Archive | 2015/08/27

Ameryka, Izrael i problem tolerancji

Ameryka, Izrael i problem tolerancji

Andrzej Koraszewski



Czy zastanawiała się Pani nad dziwacznym podobieństwem wielkiej Ameryki i maleńkiego Izraela? Społeczeństwo amerykańskie powstawało jako zlepek uciekinierów z różnych krajów i różnych kultur. Ludzie uciekali do Ameryki przed biedą, przed prześladowaniami religijnymi i politycznymi, czasem przed wyrokiem. Dominacja kolonizatorów z Wysp Brytyjskich nadawała temu bigosowi pewną minimalną jednolitość, ale naród amerykański w żaden sposób nie pasował do koncepcji narodu, jaką znaliśmy w Europie. Wielokulturowość była samą podstawą tworzenia się amerykańskiego społeczeństwa. Przystępując do budowy niepodległego państwa obawiano się waśni religijnych i narodowych. Naród amerykański oparty jest na konstytucji, a nie na wyznaniu, tradycji czy dominacji takiej lub innej elity.

Jeśli gdzieś teoria umowy społecznej nie jest metaforą, to chyba głównie w Ameryce.

Konstytucja miała zabezpieczać przed porwaniem władzy przez jakąkolwiek grupę religijną, polityczną czy uprzywilejowaną z tytułu posiadania.

Ta kulturowa mieszanka przybyszów do Nowego Świata nie była w żaden sposób zaplanowana, problemem było zapanowanie nad tym żywiołem.

Oczywiście, wszyscy dziś potępiamy zarówno bezwzględny stosunek do rdzennej ludności, jak i niewolnictwo, jednak w tym porównaniu Ameryki i Izraela chciałem się skoncentrować na wielokulturowości jako konstytucyjnej zasadzie budowania narodu.

Ameryka powstawała jako republika farmerska (nie folwarczna, a farmerska właśnie, republika oparta na gospodarstwach rodzinnych).

Od pierwszej chwili przybysze tworzyli jednostki produkcyjno-obronne. W Ameryce władze państwowe zostały za oceanem, a władze kolonialne miały stosunkowo mały wpływ na życie codzienne. Ład społeczny wyłaniał się spontanicznie, czasem w atmosferze terroru, skrytobójczych mordów i zbiorowych samosądów.

Jakim cudem wyłaniał się z tego częściej ład niż anarchia? Wielu Amerykanów gotowych jest twierdzić, że rozstrzygającym czynnikiem był powszechny dostęp do własności ziemi i powszechny dostęp do broni. Nie było to oczywiście społeczeństwo całkowicie egalitarne, ale najbardziej egalitarne z dotychczas znanych.

Oczywiście wyznaniowe i etniczne antagonizmy bez trudu przeskoczyły przez ocean, ale w Nowym Świecie nie były tak stłoczone i tak okopane. Religijne grupy trzymały się w swoich enklawach, ale miały małe szanse na stworzenie większych struktur, Anglicy patrzyli z góry na Irlandczyków, protestanci na katolików, meltingpot bulgotał, ale jeśli człowiek nie był Indianinem, czarnym lub żółtym, to od zorganizowanej dyskryminacji dawało się uciec łatwiej niż w Starym Świecie. Wojna o niepodległość była już pod hasłem społeczeństwa równych przed prawem.

W kilka stuleci później osadnictwo żydowskie w Palestynie ściągało uciekinierów przed koszmarem z różnych krajów i z różnych kultur. Przynależność do różnych kultur, przywiązanie do różnych języków, zróżnicowany poziom wykształcenia, to wszystko nie wróżyło dobrze, a pomysł z reanimacją starożytnego języka zakrawał na barokową utopię zrodzoną w głowie jakiegoś romantyka.

Próba sklejenia europejskich Żydów w jeden naród zakrawała na kiepski żart. Niebawem jednak połowę izraelskiego społeczeństwa mieli stanowić uciekinierzy z krajów muzułmańskich.

W początkach lat dziewięćdziesiątych rozmawiałem w Londynie z izraelskim prawnikiem i dziennikarzem polskiego pochodzenia, który przekonywał mnie, że w ciągu dziesięciu lat Izrael może się załamać i to nie z powodu islamskiego terroru, czy wojny, ale z powodu przejęcia sceny politycznej przez Żydów sefardyjskich.

Żydzi aszkenazyjscy nie tylko grali pierwsze skrzypce w walce o zaakceptowanie idei żydowskiego państwa przez międzynarodowe gremia, byli głównymi budowniczymi struktur przedpaństwowych i głównie oni tworzyli fundamenty niepodległego państwa.

Zarzut (czort wie dlaczego niby ma to być zarzut), że Izrael jest europejskim tworem, jest o tyle uzasadniony, że Izraelska Deklaracja Niepodległości wyrastała z europejskiej i amerykańskiej tradycji konstytucyjnej.

Z dystansem, niechęcią, a nawet pogardą polskich (i nie tylko polskich) Izraelczyków do irackich (i nie tylko irackich) Izraelczyków spotkałem się znacznie wcześniej i wyglądało to na poważniejszy problem niż niechęć żydowskich internacjonalistów, którzy pozostali w diasporze, do syjonistów, którzy wyjechali do Palestyny.

Tłumaczono mi, że Żydzi sefardyjscy są znacznie gorzej wykształceni, bardziej roszczeniowi, bardziej religijni, okupują związki zawodowe i chodzą na pasku populistów.

Trochę te skargi puszczałem mimo uszu, ale kiedy dowiedziałem się od znanego dziennikarza pisującego w Haaretz, że jest to największe zagrożenie Izraela zacząłem zwracać większą uwagę na ten problem.

Prawie ćwierć wieku później okazuje się, że dzisiejsze izraelskie trzydziestolatki rzadko zastanawiają się nad pytaniem czyj dziadek skąd przyjechał. Przyglądając się sytuacji mam wrażenie, że coraz trudniej mówić o dominacji Żydów aszkenazyjskich w wojsku, w nauce, w polityce. Z każdym rokiem ta sprawa bardziej spada z wokandy.

Wykształcenie zaciera różnice kulturowe w drugim pokoleniu. Kolejne fale imigrantów stawiają nowe wyzwania. Spotkałem się z twierdzeniem, że obecność rosyjskich imigrantów brutalizuje IDF. Prasa zachodnia jest rozkochana w kłopotach imigrantów o ciemniejszym kolorze skóry.

Czy sądzi Pani, że sześćdziesiąt lat temu, czy nawet trzydzieści lat temu, integracja w Izraelu była łatwiejsza? To bardzo prawdopodobne . Przybywający do pionierskiego społeczeństwa mają niższe oczekiwania i łatwiej akceptują trudności, w pionierskim społeczeństwie jest mniej dyplomowanych specjalistów od integracji, a to może bardzo pomagać, nie ma również organizacji wyspecjalizowanych w poszukiwaniu niezadowolonych. Imigracja i zaadoptowanie się do nowego społeczeństwa jest zawsze z natury rzeczy trudnym wyzwaniem. Obserwuję młodzież przenoszącą się z małego miasteczka do wielkich miast, to rzadko jest taniec po różach.

Od lat interesowały mnie szczególnie izraelskie próby integracji mniejszości arabskiej. To wygląda na tak złożony problem, że doprawdy trudno się w tym rozeznać. Arabowie nie są objęci obowiązkową służbą wojskową, tymczasem wojsko to nieprawdopodobnie skuteczne narzędzie integracji. Druzowie są tu w innej sytuacji, pełnymi garściami korzystają z izraelskich możliwości oświatowych, służą w wojsku, wielu czuje się Izraelczykami na tych samych prawach co Żydzi. Arabscy chrześcijanie też mają nieco łatwiejsze życie niż muzułmanie. Droga do integracji prowadzi przez wykształcenie. Często środowisko niechętnie patrzy na te próby, bo są zagrożeniem dla kolektywnej tożsamości.

Dawno temu przez pewien czas byłem kuratorem kilku romskich rodzin w Szwecji. Dziewczęta kończyły naukę w czternastym roku życia i mowy nie było, żeby przekonać rodziców, że to błąd. Społeczność trzyma ludzi w kleszczach i młodzi ludzie stoją czasem przed wyborem, albo ucieczka od swoich, albo rezygnacja z marzeń o karierze i innym życiu.

Obserwując arabską społeczność w Izraelu z daleka mam wrażenie, że widzę pewne przyspieszenie. Już nie tylko pojedynczy ludzie uciekają do wolnych zawodów, ale jest coraz więcej arabskich przedsiębiorców działających w trudnych wyspecjalizowanych branżach, są arabskie start-upy, nawet czytałem o przypadkach arabskich dziewcząt zgłaszających się do wojska. To już jest prawdziwa rewolucja.

Ludzie patrzą z zainteresowaniem na wzrost liczby arabskich posłów w Knessecie. Ja mam wrażenie, że te arabskie partie polityczne są straszliwie konserwatywne, że są nastawione na hamowanie integracji i budowanie murów, zmianę postaw obserwuje się raczej w zachowaniach jednostek.

Znacznie poprawiły się statystyki arabskich studentów. Czy dojdzie do jakiejś wartości krytycznej i zobaczymy zmianę jakościową? Mogę być w błędzie, ale mam wrażenie, że wiele zależy od tego, czy dojdzie do buntu arabskich kobiet. Tu i ówdzie widzimy objawy tego buntu, co oczywiście powoduje nasilenie się fundamentalizmu ze strony strażników tradycji.

Nie pamiętam, czy pisałem Pani o rewolucji obyczajowej dokonującej się w Polsce na naszych oczach. W małym miasteczku młodzi ludzie coraz częściej mieszkają ze sobą przed ślubem i na ogół nie budzi to protestów ze strony starszego pokolenia. Tylko kazania w kościele coraz częściej zalatują siarką, ale i tu widać, że niektórzy księża wolą kusić uśmiechem niż straszyć piekielnym ogniem.

Czytam czasem, że polskie społeczeństwo jest coraz bardziej rozbite, że podziały są coraz głębsze, emocje coraz bardziej gorące. To jest w dużej mierze prawdą. Równocześnie polska wieś wyszła z średniowiecza, nie dzielą jej już stulecia od mieszkańców miast. Cywilizacyjny skok polskiego społeczeństwa jest ogromny. jesteśmy jednak zagrożeni ksenofobią, narastaniem religijnego fundamentalizmu, wzrostem niechęci do ludzi myślących inaczej, do obcych. Wielka integracja, którą niesie postęp cywilizacyjny, zderza się z trendem dezintegracji, podziałów politycznych, światopoglądowych, etnicznych.

Zapytał mnie kiedyś polski muzułmanin, czy islam zagraża Polsce? Polska jest jedną uliczką w globalnej wiosce. Muzułmański ekstremizm zagraża światu, a lęki świata mogą być w Polsce słabsze, ale są oczywiście obecne.

Trend dezintegracyjny ma swoje korzenie w frustracjach. Postępująca laicyzacja wyzwoliła reakcje obronne i wzrost fundamentalizmu. Poszukiwanie gwarancji dla pokoju religijnego zastąpiły buńczuczne pohukiwania o wyższości prawa bożego nad stanowionym. W Polsce otwarty katolicyzm nie był nigdy głównym nurtem, a osławiona szlachecka tolerancja jest może nie tyle mitem, ile piękną tradycją humanistów, którzy nieodmiennie byli spychani na margines i nigdy nie zdołali w istotny sposób wpłynąć na kształt ładu społecznego w naszym kraju.

Kiedy zastanawiamy się nad podobieństwem Ameryki i Izraela, pytamy na ile rzeczywiście są to społeczeństwa oparte na umowie społecznej, oparte na prawie? W obu tych społeczeństwach widzimy oczywiście sprzeczne tendencje. Obydwa te społeczeństwa podziwiam nie tylko za umiejętność wykorzystania ludzkiego potencjału. Chociaż Ameryka mając nadal najlepsze uniwersytety na świecie, coraz częściej przegrywa z innymi na polu reformowania masowej oświaty. (Czy wie Pani, że w Izraelu tytuł najlepszej szkoły zdobyła szkoła w małej druzyjskiej wiosce? Jakość masowej oświaty oceniamy nie po szkołach elitarnych, nie po przeciętnej wyników, a po sukcesach uczniów w środowiskach uprzednio zaniedbanych.) Mój podziw dla Ameryki i Izraela dotyczy głównie wysiłków, aby stworzyć społeczeństwo, w którym ludzie mają prawo być różni.

Mam wrażenie, że wielokulturowość zagrożona jest przez multikulti, przez rezygnację z wymogu wzajemnej tolerancji. Rezygnując ze stanowczego żądania tolerancji, stajemy się zagrożeniem dla samych siebie.

Burmistrzem Rotterdamu jest muzułmanin, Ahmed Aboutaleb. W Holandii żyje dziś milion muzułmanów, to jest sześć procent społeczeństwa. Burmistrz Rotterdamu ma dla nich brutalne przesłanie: „zaakceptujcie zachodnie wartości, albo wracajcie do domu”. Kiedy to samo mówi jego rodak Geert Wilders, krzyczymy, że to rasizm. Kiedy mówi to muzułmański polityk, który został wybrany przy potężnym wsparciu muzułmańskich współwyznawców, nie pozostaje nic innego, jak próbować go przemilczeć.

Bezpośrednio po zamachu na redakcję „Charlie Hebdu” urodzony w Maroku Ahmed Aboutaleb mówił między innymi: „Jeśli nie podoba wam się tu, bo jacyś satyrycy mają swoje pismo, to ja mówię wam – spierdalajcie stąd!”

W późniejszym wywiadzie dla telewizji CNN, nie używał już tak mocnych słów, ale w najmniejszym stopniu ich nie żałował, ani nie cofał:

Moje przemówienie po zamachach w Paryżu było dobrze przyjęte przez właściwie 17 milionów ludzi w Holandii. Otrzymałem tysiące e-maili z całego świata, od ludzi popierających przemówienie i jego treść.

Holenderska konstytucja i holenderskie społeczeństwo jest oparte na podstawie bardzo ważnych wartości, a są nimi tolerancja i akceptacja. W chwili, kiedy przybywasz do Holandii skądkolwiek na świecie i otrzymujesz obywatelstwo, musisz przynajmniej zaakceptować konstytucję i wartości tego kraju. Jesteśmy zróżnicowanym krajem. W moim mieście są ludzie z 174 narodowości. A to znaczy, że rządy prawa są nad wszystkimi. Jakiekolwiek masz przekonania, jakąkolwiek masz religię, lub orientację seksualną, akceptacja i tolerancja jest bardzo ważną rzeczą.

Dziennikarz: “Jeśli ci się nie podoba, wyjedź” – było tym zwrotem, który
wyróżniał się.

Ahmed Aboutaleb: Jeśli odrzucasz społeczeństwo, jeśli nie chcesz być członkiem tego, co nazywam “społeczeństwem-my”, odrzucasz konstytucję i odrzucasz równość między ludźmi i wolność, to do ciebie należy zastanowienie się, czy chcesz być z nami. Istnieje inny wybór, a jest nim wyjazd, opuszczenie naszego społeczeństwa. Nie jesteś zmuszony do bycia z nami, masz wybór. To właśnie mówię ludziom – nikogo nie zmuszam do opuszczenia naszego społeczeństwa. To jest wolny wybór: bądź z nami, pracuj razem z nami nad zbudowaniem społeczeństwa “my”. Ale jeśli chcesz pozostać poza społeczeństwem “my”, jeśli grozisz nam, jeśli jedziesz do Jemenu, uczysz się jak używać kałasznikowa i wracasz, żeby grozić społeczeństwu, no cóż, nie jesteś członkiem mojego społeczeństwa “my” i lepiej odejdź.

Dziennikarz: Jest pan muzułmaninem, jest pan Marokańczykiem, przybył pan do Holandii dopiero w wieku 15 lat.

Ahmed Aboutaleb: Jestem jednym z tych ludzi, którzy wiedzą, co znaczy życie w nędzy. 15 lat mojego życia w Maroku przeżyłem na jednym posiłku dziennie, chodząc bez butów. Przyjechałem do Holandii bez płaszcza, który chroniłby mnie przed zimnem. Wiem, co to znaczy być produktem nędzy. Nie mogę zaakceptować twierdzenia, że bieda prowadzi do terroryzmu. Bieda musi prowadzić do szukania wiedzy, do nauki, do bycia lepszym, do wspinania się po drabinie społecznej. Wiem więc, jak to jest. To jest inwestowanie przede wszystkim w siebie, a przez to inwestowanie także w społeczeństwo. To jest przesłanie, jakie staram się przekazać. Tak, istotnie, jestem muzułmaninem, i to daje mi dodatkowy autorytet do mówienia rzeczy, których może moje koledzy w Europie i w USA mogą nie móc powiedzieć.

Dziennikarz: Czy pana zdaniem można mieć zarazem tradycyjne wartości muzułmańskie i wartości holenderskie, czy też jest to wszystko lub nic?

Ahmed Aboutaleb: Jest dużo możliwości łączenia wielu rzeczy. W moim mieście mieszkają ludzie z 174 narodowości, wszystkie religie obecne w Holandii, są także w moim mieście. Mamy meczety, synagogi i kościoły wszystkich możliwych wyznań. Jeśli zestawiasz to razem, musi istnieć równowaga i jest to możliwe. Mój przypadek pokazuje, że jest to możliwe.

Wielokulturowość jest możliwa i może być wspaniała. Jednak warunkiem prawdziwej wielokulturowości są rządy prawa, akceptacja konstytucyjnego porządku. Nie tylko muzułmańscy duchowni gotowi są twierdzić, że prawo boskie jest ponad prawem ludzkim. Nie musimy daleko szukać takich przywódców duchowych, mamy ich również w Polsce i to wśród najwyższych hierarchów Kościoła katolickiego. Różnica polega na tym, że islam został dziś zdominowany przez duchownych wzywających każdego dnia do kwestionowania porządku prawnego i do używania przemocy w imię narzucenia praw boskich, które oni rzekomo znają. Odwracanie głowy i udawanie, że religie zawsze są dobre i nie mogą być przyczyną cywilizacyjnej katastrofy, to samobójstwo.

Ameryka i Izrael oparte są na idei społeczeństwa „my”. W jednym i drugim kraju jest dziś zbyt wielu ludzi roszczących sobie monopol na prawdę i głoszących taki lub inny fundamentalizm. Rozmawiamy o Izraelu, dla mnie jest to społeczeństwo, które podziwiam za odmowę nienawidzenia mimo stałego i rosnącego zagrożenia samego istnienia.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Czy wy o takich rzeczach wiecie?

Czy wy o takich rzeczach wiecie?

Malgorzata P. Bonikowska


DSC05479
Czy wy o takich rzeczach wiecie?


Zaczęło się od tego, że obejrzałam film o niezwykłym spotkaniu uczniów jednej klasy po wielu dziesięcioleciach, które odbyło się we Wrocławiu. Oglądałam go poruszona do głębi. Takie spotkania zdarzają się nieczęsto. Kiedy po wielu wielu latach spotkałam się z kolegami ze Żmichowskiej na szkolnym zjeździe, było dużo emocji, ale tutaj… To nie był tylko zlot kolegów z ławy szkolnej, ale powrót do…? No właśnie – do czego? Nie do domu, nie do ojczyzny. Do młodości i czasów przyćmionych przez długie lata życia w innych rzeczywistościach. Do miejsca, które było domem, ale nagle brutalnie odebrano mu to imię. „Wiele czasu minęło, zanim nazywaliśmy tak jakiekolwiek miejsce na ziemi”, napisała organizatorka tego zjazdu.

W 2010 roku prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz gościł w swoim mieście wygnańców marca 1968 roku – ofiary chorego systemu i jego ludzi, którzy bez litości wyrwali z korzeniami tysiące Polaków żydowskiego pochodzenia, nie bacząc na niezabliźnione rany niedawnego Holocaustu, i z kraju, który kiedyś był dla ich przodków gościnnym schronieniem, wypędził ich przerywając nić odbudowywanego mozolnie życia.

Absolwenci VII LO im. Szolema Alejchema we Wrocławiu w 45. rocznicę ich matury postanowili spotkać się właśnie tam. Otrzymawszy list z taką sugestią prezydent Dutkiewcz zgodził się natychmiast. Przyjechali tam z całego świata, bo trafili w różne strony – USA, Kanada, Izrael, Szwecja, Anglia… Z 36 wyjechało 35. Wielu po raz pierwszy, wielu przełamując niechęć, żal i złość. Dali szansę sobie i miastu swojej młodości. Prezydent, głęboko wzruszony, witał, przepraszał za historię i dziękował im za tę szansę. Wręczył im klucze do miasta. Był serdecznym i gościnnym gospodarzem.

Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz i Sabina Baral
Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz i Sabina Baral


Klasę reprezentowała na uroczystości Sabina Baral, jedna z wygnanych, mieszkająca od wielu lat w San Francisco. To ona zaczęła szukać kolegów z liceum – odnalazła 28 osób, przyjechało 21. Wygłosiła przejmujące wystąpienie na uroczystości w zabytkowym ratuszu, gdzie zadawała wielokrotnie pytanie: „Czy wy o takich rzeczach wiecie?” O czym? O rzucanych na nich – dzieci żydowskiej szkoły kamieniach, o przezwiskach i niechęci, o pierwszym i ostatnim dniu w polskich przedszkolu, z którego wróciła z pokrwawionymi stopami, bo do jej bucików ktoś wsypał pokruszone szkoło, o ranach noszonych w sercach przez ich rodziców, ale przede wszystkim o tym co stało się z nimi kiedy w 1968 roku rozszalała się atmosfera bliska pogromu. (Film z tego pamiętnego spotkania na końcu artykułu, poniżej)

Sabina Baral za namową ciotki, a zapewne też pod wpływem tego spotkania z dawnymi kolegami i z Polską, napisała książkę o swojej drodze z jednego do drugiego świata „Zapiski z wygnania”, wydaną w 2015 roku przez oficynę Austeria.

To pierwsza i jedyna taka książka – rok 1968 był opisywany przez historyków, dziennikarzy, ale nikt z samych wygnanych nie opisał dotychczas swojej własnej historii, starając się jednocześnie pokazać przejścia innych. Ta opowieść odciska nieporównanie głębsze piętno na czytelniku niż fakty, liczby, opracowania historyczne. Poznajemy odczucia 20-letniej dziewczyny, która musi pozostawić za sobą wszystko, co znała i kochała, chłopca, z którym planowali ślub, miejsca, ludzi, wspomnienia. Byli tacy, którzy zostali, więc były też trudne rozstania.

zapiski-z-wygnaniaSabina Baral szczegółowo opisuje przygotowania do wyjazdu, kontrole przez wyjazdem i na granicy. Jakby samo wygnanie nie było wystarczającym ciosem, sprawcy zgotowali Żydom upokorzenia i prawdziwe psychiczne tortury. Ci, którzy ukończyli studia, musieli za nie zapłacić. Ktoś aby wywieźć rower musiał zrobić kartę rowerową. Inny musiał wyremontować pozostawione mieszkanie dla tych, którzy je przejęli. Dokumenty wymagały setek pieczątek i potwierdzeń autentyczności – kompletowanie tych idiotycznych świstków trwało wieczność i kosztowało fortunę.

Wolno im było wywieźć wymienione w banku 5 dolarów na osobę. Nagle trzeba było sprzedać wszystko co możliwe i kupić cokolwiek mogło się przydać na banicji. Nie wiadomo jednak było co wolno wywieźć, bo nie było żadnych konkretnych przepisów. Wszystko sprzed 1945 roku było zakazane – meble rodzinne musiały zostać, podobnie wiele dokumentów, pamiątek rodzinnych. Niektórzy je szmuglowali, inni zostawiali. Sabina Baral opisuje perturbacje innych rodzin, ich próby poradzenia sobie z szaleństwem biurokracji i polityki. Wyjazd fali 1968 roku był rajem dla tych, którzy za łapówki robili wyjątki od nieistniejących reguł.

Wypełnienie w trzech egzemplarzach detalicznej deklaracji celnej było początkiem kolejnych szykan. Sabina Baral wspomina jak „przeszliśmy kilkudniową, mozolną i upokarzającą odprawę celną w zimnej jak kostnica hali ukrytej w czeluściach wrocławskiego Dworca Głównego”. Tam też łapówki potrafiły zdziałać cuda. Przy odprawie celnej pewnej rodziny znalazły się kamery aby pokazać społeczeństwu jakie to zrabowane Polakom dobra wywożą syjoniści.

I to jeszcze nie koniec. Na granicy w Zebrzydowicach kolejne przeszukania, kwestionowanie i rozkradanie misternie spakowanych rzeczy. Sabina straciła tam ważną część siebie – pamiętnik (nie wolno wywozić rękopisów!) – sama go podarła, żeby nie trafił w łapy celników, „zamykając w ten sposób moją dziewczęcą przeszłość”. Jej chłopiec, którego zapewnili, że będzie mógł wrócić do wagonu na ostatnie pożegnanie, już nie miał tam wstępu. Tak rozpoczęło się ich rozstanie.

Z Zebrzydowic niektórzy trafili do więzień – za jakąś bzdurę, która nie była wymieniona w deklaracji celnej.

Tam przekraczając tę granicę na zawsze, Sabina Baral, podobnie jak tysiące innych wygnańców nie mogła nie myśleć o tym, że „Wraz z nami kończy się żydostwo w Polsce, że jesteśmy ostatnim rozdziałem tej bogatej historii”.

Sabina Baral (Binder) na obozie studenckim, ostatnim przed wygnaniem z Polski

Sabina Baral (Binder) na obozie studenckim, ostatnim przed wygnaniem z Polski


Czytaj dalej tu: Czy wy o takich…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com