Wojna w Iranie. “Trump poddał się naciskowi Izraela”
Anna Wyrwik
Anna Wyrwik – Dziennikarka. Ukończyła socjologię i kulturoznawstwo latynoamerykańskie. Publikowała też m.in. w “Tygodniku Przegląd”, “Dwutygodniku”, “Kulturze Liberalnej”, “Przekroju”, “Krytyce Politycznej”, “Twórczości” i na portalu Onet.pl. Zajmuje się literaturą Beat Generation, spaceruje z psem Rogerem, a najbardziej lubi być w podróży.
Uderzenie irańskiej rakiety w Tel Awiwie. (Fot. REUTERS/Gideon Markowicz)
* Karolina Cieślik-Jakubiak – iranistka, orientalistka, publicystka. O Bliskim Wschodzie, jego historii, kulturze i społeczeństwie pisała między innymi dla „Tygodnika Polityka”, „Więzi”, „Rzeczpospolitej”, „Glissanda” czy „Magazynu Kontakt”. Interesuje się historią idei, obecnie badając spotkania marksizmu i islamizmu w Iranie. W Wydawnictwie ArtRage prowadzi serię „Rahla” poświęconą literaturze pięknej tłumaczonej z języków regionu Azji Zachodniej i Centralnej oraz Afryki Północnej.
Karolina Cieślik-Jakubiak: – Czerwone linie, o których mówi prezydent USA, trudno interpretować jako amerykańskie. Właściwie dotyczą bezpieczeństwa Izraela.
Co wiemy o ataku USA i Izraela na Iran?
- Izrael i USA rozpoczęły atak na Iran w sobotę (28.02) rano.
- Izraelskie wojsko poinformowało o uderzeniach na setki celów w Iranie
- Iran odpowiedział atakami rakietowymi na Izrael i amerykańskie bazy w regionie.
- Rozmowa została przeprowadzona przed komunikatem Donalda Trumpa, który w sobotę wieczorem czasu polskiego poinformował o zabiciu Aliego Chameneiego, duchowego przywódcy Iranu.
Anna Wyrwik: „Naszym celem jest obrona narodu amerykańskiego poprzez wyeliminowanie bezpośrednich zagrożeń ze strony reżimu irańskiego, okrutnej grupy bardzo twardych, okropnych ludzi” – powiedział w oświadczeniu Donald Trump, podkreślając, że nie można dopuścić, by Teheran „kiedykolwiek miał broń nuklearną”. A tak naprawdę, dlaczego USA i Izrael zaatakowały Iran?
Karolina Cieślik-Jakubiak*: – Moim zdaniem Donald Trump poddał się naciskowi strony izraelskiej i dał się zapędzić w kozi róg. Tematy, które były lub które Stany Zjednoczone bardzo chciały uczynić głównymi podczas negocjacji z Iranem dotyczących nowego nuklearnego dealu, nie były tymi samymi, o których słyszeliśmy chociażby jeszcze w zeszłym roku.
W związku z tym wielu analityków na świecie zadawało podstawowe pytanie – czyje są czerwone linie, o których mówi Donald Trump? Trudno interpretować je jako amerykańskie, ponieważ właściwie dotyczą one bezpieczeństwa Izraela. Chodzi tu zarówno o funkcjonowanie irańskiego programu rakietowego, jak i o współpracę Irańczyków ze swoimi sojusznikami rozpoznanymi jako organizacje terrorystyczne, takimi jak choćby Hezbollah.
Sprzeczne komunikaty. Dlaczego USA i Izrael zaatakowały Iran?
Dlaczego Benjaminowi Netanjahu tak bardzo zależało, by zaatakować Iran i skąd znowu temat programu nuklearnego, skoro – jak twierdził Donald Trump – w czerwcu 2025 roku w ramach operacji „Midnight Hammer” kluczowe obiekty nuklearne w Iranie zostały zniszczone?
– Od pojawienia się w izraelskiej polityce na początku lat 90. Benjamin Netanjahu miał jedno raison d’être – zaatakować i zniszczyć Iran. Powtarzał to regularnie, zawsze posługując się tym samym argumentem, czyli że Irańczycy są blisko zbudowania bomby atomowej.
Jedynie okres osiągnięcia takiej gotowości – według Netanjahu – się zmieniał, bo czasem mówił, że są o krok od tego, a czasem, że dzielą ich od celu miesiące albo lata. Zważywszy, że Izrael od lat jest zarządzany przez Netanjahu, nie jest dziwne, że obrał taki kurs.
Zwróciłaś uwagę na fakt, że raptem w zeszłym roku otrzymaliśmy od Donalda Trumpa informacje, że po tym, jak Stany Zjednoczone oficjalnie włączyły się w konflikt, program nuklearny został „unicestwiony”. Gdy dzisiaj ponownie słyszymy, że Irańczycy są o krok od osiągnięcia celu umożliwiającego im budowę broni nuklearnej, to – zakładając prawdziwość tego, co sama administracja Waszyngtonu deklarowała jeszcze w zeszłym roku – wydaje się to niemożliwe.
Na dodatek wczoraj omański minister spraw zagranicznych Badr al-Busaidi powiedział po rozmowach w Genewie między przedstawicielami Iranu i USA, że Iran miał zgodzić się na zaprzestanie magazynowania wzbogaconego uranu w takich ilościach, które umożliwiają budowę broni nuklearnej.
Komunikaty są zatem sprzeczne.
Jak na atak USA i Izraela na Iran reagują sami Irańczycy?
– Jeśli chodzi o irańską diasporę, należy pamiętać, że tu opinie co do mieszania się USA w sprawy Iranu są zróżnicowane. Głos części Irańczyków jest wspierany przez organizacje, takie jak Free Iran, które mają wspólne cele z Waszyngtonem.
Zdanie innych jest z kolei nieobecne w mediach mainstreamowych. Ci pierwsi kibicują Stanom Zjednoczonym, niezależnie od środków, jakie te podejmują. Są gotowi na to, by zgodzić się, może nawet entuzjastycznie, na propozycję USA, jaką byłby powrót Rezy Pahlawiego, syna ostatniego szacha Iranu.
Ci drudzy są przeciwko Islamskiej Republice Iranu, ale nie zgadzają się na to, co proponuje Pahlawi, któremu suflują Stany Zjednoczone.
Są demokratami i mówią, że Islamska Republika powinna upaść, ale powinna upaść na rzecz demokracji, która będzie faktycznie reprezentowała Irańczyków.
Nie zaś na rzecz interregnum monarchy, który kompletnie nie zna Iranu, nie rozumie Irańczyków, nie jest w stanie zaproponować im żadnego racjonalnego programu czy przejścia od monarchii do ewentualnej demokracji w przyszłości, nie mówiąc już o programie gospodarczym, który miałby podnieść upadającą od lat irańską gospodarkę.
A co z Irańczykami mieszkającymi w kraju? Donald Trump zaapelował do nich o przejęcie władzy po zakończeniu działań wojskowych, mówiąc: „To prawdopodobnie będzie wasza jedyna szansa na pokolenia”. Benjamin Netanjahu powiedział, by „zrzucili jarzmo tyranii i stworzyli wolny i pokojowy Iran”.
– W tym momencie głosów z Iranu za bardzo nie mamy, ponieważ jest tam prawie całkowity blackout. Dobiegają do nas właściwie tylko obrazki z Teheranu, na których widzimy ludzi stojących w długich korkach do dróg wyjazdowych, próbujących rozpaczliwie ewakuować się ze stolicy.
Co do słów Trumpa, istnieje jeszcze jedna ich interpretacja, na którą też zwróciłabym uwagę. Można je czytać jako plan na drugą część operacji, która miałaby odbyć się nie rękami Amerykanów czy Izraelczyków, ale samych Irańczyków. Może to jest nawoływanie ze strony czy to Trumpa, czy też Netanjahu, żeby Irańczycy wzięli sprawy w swoje ręce, skorzystali z momentu, który Stany Zjednoczone i Izrael im dają, i ponownie wyszli na ulice, tak jak wyszli na ulice półtora miesiąca temu.
W artykule w „Krytyce Politycznej” cytowałaś irańskiego studenta, Farhana, który powiedział: „władza musi pochodzić od ludu, a nie być narzucana z zewnątrz”. Reza Pahlawi będzie narzucony z zewnątrz, ale czy w ogóle Iran ma dziś jakąś inną opcję niż syna ostatniego szacha?
– Wydaje mi się, że Reza Pahlawi, jako namaszczony przez waszyngtońską administrację i pozostających w bardzo bliskich relacjach również z administracją w Tel Awiwie, jest na pewno jedyną opcją, którą w tym momencie widzieliby sami politycy Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Nie jest to jednak kandydat popularny wśród samych mieszkańców Iranu. Również dlatego, że w powszechnej ocenie jest to człowiek niekompetentny. Nie ma zadatków na władcę: jest mało charyzmatyczny, nie mówi językiem konkretów ani językiem faktów, tylko ogólnikami. Nawet wtedy, gdy opowiada – a robił to wielokrotnie – o tym, jak widzi swój powrót na tron, do którego przyznaje sobie naturalne prawo ze względu na to, że siedział na nim jego ojciec.
Wiemy, że jego plan na czas po ewentualnym obaleniu Islamskiej Republiki obejmuje pewien okres monarchii i dopiero w jej następstwie przejście w kierunku demokracji. Według niego wymagałoby to jakiejś przerwy, jakiegoś okresu nauki Irańczyków, jak powinno wyglądać społeczeństwo obywatelskie.
W artykule w „Krytyce Politycznej” cytowałaś irańskiego studenta, Farhana, który powiedział: „władza musi pochodzić od ludu, a nie być narzucana z zewnątrz”. Reza Pahlawi będzie narzucony z zewnątrz, ale czy w ogóle Iran ma dziś jakąś inną opcję niż syna ostatniego szacha?
– Wydaje mi się, że Reza Pahlawi, jako namaszczony przez waszyngtońską administrację i pozostających w bardzo bliskich relacjach również z administracją w Tel Awiwie, jest na pewno jedyną opcją, którą w tym momencie widzieliby sami politycy Stanów Zjednoczonych i Izraela.
Nie jest to jednak kandydat popularny wśród samych mieszkańców Iranu. Również dlatego, że w powszechnej ocenie jest to człowiek niekompetentny. Nie ma zadatków na władcę: jest mało charyzmatyczny, nie mówi językiem konkretów ani językiem faktów, tylko ogólnikami. Nawet wtedy, gdy opowiada – a robił to wielokrotnie – o tym, jak widzi swój powrót na tron, do którego przyznaje sobie naturalne prawo ze względu na to, że siedział na nim jego ojciec.
Wiemy, że jego plan na czas po ewentualnym obaleniu Islamskiej Republiki obejmuje pewien okres monarchii i dopiero w jej następstwie przejście w kierunku demokracji. Według niego wymagałoby to jakiejś przerwy, jakiegoś okresu nauki Irańczyków, jak powinno wyglądać społeczeństwo obywatelskie.
Mówisz, że Iran chce wprowadzić na arenę tej wojny jak największą liczbę aktorów. Kto pierwszy się stawi?
– Myślę, że – jak zawsze w takich okolicznościach – Iran może liczyć na Hezbollah. Wiemy, że Izrael złamał zawieszenie broni i zaatakował również południowy Liban, czyli region, w którym dominuje, i którym faktycznie rządzi Hezbollah.
Wydaje się, że – podobnie jak w poprzednich latach – może liczyć na ruch Huti w Jemenie, który odpowiedziałby za ataki na flankę sojuszniczą wobec Stanów Zjednoczonych w Zatoce. Wbrew powszechnej opinii, Huti nie są od Iranu zależni i nie jest to decyzja automatyczna – skoro zaatakowano Iran, to Ruch Huti na pewno włączy się w działania militarne. Jemeńczycy udowodnili jednak, że mogą stanowić skuteczne wsparcie w potrzebie. Atakując kompleksy naftowe sojuszników USA w regionie Zatoki Perskiej, względnie łatwo zaszkodziliby temu, czego miejscowe potęgi paliw kopalnych boją się najbardziej. Czyli zahamowaliby biznes.
Jak twoim zdaniem zachowają się Chiny i Rosja?
Mówisz, że Iran chce wprowadzić na arenę tej wojny jak największą liczbę aktorów. Kto pierwszy się stawi?
– Myślę, że – jak zawsze w takich okolicznościach – Iran może liczyć na Hezbollah. Wiemy, że Izrael złamał zawieszenie broni i zaatakował również południowy Liban, czyli region, w którym dominuje, i którym faktycznie rządzi Hezbollah.
Wydaje się, że – podobnie jak w poprzednich latach – może liczyć na ruch Huti w Jemenie, który odpowiedziałby za ataki na flankę sojuszniczą wobec Stanów Zjednoczonych w Zatoce. Wbrew powszechnej opinii, Huti nie są od Iranu zależni i nie jest to decyzja automatyczna – skoro zaatakowano Iran, to Ruch Huti na pewno włączy się w działania militarne. Jemeńczycy udowodnili jednak, że mogą stanowić skuteczne wsparcie w potrzebie. Atakując kompleksy naftowe sojuszników USA w regionie Zatoki Perskiej, względnie łatwo zaszkodziliby temu, czego miejscowe potęgi paliw kopalnych boją się najbardziej. Czyli zahamowaliby biznes.
Jak twoim zdaniem zachowają się Chiny i Rosja?
– Nie jestem przekonana, czy Iran może liczyć na wsparcie Rosji czy Chin.
Mam w ogóle wrażenie, że często używamy uproszczenia, nazywając Iran i Rosję czy Iran i Chiny państwami sojuszniczymi.
To jest zdecydowanie za duże słowo, bo ta relacja jest bardzo asymetryczna. Tutaj Iran jest zdecydowanie w pozycji klientelistycznej wobec obu tych państw. Wątpię, by Rosja czy Chiny były gotowe w jakikolwiek sposób bezpośrednio wesprzeć Iran w obliczu wojny. Natomiast możliwe są takie działania, jak wsparcie w zakresie samego dostarczania sprzętu i innej technologii wojskowej. Zresztą widzieliśmy je już w poprzednich tygodniach czy miesiącach, ale po prostu teraz mogą być to działania na większą skalę.
Co w tej sytuacji powinny zrobić kraje Unii Europejskiej?
– Naturalną logiką działań Unii Europejskiej, która przecież stanowczo potępiła krwawe tłumienie protestów w Iranie, byłoby również potępienie zbliżającej się wojny. Tym bardziej, że na pewno byłaby ona wbrew interesom obywateli Iranu.
Po pierwsze musieliby doświadczyć jeszcze intensywniejszego przestawienia się na gospodarkę wojenną, co oznaczałoby znacznie większą biedę niż teraz, a przecież już teraz obserwujemy tam sytuację absolutnie kryzysową, nawet wobec lat pikowania w dół irańskiej gospodarki.
Po drugie w Iranie służba wojskowa jest obowiązkowa, a niepoddanie się jej i ucieczka jest równoznaczna z konsekwencjami prawnymi i dużym utrudnieniem życia w przyszłości. Zaplecze ludzkie w Iranie jest olbrzymie, bo to jest gigantyczny kraj. Jak już wspomniałam, walka byłaby asymetryczna i obliczona na zmęczenie przeciwnika, co oznacza, że Iran nie wahałby się nad ewentualnym poświęceniem – brzydko mówiąc – swojego zasobu ludzkiego. W tym też oczywiście przeciwników Islamskiej Republiki Iranu, którzy zostaliby siłą wcieleni do wojska, czyli tych Irańczyków, za którymi jeszcze niedawno tak intensywnie i głośno się opowiadaliśmy.
Mając w pamięci ich interes, Unia Europejska powinna jak najbardziej surowo potępić działania, które zostały podjęte przez Izrael i Stany Zjednoczone.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com