Archive | 2024/03/06

Dzień po i jego konteksty

Dzień po i jego konteksty

Andrzej Koraszewski


Andrzej Koraszewski
.
Podczas gdy w Polsce toczą się teologiczno-sejmowe spory o tabletkę „dzień po”, w Ameryce wrzenie, w związku z jednoznacznym planem na „dzień po” przedstawionym przez premiera Netanjahu. Po dwóch latach wojny w Ukrainie nikt jeszcze niczego nie planuje na „dzień po”, ponieważ ta perspektywa wydaje się zbyt odległa. W Gazie coraz częściej widzimy tłumy mieszkańców przeklinających Hamas, a nawet życzących Izraelowi szybkiego zwycięstwa. Takie protesty Palestyńczyków w Londynie źle by się dla nich skończyły, bo najpierw rzuciłaby się na nich szlachetna tłuszcza, a potem aresztowałaby ich brytyjska policja. Odyseusz wylądował na  księżycu, ale dzień po okazało się, że leży z głową wspartą na kamieniu. Albo złamał nogę, albo tylko potknął się przy lądowaniu. Nic poważnego mu się nie stało, chociaż wstać już nie wstanie, może jednak jakieś zdjęcia prześle. Przedstawiciele nauk rozwiązłych i naćpanych cieszą się, że tym ścisłowcom też nic nie wychodzi, szczególnie, że ten Odyseusz jest z prywatnej firmy.

Premier Netanjahu upiera się, że dla Izraela najważniejsze jest bezpieczeństwo jego mieszkańców i że w związku z tym izraelska armia na długo pozostanie w Gazie, a samorząd jej mieszkańców będzie tworzony powoli i z rozwagą. Ameryka i inne kraje optują za jednostronnym uznaniem „państwa Palestyna”, co jak stwierdziła przedstawicielka USA przy ONZ, ma prowadzić do ostatecznego rozwiązania. Prawdopodobnie nie całkiem wiedziała co mówi, ale przypadkiem powiedziała, o co chodzi.  Izraelski rząd ryzykuje napięcia i konflikty z zachodnimi sojusznikami, ale, podobnie jak kiedyś Golda Meir, uważa, że lepiej być żywym i obgadywanym niż martwym i podziwianym. Izraelczycy stanowczo przeciwstawiają się koncepcji ostatecznego rozwiązania, co nawet niektórzy Palestyńczycy rozumieją, chociaż tych Palestyńczyków nikt nie lubi.

Palestyńczyk mieszkający w USA obwinia za brak pokoju z Izraelem kraje arabskie i koncepcję „prawa powrotu”. Mohamad Ghaoui  pisze, że „prawo powrotu” jest od dawna kamieniem węgielnym sporu, ale są tu inne implikacje i komplikacje, które utrudniają spojrzenie na to wszystko z ludzkiego punktu widzenia.

Zdaniem tego Palestyńczyka, kraje arabskie od początku chciały na Palestyńczykach zarobić.  Prowadziło to do pozbawienia ich praw człowieka na całe pokolenia. W krajach arabskich Palestyńczycy nie mają podstawowych praw, odmawia im się dostępu do edukacji i zatrudnienia. Jego zdaniem samo określenie „uchodźca z urodzenia” jest obraźliwe i sprzeczne z prawem. Utrzymywanie tego statusu przez kraje arabskie ma dwa powody, po pierwsze pieniądze od bogatego świata, a po drugie podtrzymywanie nienawiści do Żydów, co w efekcie kończy się nienawiścią do urodzonych już w nowym kraju Palestyńczyków i dalszym naleganiem na „prawo powrotu”.     

Manipulowanie „prawem powrotu” przez kraje takie jak Iran ma zdaniem tego Palestyńczyka jeszcze inny cel, który też jest związany z koncepcją ostatecznego rozwiązania.   

Tęsknota do życia w lepszym kraju niż Liban, Syria, czy Jordania jest zupełnie zrozumiała, zaś Izrael dla ludzi trzymanych w gettach może się wydawać jak raj na ziemi. Warto jednak rozważyć prawo do emigracji ludzi żyjących pod butem Hamasu i to nawet jeśli propozycja wychodzi od Ben Gvira.

Krótko mówiąc, Mohamad Ghaoui  proponuje ostateczne rozstanie z „prawem powrotu” i umożliwienie emigracji tym, którzy mają na to ochotę i ich naturalizację tam, gdzie zostaną przyjęci.

To brzmi dobrze, ale jest niezgodne z koncepcją zasiadających w Organizacji Narodów Zjednoczonych przedstawicieli autokratów i demokratów, którym Palestyńczycy są bardzo potrzebni do zupełnie innych celów, w których realizacji prawo Palestyńczyków do normalnego życia mogłoby przeszkadzać.

Suella Braverman (Wikipedia)
Suella Braverman (Wikipedia)

Autokraci są różni, ale dość przewidywalni, politycy, dyplomaci i biurokraci krajów demokratycznych niestety też są coraz bardziej przewidywalni. Chwilami zastanawiam się, czy dobrze pamiętam „Romulusa Wielkiego” Friedricha Dürrenmatta, którego inscenizację oglądałem w latach 60. ubiegłego wieku, zaś czytając ostatnio artykuł byłej już minister spraw wewnętrznych brytyjskiego rządu Suelli Braverman miałem dziwne wrażenie, że czytam przeróbkę sztuki oglądanej w młodości. Braverman pisze:

„Zaczęli od Żydów; ze sfer politycznych padły surowe słowa dezaprobaty, ale sytuacja tylko się pogorszyła. Potem islamistyczni szaleńcy i lewicowi ekstremiści przejęli kontrolę nad ulicami; policja patrzyła na to obojętnie. Nękali nauczycieli za pośrednictwem sądów; nasze przepisy dotyczące praw człowieka i równości zostały wykorzystane przeciwko nam. Grozili, że zabiją posła; [Mike Freer] zdecydował się, opuścić życie publiczne. Jako szanowany polityk, lord Austin, wypowiadał się przeciwko terroryzmowi i islamizmowi; został zawieszony w pracy, którą kochał. Przejęli kontrolę nad wyborami uzupełniającymi w zubożałym mieście w północnej Anglii. Widzimy ich wpływ na nasze sądownictwo, naszą profesję prawniczą i nasze uniwersytety.

A potem przyszli do parlamentu. W dniu, w którym Keir Starmer powinien był wykazać się siłą charakteru, pokłonił się tłuszczy, nadużył swojego stanowiska i podważył integralność parlamentu.”

Podobne obrazy otrzymujemy z innych krajów Europy zachodniej, z USA, Kanady i Australii. Barbarzyńcy u jednych budzą lęk, a u innych niekłamany zachwyt. Oburzona uwłaszczeniem się proletariatu marksistowska awangarda znalazła sobie nowy proletariat w najbardziej barbarzyńskich, głęboko patriarchalnych i fanatycznie religijnych ruchach. Im bardziej te ruchy nienawidzą demokracji tym większy zachwyt wzbudzają w młodych, znudzonych i gniewnych. 

Izraelski publicysta Benjamin Kerstein pisze o narastającym barbarzyńskim progresywizmie. W opublikowanym w grudniu ubiegłego roku artykule Kerstein przypomina, że Zygmunt Freud już na emigracji w Londynie i na krótko przed śmiercią pisał, że „Żyjemy w bardzo niezwykłych czasach. Ze zdumieniem stwierdzamy, że postęp zawarł sojusz z barbarzyństwem”. Oczywiście miał na myśli siłę oddziaływania na umysły nazizmu i komunizmu oraz wykorzystanie przez te potężne ideologie najnowocześniejszych osiągnieć nauki z równoczesną aprobatą najbardziej przerażających i brutalnych form przemocy i sadyzmu.

Freud, pisze Kertstein:
„Doszedł do wniosku, że ponieważ postęp cywilizacyjny wymagał coraz większego tłumienia najbardziej podstawowych ludzkich popędów, ludzie są coraz bardziej represjonowani i nieszczęśliwi, im bardziej się rozwijają i im bardziej się cywilizują. W końcu te represje nie mogą się utrzymać, a dzika energia nagromadzona przez stulecia sublimacji eksploduje okresowymi erupcjami straszliwej przemocy i zniszczenia. Innymi słowy, postęp prowadzi nieubłaganie w stronę barbarzyństwa.”

Nie należę do wielkich entuzjastów Freuda, ale atrakcja barbarzyństwa skłania do refleksji. Postępowy, cywilizowany, dworski drobnomieszczanin, szuka narkotycznej podniety w rewolucyjnym romantyzmie. Izraelski publicysta zastanawia się nad fenomenem feministek maszerujących ramię w ramię z ludźmi, dla których patriarchat jest świętością, homoseksualistów maszerujących z tymi, którzy wzywają do mordowania gejów (i robią to jak tylko mają okazję), ateistów wiecujących na rzecz ludobójczych teokracji, rzekomych obrońców praw człowieka w objęciach zwolenników tyranii i terroryzmu.

Czy jest tu jakiekolwiek rozsądne wyjaśnienie?   

„Choć dzisiejszy progresywizm – pisze Kerstein – utrzymuje fasadę prawości wyższej klasy średniej, ledwo kryje w sobie quasi-totalitarną mentalność, która bez większych skrupułów tłumi wszelki sprzeciw. Jednocześnie wielu postępowców zaangażowało się w przemoc i sprzymierzyło się z siłami, które nie tylko same są brutalne, ale kategorycznie odrzucają wartości i obyczaje, które sami postępowcy uważają za święte. Wielu postępowców posunęło się nawet do przyjęcia ideologii, którym rzekomo żarliwie się przeciwstawia, takich jak hierarchia rasowa i antysemityzm.” 

Czy ci miłośnicy barbarzyństwa są większością? Nie, ale doskonale terroryzują większość i coraz skuteczniej przejmują media, wkraczają do państwowych instytucji przenikają na same szczyty politycznego establishmentu. Niektórzy nawet trochę się buntują, ale nie za bardzo, bo po co się narażać.

Suella Braverman pisze w zakończeni u swojego artykułu:

„Przymykanie oczu na fanatyków doprowadziło nas do tej straszliwej sytuacji: należy to zakończyć.

To jest kryzys. A walka musi rozpocząć się teraz, w trybie pilnym, jeśli mamy zachować wolności, które cenimy, oraz przywileje, które ten kraj zapewnia nam wszystkim. Jeśli mamy mieć jakąkolwiek szansę na ocalenie naszego kraju przed tłuszczą.”

 Chwilami mam wrażenie, że ta walka jest już przegrana i nie jestem pewien, czy chcę wiedzieć, jak będzie wyglądał dzień po.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Palestyński handlarz kłamstw

Palestyński handlarz kłamstw

Bruce Bawer
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Zmarł 20 lat temu, ale po 7 października Edward Said jest większy niż kiedykolwiek.

.

Niejaki Moustafa Bayoumi napisał w artykule z 15 lutego w „Guardianie”, że obecne działania Izraela w Gazie są tak „złe”, że wielu obserwatorów po prostu nie wie, jak zareagować. Co mogą zrobić? Według Bayoumi zwracają się do nieżyjącego już Edwarda Saida (1935-2003), palestyńskiego propagandysty, który przez czterdzieści lat był profesorem na Uniwersytecie Columbia, „jako swojego przewodnika”.

Kim był Edward Said? Był jednym z czołowych twórców studiów postkolonialnych, dyscypliny akademickiej, która, mówiąc najprościej, stara się zdyskredytować pisma zachodnich uczonych na temat społeczeństw niezachodnich – ponieważ są one, oczywiście, skażone rasizmem i imperializmem – i zrzucić winę za niepowodzenia tych niezachodnich społeczeństw, jakiekolwiek by nie były, na złowrogie mocarstwa zachodnie, które kiedyś tak okrutnie je kolonizowały. Cel tego wszystkiego był prosty: zdemonizować Zachód i wywyższyć resztę.

Said, autor Orientalizmu (1978), nigdy nie widział społeczeństwa niezachodniego, którego najgorszych cech nie mógłby usprawiedliwić, zakłamać lub zignorować. Jednak jako syn palestyńskiego chrześcijanina i libańskiej chrześcijanki był szczególnie zajęty Arabami i islamem. Said, który przez wiele lat identyfikował się jako Amerykanin palestyńskiego pochodzenia, twierdził nawet – w licznych esejach, wywiadach, podręcznikach i filmie dokumentalnym BBC – że wychował się w Jerozolimie, a stamtąd w wieku dwunastu lat uciekł z rodziną do Kairu; w rzeczywistości, jak ujawnił artykuł Justusa Reida Weinera w
Commentary” z 1999 r., Said wychował się w Kairze i tylko przez krótkie okresy przebywał w Jerozolimie.

W rzeczywistości, dom jerozolimski, w którym, jak twierdził, dorastał i w którym mieszkał „wielki żydowski filozof Martin Buber” po tym, jak Saidowie zostali rzekomo zmuszeni do wyjazdu do Kairu („Buber był oczywiście wielkim apostołem współistnienia Arabów i Żydów, ale nie przeszkadzało mu mieszkanie w domu arabskim, którego mieszkańców wysiedlono”), należał do ciotki Saida – i to ona eksmitowała Buberów, a nie odwrotnie. Said nie był wcale biednym dzieckiem-uchodźcą, ale był synem bogatego biznesmena z Kairu, który wysłał go do elitarnej szkoły przygotowawczej w Massachusetts, a następnie do Princeton i Harvardu.

Weiner nie był sam w demaskowaniu oszustw Saida. W artykule z 1982 roku dla „New York Review of Books” Bernard Lewis, wieloletni dziekan studiów islamskich, wytknął niezliczone luki w argumentacji Saida. Orientalizm, twierdził Said, był głównie projektem byłych mocarstw imperialnych – Wielkiej Brytanii i Francji. W rzeczywistości, jak zauważył Lewis, badania historyczne nad kulturą arabską i innymi kulturami Wschodu pierwotnie „miały swoje główne ośrodki w Niemczech i krajach sąsiednich”, z których żaden nigdy nie był potęgą kolonialną w Afryce Północnej ani w Azji Południowej. Lewis kontynuował przedstawianie dowodów, że Said w swoim podejściu do islamu i jego zachodnich przekazów okazywał „pogardę dla faktów” i ujawniał „zaskakujące luki” w swojej wiedzy o islamie i języku arabskim.

Otwierające oczy rewelacje Weinera i ostra krytyka Lewisa powinny były poważnie nadszarpnąć okrzyczaną reputację Saida jako eksperta do spraw Bliskiego Wschodu i pobożnego wyznawcy Prawdy. Jednak był jednym z tych lewicowych bohaterów, których fani pozostają przy nich bez względu na wszystko.

A dlaczego tak było? Ponieważ Said dał nienawidzącym Izraela i kochającym Palestyńczyków – i szerzej miłośnikom Arabów i islamu – dokładnie to, czego chcieli. Rutynowo i z niezwykłą finezją unikał, w najszerszym możliwym stopniu, mrocznej, brutalnej i supremacyjnej rzeczywistości religii islamskiej, jak zapisano w Koranie, skupiając się zamiast tego niezmiernie krytycznie na negatywnych – i uczciwych – zachodnich opisach tamtego świata. Czyniąc to, przedstawił się jako niezwykle poważny, kompetentny i cywilizowany badacz kultury zachodniej i islamskiej, zaś zachodnich autorów, którzy przedstawiali fakty na temat islamu, określał jako w najlepszym wypadku upraszczających i niedoinformowanych, a w najgorszym jako rasistów.

Nieustannie zapewniał lub sugerował, że okrucieństwa popełniane w imię islamu miały charakter reaktywny i były odpowiedzią na ucisk lub nadużycia Zachodu; nie zajmował się rozprawianiem o doktrynie dżihadu czy rygorystycznych kanonach prawa szariatu. Czasami, choć powstrzymywał się od rozwodzenia się nad moralną deprawacją nawet najgorszych okrucieństw islamu, dokonywał czegoś, co zdawało się sprowadzać do estetycznych ocen na temat zachodnich relacji na ten temat. Na przykład w artykule z 1988 r. dla „New Left Review” odniósł się do „nieprzyjemnego mrowienia, jakie wywołuje słowo terroryzm ” – ale zdecydował się nie wspominać o znacznie większej „nieprzyjemności” związanej z doświadczeniem aktu terrorystycznego, jak na przykład zamach w Monachium, czy porwania samolotów.

W tym samym artykule w „New Left Review” Said kontynuował: „Uważam, że cały arsenał słów i wyrażeń wywodzących się z koncepcji terroryzmu jest zarówno nieodpowiedni, jak i haniebny”. Jak skomentowałem w eseju w „Hudson Review” z 2002 roku na temat Saida, „arsenały, które mają znaczenie, jeśli chodzi o współczesny terroryzm, składają się nie z ‘słów i wyrażeń’, ale z broni palnej, noży i bomb”.

Jednak dla Saida takie wyraźne odniesienia do broni islamskiej wydawały się wręcz wulgarne – niegodne uwagi poważnego uczonego z wyczulonym słuchem na, powiedzmy, niepoprawny i nieprzyjemny język. Wyjaśnił, że uczony mędrzec taki jak on powinien podchodzić do aktów masowej rzezi dżihadystów, nie wpatrując się w niejasne fakty na miejscu, w stylu jakiegoś szukającego sensację dziennikarzyny z tabloidów – wszyscy ci rozwaleni na kawałki młodzi fani Ariany Grande na Arenie w Manchesterze! ci wszyscy piesi potrąceni przez ciężarówkę na Promenade des Anglais w Nicei! – ale poprzez trzeźwe szukanie „wyjaśnień” i „okoliczności łagodzących” oraz umieszczanie takich czynów w kontekście „innych dysfunkcji, symptomów i dolegliwości współczesnego świata”.

Said zapełnił całe książki, w tym Orientalizm (1978) oraz Kultura i imperializm (1993), takimi odrażającymi, unikającymi rzeczywistości bzdurami – zdanie po zdaniu wyszukanymi słowami, które skutecznie przenosiły czytelnika od prostych, konkretnych faktów dotyczących terroryzmu w bardziej wyrafinowaną sferę abstrakcyjną, poznawczą, analityczną. Bardzo często wypowiadał się na ten temat także w amerykańskiej telewizji, gdzie – wytworny, wygadany, niezmiennie w eleganckim garniturze i krawacie – Said wydawał się ucieleśnieniem naukowej powagi i intelektualnej rzetelności i niezmiennie był przedstawiany nie jako jeszcze jeden tendencyjny komentator, ale jako twarz i głos szlachetnej sprawy palestyńskiej.

To zatem jest człowiek, którego dzieła są teraz, jak mówi nam Mahmoud Bayoumi, cytowany przez ludzi, którzy uważają obecną izraelską kampanię samoobrony za „zło”.

W swoim eseju w „Guardianie” Bayoumi cytuje z aprobatą niedawne oświadczenie Timothy’ego Brennana, biografa Saida, który żałuje, że Saida nie ma tu dzisiaj, by wyjaśnił wszystkim, czym „projekt syjonistyczny jest naprawdę w praktyce”. Oczywiście 7 października świat zobaczył, czym naprawdę jest projekt Hamasu w praktyce. Od tego czasu jesteśmy świadkami, jak suwerenny naród korzysta ze swojego prawa do obrony przed barbarzyńcami. To jest, panie i panowie, „projekt syjonistyczny” i można go podsumować w dwóch słowach: „Nigdy więcej”.

Jednak w przypadku uczniów Saida, takich jak Bayoumi i Brennan, właściwym retorycznym podejściem do obecnej sytuacji jest wrzucenie wydarzeń z 7 października do dziury w pamięci – lub zbliżenie się do tego tak blisko, jak to rozsądnie możliwe – i zachowywanie się tak, jakby IDF zaatakowała Gazę bez prowokacji i z czystej nikczemności.

Rzeczywiście, w czasach swojej świetności jako sprytny apologeta nikczemności i handlarz kłamstwami Said budził wręcz podziw zakresem, do jakiego ignorował brutalne działania islamu, oskarżając Zachód – w tym Izrael – o dokładnie tego rodzaju działania. W artykule w „Guardianie” Bayoumi cytuje następujący fragment z Saida – nie jako przykład niezwykłej dwulicowości swojego bohatera, ale jako przykład mądrości Wielkiego Uczonego:

Nie mogę zrozumieć, jak surowe, nagie dowody mogą zostać pominięte przez amerykańskich intelektualistów tylko dlatego, że wymaga tego „bezpieczeństwo” Izraela. Jednak są ono pomijane lub ukrywane, bez względu na to, jak przytłaczająco okrutne, bez względu na to, jak nieludzkie i barbarzyńskie, bez względu na to, jak głośno Izrael ogłasza to, co robi. Zbombardować szpital; użyć napalmu przeciwko ludności cywilnej; wymagać od palestyńskich mężczyzn i chłopców czołgania się, szczekania lub krzyczenia „Arafat jest synem dziwki”; łamać dzieciom ręce i nogi; zamykać ludzi w pustynnych obozach internowania bez odpowiedniej przestrzeni, urządzeń sanitarnych, wody i prawnych procedur; używać gazu łzawiącego w szkołach: wszystkie te działania są okropnymi czynami, niezależnie od tego, czy stanowią część wojny z „terroryzmem”, czy też wymogi bezpieczeństwa.

Przede wszystkim Bayoumiemu należy się najwyższa ocena za to, że po 7 października – zacytowanie fragmentu, w którym Said umieścił termin „bezpieczeństwo” w cudzysłowie, jak gdyby troska Izraela o własne bezpieczeństwo była mitem, kłamstwem, absurdalnym pretekstem. Oddalając w ten sposób tę obawę, Said zaczął oskarżać Izrael o kilka rodzajów wykroczeń. Przypomnijmy, że Said w innym miejscu oskarżył ludzi Zachodu o krzyczenie „terroryzm”, nigdy nie szukając „wyjaśnień”, „okoliczności łagodzących” czy kontekstu; ale jeśli chodzi o oskarżenie Izraela o całą litanię zbrodni, Said nie był zainteresowany dyskusją o tym, co mogło skłonić Izrael do ich popełnienia – jeśli rzeczywiście jepopełnił.

Jeśli Bayoumi – który nieprzypadkowo jest współredaktorem „The Edward Said Reader” (2001) oraz „The Selected Works of Edward Said: 1966–2006” (2021) – cytuje j’accuse Saida, to najwyraźniej dlatego, że chce byśmy uważali. że ma to zastosowanie do prowadzenia przez Izrael obecnej wojny z Gazą. Charakterystycznie jednak brak jakiejkolwiek wzmianki o tym, że Izrael oddał Gazę Palestyńczykom, pozwolił im wybrać Hamas na swój rząd i przez lata patrzył w inną stronę, podczas gdy Hamas wydawał międzynarodową pomoc humanitarną na broń i tunele. Brakuje przyznania, że izraelski rząd pozwolił Gazańczykom na pracę w samym Izraelu, gdzie wielu z nich pracowało dla rodzin, które im ufały i w wielu przypadkach z pewnością darzyły ich ciepłymi uczuciami – rodzin, do których wczesnym rankiem 7 października ci zaufani i lubiani Gazańczycy prowadzili terrorystów Hamasu, krok za niegodziwym krokiem, aby mogli dopuszczać się aktów gwałtu, rzezi i ćwiartowania ciał.

Bombardowanie szpitali? Jeśli Izrael atakuje szpital, dzieje się tak dlatego, że Hamas użył go jako przykrywki; jeśli Izrael zabijał cywilów, to dlatego, że Hamas użył ich jako żywych tarcz. Łamanie kości dzieciom? To Hamas, a nie IDF, atakuje cywilów. I podczas gdy personel szpitali w Gazie okazał się bezdusznymi współpracownikami Hamasu, izraelskie szpitale konsekwentnie reagują na palestyński terror współczującą opieką medyczną dla chorych i rannych Palestyńczyków. Do tego dochodzi fakt, że Palestyńczyków od dzieciństwa uczy się nienawidzić Izraelczyków bez powodu – podczas gdy 7 października nigdy by nie zdarzył się, gdyby tak wielu Izraelczyków mieszkających w pobliżu Gazy nie było wychowywanych do myślenia o swoich palestyńskich sąsiadach znacznie lepiej, niż, jak się okazało, na to zasługiwali.

Oczywiście, jak pokazały nam prohamasowskie protesty na ulicach miast Ameryki Północnej i Europy w ostatnich miesiącach, miliony ludzi na Zachodzie stanowczo odrzucają wszystkie powyższe fakty. Wielu z nich to muzułmanie. Inni to niemuzułmanie, którzy uczęszczali do szkół i uczelni, gdzie postkolonialna papka wymyślona przez Edwarda Saida jest absolutną, niekwestionowaną ortodoksją. Islam jest w rzeczywistości totalitarną, tryumfalistyczną ideologią krwiożerczego podboju; ale Saidowi udało się przekonać dużą część anglojęzycznego świata, że wręcz przeciwnie, jest to wiara pokojowa, której wyznawcy są niewinnymi ofiarami irracjonalnych uprzedzeń. Głęboko niefortunnym faktem jest to, że chociaż Saida nie ma już z nami, intelektualna wężowa jama, którą zbudował z masowych oszczerstw i uników, jest, dzięki niezliczonym ideologicznie wypaczonym profesorom i strażnikom płomienia takim jak Bayoumi, potężniejszą – i bardziej wrogą –  siłą niż kiedykolwiek wcześniej.


Bruce Bawer – Amerykaski pisarz mieszkający w Norwegii. Urodził się w 1956 roku. Jego ojciec był Amerykaninem polskiego pochodzenia, któremu rodzice dali na imię Tadeusz Kazimierz, próbując tymi imionami polskich bohaterów amerykańskiej rewolucji zbudować pomost między starą i nową tożsamością. Niektórzy uważają go za konserwatystę. Ciekawy przypadek konserwatysty. Studiował literaturę angielską, zaczynał swoją karierę jako krytyk literacki i poeta. Pierwsza jego książka, która wzbudziła zainteresowanie szerszej publiczności, to A Place at the Table: The Gay Individual in American Society (Miejsce przy stole. Gej w amerykańskim społeczeństwie). Inna Stealing Jesus. How Fundamentalism Betrays Christianity (Kradnąc Jezusa. Jak fundamentalizm zdradza chrześcijaństwo), to opowieść o protestanckich fundamentalistach, jego najgłośniejsza książka While Europe Slept (Kiedy Europa spała – polskie wydanie Wydawnictwo “Stapis” ) traktuje o zagrożeniu Europy przez fundamentalizm islamski.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Plant, fruit analysis from Goliath’s biblical city sheds light on Philistine rituals

Plant, fruit analysis from Goliath’s biblical city sheds light on Philistine rituals

JUDY SIEGEL-ITZKOVICH


In the systematic excavation project of the temple area in the lower city of Gath, a team from Bar-Ilan University has overseen the reconstruction of the plants used in Philistine rituals.
.

Temple offerings – miniature as well as food serving vessels, and a shell of marine mollusc, Tonna galea found in one of the temples / (photo credit: AREN MAEIR)

The mysterious culture of the Philistines that flourished during the Iron Age (1200-604 BCE) profoundly affected the southern Levant’s cultural history, agronomy, and dietary customs. More than a quarter century of excavations at Tell es-Safi/Gath in central Israel, identified as the biblical Gath of the Philistines and the home of Goliath, has provided a unique window into the world of this ancient civilization.

In the systematic excavation project of the temple area in the lower city of Gath, a team from Bar-Ilan University (BIU) in Ramat Gan – led by archaeology Prof. Aren Maeir and archaeobotany Prof. Ehud Weiss – has overseen the reconstruction of the plants used in Philistine rituals.

“Our findings challenge previous understanding of Philistine ritual practices, offering a fresh perspective on their cultural practices, and the connections between Philistine culture and broader Mediterranean religious traditions,” Weiss said.

While many aspects of Philistine culture are well-documented, the specifics of Philistine religious practices and gods have long remained shrouded in mystery. The study by Maeir, Weiss, Dr. Suembikya Frumin, Maria Eniukhina, and Amit Dagan in Nature’s prestigious Scientific Reports entitled “Plant-Related Philistine Ritual Practices at Biblical Gath” contributes valuable new data to our understanding of the Philistines’ ritual practices, the team said.

Photograph of Chaste tree fruits produced using stereoscopic light microscope (credit: Dr. Suembikya Frumin)

The discovery of numerous plants in two temples unearthed at the site unraveled unprecedented insights into Philistine cultic rituals and beliefs – the food ingredients in their temple, the timing of ceremonies, and plants for temple decoration. Freshwater, agriculture, and the cyclical birth, death, and rebirth of a plant are recognized and venerated as transformative, and even magical, in the oldest myths, such as the Gilgamesh epic, the tale of Aqhat, and the worship of deities such as Tammuz, Ishtar, and Baal, they wrote. There is evidence of cultural connections between specific cultic traditions and certain plants.

Seasons affect Philistine religious practices

The fact that the wild plants in the assemblages are widespread in the Shephelah may also show that the Philistines used any fresh plants that could be used for decoration.

Frumin, the study’s lead researcher under Weiss’s supervision, studied Philistine plant use in their temples as part of her doctoral project. The team delved into the plant assemblages discovered within the temples’ precincts, uncovering a wealth of information regarding the significance of various plant species in Philistine religious rituals. Through meticulous examination and quantitative and qualitative analysis of the types of plants used, the timing of their harvest, modes of offering, and potential symbolic significance, the researchers pieced together a clearer picture of the Philistine approach to spirituality.

FRUMIN EXPLAINED: “One of the most significant findings is the identification of earliest known ritual uses of several Mediterranean plants such as the lilac chaste tree (Vitex agnus-castus), crown daisy (Glebionis coronaria), and silvery scabious (Lomelosia argentea). These widespread Mediterranean plants connect Philistines with cultic rituals, mythology, and paraphernalia related to early Greek deities, such as Hera, Artemis, Demeter, and Asclepios. In addition, plants with psychoactive and medicinal properties in the Philistine temples reveal their use for cultic activities.

The study revealed that the Philistine religion relied on the magic and power of nature, such as running water and seasonality – aspects that influence human health and life.”

An analysis of the temples’ seeds and fruits provided valuable insights into the timing of rituals, with the importance of the early spring for temple rites, and the date of the final utilization of the temples – and their destruction by Hazael of Aram – which occurred in late summer or early fall. The seasonal aspect of Philistine religious practices underscores their deep connection to the natural world and the cycles of agriculture.

Weiss commented, “Our findings challenge previous understandings of Philistine ritual practices and offer a fresh perspective on their cultural practices, and the connections between Philistine culture and broader Mediterranean religious traditions. By examining the plants they used in ritual contexts, we better understand how the Philistines perceived and interacted with the world around them.”

In addition, the study suggests intriguing parallels between Philistine and Aegean ceremonial practices. The discovery of loom weights (an apparatus used for fabric production) within Philistine temples, a common feature in Aegean cult locations associated with Hera, further strengthens the hypothesis of cultural exchange and influence between the two regions.

“These findings open up new avenues for research into the cultural and religious interactions between the Philistines and neighboring regions,” added study co-author Maeir of BIU’s Martin (Szusz) Land of Israel studies and archaeology department, who has directed the excavations at Tell es-Safi/Gath for more than a quarter of a century. “By employing advanced quantitative and qualitative analyses of plant assemblages, we have deepened our understanding of ancient cultic practices and their significance in the broader Mediterranean world.”

“This new data indicates knowledgeable activity by temple personnel regarding the use of plants with mood-affecting features. Our method of quantitative and qualitative analysis of total plant assemblage should be highly relevant for analyzing other ancient cults and for the study of the cultural and cultic history of the region and beyond,” Frumin concluded. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com