Archive | 2015/08/18

Zapiski z wygnania. Rozmowa z Sabiną Baral

Zapiski z wygnania. Rozmowa z Sabiną Baral

Dorota Kozłowska


Okładka książki Sabiny Baral "Zapiski z wygnania"

Okładka książki Sabiny Baral “Zapiski z wygnania”

Zapiski z wygnania” to przede wszystkim opowieść o młodej dziewczynie, która wiele lat później opisuje, jak w jednej chwili zmieniło się całe jej życie. To opis dwóch podróży: rzeczywistej i wewnętrznej, opowieść o dojrzewaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. Mniej w niej polityki, więcej osobistych zmagań, historii, wyznań: na temat Polski i Wrocławia, tego, kim była i kim jest teraz; opowieść o miejscach i ludziach, miłości, zaufaniu, relacjach z rodzicami.

Sabina Baral pokazuje trudną drogę, którą przeszła – od momentu „wyjazdu” z Polski aż po przyjazd z rodzicami do USA, gdzie mieszka do dziś. Opisuje podróż przez miasta i kontynenty, spotkania z ludźmi, poznawanie ich – często tragicznych – losów. Nagle musiała stawać przed problemami, o których wcześniej nawet nie myślała, nie zdawała sobie być może z nich sprawy, żyjąc w Polsce.

W „Zapiskach…” ważne są relacje autorki z rodzicami, dla których konieczność wyjazdu z Polski była chyba trudniejsza niż dla młodej dziewczyny; musieli odnaleźć się, podobnie jak ona, w nowej rzeczywistości, ale na zawsze już mieli czuć się w niej trochę zagubieni. Musiała się nimi zaopiekować i pomóc zapuścić korzenie w nowym miejscu.

„Świat się rodzicom dramatycznie skurczył. Kiedyś w końcu nauczą się angielskiego na tyle, żeby się dogadać w sklepie lub w urzędzie, ale z gazetą, książką czy filmem, a szczególnie z żartami w rozmowie już zawsze będzie im trudno”.

Interesujący jest początek książki, w którym odnajdziemy opis młodości autorki we Wrocławiu, wspomnienia miasta i jego miejsc oraz ludzi. A później ten, mało powiedziane, trudny moment, w którym trzeba wszystko zostawić, sprzedać, rozdać – wtedy przedmioty i miejsca, może z pozoru nieistotne nabierają symbolicznego znaczenia, nie da się ich zabrać, trzeba o nich zapomnieć, podrzeć pamiętnik, aby nikt nie mógł już go przeczytać. Trzeba zapomnieć o Polsce, bo powrotu już nie ma.

Dorota Kozłowska: Czy wybaczyła pani Polsce Marzec?

Sabina Baral: Marzec zmienił moje życie na zawsze – to była krzywda. No cóż, to było dawno temu i już się z tym uporałam. Ale żeby odpowiedzieć ściśle: w kontekście faktu, że Polska o wybaczenie w żadnym sensie nigdy nie prosiła, mogę tylko odpowiedzieć „NIE”. Miałam taką nadzieję, wtedy, jako ta dziewczyna, która darła swój pamiętnik, miałam nadzieję, że kiedyś wszystko będzie wyglądało inaczej. I miałam też tę nadzieję po czterdziestu latach, myślałam, że faktyczne ktoś może przyjdzie do mnie z polskim paszportem i z prośbą o wybaczenie. To by, prawdę mówiąc, nic w moim życiu nie zmieniło, ale uznałabym, że sprawę zamknęliśmy i możemy iść dalej – każdy w swoją stronę. Uważałam, że moje dzieci czułyby się lepiej, miałyby poczucie, że ich mamę łączy z Polską więcej, niż fakt, że tam się urodziła. Piętno Zagłady istnieje, moje dzieci zdają sobie sprawę, że nie miałam babci ani dziadka, to jest część mojej historii. Wiedzą też, że potem nas wyrzucono (z Polski). Dobrze byłoby popatrzeć na to z perspektywy czasu i powiedzieć, że to faktycznie był tylko rząd – ale przecież wiem, że nie.

Wyobrażała sobie pani, jakby wyglądało życie, gdyby pani nie wyjechała?

Ja sobie nie wyobrażałam, ale mój tata tak. On mi mówił: „Ty byś pracowała w ‚Elwro’, wrocławskich zakładach produkujących urządzenia elektroniczne, i w pewnym momencie ktoś by sobie przypomniał, że jesteś Żydówką i wywaliliby cię”. Mój tata miał takie przepowiednie. Myślę, że wyszłabym za mąż za Jacka, klepalibyśmy trochę biedę, angażowalibyśmy się we wszystkie zakręty losu, które spotkały Polaków po naszym wyjeździe… A ja bym ciągle przerabiała ten temat. Ważne jest, by zauważyć, że ci, którzy zostali, nie zostali przecież jako Żydzi, ale raczej jako Polacy. Wielu chodziło ze spuszczoną głową – a ja sobie tego nie wyobrażałam, musiałabym nauczyć się pokory, ale dlaczego? Można mi powiedzieć różne rzeczy, że np. zrobiłam coś źle – będę pokorna, będę szukała rozwiązania. Ale to jest problem, którego ja nie stworzyłam – ja się po prostu urodziłam Żydówką. A po tragedii Zagłady, z szacunku dla tych, którzy oddali życie za tę prawdę urodzenia, poczuwałam się, i wtedy, i dzisiaj, w zdwojonym obowiązku, aby przeżywać moje życie właśnie jako Żydówka.

Jakie emocje towarzyszą pani powrotom do Wrocławia? Czy podąża pani szlakami dzieciństwa i młodości?

Rzadko przyjeżdżam tu. Piszę chyba o tym w książce. Na zlocie mojej klasy, w Ratuszu, cytowałam Miłosza:

”… W starości wybrałem się do miejsc,
po których błądziła moja wczesna młodość…
Przedzierałem się gąszczem tam, gdzie kiedyś był park,
ale nie znalazłem śladów alei…”

I faktycznie ten Wrocław nie jest już mój… Nikogo tu nie mam, nikogo nie znam, nikt mnie nie wita…. Moja młodość należy do tego miejsca i temu nie można zaprzeczyć, nie staram się też tego robić, nie da się przecież odrzucić przeszłości. Przyjeżdżałam do Wrocławia z każdym swoim dzieckiem osobno – pokazywałam im te stare zakamarki, wszystko, co było dla mnie ważne. Przecież stąd pochodzę.

W książce opisuje pani swoją podróż przez różne miejsca: miasta i kontynenty. Ale nie można pozbyć się wrażenia, że jest to też pani podróż wewnętrzna: ku dorosłości i chyba ku określeniu własnej tożsamości. Czy tak w istocie było?

Ciekawym momentem, i w książce, i w moim życiu, był czas spędzony w Rzymie. HIAS (Hebrew Immigrant Aid Society, Hebrajskie Stowarzyszenie Pomocy Imigrantom – przyp. red.), w którym wtedy pracowałam, zorganizował może rok temu uroczystą kolację w mojej okolicy; poproszono mnie o wygłoszenie przemówienia. Mówiłam wtedy między innymi o tym, że ja w tym Rzymie faktycznie dojrzałam. Zmieniłam się tam ze studentki w dorosłą, może nawet starą osobę. Z beztroskiej córki nagle stałam się odpowiedzialna za rodziców. Zrozumiałam wiele spraw, o których wcześniej nawet nie myślałam, bo nie dotyczyły mnie. Piszę o tym trochę w woalce – do tamtej pory moimi zmartwieniami były równania różniczkowe, a tam musiałam nauczyć się mówić delikatnie i z uwagą o kocie, bo dla kogoś ten kot był całą rodziną. Ma pani w pewnym sensie rację, nie dość, że dojrzewałam, to zyskiwałam jeszcze moc przynależności – po trochu, stopniowo, najpierw pozbywając się brzemienia, tego co wiązało się z wyjazdem – widoku moich rodziców, ich smutku związanego z wygnaniem.

Porusza pani w książce problem tożsamości, pisze pani, że: „(…) tożsamość jest kwestią wyboru. To, kim jestem i gdzie przynależę, zależy od punktu widzenia. Tylko ludzie i systemy, które praktykują ignorancję lub nienawiść, decydują o tożsamości innych i za tę tożsamość ich sądzą”. Jak wobec tego określa pani teraz swoją tożsamość?

Jestem Amerykanką, bez cienia wahania. Absolutna większość ludzi, która przyjechała do Ameryki, mówi o sobie, że są Amerykanami. Tożsamość to jest wielki dar od naszego jestestwa dla miejsca, i ja ten dar daję Ameryce, bez wahania.

A pani rodzice? Z nimi było chyba trochę inaczej, czy oni także mówili o sobie, że są Amerykanami?

Nie. Oni byli zagubieni. Nie tęsknili za Polską i nie czuli się jej częścią, ale nie czuli się też częścią Ameryki. To było ich wyzwanie – po wygnaniu już nigdzie nie należeli. Tęsknili za harmonijnym życiem, które rozumieli. Tęsknili za praktycznymi rzeczami, za tym, że w Polsce mama mogła dogadać się z rzeźnikiem. Ja mówiłam dobrze po angielsku, to ułatwiło moje lądowanie. Rodzice nigdy nie nauczyli się języka na tyle, żeby np. rozumieć lub opowiadać dowcipy po angielsku.

Ważną rolę w pani książce pełnią przedmioty. Podarła pani swój pamiętnik, kiedy okazało się, że nie można go wywieźć z Polski.

Nie chciałam, żeby ktoś go nawet dotykał. A jeśli chodzi o przedmioty, to ma pani rację, były i są ważne. Co mi zostało? Lutowany garnek i świeczniki…

Często podkreśla pani, że to, co stało się w konsekwencji wydarzeń Marca 1968, nie było wyjazdem, emigracją, ale wygnaniem.

Oczywiście. Emigracja jest z wyboru. Myśmy nie mieli wyboru.

Dlaczego napisała pani właśnie teraz, po tylu latach?

Ta przyszywana ciocia Ruta z Krakowa, o której wspominam w publikacji, strasznie mnie do tego namawiała. Uważała, że to ważne; że trzeba opowiedzieć, jak było, co się stało, co czuliśmy… Ruta ciągle mnie do tego pomysłu pchała, ale ja nie chciałam, byłam ciągle na nie… a potem umarła i nie było już się z kim sprzeczać. Ta książka to zadośćuczynienie jej prośbie, ale i moje rozliczenie. Młodzi Polacy ledwo wiedzą o tych wydarzeniach, dziwią się, pytają: „Naprawdę?”. W podręcznikach szkolnych podobno Marzec prawie nie istnieje, a na pewno – nie w swojej wadze i wymowie… A to się przecież naprawdę stało. ∎


polecane – 17 sierpnia 2015 – kultura / ludzie / chidusz 18 – 19 – 05-06/2015

Miesięcznik „Chidusz”

Prenumerata

 


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


How Iran Plans to Destroy Israel

How Iran Plans to Destroy Israel

Ehud Yaari


Tehran’s commitment to surrounding, besieging, and eliminating the ‘Zionist entity’ has not changed, and countering this goal will require pushing back against Iranian advances in Iraq, Syria, Jordan, and elsewhere.

The Islamic Republic regards its commitment to the destruction of Israel as a long-term project that would require major shifts in the regional political landscape. While displaying a great deal of ambiguity concerning its direct role in a decisive confrontation with Israel, for obvious reasons, Tehran emphasizes its ongoing effort to improve the capability of Palestinian, Lebanese, and Syrian resistance movements to face Israel. The main, immediate target is turning the West Bank into a solid base for military operations. Obviously, the Iranians are well aware that Israel is determined to prevent a takeover of the West Bank by hostile groups. At the same time, they realize that, despite their enormous investment in Hizballah, the group cannot be expected to carry out a “final” war with Israel, especially when it is spending most of its blood and treasure fighting and dying in Syria.

The Iranians are bent on strengthening their influence in the Arab world, with a priority on achieving a land link from Iran to the Mediterranean through Iraq, Syria, and Lebanon. Such a link, once obtained, would allow Iran not only to beef up the resistance movements with Iraqi and Syrian militias, as well as volunteers from far away Afghanistan, but also to open the way to the ultimate introduction of Iranian troops to the lines of confrontation, especially on the Golan. Not for no reason have Iranian generals been strutting around up there lately (and sometimes meeting an untimely demise).

For the United States, which wants to avert an eventual Iran-Israel war, a major priority should be preventing the creation of this land corridor. This will require further efforts to strengthen the government in Baghdad and diminish the power of Iranian-led Shi’a militias operating there. Helping the Iraqi army achieve effective control of Anbar province is likewise crucial. But, as has been shown lately, this is far from easy.

Weakening and ultimately ousting the Assad regime should also remain a top U.S. priority, despite the temptation to discount Damascus as a threat given the danger of ISIS. Iran’s strategic planning would suffer a severe blow if the Assad regime were toppled and Syria no longer served as an ally of Hizballah and a base for Iranian supplies. The recent setbacks suffered by pro-Assad forces present an opportunity to increase military pressure on the regime and its Iranian sponsors. On this count, the most promising sector for a rebel push toward Damascus is southern Syria, where combinations of rebel militias have managed to block the regime’s counter-offensive and maintain positions close to the capital’s southern outskirts. As Nasrallah himself put it bluntly in May, the fall of Assad and his Iranian allies would mean the “fall of Hizballah, too,” since it will be locked into a small enclave within Lebanon.

Naturally, Jordan must be assisted in its efforts to frustrate Iranian activities aimed at undermining the Kingdom and recruiting local Palestinians and east Jordanians along Israel’s longest border. Indeed, Jordan’s precarious stability would be worsened by Iranian hegemony over neighboring Syria and Iraq. Until now, Tehran has been cautious in its effort to obtain followers and influence in Jordan, but few doubt that Jordan is regarded by Iran as an important potential staging area for future operations against Israel.

Finally, it is absolutely imperative to prevent Iran from acquiring nuclear weapons. Here one need only to recall the infamous statement by ex-president Hashemi Rafsanjani on Qods Day, December 14, 2001: “If one day, the Islamic World is also equipped with weapons like those that Israel possesses now, then the imperialists’ strategy will reach a standstill because the use of even one nuclear bomb inside Israel will destroy everything. However, it will only harm the Islamic world. It is not irrational to contemplate such an eventuality.”

Such a statement has not been repeated since, given consistent Iranian denials about seeking a nuclear weapon. However, Rafsanjani’s declaration evoked Palestinian warnings — including by Hamas leader Khaled Meshal — that Iran should take into account that not only Israelis, but many Palestinians, would die in a nuclear bombing of Israel.

Whatever the risks, nuclear bombs will boost Iran’s claim to hegemony in the region and will encourage its leaders to pursue even more aggressive and adventurous policies with respect to Israel. Such policies will be advanced by a coalition of terrorist groups, equipped with thousands of state-of-the-art missiles under a nuclear umbrella. One should assume that if Israel concludes that such a threat is imminent, it will see itself as having no other choice than to undertake a preemptive military strike that would trigger a wide confrontation.

Iran, then, must be kept away from nuclear weapons and at the same time kept as far as possible from Israel’s borders, if Washington and its allies wish to avoid a direct Iran-Israel confrontation. Along these lines, a nuclear deal between Iran and the P5+1 might keep Iran from a breakout for a decade or so, but it will at the same time allow Iran to improve its pursuit of different weaponization options, once a decision is made to proceed along those lines.

In the meantime, efforts should be directed at curtailing Iran’s drive to broaden the “Resistance Wall” around Israel. This requires not only Israeli measures to insulate the West Bank from Iranian penetration and foil attempts to establish a new front on the Golan Heights, but also a determined U.S.-led effort, together with regional allies, to prevent an Iranian victory in Syria and curb Iranian predominance in Iraq. A direct connection exists between the battle for the Levant and the danger of a war between Iran and Israel. The emergence of an Iran-led “Shi’a crescent,” as depicted first by Jordan’s King Abdullah, will surely energize the Islamic Republic’s oath to destroy Israel.


Ehud Yaari
Ehud Yaari is a Lafer International Fellow with The Washington Institute and a Middle East commentator for Israel’s Channel Two television.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Iconic Photos – Warschauer Kniefall

back-lWarschauer Kniefall

Iconic Photos


willy-brandt-kniefall-warschauer-ghetto.jpg

December 7, 1970. A picture can speak a thousand words, and that is what Willy Brandt had expected when he silently knelt down at the monument to Warsaw Ghetto Uprising. The gesture of humility and penance was not favorably viewed by West Germans at that time. 48% thought the “Kniefall” was exaggerated. The opposition tried to use the Kniefall against Brandt with a vote of No Confidence in April 1972 which he survived by only two votes. However, Brandt’s Ostpolitik and Kniefall helped his reelection, as his reformist policies helped Germany gain international reputation, and he went on to win the Nobel Peace Prize in 1971.

der_Spiegel_Warsaw

The incident took place during visit to a monument to the Nazi-era Warsaw Ghetto Uprising, in what was then the communist People’s Republic of Poland. After laying down a wreath, Brandt, very surprisingly, and to all appearances spontaneously, knelt.

 

The largest single revolt by the Jews during the Holocaust, the uprising inside the Warsaw Ghetto in German occupied Poland during World War II resisted Nazi Germany’s effort to transport the remaining ghetto population to the Treblinka extermination camp. The poorly armed and supplied resistance was crushed by the German troops.

The above photo by Sven Simon has all the qualities of an alterpiece–the black bulk of the coat and religious connotations of the kneeling creates ephemeral and poetic moment. However, it was not Simon, or other photographers that defined that photo. It was Brandt, who was the true author of this photograph.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com