
Humanitarny spektakl sezonu
Anna Grabowska (Anne Goldschmid)
Podczas gdy wszyscy są zajęci aferą Epsteina, bo media mówią o tym na okrągło, proszę państwa, jest nowy news. Nowa Flotylla do Gazy. Sto łodzi, tysiąc aktywistów. Wielkie słowa o największej humanitarnej interwencji w historii. Na razie są tylko zapowiedzi, liczby i hasła. Twarze pojawią się później, kiedy ruszą kamery. Kiedy będzie można zrobić zdjęcia z pokładu i pokazać światu, że moralność znów wypłynęła w morze. A dopiero gdzieś na końcu tej opowieści, na jej brudnym, nieatrakcyjnym marginesie, jest rzeczywistość. Ta, której nikt nie chce fotografować, bo nie nadaje się na symbol, nie ma jednego winnego i nie daje prostego scenariusza, w którym można wystąpić w roli bohatera. Bo w tym samym czasie, gdy planuje się tę flotyllę, na wschodzie Europy ludzie marzną w nieogrzewanych mieszkaniach. Ukraińskie dzieci uczą się spać w ubraniach, żeby nie zamarznąć w nocy przy minus dwudziestu stopniach. I nikt nie organizuje dla nich statków. Nikt nie wzywa celebrytów, ani nie robi transmisji z ruin bloków i z korytarzy szpitalnych, gdzie od miesięcy czuć zapach wilgoci i strachu.
Tak, Palestyńczykom żyje się ciężko. Nie mieszkają w pałacach, tylko w namiotach, pod plandekami i w prowizorycznych schronieniach. Ale mają dostęp do pomocy humanitarnej, do koców, do żywności. Do konwojów z pomocą, o których mówi się w każdej telewizji świata. I to nie są tylko wrażenia czy obrazy z mediów. W najnowszych apelach humanitarnych ONZ na 2026 rok sama Gaza i terytoria palestyńskie pochłaniają około 12–13 % całego globalnego budżetu pomocy, więcej niż jakikolwiek pojedynczy kryzys na świecie. Sudan, gdzie toczy się jedna z najkrwawszych wojen w Afryce, dostaje około 8–9 %. Syria podobnie. A Ukraina, mimo milionów ludzi bez domów i zniszczonej infrastruktury, w ostatnich latach mieści się zwykle w przedziale około 10–15 procent globalnych potrzeb humanitarnych. Cała Afryka razem wzięta, ze wszystkimi swoimi wojnami, suszami i epidemiami, dostaje około 35–45 procent pomocy, ale rozbitej na dziesiątki krajów i setki milionów ludzi. Gaza jest więc jednym z najlepiej finansowanych pojedynczych kryzysów na świecie. Tymczasem dzieci w Ukrainie marzną przy minus dwudziestu stopniach. Giną od bomb i rakiet. A jednak nie budzą światowej moralności. W tym samym czasie w Afryce dzieci, kobiety i starcy umierają z głodu, z chorób lub chociażby z braku wody. Z powodu rzeczy tak elementarnych, że aż trudnych do opisania. I tam też nie ma flotylli, konwoju łodzi, nie ma tysiąca kamer. Nie ma “błogosławionych świadków historii”. Tam jest cisza i zwykła śmierć. Bez transparentów i bez triumfalnej opowieści o moralności, którą wycierają sobie gębę selektywnie gwiazdki współczucia. Taki to jest rynek pomocy-przedstawienia. Współczesny aktywizm wybiera swoje bitwy jak producent telewizyjny – prime time. Nie według skali tragedii, tylko według jakości scenariusza. Według tego, czy da się opowieść uprościć do plakatu, bądź wskazać jednego winnego. Czy da się z tego zrobić serię wideo z mocnym finałem lub wyprodukować emocję, która będzie miała zasięg.
Flotylla do Gazy ma wszystko, co potrzebne do widowiska. Statki, hasła, konfrontację z marynarką. Dramatyczne krzykliwe apele, zatrzymanie, wywiady, i łzy. Kadry, które obiegną świat. I jeszcze jeden element, bez którego ta historia nie miałaby takiej siły rażenia. Konflikt, który dla części Zachodu stał się wygodnym lustrem do przeglądania własnych kompleksów. Palestyna jako symbol, nie jako ludzie. Symbol, którym można uderzać w Zachód, w kapitalizm, w kolonializm, w system, w cokolwiek akurat jest na liście wrogów sezonu. Przecież dziś i tak łatwo nienawidzi się Żydów i zgania się wszystko na nich. Więc taka opowieść sprzedaje się bez wysiłku sama. Bez żadnych wątpliwości ani refleksji. A flotylla do Mariupola? Nie istnieje. Flotylla do Charkowa, Chartumu, Sahelu też nie. Flotyli do Iranu również nie było. A powód? Bo tam nie ma jednego wygodnego symbolu, którego można obarczyć winą i powiesić jak gwiazdę Dawida na szubienicy. I dlatego tysiące ludzi gotowych jest wejść na pokład w tej sprawie, a niewielu z nich byłoby gotowych spędzić miesiąc w ukraińskim szpitalu polowym, gdzie dzieciom amputuje się nóżki przy świetle agregatów i nikt nie pyta o hashtagi, albo pół roku w obozie dla uchodźców w Sudanie, gdzie nie ma kamer, nie ma mikrofonów, nie ma nawet stabilnego sygnału, żeby zrobić relację na żywo. Bo tam nie ma romantycznej rewolucji. Tam jest pot, błoto, infekcje i brak leków. Monotonne cierpienie, które nie nadaje się do transmisji. W ten sposób z cierpienia robi się poręczny rekwizyt. Taki polityczny spektakl na pierwsze strony gazet. Recrptura gotowa, z moralności robi się kostium i zakłada na weekendowy rejs. A potem wraca się do domu z wystudiowanym cierpieniem na twarzy, publikuje kilka zdjęć i pisze setki gniewnych postów. O tak później zbiera się brawa od własnego plemienia i ogłasza, że oto ludzkość została uratowana. Podczas gdy ludzkość, ta prawdziwa, bez transparentów i bez kamer, dalej leży gdzieś w ruinach, w zimnie i bez leków. W wioskach bez wody.
I dlatego ta selektywna moralność budzi we mnie odrazę. Zwyczajną, fizyczną odrazę. Bo to nawet nie jest już hipokryzja, lecz rodzaj ideologicznej estetyki, w której cierpienie jednych staje się scenografią, a cierpienie innych nie zasługuje nawet na spojrzenie. Bo zwyczajnie brzydzi mnie ta selektywna moralność. Zwyczajnie brzydzi.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com