Zdjęcie: Noam Revkin Fenton/Flash 90
Zanim zwyciężymy: przetrwać wojnę
Forest Rain
To, że nie leżymy na podłodze, płacząc i krzycząc, nie znaczy, że jest nam łatwo. Nie jest.
Po napisaniu o Purim jako przewodniku przetrwania dla Żydów uświadomiłam sobie, że są rzeczy trudniejsze do wyjaśnienia — to, jak wygląda przetrwanie w czasie rzeczywistym.
Są rzeczy, o których nie chcę pisać.
Jak choćby o wyczerpaniu po bezsennych nocach, kiedy syreny alarmu przeciwlotniczego każą nam pędzić do schronu. O siedzeniu z innymi wyczerpanymi sąsiadami w nocnym chłodzie i między betonowymi ścianami, czekając na sygnał odwołujący alarm, który mówi, że możemy wrócić do łóżek — jeśli w ogóle da się zasnąć z adrenaliną krążącą w żyłach.
Para z niemowlęciem, w wieku tej wojny — jego mama była w ciąży 7 października. Teraz ma dwa lata i wie, żeby powiedzieć: „Czas iść do schronu”, kiedy rozlega się syrena.
Jak bolesne jest to, że uważa za coś normalnego przychodzenie do schronu w kostiumie na Purim. Albo usłyszeć córkę innego sąsiada, uczennicę czwartej klasy, mówiącą z tęsknotą: „Mam nadzieję, że będziemy mogli świętować Purim, kiedy to wszystko się skończy. Miałam się przebrać za lamparta”.
Nie sądzę, żebym miała słowa, by wyjaśnić różnicę w poziomie stresu w zależności od tego, jaki alert otrzymujemy.
Alert o nadlatujących rakietach z Iranu — ogłuszający alarm w telefonie ostrzegający o niebezpieczeństwie, ale też dający nam błogosławiony czas, by spokojnie dotrzeć do schronu bez biegu. Czekanie na kolejną serię syren. Jeśli się nie włączą i musimy tylko czekać, oznacza to, że rakieta została zestrzelona po drodze. Dobrze.
Kolejna seria syren oznacza, że rakieta jest blisko i może zostać przechwycona w naszej przestrzeni powietrznej — co skutkuje odłamkami wielkości samochodów spadającymi z nieba — albo, co gorsza, rakietą przebijającą się przez nasz system obrony i trafiającą w cel, pozostawiając całe dzielnice wyglądające tak, jakby tornado porwało budynki i rzuciło je z powrotem na ziemię w kawałkach.
Po zobaczeniu skutków takich rakiet, jak ta, która uderzyła w schron w Beit Shemesh, trudno spokojnie siedzieć i czekać na kolejne nadlatujące pociski.
Stres związany z dżwiękiem syreny na zewnątrz bez otrzymania alertu w telefonie to coś zupełnie innego. Rakiety wystrzeliwane z bliższych miejsc, na przykład przez Hezbollah, nie dają czasu na wcześniejsze ostrzeżenie. Ich pociski nie są tak niszczycielskie jak te z Iranu — ale usłyszenie wybuchu zanim dotrze się do schronu nie jest, delikatnie mówiąc, przyjemnym doświadczeniem.
Nie chcę pisać o stresie, który objawia się fizycznymi dolegliwościami. O przeziębieniach łapanych zbyt łatwo. O szczękach zaciśniętych tak mocno, że rozdzierające bóle głowy są nieuniknione. O zmęczeniu, rozbiciu i rozdrażnieniu.
O martwieniu się o innych bardziej niż o siebie. Czy dzieci są bezpieczne. Czy przyjaciele żyją. O pogrążonych w żałobie i rannych.
Boże, proszę, niech piloci wrócą bezpiecznie do domu. Jeden błąd techniczny — szczególnie nad terytorium wroga — to koszmar, o którym nawet nie chcemy myśleć.
Nie chcę pisać o problemach finansowych ani o tym, jak dalej żyć, kiedy wszystko zatrzymuje się przez wojnę.
Nie chcę o tym pisać. Co w tym zresztą nowego? To nie zaczęło się od amerykańskiego ataku na Iran; zaczęło się od inwazji z Gazy 7 października — i od innych irańskich pełnomocników, którzy dołączyli, próbując nas dokończyć.
Jak mam wyjaśnić lodowaty terror bezradności wobec przypływu śmierci próbującego nas wszystkich utopić? Nawet wielu Izraelczyków próbuje odsunąć od siebie pamięć tego uczucia.
Albo fizyczną reakcję ciała, które nie potrafi pomieścić wiedzy o tym, czego umysł właśnie się dowiedział — terroru, że najeźdźcy przyjdą także z północy, będą torturować, gwałcić i palić nas tak, jak zrobili to z naszymi przyjaciółmi na południu. Świadomości, że jeśli im się uda, nasi sąsiedzi również mogą powstać przeciwko nam i dołączyć do ludobójstwa Żydów.
Przez pierwsze kilka dni nasi sąsiedzi byli straszniejsi niż rakiety.
A gdy nasz naród zaczął się bronić, nasz stres zamienił się w strach i żałobę, gdy odkrywaliśmy kolejne stracone życia — dzieci naszych przyjaciół i przyjaciół naszych dzieci — tych, którzy byli na imprezie, i tych, którzy zginęli w walce.
Kto ma słowa, by opisać cień zakładników, który nieustannie nas prześladuje? Wiedzę, że my jedliśmy, kiedy oni nie jedli. Że my mieliśmy wygodę, podczas gdy oni byli torturowani. Ten terror empatii — widmowe współcierpienie z naszymi siostrami krzywdzonymi przez potwory, które zamordowały naszych braci.
Ten ciężar zmalał, gdy zakładnicy zostali uwolnieni. Ale uwolnienie to dopiero początek leczenia, a nie samo wyleczenie. Świadomość, że to samo może wydarzyć się ponownie, dopóki istnieje ten sam wróg z tą samą ideologią, nie daje nam żadnego spokoju.
Nie potrafię wyjaśnić stresu i frustracji związanych z wojnami przerywanymi zbyt wcześnie — w Gazie, w Libanie i w Iranie — w pogoni za nadzieją na „porozumienie”, o którym wiedzieliśmy, że nie jest prawdziwe i nie przetrwa. Wojny muszą kończyć się zwycięstwem, żeby naprawdę się skończyć. Odkładanie wszystkiego tylko pogarsza sprawę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy zmuszani czekać, aż ogień znów się rozpali — a im dłużej czekaliśmy, tym bardziej niebezpieczny stawał się ten ogień.
I dlatego znów mierzymy się z Iranem, Hezbollahem i Hamasem, który nadal rządzi większością Gazy.
A jak mówią Izraelczycy: „Nie jest łatwo”.
Bo lubimy narzekać — ale tylko na rzeczy, które tak naprawdę nie mają znaczenia. Im trudniej jest naprawdę, tym mniej narzekamy.
Bo nie bierzemy udziału w olimpiadzie ofiar.
Przetrwamy.
I będziemy się rozwijać.
A teraz nadszedł czas, by wprowadzić w życie lekcje Purim sprzed 2500 lat. Nadszedł czas, by zamienić grozę w świętowanie, żałobę w radość.
Nadszedł czas, żebyśmy zwyciężyli.
Link do oryginału:
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
