posunięć jest znacznie mniej restrykcyjna niż wcześniejsze prawa o bojkocie. W żaden sposób nie zakazują uczestnictwa, nie mówiąc już o propagandzie na rzecz bojkotu Izraela.

Orędownicy BDS jednak, obecnie w defensywie, potępiają te posunięcia jako atak na ich prawa. Takie zarzuty, podobnie jak sam ruch BDS, są głęboką hipokryzją.

Główną taktyką BDS jest próba doprowadzenia do zerwania kontaktów z Izraelem przez uniwersytety i inne instytucje rządowe. Nie ulega wątpliwości, że orędownicy BDS mają pełne prawo konstytucyjne do starań o to, by podjęto akcje rządowe przeciwko firmom w odpowiedzi na domniemane złe uczynki rządu izraelskiego. Ale ta ochrona konstytucyjna nie działa tylko w jedną stronę. Zwolennicy Izraela mogą starać się o akcje rządowe w reakcji na domniemane złe uczynki bojkotujących.

Kampania BDS nieodmiennie powraca do jednego argumentu: “A co z bojkotem Republiki Południowej Afryki?” Zasadność tego argumentu zależy jednak od akceptowania twierdzenia, że zachowanie Izraela jest równoznaczne a apartheidem, ale olbrzymia większość Amerykanów odrzuca taki pogląd. Historyczny fakt bojkotu Republiki Południowej Afryki z pewnością nie znaczy, że rządy stanowe i federalny nie mogłyby, gdyby tak postanowiły, legalnie odciąć się od na przykład, firm, które odmawiają prowadzenia interesów z państwami islamskimi z powodu ich domniemanych zbrodni.

Fakt, że orędownicy bojkotu twierdzą, iż motywem ich działań są domniemane “zbrodnie” Izraela, nie wymaga, by inni zaakceptowali ich reakcję jako sprawiedliwą i rozsądną, ani też by uznali ich motywy. Istotnie, Kongres zabronił uczestnictwa w bojkocie ogłoszonym przez Ligę Arabską, mimo że państwa arabskie nie mówiły, że robią to z czystej złośliwości wobec Izraela, ale w odpowiedzi na rzekome zachowanie Izraela. Politycy przejrzeli tą grę, a obecnie przejrzeli także BDS.

Illinois passes historic anti-BDS bill as Congress mulls similar moves
18 maja 2015


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Wywiad z Janem Karskim dla TELE POLONICA (Montreal) z 1986roku..

Wywiad z Janem Karskim dla TELE POLONICA (Montreal) z 1986roku..

Pierre Zwolinski



Jan Karski , ktory wtedy mial juz 72 lata opowiada o swoich przeżyciach w czasach II wojny światowej. Rozmowe prowadzil jego przyjaciel z przed wojny Jerzy .Zbik, dyrektor polskiej sekcji CBC ktora emitowala program radiowy z Montrealu w jezyku polskim dla sluchaczy w Polsce.

Wywiad zostal zrealizowany w rezydencji Piotra Zwolinskiego,w Montrealu i nadany w programie cotygodniowej emisji telewizyjnej TELEPOLONICA Montrealu (Kanal 24) w programie poswieconym sprawom Polski i Polonii.

Karski po nagraniu emisji opowiadal o sobie, swojej pracy na amerykanskim uniwerstytecie, o stosunku Polakow do Zydow w Polsce i na emigracji, gdzie te dwa spoleczenstwa: Zydow-emigrantow i Polakow-emigrantow odnosily sie do siebie zdecydowanie wrogo.

Karski udzielal wielu wywiadow, i byloby ciekawe porownac to co mowil na ten sam temat w jezyku polskim a co po franusku i co po agnielsku.
Polska “odkryla” znaczenie Karskiego dopiero w 1989 roku.odznaczajac go wysokimi orderami.

Malo kto wie ze zona karskiego byla Polska Zydowka. Karski zmarl w 2000 roku samotny, Jego zona popelnila samobojstwo. niedlugo potem umarl jego kolega Jerzy Zbik, ktory przeprowadzal z nim rozmowe. Co bylo tematem przydlugiej rozmowy po nagraniu wywiadu w ktorej udzial brali Karski, Zbik, Zwolinski i jego zona Monika moze stanie sie przedmiotem specjalnej audycjii.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com