Archive | February 2016

Gdańsk. Kolejna dewastacja

Gdańsk. Kolejna dewastacja

GWŻ Gdańsk, Gazeta Wyborcza Trójmiasto



Czarnej serii dewastacji cmentarzy żydowskich ciąg dalszy – ktoś zniszczył ogrodzenie gdańskiego cmentarza żydowskiego na Chełmie. Po raz kolejny. Betonowe płyty ogrodzenia na górnym tarasie cmentarza zostały rozbite na długości ok. 10 metrów, a na dolnym tarasie zniszczono elementy ażurowe otaczające miejsce pochówku gdańskich Żydów. Za zniszczonym ogrodzeniem leżał betonowy krąg kanalizacyjny, którego musieli użyć wandale. Przy pomocy pił do metalu przepiłowali też stalowe pręty zbrojenia. O profanacji gdańską Gminę Żydowską zawiadomili więźniowie z Przeróbki. Pracują na terenie cmentarza jako wolontariusze, oczyszczając go z chwastów.

“Zniszczono dziewięć modułów ogrodzenia na dolnym tarasie (w sąsiedztwie cementarza katolickiego) i trzy moduły ogrodzenia na tarasie górnym” – pisze Mieczysław Abramowicz, , rzecznik gdańskiej Gminy.

“Ponieważ ten fragment ogrodzenia niszczony był przez “nieznanych sprawców” już kilkanaście razy, po ostatnich aktach wandalizmu z roku 2009 umocniono go specjalnymi płytami ze zbrojonego betonu. Zniszczenie tak solidnej konstrukcji wymagało udziału kilku osób, olbrzymiej siły i sporego czasu. Ślady pozostawione przez napastników świadczą o tym, że do zniszczenia ogrodzenia użyli oni wielkiego kręgu betonowego, który specjalnie w tym celu przytoczyli i zepchnęli na ogrodzenie oraz pił do metalu, którymi przepiłowali stalowe pręty zbrojenia. Bez wątpienia “praca” ta powodowała duży hałas. Jednak, podobnie jak we wszystkich poprzednich wypadkach – mieszkańcy bloków stojących 20-30 metrów od cmentarza nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Tego haniebnego aktu wandalizmu, który nie tylko godzi w gdańskich Żydów, ale też w dobre imię Miasta Gdańska, dokonano najprawdopodobniej w sobotę lub niedzielę. Gdańska Policja szybko i sprawnie zajęła się sprawą.

Sprowadzono specjalną ekipę techników kryminalistycznych, którzy zabezpieczyli pozostawione przez bandytów ślady. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ilekroć na cmentarzu prowadzone są jakieś prace (np. porządkowe) wkrótce dochodzi do kolejnych aktów wandalizmu. Tym razem było podobnie: od ubiegłego tygodnia na cmentarzu pracuje (przy wycinaniu chwastów) grupa więźniów z Zakładu Karnego w Gdańsku-Przeróbce (jest to element szerokiego, polsko-izraelskiego projektu “Tikkun -Naprawa”). Wszelkie prace na cmentarzu spotykają się z nieprzychylnymi reakcjami mieszkańców sąsiednich domów. Przy tej okazji trzeba też przypomnieć ubiegłoroczny atak na cmentarz żydowski na Chełmie.

Wówczas to na tablicy ze świętym dla Żydów znakiem Magen Dawid pojawił się rasistowski napis: “Żydy do gazu, bo tam wasze miejsce”, którego nie można nazwać jedynie głupim wybrykiem chuligańskim. Ten widomy akt antysemityzmu spotkał się wówczas ze zdecydowanymi i dosadnymi słowami potępienia, m.in. ze strony Prezydenta Miasta Gdańska, pana Pawła Adamowicza. ” – czytamy w Liscie Adamowicza.

Profanacje cmentarza może ukróciłoby zamontowanie kamer wokół ogrodzenia. Policja wyraziła już zgodę na wciągnięcie monitoringu, jeśli tylko powstanie, do swojego systemu. Jednak gdańskiej Gminy Żydowskiej nie stać na taka inwestycję.

– To absolutny skandal – komentuje dewastację prezydent Gdańska. – W kraju, w którym tak czci się zmarłych takie zachowanie jest oburzające. Teren niestety nie należy do miasta, więc jedyne co mogę zrobić, to spotkać się w najbliższym czasie z komendantem miejskim policji i komendantem straży miejskiej. Oczekuję, by zwrócili szczególną uwagę na to miejsce i posłali tam więcej patroli.

Cmentarz żydowski na Chełmie został założony został ok. drugiej połowy XVI wieku. Jest jednym z najstarszych miejsc pochówku Żydów w naszej części Europy. Pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1694 roku. Macewy zwrócone były na wschód, w kierunku Jerozolimy i – jak na każdym z cmentarzy Żydów aszkenazyjskich na terenach Polski i Europy Wschodniej – ustawione pionowo. Skierowanie macew na wschód wiąże się też z symboliką Światła, która w tym miejscu, na Chełmie, nabiera szczególnego znaczenia – ze wzgórza cmentarnego rozpościera się widok na całą Zatokę Gdańską i odbijające się w morzu wschodzące słońce. Cmentarz przetrwał niezniszczony do końca II wojny światowej. Zamknięto go dopiero w 1956 r. i od tego czasu zaczęła się systematyczna dewastacja, szczególnie nasilona w latach 70., kiedy całkowicie zniszczono i splantowano dolny taras z najstarszymi i najcenniejszymi nagrobkami. Dziś przy cmentarzu na Chełmie stoją bloki mieszkalne. Z płyt nagrobnych zbudowano prowadzące na strome wzgórze schody.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Umberto Eco – Intelektualny olbrzym, który nie uznawał konwenansów

Umberto Eco – Intelektualny olbrzym, który nie uznawał konwenansów

Katarzyna Kasia



Umberto Eco. Fot. Bogaerts, Rob / Anefo. Źródło: Wikimedia Commons

Jest kilka takich zdań, porzekadeł, tzw. obiegowych mądrości, które powtarzamy bez żadnej refleksji: że o gustach się nie dyskutuje, że czas leczy rany, że nie ma ludzi niezastąpionych. Z tego, jak bardzo są głupie, zdajemy sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy osobiście uderza nas ich błędność. Śmierć Umberta Eco to moment, kiedy z całym bólem muszę skonstatować, że są tacy ludzie, których nie da się zastąpić. Nikim. Nigdy.

W wielu wspomnieniach, które przeczytałam zaraz po jego śmierci, pojawiały się określenia takie jak człowiek instytucja, wielki pisarz, autor „Imienia róży”, filozof, historyk filozofii, semiolog, bibliofil, znawca mediów, niestrudzony komentator codzienności… Trudno uwierzyć: jak on zdążył to wszystko zrobić, zbadać, napisać, wymyślić? Nasze czasy są ubogie w ludzi tak wszechstronnych. Ale oprócz tego wszyscy, którzy go znali i czytali jego teksty, mówią o jego wspaniałym poczuciu humoru. Gianni Vattimo chwali się w swojej autobiografii, że zna więcej żartów niż Berlusconi. Dlaczego? Bo chodził na kursy do Eco.

Vattimo pisze też o tym, że Umberto Eco nigdy nie uznawał konwenansów. Nie wysyłał na święta kartek, nie rozsyłał ważnym profesorom egzemplarzy nowo wydanych książek. Miał bardzo wysokie poczucie własnej wartości. Co nie przeszkadzało mu śpiewać ludowych przyśpiewek po piemoncku i zajmować się kulturą popularną. Tą ostatnią zresztą zajmował się wyjątkowo: nie z piedestału, bez sztywnego, profesorskiego poczucia wyższości. Naprawdę starał się zrozumieć jej fenomeny i strategie. Tylko on umiał z takim wdziękiem łączyć pisanie o kategorii mimesis w „Poetyce” Arystotelesa z analizowaniem Big Brothera czy meksykańskich komiksów. Tylko on umiał napisać barokową powieść barokowym językiem, a w felietonach żartować z wszechwładzy politycznej poprawności w amerykańskich kampusach. Z jednej strony mamy jego „Dzieło otwarte”, z drugiej – jeden z ostatnich tekstów, opublikowanych na łamach „L’Espresso”, w którym narzekając na zanik skuteczności przeklinania, wynikający z naszego znieczulenia na rozpowszechnione wulgaryzmy, proponuje powrót do korzeni, oferując szeroki wybór przekleństw babek i prababek.

Z wszystkich włoskich intelektualistów XX w. Eco był w Polsce najpopularniejszy. Prawie wszystkie jego prace zostały przetłumaczone. Gdy pisałam doktorat o jego mistrzu, Luigim Pareysonie, przyjęto mnie na studia właściwie tylko dlatego, że Pareyson był promotorem Umberta Eco. Kiedy kilka lat później miałam zaszczyt spotkać Eco w Turynie, szczerze go ta historia rozbawiła.

Wiecej znajdziesz tu: Umberto Eco – Intelektualny olbrzym, który nie uznawał konwenansów


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Students in Brooklyn College demand ‘Zionists off campus’

Students in Brooklyn College demand ‘Zionists off campus’

10 Brooklyn College students interrupt a faculty meeting to make demands, shout slurs at Jewish members.

East Quad at Brooklyn College

East Quad at Brooklyn College Photo By: GABRIEL LIENDO/WIKIMEDIA COMMONS

NEW YORK – A group of Brooklyn College students interrupted a faculty council meeting on Tuesday and allegedly demanded that “Zionists” leave campus.

Other demands ranged from calls for better pay for adjunct teachers to ending “racist” class offerings. According to a professor who spoke anonymously to the Jewish Telegraphic Agency, some of the faculty members at the meeting applauded during the students’ vocal protests, but it was not clear which demands the teachers were reacting to.

The faculty member also told JTA that when computer science professor and faculty council head Yedidyah Langsam told the students they were “out of order,” they called him a “Zionist pig.”

In a news release issued Tuesday, Brooklyn state Assemblyman Dov Hikind said he received complaints after the meeting from “dozens” of faculty members.

“It’s just an absolute disgrace that something like this would happen in our own community,” Hikind said.

Hikind also called on City University of New York, the public university system of New York City, to “implement a plan of action to prevent this kind of intimidation and disruption from reoccurring anywhere within CUNY.”

The Anti-Defamation League denounced the incident on Thursday and commended the Brooklyn College president and senior vice president for their strong condemnation.

“We are concerned about the manifestation of anti-Israel and anti-Semitic hatred at Brooklyn College,” ADL New York Regional Director Evan R. Bernstein said. “Incidents like this poison the atmosphere on campus and seek to intimidate Jewish students, and in this instance faculty.”

“Such abhorrent comments only serve to divide CUNY, which prides itself on values of inclusivity,” he added. “The incident is a glaring example that the ugly rhetoric does not just target students, but the campus community at large.”

Bernstein pointed out that this is not the first time higher education institutions witness “the conflation of social causes by anti-Israel activists”.

“We urge Brooklyn College leadership and all academic institutions across New York State to make clear that anti-Semitism and anti-Zionism that denigrates Jews has no place on campus,” he said.

Bernstein added that the ADL hopes the administration will investigate and take appropriate disciplinary action against the students responsible, and articulate specific ways to combat this issue.

Back in November, ADL had commended CUNY for standing up against bigotry, prejudice and anti-Semitism after the student group “Students for Justice in Palestine” invoked anti-Semitic stereotypes when referring to CUNY leadership as a “Zionist administration” at Hunter College.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


… spędziła 14 lat na fotografowaniu..

Popularnie.pl… spędziła 14 lat na fotografowaniu..

Beth Moon jest fotografką, której siedziba firmy mieści się w San Francisco. Kobieta przez ostatnie 14 lat zajmowała się poszukiwaniem i fotografowaniem najstarszych drzew na świecie. Podróżowała po całym całej kuli ziemskiej, aby uchwycić na zdjęciach te zjawiskowe drzewa, które rosną w różnych odległych mejscach i wyglądają na bardzo stare.

1

2

3

„Stojąc w największych i najstarszych zabytkach świata uważam, że te symboliczne drzewa nabiorą większego znaczenia, a zwłaszcza w czasach, kiedy skupiamy naszą uwagę na znalezieniu lepszego sposobu, aby żyć w zgodzie ze środowiskiem”, pisze Moon.

Czytaj dalej tu: … spędziła 14 lat na fotografowaniu..


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


recenzja Henryka Grynberga – Korczak, Wilczyńska i pani Lunia

Dwutygodnik - strona kulturyrecenzja Henryka Grynberga – Korczak, Wilczyńska i pani Lunia

Henryk Grynberg


Korczak, Wilczyńska i pani Lunia

Pani Stefa postarała się kiedyś o śniegowce dla Łucji Gold. Łucja chciała „iść w jej ślady”. Była naszą Panią Lunią w powojennym żydowskim domu dziecka w Helenówku. Widzieliśmy siny numerek na jej przedramieniu. Nauczyła nas szyfrować słowa rzymskimi cyframi

Janusz Korczak nie poradziłby sobie z prowadzeniem Domu Sierot bez Stefanii Wilczyńskiej, która była jego faktyczną kierowniczką. Takie jest założenie książki Magdaleny Kicińskiej „Pani Stefa”. „Korczak był jak matka”: czuły, wrażliwy, wychowywał przez łagodność, partnerstwo i należny dziecku szacunek. „Ojcem była Stefa”: praktyczna, pragmatyczna, twarda. „Nie była taka jak Korczak”, ale pracowała ofiarnie, niezmordowanie, nieustannie i bez wynagrodzenia jak on. Nie założyli własnych rodzin, bo – jak twierdził Korczak – „niewolnik nie ma prawa mieć dzieci”. Byli dobrowolnymi niewolnikami dzieci, które ich najbardziej potrzebowały.

Magdalena Kicińska, „Pani Stefa”. Czarne,
272 strony, w księgarniach od maja 2015
Magdalena Kicińska, „Pani Stefa”. Czarne, 272 strony, w księgarniach od maja 2015W latach 30. bezrobocie w Polsce dochodziło do czterdziestu procent, a wśród żydowskich rzemieślników do osiemdziesięciu. „Na naszych oczach stacza się w otchłań nędzy jedna trzecia ludności żydowskiej Warszawy” – pisał w marcu 1935 roku „Nasz Przegląd” (cytuję za autorką książki). „[Matka] nie widziała żadnych możliwości wyżywienia nas, popełniła samobójstwo” – pisało dziecko w anonimowej ankiecie. A żydowskie dzieci były dodatkowo upośledzone: „Widziałam, jak biją żydowskiego chłopca, a on się nie bronił, bo nie wiedział, za co go biją. On bić nie chciał, bo go bolało, więc po co i innych ma boleć?”. „Czy za to, że jestem Żydem, trzeba mnie bić?”. „Dlaczego nie zrobić, żeby nie było biednych? Jeżeli już wcale nie można, to niech się przynajmniej śnią biednym ładne sny”. Korczak i Pani Stefa starali się o takie sny.

Ale dzieci podrastały, wychodziły z cieplarni i widziały, że „życie to nie dom Korczaka”. Wilczyńska zdawała sobie z tego sprawę. „Mamy sto siedmioro dzieci, które za kilka lat powiedzą o sobie: naiwniacy” – przyznała w 1930 roku, na długo przed gettem (i Treblinką). „Korczak wychował samych naiwniaków” – potwierdza jeden z nielicznych wychowanków, jacy przetrwali. Po wyjściu z Domu Sierot mieli żal do swoich wychowawców, że „świat nie jest taki jak na Krochmalnej”. Autorka książki podkreśla, że Korczak to mocno przeżywał. „Chcieliśmy zmienić małego człowieka tak, żeby zmienił świat” – usprawiedliwiała się Wilczyńska. Okazało się, że to nie takie proste. „Ja byłem w utopii” – mówi wychowanek, który wyszedł z tej utopii na tyle wcześnie, że dorósł o własnych siłach i przeżył. Ale „nigdy potem nie miałem w życiu tak dobrze” – przyznaje. Zatem nie wszystko poszło na marne.

„Korczak wychował samych naiwniaków” – potwierdza jeden z nielicznych wychowanków, jacy przetrwali. Po wyjściu z Domu Sierot mieli żal do swoich wychowawców, że „świat nie jest taki jak na Krochmalnej”

Wilczyńska była w Palestynie w 1931, 1934, 1935, i – po raz ostatni – w 1938/39 roku. Już we wrześniu 1935 pisała, że „wobec zbliżającej się wojny nie warto wziąć powrotnego biletu”. A jednak za każdym razem wracała. Korczak też szukał dla siebie miejsca w Palestynie. Jak ona „nie wierzy[ł], że może się jeszcze na coś przydać tu, w Polsce, gdzie nastroje antysemickie coraz silniejsze”. Ale w Palestynie oboje byli jeszcze mniej przydatni. „Tam są moje dzieci” – tłumaczyła się Stefa, wracając do Polski w maju 1939 roku. Obiecała przyjaciołom, że przyjedzie do Palestyny na stałe. „Nie przyjechałam, bo nie chcę jechać bez dzieci” – usprawiedliwiała się potem w liście.

Dzieci na kolonii letniej w Gocławku, lata trzydzieste

Trzy fotografie mówiące więcej od słów. „Dzieci na kolonii letniej w Gocławku, lata trzydzieste”. Są to maluchy: bose, blade, szare. Za drobne dla dużych, ciężkich głów. Chłopcy ostrzyżeni na zero. Czterdzieści twarzy, skupionych, tylko dwie się próbują uśmiechać. Jedna się zamazała, bo chłopiec poruszył głową. Data „lata trzydzieste” nie pozwala zgadnąć, ile lat miały w roku 1942. „Tylne podwórko Domu Sierot, wiosna 1940”. Kilkanaście dziewczynek, dziesięć–dwanaście lat. Bose, ale w ładnych sukienkach z krótkim rękawem i białych lub czarnych fartuszkach. Włosy krótkie na polkę, ale zadbane, ładnie uczesane. Siedzą i obierają kartofle. Jasnowłosa na pierwszym planie nieznacznie się uśmiecha do siebie i wszystko się wydaje jak trzeba. „Aula Domu Sierot, jeszcze przed przeprowadzką do getta”. Bose dziewczynki, takie same sukienki jak na poprzednim zdjęciu. Bosi, prawie na zero ostrzyżeni chłopcy. Siedzą przy stołach na giętych krzesłach zwróconych do obiektywu i wypełniają prawie całą aulę. Dwie dziewczynki stoją na balkonie za metalową barierą. Pod ścianą dwaj młodzi wychowawcy i młoda wychowawczyni. Twarze dzieci są poważne, tylko jedna dziewczynka się lekko się uśmiecha. Jeden z najmłodszych chłopców zarzucił ramiona na barki kolegów po obu jego stronach. Byłem w tej auli dwa razy: kilkanaście i kilkadziesiąt lat później. Widziałem ten sam balkon wysoko pod sufitem, stary, przedwojenny parkiet i pustkę.

Fotografie mówią więcej od słów. „Aula Domu Sierot, jeszcze przed przeprowadzką do getta”. Byłem w tej auli dwa razy: kilkanaście i kilkadziesiąt lat później. Widziałem ten sam balkon wysoko pod sufitem, stary, przedwojenny parkiet i pustkę

Wojna przysparzała coraz więcej sierot – w sierocińcu na Wolskiej było pięćset – a racje malały. W pierwszym półroczu 1941 dzieci Korczaka i Wilczyńskiej straciły przeciętnie ponad trzy kilo, ale nie umierały. Natomiast na Wolskiej codziennie: „Jednej nocy umarło pięćdziesiąt osiem”. Ale nieprawda, że getto nie ratowało biednych: „na czwartym piętrze wydają głodnym zupę, w całym getcie wydaje się ich ponad sto tysięcy dziennie”.

Aula Domu Sierot, jeszcze przed przeprowadzką do getta
Aula Domu Sierot, jeszcze przed przeprowadzką do getta

zarekomendowal:
Leon Rozenbaum
Emanuel Ringelblum potwierdził w swojej kronice, że „poszli razem na śmierć”, podsumowując, że „wszystko, co związane jest z osobą Korczaka… jest dorobkiem obojga” (cytuję za autorką). Autorka przytacza dwa wspomnienia z ostatnich dni przed deportacją. Według jednego Wilczyńska przyszła do Centosu i powiedziała: „Dzieci nic nie wiedzą, robimy wszystko, żeby nie było paniki. Ufają nam. Cokolwiek się stanie, do końca będziemy wszyscy razem”. To się oczywiście nie udało, bo w Treblince oddzielano mężczyzn od kobiet i dorosłych od dzieci. Według drugiej relacji, przyszła z prośbą o cyjanek: „Zażyję w ostatniej chwili, gdy nie będzie ratunku” i śpieszyła się, „żeby nie zabrali ich beze mnie”.

Irit Amiel, która przeżyła na własną rękę, mając 11–14 lat, pisze mi, że Korczak (i Stefa) „powinni byli powiedzieć dzieciom całą prawdę, uwolnić je od siebie, dać im szanse ratowania się”. Matka jej znajomej z Częstochowy powiedziała trojgu swoich dzieci, które były w naszym wieku: „To jest koniec świata, musimy się rozstać i niech każdy ratuje się na własną rękę”. I przeżyli, przyjechali do Izraela i „zostawili po sobie całe plemię”. Z pewnością niektóre dziewczynki miały szanse, i starsi chłopcy.

Irit Amiel pisze mi, że Korczak (i Stefa) „powinni byli powiedzieć dzieciom całą prawdę”. Matka jej znajomej powiedziała trojgu dzieci: „To jest koniec świata, musimy się rozstać i niech każdy ratuje się na własną rękę”. I przeżyli

Pani Stefa, troskliwy „ojciec”, zatroszczyła się kiedyś o zdrowie bursistki Łucji Gold i postarała się dla niej o śniegowce. Łucja chciała „iść w ślady p. Stefy”. Prowadziła sierociniec w łódzkim getcie. Przeżyła Auschwitz, Bergen-Belsen i Dachau i była naszą Panią Lunią w powojennym żydowskim domu dziecka w Helenówku koło Łodzi. Widzieliśmy siny numerek na jej przedramieniu, ale nie pytaliśmy, a ona nic o tym nie mówiła. Była poważna, ale pogodna. Postawna, mocno zbudowana – dlatego żyła. Jasnoruda, kędzierzawa, gęsto piegowata, może nieładna, ale nam się podobała. Prowadziła starszą grupę i nie mogliśmy się doczekać, żeby do niej zaawansować. Nigdy się nie gniewała ani nie niecierpliwiła, nie rozkazywała. Nie potrzebowała rozkazywać, bo chętnie wykonywaliśmy wszystkie jej polecenia. Nauczyła nas szyfrować słowa rzymskimi cyframi. Spisaliśmy nasze imiona i nazwiska tym szyfrem, wsunęliśmy rulon w butelkę i zakopali w dzikim parku koło Helenówka. Może tam jeszcze są.

Gdy wszyscy wyrośli z Helenówka, wróciła do Domu Korczaka i Wilczyńskiej na Krochmalnej, gdzie wciąż jest ta aula co na zdjęciu, i była tam Panią Lunią dla biednych dzieci przez jeszcze piętnaście lat. Jak Korczak i Wilczyńska nigdy nie założyła własnej rodziny.

Jest sporo błędów, których można było łatwo uniknąć. Wypaczone imiona: powinno być Chana, a nie „Hana”, Rywka, a nie „Ryfka”, Jochewet, a nie „Jochewed”. Sklep należał do Zysiego Landoberga, a nie do „Zysi Landoberg”, bo Zysie (lub Zysze) to imię męskie. Wilczyńska widziała „uśmiechniętego Szaję”, a nie „uśmiechniętą Szaję”, bo Szaja też jest imieniem męskim, zdrobnieniem Jeszajahu, czyli Izajasza (jedno z najważniejszych imion w Biblii). Miejscowość i znany kibuc, gdzie rozgrywa się ważna część akcji, nazywa się w polskiej transliteracji Ejn Charod (w angielskiej Ein Harod), a nie En Charod jak podano 15 razy w tekście („Ejn” znaczy źródło i powtarza się w wielu innym nazwach, a „En” nie ma żadnego sensu). Hebrajskie słowo „mora” (nauczycielka) wydrukowano hebrajskimi literami, lecz od lewej do prawej, czyli wspak. Nie podano źródła istotnej informacji, że schronisko przy Dzikiej 5 „zajmowała gromada brudnych dzieci, pod łóżkami kałuże moczu, w piecach kał, dzieci pozostawione bez opieki”. Przywilej „de non tolerandis Judaeis” nie oznaczał „żadnej tolerancji dla Żydów”, tylko zabraniał Żydom mieszkać w danym mieście czy miejscowości. Córką Jakuba Mortkowicza była Hanna Mortkowicz-Olczakowa, a nie „Hanna Mortkowiczowa”, bo „Mortkowiczowa” po polsku znaczy żona Mortkowicza. Wilczyńska uczyła się chemii organicznej u profesora Carla Gräbego, a nie „z profesorem Carlem Gräbem” i botaniki u profesora Roberta Chodata, a nie z „profesorem Robertem Chodatem” – bo „z profesorem” uczymy się po angielsku, a nie po polsku. I po polsku ma się nieogoloną głowę, a nie „nieogolone włosy”. Znana mądrość rosyjska „tisze jediesz – dalsze budiesz” znaczy „wolniej jedziesz – dalej zajedziesz”, a nie „wolniej idziesz – szybciej zajdziesz”, co brzmi raczej jak przeciwieństwo mądrości. Tak ważna książka zasługuje na więcej szacunku niż jej okazała redakcja


Henryk Grynberg

Wybitny prozaik, poeta, eseista i dramaturg urodzony w 1936 roku. Od roku 1967 mieszka w Stanach Zjednoczonych. Fundamentalnymi problemami jego twórczości są kwestie takie, jak zachowanie pamięci i świadczenie o ofiarach Holocaustu, wybór i dochodzenie do żydowskiej tożsamości, a także wzajemne stosunki Żydów i Polaków. Utwory Grynberga tłumaczono na wiele języków. Autor otrzymał m.in. nagrody im. Tadeusza Borowskiego (1966), Fundacji Kościelskich (1966) oraz Stanisława Vincenza (1991).


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com