Der szwarcer jungermanczik (rozdział I)

Der szwarcer jungermanczik (rozdział I)

JANKEW DINEZON


Fragment okładki „Chiduszu” 8/2019 będącej ilustracją do powieści Jankewa Dinezona „Der szwarcer jungermanczik”. Autorka: Edyta Marciniak

POCZĄWSZY OD „CHIDUSZU” 8/2019 PUBLIKUJEMY W ODCINKACH PIERWSZE TŁUMACZENIE NA JĘZYK POLSKI POWIEŚCI JANKEWA DINEZONA DER SZWARCER JUNGERMANCZIK (CZARNY MŁODZIENIASZEK). POWIEŚĆ, PO OPUBLIKOWANIU W 1877 ROKU, STAŁA SIĘ PIERWSZYM JIDYSZOWYM BESTSELLEREM – LOSY ROZY I JÓZEFA PRZEŻYWAŁ NIEMAL KAŻDY POLSKI ŻYD [CZYTAJ WIĘCEJ O AUTORZE POWIEŚCI]. CHOĆ DO NIEDAWNA ZAPOMNIANY, JANKEW DINEZON BYŁ SWEGO CZASU JEDNYM Z NAJWAŻNIEJSZYCH PISARZY JIDYSZ. PO ŚMIERCI SPOCZĄŁ WRAZ Z PRZYJACIÓŁMI – PERECEM I AN-SKIM – W JEDNYM GROBOWCU NA CMENTARZU ŻYDOWSKIM W WARSZAWIE.

PONIŻEJ PREZENTUJEMY PIERWSZY ROZDZIAŁ POWIEŚCI.  

1.

PÓŁNOC W BESMEDRESZU

Jest późna noc, na ulicach cisza i mrok. Sklepy już dawno pozamykano, pogaszono wszystkie lampy. Tylko gdzieniegdzie przez szparę w okiennicy czy lufcik w dachu sączy się odrobina światła. Tam pracuje ktoś, kto nie zdążył za dnia zarobić na chleb; albo ktoś czuwa przy chorym, wciąż wierzącym, że ujrzy kolejny świt. 

Po ulicach krążą strażnicy, opatuleni w szale i chusty, płaszcze i znoszone żołnierskie szynele. Od czasu do czasu wykrzykują swoje „Sluszaj!”. Czasem charakterystycznym, szybkim stukaniem uderzają w okna gospodarzy, jeśli ci jeszcze nie śpią. Za swój trud otrzymują od nich co miesiąc trzydzieści, może trzydzieści pięć kopiejek.

Ale już godzinę lub dwie później zamiast znajomego pukania usłyszymy ich głęboki, senny oddech. I choć śpią w zimnie, na czyimś progu, z głową wspartą o drzwi, choć są ubodzy i nieszczęśliwi, to ich sen jest smaczny i głęboki. Może nawet smaczniejszy od snu bogaczy, którzy wylegują się wśród poduch i pierzyn. Nie powinniśmy dziwić się strażnikom, że tak śpią, ani mieć do nich pretensji, że odpoczywają, zamiast stać na straży. Człowiek to nie anioł! Musi jeść, gdy jest głodny, i spać w nocy, gdy pracuje w dzień! A nawet jeśli nie dane jest mu spać w wygodnym łóżku, z dachem nad głową, to wciąż jest człowiekiem. Zaśnie wówczas na mrozie, z głową opartą o zaciśniętą pięść. 

Ach, ludzie! Dlaczego chcecie, by wasi bliscy byli aniołami, a zapominacie, że sami nimi nie jesteście? Oczekujecie wręcz, by tamci byli od aniołów lepsi. A przecież Raszi pisał, że nawet anioł wykona tylko jedno zadanie. Powiedzcie zatem, proszę, w jaki sposób strażnik, który przez cały dzień pchał wózek, nosił na plecach worki z mąką, kopał w ziemi, sprzątał ulice, piłował deski i zamiatał podwórza – jakim cudem ma on jeszcze całą noc krążyć po ulicach? Jak ten jeden spracowany człowiek ma od zmierzchu do świtu, nie zmrużywszy oka, pilnować waszych sklepów? I za co? Za te, za przeproszeniem, paskudnie małe pieniądze, które mu płacicie? Jakże ten nieszczęsny strażnik ma wyżywić żonę i dzieci za tych trzydzieści kopiejek, które da mu może dziesięć albo piętnaście osób? Czy przy tak ogromnej pensji może sobie pozwolić na spanie w dzień, żeby móc potem czuwać dla was całą noc? Czy on nie jest człowiekiem? Życie trwa tak długo, jak długo świeci przyjemne, jasne słońce, dopóki na ulicach gości ciepły dzień. Lecz gdy słońce zachodzi i nadchodzi noc, my zasypiamy, a przecież sen, jak uczy Gemara, jest jedną szóstą śmierci…

A idźcież wy, ludzie! Jakimi strasznymi jesteśmy egoistami! Chcielibyśmy, żeby drugi człowiek poświęcił dla nas całe swoje życie! Niech haruje, gdy my śpimy, niech nie odpoczywa ani chwili! Wszystko to za trzydzieści kopiejek! 

A ile kosztuje przysługa bogacza? Każde tyknięcie jego złotego zegarka to jeden rubel. Tymczasem biedak nie ma zegara w ogóle. Jego minuty, godziny, całe jego dnie są z ołowiu, ze starych kawałków metalu. Wyrzuca się je na śmietnik albo sprzedaje za bezcen. Dlatego właśnie biedak żyje życiem ciężkim jak ołów i musi włóczyć się po śmietnikach. 

A przecież metal jest bardzo potrzebny! Dzięki niemu otrzymujemy to, co jest dla nas konieczne. To nim wykopywane jest złoto, srebro i diamenty, które kupujemy, by zdobić nasze domy i siebie samych. I tak jak niezbędne są cyna i ołów, tak też potrzebni nam są ubodzy, choć sprzedaje się ich za bezcen.

To oni zdobywają dla nas przecież złoto, czynią z nas bogaczy i kapitalistów. Potem i krwią budują nasze szczęśliwe życie. A co biedak dostaje w zamian? Łaskawe przyzwolenie, żeby stać pod drzwiami, dopóki ktoś nie krzyknie „Won!” i nie złamie mu tym serca. 

Biedacy też są na świecie potrzebni, ponieważ ciężko pracują, a każdy, kto pracuje, ma prawo cieszyć się życiem w zgodzie z własnym sumieniem. Za to próżniak, bumelant, który nic nie robi, jest dłużnikiem. Korzysta z cudzego wysiłku i nie wypełnia przeznaczenia, które zesłał nam wszystkim Bóg i które musimy wcielić w życie według własnego sumienia. I zostanie kiedyś zapytany: jak spędziłeś swoje życie? Czy byłeś pożyteczny dla drugiego człowieka? Wszyscy kiedyś usłyszymy to pytanie płynące z naszego sumienia, nawet jeśli na razie udaje nam się je zagłuszyć.

W tę cichą, ciemną noc wszyscy, nawet strażnicy, położyli się już spać. Tylko w besmedreszu na przedmieściach wielkiego, starożydowskiego miasta Mohylewa siedział próżniak lub, jak mówią w innych miastach, uczeń jesziwy, klojznik[1], biedak czy jeszcze inaczej. 

Zegar w besmedreszu, który zawsze spóźniał się lub spieszył o pół godziny, wybił dwunastą. W budynku było cicho. Gdzieniegdzie dało się tylko słyszeć chrapanie dzieci bogaczy. Rodzice wysłali je tam, by zgodnie z uczniowską modą studiowały całą noc. One jednak, podłożywszy sobie futra pod głowy, skuliły się na leżankach i głośno chrapały, co jakiś czas mrucząc coś niewyraźnie przez sen. 

Na bimie spał szames, kurnosy Żyd z długimi pejsami, a obok niego leżał trzyletni chłopiec. Szames jak zwykle zabrał go na noc do besmedreszu, licząc na to, że jego młody mózg napełni się Torą albo chociaż polityką, którą tak zwani Mędrcy Leżanki omawiają całymi wieczorami. Dziecko kwiliło czasem cicho niczym leśny ptaszek.

Próżniak, który wciąż jeszcze nie spał, studiował zawzięcie Maharszę[2]. Pochylał się nad księgą i łamał sobie głowę, lecz na próżno – zagadnienie nie chciało stać się jasne. Siedział tam, jak zwykle rozmyślając i główkując tak gorliwie, że nie zauważył, jak szybko mija czas. Nagle poderwał się. Poczuł, że coś parzy go w dłoń. To dogasała świeca, którą trzymał. Szukał kolejnej, ale okazało się, że zużył już wszystkie. Wstał, podszedł do zegara i sprawdziwszy godzinę, zaczął rozglądać się za miejscem do spania. Nigdzie jednak nie było wolnego kąta. Przez jakiś czas stał tak jeszcze, nie wiedząc, co począć.

– Nie mam nawet gdzie położyć głowy! – powiedział do siebie. – Nie tak to sobie wyobrażałem. Niedawno sam byłem przecież dzieckiem bogacza i też przychodziłem uczyć się do besmedreszu, lecz nigdy nie przyszłoby mi do głowy zająć miejsce biednego ucznia! O, gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że sam zostanę biedakiem! Wtedy, gdy było mi dobrze, a moja matka ledwo mogła się mnie doczekać, kiedy w mroźne zimowe noce wracałem z chederu, któż powiedziałby jej: „Twoje ukochane dziecko, twój kąpany w winie Josefke będzie się tułał po obczyźnie, zamęczał się, harował… I po co?”. Pewnie byś mnie wykąpała, matko, we łzach, gdybyś widziała, jak teraz żyję. Ale jeszcze bardziej cierpiałabyś, gdybyś czuła to, co ja czuję, i widziała, że tak oto tracę swój czas i zdrowie. I po co? Czy ktoś mi to wyjaśni? Kto wam, rodzicom, wytłumaczy, że nie uszczęśliwia mnie to, co uszczęśliwiało was, gdy byliście w moim wieku? Albo że będę musiał pozbywać się tego, czego z tak wielkim wysiłkiem się nauczyłem? Jednak nie jestem już dzieckiem, mogę cierpieć z zaciśniętymi wargami i nie okazywać bólu. I naprawdę byłbym gotów siedzieć i uczyć się Gemary tak, jakbyście tego chcieli wy, drodzy rodzice. Chcę tylko wiedzieć, czy to was naprawdę uszczęśliwi albo przynajmniej mnie nie wpędzi w rozpacz. Bo kocham was, drodzy rodzice, bardziej niż samego siebie. Niestety wiem już jednak, że pociechą rodziców jest dziecko, złoty chłopiec, który zna na pamięć tysiące kart Gemary, który czyta już nawet haftarę i megilę. Lecz mieć syna, który sam musi wieść własne życie, który próbuje zamienić karty Gemary na kawałek chleba, buty czy ubranie dla żony i dziecka… Gdy on sam zobaczy, że jego akcje straciły na wartości, wtedy, drodzy rodzice, szczęście zamieni się w pretensje. Gdyż to, że syn marnuje tyle lat i wysiłku, jest nieszczęściem nie tylko dla niego samego, ale też dla rodziców! Ale nie winię was za to. Zaślepieni jesteście pewnością. Nie widzicie, że oto nadeszły nowe czasy. Nowe książki, pisane w jidysz i po niemiecku, zerwały mi z oczu opaskę pewności, której nie mogę już odnaleźć!

Próżniak podszedł do pulpitu, zapalił świecę na jorcajt, wyciągnął ze swojej skrzyni książkę napisaną po rosyjsku i zaczął czytać.

– Ach – westchnął – gdyby gabaj widział, że czytam rosyjskie i niemieckie książki, a do tego przy świecy na jorcajt… Na szczęście wszyscy śpią. Gabaj nigdy nie będzie mnie podejrzewał. A czy zmarły wie, co robię ze świecą, która płonie na jego cześć? Cóż, jeśli nawet, to z pewnością wie też, jaką czytam książkę i nic go to nie obchodzi. A może nawet mi podziękuje, że przy jego świecy czytam Sztrafnoj Rabinowicza[3] zamiast zapalać od niej fajkę, jak to robią wszyscy ci pobożni i dobrzy chasydzi! Dlaczego właściwie nazywa się takie książki „obcymi” lub „berlińskimi”? Dlaczego Żydzi nie wiedzą, skąd wzięło się hebrajskie określenie na „heretycki” – „epikores”? Wszystko, co nie jest Gemarą ani pismem gaonów i mędrców, nazywają herezją. Dlaczego Żydzi nie widzą, kto chce dla nich dobrze, a kto źle? I czy ci, którzy uczyli, że nie wolno czytać świeckich książek, znali lektury, które opisują nasze cierpienia, często dają nam pociechę, a nierzadko sprawiają wręcz, że płaczemy rzewnymi łzami nad losem naszych cierpiących, niewinnych braci? Czy ustanawiając ten zakaz, mieli na uwadze dobro wszystkich Żydów, czy tylko swoje własne? To pytanie nie daje mi spokoju. Wydawało mi się bowiem, że rozumiem zagadnienia naszej wiary, tymczasem nie pojmuję, dlaczego zabrania się być człowiekiem wykształconym, który nie idzie przez życie jak ślepiec? Dziękuję ci, Rabinowiczu, święty pisarzu! Każda łza, którą wycisnęły z moich oczu twoje słowa, jest jak balsam. Zamierzam cię naśladować najlepiej, jak tylko będę potrafił, dla mojego narodu, dla moich braci Żydów! 

Swój wywód zakończył pieśnią:

Narodu żydowskiego jestem synem,

Pomóc mu jest mym jedynym pragnieniem.

Dam mu wszystko, co mam, mą krew, moje ciało,

Jestem jednak słaby, o Boże, daj mi siłę!

Gdy tak śpiewał, podszedł do niego szesnastoletni Szneur.

– Józefie – powiedział – usłyszałem przez sen twój śpiew i zdawało mi się, że stoisz przy pulpicie i modlisz się, a wszyscy, słysząc twój głos, płaczą. Lecz gdy się zbudziłem, spostrzegłem, że to ty śpiewasz i płaczesz. Cóż się stało?

– Szneurze – odpowiedział Józef – nie jest mi, broń Boże, aż tak źle, żebym musiał płakać nad swoim losem. Lecz człowiek może płakać nie tylko z powodu własnych zmartwień. Często mamy ochotę ronić łzy, gdy zdajemy sobie sprawę z cierpienia innych. Posłuchaj, przeczytam ci coś, a zobaczysz, że i ciebie to wzruszy.

Józef czytał na głos przez jakiś czas. 

– Wystarczy – powiedział, dostrzegając, że Szneur płacze. – Chciałem się tylko przekonać, że poza mną jest jeszcze ktoś, kogo ta historia wzrusza do łez.

Chłopiec spojrzał zdziwiony na Józefa. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, lecz powstrzymał się, jakby się czegoś obawiał. W końcu rzekł:

– Józefie, chcę cię o coś zapytać, tylko, proszę, nie obraź się. Wszyscy tutaj się dziwimy, jak znalazłeś się w takim położeniu. Jak to się stało, że przybyłeś do besmedreszu i jesz przy obcych stołach? Mam nadzieję, że to pytanie cię nie urazi.

– A czym ja różnię się od chłopca z Mińska, Grodna czy od pozostałych uczniów jesziwy?

PRENUMERATA
– Mówi się, że człowieka łatwo poznać po ubiorze. Ale ja ciebie rozpoznaję po twojej szlachetnej twarzy i pięknej mowie. Nie wiem dlaczego, ale coś mnie ku tobie przyciąga, musisz zostać moim bratem. Czuję to już od pierwszego dnia. Obiecaj mi, Józefie – prosił Szneurke. 

– Tylko, jeśli będziesz tego godzien – odpowiedział Józef.

– Jak mam to udowodnić?

– Musisz być pilny. Przestań żyć bezczynnie, jak dotychczas. Odrzuć dziecinne zwyczaje i stań się człowiekiem!

– Czyż już nie jestem człowiekiem, Józefie?

– Jesteś nim bez wątpienia. Ale musisz wiedzieć, drogi Szneurze, że słowo „człowiek” może znaczyć wiele. I ja sam daleki jeszcze jestem od tego, by tak siebie nazywać. Och, jak ciężko trzeba pracować, by stać się godnym tego miana!

– Wystarczy mi, że będę taki, jak ty, Józefie. Bądź moim nauczycielem, opowiedz mi swoją historię. Skąd się tu wziąłeś? Chcę cię lepiej poznać. Przysiągłbym, że nie jesteś biedakiem.

– Moja historia jest bardzo długa, a już wybiła trzecia. Chcę iść spać.

– Połóż się na moim futrze – powiedział Szneurke. – Ja już nie zasnę.

Józef położył się w miejscu wskazanym przez Szneura. Nim jednak usnął, zaczął opowiadać mu swoją historię i tłumaczyć, w jaki sposób znalazł się w besmedreszu.

– Moi rodzice jeszcze niedawno byli całkiem bogaci. Nie mogę ci w kilku zdaniach opowiedzieć, w jaki sposób stracili majątek. Na tę historię przyjdzie jeszcze czas. Prędko zauważyłem, że ojciec martwi się tym, jak opłaci mojego nauczyciela. Zrobiło mi się gorzko na sercu. Zacząłem myśleć, jak choć swój własny ciężar zdjąć z jego zmęczonych ramion. Ale dokąd miałem pójść? Nie chciałem przysparzać ojcu zmartwień, jednak sam jeszcze wtedy nie wiedziałem, co jest dla mnie najlepsze. On chciał, bym się uczył. Nieważne gdzie, byle nie w domu. A czego? No cóż, jeśli się uczyć, to tylko Gemary… W międzyczasie skończyły mi się jednak pieniądze i nie mogłem dalej podróżować. Zostałem więc tutaj. Nadal nie wiem, czy dziękować Bogu za to, że mnie tu przywiódł, czy raczej przeklinać przypadek, który mnie tu sprowadził. Nie jestem zadowolony z powszedniego jedzenia, nie mogę przyzwyczaić się do tego życia ani do reszty próżniaków. Gdybym chociaż miał ucznia, który zapewniłby mi wikt, a może nawet i trochę pieniędzy! Może po roku udałoby mi się zrobić pierwszy krok w stronę, którą sobie obrałem. Wtedy byłbym szczęśliwy!

– Mam dla ciebie ucznia – powiedział Szneur. – Moja matka już dawno kazała zapytać, czy nie chciałbyś zostać moim nauczycielem. Mój szwagier do tej pory się nie zgadzał, bo uważał to za stratę pieniędzy. Ale teraz nie będzie miał nic przeciwko, zobaczysz!

Zegar wybił czwartą. Józef położył się, lecz spał może półtorej godziny, po czym zaczęli schodzić się ci, którzy chcieli odmówić szachris o wschodzie słońca. Przechodzili nad Józefem, odmawiając modlitwy i psalmy, czytając Tanja lub Noem Elimelech[4], każdy według własnych potrzeb… Józef poczuł nie raz, jak po jego ledwo okrytym ciele przesuwa się mokry but. 

– Wstawaj! – krzyknął podobny do charta, wysoki, chudy młodzieniec z mokrymi pejsami. – Wstawaj, mówię! Do czego to doszło? Kiedyś w besmedreszu całą noc panował gwar, a teraz próżniacy śpią jak królowie. Brakuje im czego? Mają jedzenie i picie, żadnych zmartwień, muszą się tylko uczyć. Słowo daję, sam chciałbym być takim próżniakiem!

Józef wstał szybko. Szneurke podszedł do niego i zaproponował mu herbatę, lecz ten odmówił.

– Matka już o tobie wie, Józefie, przecież kobiety w besmedreszu wszystko sobie mówią. W poprzedni szabes nasza sąsiadka opowiadała, że gdy poszła do rabina po poradę, on poprosił ciebie, żebyś jej pomógł. Wiesz przecież, że dla wielu jesteś błogosławieństwem. Moja matka mówi, że zbliżenie się do ciebie jest micwą…

– Dziękuję ci za te słowa – powiedział Józef. – Proszę cię jednak, abyś więcej mi tego nie mówił. Nie powinno się nigdy nikogo chwalić tak, aby on to słyszał. Albowiem nawet mały kamyczek, gdy wpada do spokojnej wody, tworzy fale, które ją wzburzają. Z ludzkim sercem jest podobnie, a nawet gorzej – przecież serce uspokaja się dużo wolniej niż woda… Pamiętaj o tym, Szneurze, i sam nie przyjmuj od nikogo komplementów. 

– Józefie, jeśli prawdą jest to, coś mi kiedyś powiedział – że według książek ludzie też mają swój magnetyzm – to ty jesteś moim magnesem. Całkowicie przylgnąłem do ciebie. Trzymam się ciebie i wiem, dlaczego, ale nie wiem, co to dla mnie oznacza. 

Rzeczywiście niektórzy mądrzy ludzie mają w sobie magnetyzm, podobnie jak ci o silnym charakterze. Przyciągają do siebie innych tak mocno, że nie można nawet powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. To jeden z tajemnych sposobów Opatrzności na spełnienie swoich zamiarów. Bez tego na świecie nie byłoby geniuszy, a ludzie byliby cały czas na tym samym poziomie, na którym byli w momencie stworzenia.

W besmedreszu słychać już było nigun hodu – to modlili się chasydzi. Ciekawie było patrzeć na te tańczące, mokre po wizycie w mykwie pejsy i oszronione brody, spomiędzy których sterczały fajki. Tańcząc, chasydzi kiwali głowami i pstrykali palcami w duchowym uniesieniu. 

Józefowi to się nie podobało. Stał z boku i modlił się cicho, bezgłośnie poruszając ustami. Szneurke, który nie spuszczał z niego wzroku, próbował modlić się tak jak on, lecz często się zapominał, kiwał głową i wykrzykiwał: „O, tatenju! O, serdeczny!”. Te okrzyki nie pochodziły jednak z serca, lecz były wynikiem przyzwyczajenia. 

Józef zauważył to i obiecał sobie, że wyjaśni Szneurowi, co oznacza modlitwa i skąd pochodzi zwyczaj kiwania się. Postanowił, że oduczy go zachowań, które przejął od mełamedów i swoich towarzyszy.

Po modlitwie młodzieńcy zasiedli do nauki. Wśród nich był szwagier Szneura, Mosze Szneur. Ci, którzy go znali, wiedzieli, że, jak to się mówi, bardziej niż na Hagadzie zależało mu na knedlach. Swoją udawaną gorliwością chciał tylko omamić teścia, aby zdobyć prawo pierwszeństwa dziedziczenia…


[1] Klojz – mała bożnica lub besmedresz, stanowiąca własność jakiejś grupy zawodowej lub społecznej. Często tak właśnie nazywali swoje bożnice chasydzi [przyp. tłum.].

[2] Maharsza (akr. od Morenu ha-raw rabi Szmuel Edels) – Samuel Eliezer Ejdels, ur. 1555 r. w Krakowie, zm. 1631 r. w Ostrogu, rabin, talmudysta, komentator [przyp. tłum.].

[3] Osip Rabinowicz – znany żydowsko-rosyjski pisarz (ur. 1817, zm. 1869). Sztrafnoj – popularne opowiadanie po rosyjsku z 1859 roku o żydowskim życiu w Rosji podczas strasznego czasu poborów.

[4]Sefer Tanja – dzieło Szneura Zalmana z Ladów (1745-1812), cadyka i założyciela dynastii Lubawiczów. Noem Elimelech – księga autorstwa słynnego cadyka i rebego Elimelecha z Leżajska (1717-1787) [przyp. tłum.].


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


China, Iran and the Spread of Coronavirus

China, Iran and the Spread of Coronavirus

Abraham Cooper and Johnnie Moore


Iranian women wear protective masks to prevent contracting coronavirus, as they walk in Tehran, Feb. 25, 2020. Photo: WANA (West Asia News Agency) / Nazanin Tabatabaee via Reuters.

From Biblical times through the Nazi Holocaust, to the present suffering in northeast Nigeria, to our local emergency room, man’s reaction to innocents’ suffering has often prompted the same question: “Where is G-d?”

When it comes to COVID-19, no one can blame G-d. It’s people who have gotten us into this coronavirus mess, and it is people — with G-d’s help — who can help heal a world deathly ill from it.

We are beginning to see how we got here, and as we do, we must take our own medicine. That medicine is the truth. And you don’t have to look to the Heavens to find the truth, in this case.

While there is plenty of blame to go around for mistakes and failures made as COVID-19 spread — mistakes and failures made as the coronavirus had spread throughout the United States and European Union, some segments of our religious communities, and beyond — we must call out two of the main culprits who helped it spread: Beijing and Tehran.

The Chinese government is playing us all for fools and they need to come clean, owning their culpability in the pre-pandemic phases of COVID-19.

A few Chinese doctors identified the virus as early as November (though they were unaware of what it fully was at the time), and the mayor of Wuhan, before being fired, admitted in January that over five million people from Wuhan were allowed to leave the city before the travel restrictions had been enacted. The Chinese government then proceeded to weaponize medical supplies by importing — from countries that might need it — 20 million respirators. The Chinese leadership also initially downplayed the true extent of the threat — both to their own people and the outside world. These are facts.

It is also a fact that two spokespersons from its Ministry of Foreign Affairs have engaged in a blood libel against the United States military by claiming that it may have brought the coronavirus to Wuhan. The Chinese misinformation campaign might work with a few million of their own citizens and others who hate America, but there will be a day after this disaster when such behavior may very well put the nail in the coffin of the booming China-US economic pipeline. After all, multiple United States senators have already drawn a legislative line in the sand, demanding that we disentangle America’s economy from China.

And before we laud China for sending desperately needed medical help to Italy, let’s not forget that the Chinese actually sold some of that aid to Italy. It wasn’t a donation. All of this while the Chinese government threatened to withhold medical supplies from the United States.

Equally complicit in the spread of coronavirus is the inhumane regime in Iran, whose total disregard for human life was especially reserved for its own citizens in this health crisis.

Here is another fact: the Iranians allowed faithful pilgrims to continue to travel to the Holy City of Qom, despite the fact that the virus was already raging there. Now, every Gulf nation, and many beyond, are struggling to contain this pandemic.

Why?

Because Iranian leader Ayatollah Khamenei suffers from a more powerful virus than the coronavirus. He is consumed by hate: hate of America, hate of Israel, hate of Baha’is, hate of Hindus, of gays, and hate of atheists. What makes his behavior especially evil is that he appropriates the name of Allah when committing it. He is a clergyman who has sunk billions of dollars into the nuclearization of his hate in order to prop up terrorist operations in Lebanon, Yemen, Syria, and beyond. Just this week the Houthis in Yemen, who Khamenei controls, upheld a death sentence against an innocent member of the Baha’i community.

On COVID-19, Khamenei’s hate runs so deep that he claims he would reject any thought of humanitarian help to fight the pandemic from the US.

What the extremist dictator of Iran didn’t tell his citizens is that he had already rejected help offered by the United States — help which was offered in February, conveyed through the government of Switzerland. And just this week, Khamenei’s regime ordered Doctors Without Borders to immediately leave the country and cease their efforts to establish an intensive care hospital in Isfahan.

As Secretary of State Mike Pompeo has noted, Khamenei has also stolen “1 billion euros intended for medical supplies [while hoarding] desperately needed masks, gloves and equipment.” The Europeans recently pledged to provide another $20 million euros they probably need to fight their own pandemic.

Let’s be clear: the Iranian leader doesn’t care about his people. He cares about exploiting this crisis in order to loosen US sanctions. Otherwise, he would utilize his own personal fortune to help his people, a fortune in excess of $200 billion.

If Khamenei cared, Iranian officials wouldn’t have continued to allow flights between Tehran and China while the virus was spreading on their Mahan Airline. In fact, he probably celebrated when he learned that one of the first reported cases of COVID-19 in New York City — now the global epicenter of the pandemic — came from someone who had traveled from Iran.

Should it surprise us that two of the world’s great violators of human rights have so little regard for human life?

No — but it should anger us that the head of the World Health Organization and the Secretary-General of the United Nations are being allowed to not make stronger statements on Iran. Moreover, Secretary-General Guterres has in effect joined Iran’s lobbying efforts to lift their sanctions on humanitarian grounds.

And, to be clear, these truths should not be used by racists, xenophobes and conspiracy addicts to demonize Muslims, the Iranian people, Asian-Americans, Jews or others. We can fight against that bigotry by defining exactly who we are talking about, and standing arm-in-arm with our neighbors when they are subject to vitriol, whether online or in our neighborhoods.

We appreciate the president addressing this concern when he tweeted, “It is very important that we totally protect our Asian-American community in the United States and all around the world. They are amazing people, and the spreading of the Virus is NOT their fault in any way, shape, or form. They are working closely with us to get rid of it. We will prevail together.”

He is right.

He is also right to hold accountable, with specificity, those foreign actors whose decisions have unnecessarily imperiled millions around the world.

So this isn’t a time to blame G-d, our Compassionate Father in Heaven, who is protecting and guiding our medical heroes and comforting those who suffer. May He also give us the strength to show compassion to strangers and to nurture those in need.

He, like his children, sees the truth.


Rabbi Abraham Cooper – is the associate dean of the Simon Wiesenthal Center. Rev. Johnnie Moore is the president of the Congress of Christian Leaders.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Your News From Israel – Apr. 5, 2020

Your News From Israel – Apr. 5, 2020

  ILTV Israel News


More than 8 thousand people now have the #coronavirus in Israel.
The IDF steps in to help the elderly.
Looking for something to binge on? We have the breakdown of the top TV series Israelis are going crazy over as they socially distance.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


ROCZNICA ŚMIERCI ICCHOKA LEJBA PERECA. PRZECZYTAJ OPOWIADANIE „CZASY MESJASZA”

ROCZNICA ŚMIERCI ICCHOKA LEJBA PERECA. PRZECZYTAJ OPOWIADANIE „CZASY MESJASZA”

Przemysław Batorski


Icchok Lejb Perec, wybitny prozaik, poeta i dramaturg, współtwórca literatury jidysz, zmarł w Warszawie 3 kwietnia 1915 r. na atak serca w trzeci dzień święta Pesach. Z okazji tej rocznicy przypominamy opowiadanie „Czasy mesjasza” ze zbioru „Opowiadania chasydzkie i ludowe”.

Icchok Lejb Perec w młodym wieku, fotografia portretowa / Portal DELET, kolekcja Berlinka

Icchok Lejb Perec (Icchok Lejbusz Perec) urodził się w Zamościu, w zamożnej rodzinie kupca Judko i jego żony Rywki. Nie jest pewny dzień jego narodzin – przyjmuje się 18 maja 1852 roku, ale spotykana jest też data 20 maja 1851. Rodzina mieszkała na Nowym Mieście, przy ul. Jerozolimskiej (obecnie ul. Gminna). Perec uczył się w chederze, a potem w jesziwie. W latach 1876–1877 studiował prawo w Warszawie, po czym przez 10 lat pracował jako adwokat w Zamościu.

Gdy w 1887 r. władze carskie odebrały Perecowi prawo wykonywania zawodu – za szerzenie socjalizmu (Perec często bronił robotników w sądach) i „polskiego nacjonalizmu” – przeniósł się do Warszawy i rozpoczął działalność literacką na szeroką skalę. Poza tym pracował jako urzędnik w gminie żydowskiej, w Wydziale Pogrzebowym – przydzielał miejsca pochówku na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej.

Na początku kariery pisał po polsku – wkrótce jednak stwierdził, że literatura żydowska powinna powstawać wyłącznie w językach jidysz i hebrajskim. Jego mieszkanie przy ulicy Ceglanej 1 (od 1951 r. ul. Pereca), potem przy Alejach Jerozolimskich, odgrywało rolę salonu literackiego. Wypromował między innymi Szaloma Asza i Altera Kacyzne. Pod wpływem rosnącego antysemityzmu odwrócił się od socjalizmu na rzecz żydowskiej tradycji ludowej i chasydzkiej. Pragnął, aby Żydzi zachowali kulturową autonomię, ale nie utracili kontaktu z kulturą polską.

Do najbardziej popularnych utworów Icchoka Lejba Pereca należą opowiadanie Boncie Szwajg (Bońcie Milczek, 1894 r.), zbiór Chsidisz (Opowiadania chasydzkie, 1908), a także dramat Di goldene kejt (Złoty łańcuch, 1909). Tworzył fundamenty literatury żydowskiej, publikując almanachy literackie, takie jak Di judisze blibliotek (Żydowska biblioteka, 1891–1895). Pod jego wpływem Warszawa stała się ważnym miejscem na mapie literatury żydowskiej, a w 1908 r. jidysz został uznany za język narodowy diaspory Żydów. Po wybuchu I wojny światowej zakładał sierocińce, szkoły, prowadził działalność charytatywną. Zmarł nagle. W jego pogrzebie, według ówczesnych świadectw, wzięło udział 100 tysięcy osób

W tle prezentowanego opowiadania pojawia się – nienazwane – ojczyste miasto Pereca, Zamość, w którym pisarz spędził blisko 30 lat życia.

Icchok Lejb Perec

CZASY MESJASZA

Tak jak we wszystkich miastach i miasteczkach Galicji tak też i w naszej gminie mieszkał wariat.

Wariat jak to wariat, przed nikim strachu nie odczuwał. Ani przed kahałem, ani rabinem, ani sędziami. Nawet łaziebnego z mykwy i grabarza na cmentarzu, którego najbogatsi w mieście się bali, miał za nic.

Ludzie zamykali przed nim bramy i drzwi mieszkań. I chociaż biedny wariat nikogo słowem nie skrzywdził i palcem nie ruszył, to jednak wszyscy podnosili na niego głos, a niektórzy nie żałowali mu nawet kopniaków. Chłopcy z ulicy często obrzucali go błotem i kamieniami.

Ja zaś odczuwałem zawsze w stosunku do niego litość. Coś niepojętego ciągnęło mnie do niego. Miałem ochotę porozmawiać z nim, a nawet pogłaskać go po głowie, ale podejść do niego okazało się niemożliwe, albowiem błoto i kamienie, którymi ulicznicy go obrzucali mogły w części i na mnie spaść. Ja byłem chłopcem ubranym w porządny garniturek uszyty w samym Lwowie lub Krakowie i usilnie starałem się, żeby go nie ubrudzić. Z tego więc powodu trzymałem się z daleka od niego.

Miasteczko, w którym mieszkali moi rodzice i w którym spędziłem dziecięce lata, było twierdzą ogrodzoną fosą, wałami i wysokimi murami. Na murach rozmieszczone były armaty i w niewielkich odstępach stali na wartach uzbrojeni w karabiny żołnierze.

Z chwilą zapadnięcia nocy podnoszono zwodzony most i zamykano wszystkie bramy. Do samego rana miasteczko było odcięte od świata. Przy każdej bramie prowadzącej do miasteczka stał wartownik.

Dopiero po nastaniu pełnego dnia byliśmy wolni. Wolno było wchodzić do miasta i wychodzić z niego bez pytania komendanta placu. Wolno było zażywać kąpieli w rzece płynącej za miastem. Można było rozłożyć się na nadbrzeżnej łące i patrzeć w niebo lub w siną dal.

Patrzeć na to, na co miało się ochotę. Nikt nikomu w niczym nie przeszkadzał, a jeśli nawet ktoś na czas nie powrócił do miasta, nikt o niego się nie dopytywał. Był jeden tylko wymóg: w nocy musiała panować bezwzględna cisza. Wtedy nie wolno było nikomu ani wyjść, ani wejść. Nikogo nie wypuszczano i nikogo do miasta nie wpuszczano. Jedyne szczęście, że wpuszczają do niego księżyc — myślałem wtedy.

Jak długo będę żył, nie zapomnę widoku uchodzącego dnia i zapadania nocy. Pamiętam, że kiedy tylko pierwsze cienie zmierzchu zaczynały kłaść się na miasto, ludzi ogarniał strach. Ze strachu zarówno ludzie, jak i domy jakby się przygarbiły.

Następowała pora podniesienia mostu. Żelazne łańcuchy zaczynały trzeszczeć w potężnych blokach. Szczęk żelastwa i twarde skrzypienie stalowych lin przejmowały człowieka zgrozą. I co wieczór powtarzało się to z niesłabnącą siłą. Nogi pod człowiekiem uginały się ze strachu, twarze tępiały ze zmęczenia, oczy gasły jak u konających, powieki opadały, jakby były z ołowiu. Serca cichły i płuca z trudem wciągały powietrze. Patrole nocne zaczynały krążyć po ulicach. Słychać było szczęk szabel przy każdym zderzeniu z wysokimi butami — gumiakami noszonymi przez patrolujących żołnierzy.

Przy błysku bagnetów padały pytania: „kto tam?” Na to hasło trzeba było odpowiedzieć odzewem: „swój”, „tutejszy”. W przeciwnym wypadku jeden tylko Pan Bóg mógł przewidzieć, co się stanie. Toteż nic dziwnego, że wielu mieszkańców wolało zamykać się na klucz w domu i porządnie zaryglować drzwi. Bali się wychodzić poza próg domu.

I oto pewnego dnia zdarzył mi się taki wypadek:

Kąpałem się w rzece płynącej poza murami miasta. Rozkoszowałem się piękną naturą i nie wiem, czy z powodu zapatrzenia się w niebo, czy z zamyślenia nad sobą zapomniałem, że po dniu zwykle zapada noc.

Nagle widzę, jak zwodzony most zostaje podniesiony. W uszach szumi mi od trzasku zamykanych bram. Czuję, że serce zaczyna mi walić jak młot.

Przepadło! Tę noc zmuszony będę spędzić za miastem. I dziwna rzecz: dotychczas każdej niemal nocy śniłem o wolnym świecie poza murami miasta i oto kiedy po raz pierwszy moje marzenie się spełniło, ogarnął mnie lęk. Odwieczna, znana i właściwa człowiekowi rozterka między tym, co dyktuje głowa, a tym, co podpowiada serce, przybrała postać walki. Głowa mówiła do mnie: „Zachowaj spokój. Choć raz skorzystaj z dobrodziejstwa czystego powietrza. Delektuj się widokiem gwiaździstego nieba”. Serce natomiast zadrżało z niepokoju i omal nie wyskoczyło z piersi, po czym niby mgła uniosło się w górę, ku mojej głowie. I poprzednia jasna, czysta myśl zaczęła od razu ciemnieć i ciemnieć, aż zniknęła za chmurą. W uszach zaczęło mi szumieć, w oczach migotać. Najcichszy szum spadającej gałązki, najmniejszy ruch cienia lub źdźbła trawy wywoływał we mnie lęk. Wdzierał się w moje ciało i duszę przez uszy i oczy.

Ukryłem twarz w piasku.

Nie wiem, czy spałem, czy tylko tak sobie leżałem. Dalibóg nie jestem tego pewien, ale nagle usłyszałem, że ktoś obok mnie oddycha. Zerwałem się z półuśpienia i stwierdziłem, że nie jestem tutaj sam. Dwoje dobrze mi znanych, czarnych oczu wpatruje się we mnie dobrotliwie. Te oczy należą do naszego wariata. Pytam go:

— Co ty tutaj robisz?

— Ja nigdy nie sypiam w mieście.

W jego postaci tkwi coś smutnego. Patrzy na mnie łagodnym wzrokiem. Głos jego brzmi serdecznie, nawet bratersko. Zapominam o lęku. Przypominam sobie nagle, że w dawnych czasach uważano wariatów za proroków. Zresztą w krajach wschodnich po dziś dzień uważają ich za proroków.

W duchu zadaję sobie pytanie:

„Czy w istocie on także jest jednym z owych proroków? Czy nie prześladują go tak samo, jak niegdyś prześladowano proroków? Czy nie obrzucają go kamieniami, tak jak ongiś obrzucano nimi proroków?

Czy jego oczy nie błyszczą jak gwiazdy na niebie? Czy głos jego nie brzmi jak najdoskonalszy dźwięk harfy? Czy nie tkwi w nim ból nas wszystkich? Czy nie znosi on cierpień całego naszego pokolenia? Może on jeden wie, co nas czeka w przyszłości?”

Ostrożnie, bez pośpiechu, żeby go nie spłoszyć, zadaję mu pytania.

Odpowiada na moje pytania łagodnym, cichym i tak słodkim głosem, że chwilami wydaje mi się, że rzecz dzieje się we śnie, że to tylko śniony w letnią noc przyjemny sen.

— Czy wierzysz — pytam go — w nadejście czasów mesjasza?

— Oczywiście — odpowiada spokojnie i pewnie. — Mesjasz musi przyjść.

— Musi?

— Bezwzględnie. Wszyscy czekają na niego. Nawet niebo i ziemia. Gdyby miało być inaczej, życie nie miałoby sensu! Nikt nie chciałby palcem nawet kiwnąć. Jeśli ludzie pracują, działają i tworzą, to znaczy, że życie ma sens, że ludzie chcą żyć. To świadczy o tym, że ludzie wierzą w nieuniknione nadejście mesjasza. Wiedzą, że jest już w drodze do nas.

— A czy to prawda — pytam dalej — że nim nadejdą czasy mesjasza, rozpętają się na świecie straszne wojny z powodu pojawienia się fałszywych mesjaszy? Ludzie będą się nawzajem pożerać jak dzikie bestie. Cała ziemia przesiąknie krwią. Od wschodu do zachodu, od południa do północy popłyną rzeki pełne krwi i wszystkie zwierzęta chłeptać będą tę ludzką krew. Nasiąkną nią wszystkie ogrody, pola i drogi. I wtedy dopiero, kiedy ten potop krwi zaleje cały świat, nadejdzie prawdziwy mesjasz… Powiedz mi, czy to prawda?

— Szczera prawda!

— I ludzie go poznają?

— Każdy, od razu go pozna. Nikt się nie omyli. To będzie mesjasz w każdym ruchu, każdym słowie, każdym spojrzeniu, w każdym nawet grymasie twarzy. Nie będą mu towarzyszyły zastępy wojsk. Nie przyjedzie na koniu i miecza nie będzie miał przy swoim boku.

— A co będzie miał?

— Skrzydła. Mesjasz będzie miał skrzydła. Po jakimś czasie wszystkim ludziom wyrosną skrzydła. A stanie się to w taki sposób: z początku nagle przyjdzie na świat jedno dziecko ze skrzydłami. Potem drugie, trzecie itd. I tak już będzie ciągle… Ludzi ogarnie wtedy strach, ale potem się przyzwyczają. I coraz więcej dzieci urodzi się ze skrzydłami, aż wyrośnie całe pokolenie uskrzydlone. Pokolenie to nie zechce już tkwić i tarzać się w błocie. Nie zechce już zaciekle walczyć o nędzny byt, o nędzny zarobek, o robaczywe pieniądze.

Długo jeszcze mówił na ten temat, ale ja przestałem go już rozumieć, aczkolwiek głos miał nadal łagodny i smutny, a jego słowa wsiąkały w moje serce jak w gąbkę.

Kiedy skończył, zaczynało już dnieć.

Usłyszałem, jak spuszczają z twierdzy zwodzony most.

Od tej nocy życie moje w twierdzy stało się nie do zniesienia. Wszystko mi obrzydło: stare zmurszałe mury, trzeszczący ciągle most, żelazne bramy, warty i patrole, chrapliwe wołanie wartowników: „kto tam?” i fałszywa, służalcza odpowiedź: „swój”, „tutejszy”. Obrzydły mi do reszty te wiecznie drżące ze strachu gliniaste twarze mieszkańców, ich przerażone oczy. Nie mogłem dalej patrzeć na rynek, który swoimi drgającymi błądzącymi cieniami kładł się ciężarem na mojej duszy. Nie pozwalało mi to oddychać pełną piersią. Nie pozwalało czuć się wolnym człowiekiem.

I uświadomiwszy sobie to wszystko, poczułem w sercu ból. I naraz ogarnęła mnie przemożna tęsknota… Postanowiłem wyruszyć na spotkanie mesjasza.

Wsiadam do pierwszego napotkanego wozu. Bałaguła[1] mierzy mnie wzrokiem i pyta:

— Dokąd?

— Dokąd chcesz, byle daleko stąd.

— Na jak długo?

— Jak długo koń wytrzyma.

Bałaguła pociąga za lejce i jedziemy. Coraz bardziej oddalamy się od miasta-twierdzy. Przede mną inne pola, inne wsie i inne miasta. Wszystko jest inne. Jest to jednak wrażenie pozorne. Z wysokości wozu wydaje się inne. W istocie rzeczy wszystko jest takie samo. Przypatrzywszy się dokładnie mijanym miejscowościom, dostrzegam unoszącą się nad nimi tę samą melancholię. W oczach spotykanych ludzi zauważyłem te same fałszywe błyski. Nad wszystkimi polami, miastami i wsiami unosiła się mgła, która nie przepuszczała światła z nieba. Gasiła wszelką radość. Wszystko wydawało się skurczone, przyduszone i ściśnięte. Dlatego bez przerwy poganiam mego bałagułę. „Dalej — krzyczę. — Jedź dalej!” Ale nie ja decyduję. Zależny jestem od bałaguły, a ten zależny jest od konia… A koń chce żreć. Chcesz, czy nie chcesz, musisz się zatrzymać.

Wstępuję do przydrożnej karczmy. Duża izba przedzielona zwisającą zasłoną na dwie części. W tej części, do której wszedłem, siedzą przy dużym stole trzej mężczyźni. Nie zwracają na mnie uwagi. Za to ja mogę sobie dokładnie ich obejrzeć. Najstarszy z nich jest siwy jak gołąb, ale trzyma się równo, jest żwawy i ma zdrowe oczy. Bez okularów czyta w jakiejś dużej, leżącej przed nim na stole księdze. Na tle białej połyskującej srebrnymi skrajami księgi, on i księga zlewają się niejako w jedną całość. Po jego prawicy siedzi młodszy mężczyzna. To zapewne jego syn. Ta sama twarz, ale bardziej ruchliwa, bardziej nerwowa. Chwilami wydaje się zmęczona. On także ślęczy nad księgą. Oczy ma jednak słabsze. Nosi okulary. Jego księga jest trochę mniejsza i trzyma ją blisko oczu. Jest w średnim wieku. Broda i pejsy zaczynają już tu i ówdzie świecić srebrem. Kiwa się nad księgą. Raz do przodu, raz do tyłu. Odnoszę wrażenie, że ma ochotę oderwać się od księgi, ale nie daje rady, bo księga przyciąga go z powrotem. Dostrzegam, że wargi jego drżą. Raz po raz patrzy na starego, ale ten nie reaguje. Nie zauważa go. Po lewicy starego siedzi najmłodszy. Z pewnością jest to jego wnuk. Młodzieniec ma czarne, błyszczące włosy i nerwowo skrzące się oczy. On też zagląda do książki, która jest znacznie mniejsza od ksiąg obu starszych mężczyzn. Książkę trzyma tuż przed oczyma. Od czasu do czasu odsuwa ją od oczu i spojrzeniem pełnym lęku i szacunku obejmuje starego mężczyznę. Na ojca natomiast patrzy z uśmiechem nieco ironicznym. Nachyla się ku zasłonie, ciekaw, co się za nią dzieje. Dochodzą stamtąd jakieś westchnienia i jęki. Jakby kobieta właśnie tam rodziła.

Mam zamiar zakaszleć, żeby wreszcie zwrócili na mnie uwagę, ale w tej samej chwili rozchyla się w jednym miejscu zasłona i dwie kobiety pojawiają się przed nami. Jedna jest stara z twarzą o wystających kościach i oczach zdolnych przeniknąć do wnętrza człowieka. Druga, młodsza od niej, kobieta w średnim wieku ma twarz pucułowatą i łagodną. Z jej oczu bije jakaś niepewność. Stoją i przyglądają się siedzącym przy stole mężczyznom. Stoją i czekają na pytania. Najstarszy nie zwraca na nie uwagi. Jego dusza jest teraz zespolona z duszą czytanej księgi. Mężczyzna w średnim wieku zastanawia się, jak przywołać do przytomności ojca. Najmłodszy zaś, nie zwlekając zrywa się z miejsca i woła:

— Mamo! Babciu! I co…

Jego ojciec wstaje od stołu. Jest wyraźnie zaniepokojony. Tymczasem dziadek odsuwa na centymetr księgę od siebie i kieruje wzrok ku kobietom.

Najmłodszy drżącym głosem ponawia pytanie:

— I co z nią?

— W porządku. Już po wszystkim.

— Urodziła? Urodziła?

Ojciec najmłodszego głosem, w którym brzmi zdziwienie, pyta:

— Matko, dlaczego nie gratulujesz? Dlaczego nie mówisz mazł tow[2]?

Stary zaś po dłuższym namyśle powiada:

— Co się takiego stało, że nie słyszę od ciebie mazł tow? A jeśli nawet urodziła się dziewczynka…

— Nie żadna tam dziewczynka — odzywa się starsza. — To nawet chłopiec.

— Martwy?

— Ależ nie! Żyje — odpowiada stara kobieta, ale w jej głosie nie ma radości.

— Czy to jakiś potworek lub kaleka?

— Nie, ale na ramionach rysują mu się jakieś znaki.

— Jakie znaki?

— Znaki skrzydeł.

— Skrzydeł?

— Właśnie. I zaczynają z nich wyrastać skrzydła.

Słysząc to, stary aż przysiada z przerażenia. Jest wyraźnie zatroskany. Mężczyzna w średnim wieku jest pełen zdumienia. Tylko najmłodszy podskakuje z radości:

— Świetnie! Doskonale! Niech rosną te skrzydła. Niech wyrosną na prawdziwe, duże, mocne skrzydła.

— Nie ma powodu cieszyć się z tego — odzywa się mężczyzna w średnim wieku.

— Straszny kaleka — wzdycha najstarszy.

— A to dlaczego? — pyta najmłodszy.

Stary, stanowczym, surowym głosem oświadcza:

— Skrzydła, wnuku, unoszą człowieka w górę… Ze skrzydłami nie można utrzymać się na ziemi.

— To co z tego — replikuje wnuk. — Wielka mi rzecz, żyć na ziemi i tarzać się w jej błocie. Lepiej żyć wysoko w górze. Czy niebo nie jest piękniejsze od ziemi?

Twarz starego pokrywa się bladością. Ojciec najmłodszego zabiera wtedy głos:

— Głuptas z ciebie, moje dziecko! Jak można żyć na wysokościach? Czym można się tam odżywiać? Samo powietrze nie wystarczy. Tam nie ma karczmy. Tam nie dostaniesz koncesji na dostawy. Tam nie ma nawet gdzie i u kogo kupić zajęczych skórek. Tam wysoko w górze…

Stary mu w tym momencie przerywa. Ostrym mocnym, stanowczym głosem oświadcza:

— Wysoko w górze nie ma bóżnicy. Nie ma domu nauki. Nie ma miejsca do odprawiania modłów. Tam nie ma tej udeptanej przez wszystkie poprzednie pokolenia ścieżki. Tam w górze, człowiek zabłądzi, zabłąka się, bo nie ma drogi, po której kroczyli wszyscy nasi poprzednicy… Jest się wprawdzie wolnym ptakiem, ale biada takiemu wolnemu ptakowi, jeśli dopadnie go zwątpienie i ogarnie go melancholia!

— Jak się będzie nazywał? — krzyczy już prawie najmłodszy.

Widać, że jest wściekły. Zalewa go krew. Oczy goreją. Chce coś dodać, ale babcia wpada mu w słowa…

— Głupi mężczyźni! O czym wy tu dyskutujecie? A rabin…

— Czy rabin pozwoli go obrzezać? Czy pozwoli odmówić błogosławieństwo nad skrzydlatym dzieckiem…

I w tej sekundzie budzę się. Moje nocowanie poza miastem, moja podróż i historia ze skrzydlatym dzieckiem okazały się zwykłym snem.


Tłumaczenie: Michał Friedman

Źródło: Wolne Lektury

Licencja Creative Commons Uznanie Autorstwa – Na Tych Samych Warunkach 3.0.PL.

[1] Furman.
[2] Dosłownie: „gwiazda, dobry los”, przenośnie: „Szczęścia! Powodzenia!”, zwyczajowa formuła pozdrowień z okazji narodzin dziecka, ślubu, innych radosnych wydarzeń.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Coronavirus Temporarily Slows Campus BDS Efforts

Coronavirus Temporarily Slows Campus BDS Efforts

Alexander Joffe


South African model Shashi Naidoo at a press conference organized by the BDS campaign on June 20, 2018. Photo: BDS South Africa.

The coronavirus pandemic that began in China has now engulfed the entire world. Among the casualties was higher education in North America. Campuses have shut down and courses have been moved online. What this $600 billion industry will look like after the crisis remains uncertain.

Before the shutdown, BDS on campus scored several important victories. A faculty-student board at Brown University published its previously announced recommendation that the university corporation divest from companies doing business in Israel. While the university has not yet taken a stand, the notional pressure from faculty bodes ill for any such future decision.

A newly established BDS group at Harvard also reviewed a portion of that institution’s investments, and claimed to find some $200 million invested in a single travel company whose subsidiaries do business in Israeli communities. It is likely that some of those specific investments, and university portfolios generally, could be restructured as a result of the global economic crisis prompted by the coronavirus pandemic. The BDS movement will then try to exploit those changes as indicators of successful pressure.

Generating the appearance of consensus through campus referenda — and thereby circumventing the opportunity for rebutting arguments — continues to be a favored BDS tactic.

At Columbia University, President Lee Bollinger issued a strong statement opposing BDS and antisemitism. Bollinger stated that he opposed a BDS referendum since it “imposes a standard on this particular political issue that is not right when one considers similar issues in other countries and in other contexts around the world. To my mind that is unwise, analytically flawed.” Jewish groups expressed support for Bollinger, as did a number of Columbia faculty members. But despite the campus shutdown, the referendum will be held via online voting.

At the University of Illinois a BDS resolution that had been vetoed by the student government president also faced nullification by the full body. At Tufts University, the Students for Justice in Palestine (SJP) branch is campaigning for a referendum to end the institution’s tiny involvement with a police training program in Israel, using the now familiar accusation that Israel is at the root of American “police violence” and “militarization.”

BDS activists continued to demand other anti-Israel restrictions on campuses and to hijack causes and events. At Florida State University, the SJP branch has launched a campaign against students who attended the annual AIPAC meeting in Washington, DC and thereby “legitimiz[ed] racists, Islamophobes, and genocide deniers.” At Butler University, the SJP branch joined with a “diversity” group to protest a speaker from the Israel LGBTQ organization A Wider Bridge. And at Harvard University, BDS supporters joined other groups in protests that disrupted the annual Junior Family Weekend, advocating for a number of causes.

BDS activists continue to extract funding from student governments. Usually the process and decisions are opaque. At Tufts University, the Arab Student Association was awarded $3,045 to sponsor the appearance of antisemitic professor Rabab Abdulhadi during “Apartheid Week,” while the SJP chapter was given $2,250 for two additional speakers, by a vote of 28-0. The Muslim Student Association was awarded a further $3,200 for five speakers.

Finally, the BDS movement continues to police speech on campus. In a particularly disturbing episode at the University of Michigan, the student government president, who is Jewish, was condemned for statements he made as a high school senior. Ben Gerstein was unanimously condemned by the student government for questioning whether Palestinians deserved a state because of their use of violence and terror. Faced with accusations of “Islamophobia” from BDS activists, Gerstein recanted and apologized for the “harmfulness of my language, the offensiveness of my words, and the active role I played in the silencing of Palestinian voices.”

With campuses shut but political campaigns only slowed by the pandemic, most BDS attention has been focused in that latter sphere, particularly the presidential race. Senator Bernie Sanders appointed BDS supporter Umi Selah (née Phillip Agnew) as a senior campaign adviser. Selah/Agnew, of the group “Dream Defenders,” has participated in several trips to Israel and the Palestinian Authority, organized by members of the Popular Front for the Liberation of Palestine, and has a long record of denouncing Israel and Zionism as a “racist” ideology.

The endorsement of Bernie Sanders by IfNotNow represents a direct alignment of the BDS movement with that candidate, as does continuing support from Representatives Rashida Tlaib (D-MI) and Ilhan Omar (D-MN). But the Sanders campaign did condemn past statements from Dearborn Imam Sayed Hassan Al-Qazwini, who introduced the candidate at a March rally. Al-Qazwini had denounced gay marriage and claimed ISIS was an Israeli conspiracy. Ironically, the condemnation came from Sanders’ campaign manager Faiz Shakir, who was a prominent opponent of anti-BDS legislation while at the ACLU.

Democratic candidates for the House could bolster BDS support in Congress. The primary victory of other BDS supporters such as Democrat Marcie Newman in a district with a heavy Arab-American population was another sign of the party’s grassroots shifts. The group Democratic Majority for Israel declined to support the incumbent Dan Lipinski, a BDS opponent, because of his opposition to abortion. Jewish Voice for Peace has also endorsed a number of BDS supporters, including Tlaib and Omar.

In local races, the victory of Nida Allam, who has strongly expressed anti-Israel and anti-police sentiments, for the Durham, North Carolina County Commission represents the same pattern. Other candidates, such as Azam Nizamuddin, Democratic candidate for Circuit Judge in Dupage County, Illinois, represent the expansion of Islamists into localities. The rise of these candidates could jeopardize state level anti-BDS legislation, such as that which was passed in the Oklahoma House.

Democrats in the House of Representatives also blocked consideration of a Federal anti-BDS bill, and 60 Congressional Democrats signed a letter sent to Secretary of State Mike Pompeo demanding that Israel stop demolishing illegally constructed buildings using US-sourced equipment. The campaign was partially organized by J Street.

The coronavirus crisis has also revealed and amplified antisemitism in society and around the BDS movement. In one example before the campus shutdown, the University of Maryland SJP chapter held a “Corona and Countering the Occupation” event that stressed the allegedly excessive impact of the outbreak on Palestinians — but, in keeping with “anti-normalization” rhetoric, downplayed Israeli-Palestinian cooperation. South African BDS activists also claimed that Israel was refusing to issue coronavirus information in Arabic for Israeli Arab citizens and Palestinians.

Predictably, Palestinian, Turkish, Nation of Islam, and other antisemitic sources blamed the existence of the virus on Israel. Since the pandemic prompted the shutdown of Israel’s borders and economy, the entire slate of BDS organizations, including Human Rights Watch and IfNotNow, have conducted a relentless campaign vilifying Israel for allegedly preventing health supplies into Gaza and the West Bank. A notable faculty BDS supporter, As’ad AbuKhalil of California State University-Stanislaus, claimed that “Israel will — I am sure — have different medical procedures for Jews and non-Jews” and “non-Jews will be put in mass prisons.”

As is frequently the case, social media was the medium for small but telling expressions. In one example, the former head of the New York University SJP chapter tweeted a celebration of the first Israeli coronavirus death, an 88-year-old Holocaust survivor: “Anyway should I paint my nails red or green today?” In an unusual move, an NYU spokesman denounced the comment as “shameful and callous.”

In another example, BDS supporter Mairav Zonszein tweeted “6 million Jewish Israelis will now get a taste of what around the same number of Palestinians have experienced for over a half a century.” Sarah Leah Whitson, Managing Director for Research and Policy at the recently established Quincy Institute for Responsible Statecraft, then responded that Israelis were experiencing “Such a tiny taste. Missing a tablespoon of blood.” Whitson, formerly of Human Rights Watch, is a prominent BDS supporter, while the Quincy Institute is staffed by a variety of anti-Israel activists, including Trita Parsi, co-founder of NIAC.

In the international sphere, fallout grew over the UN blacklists of companies operating in Israeli communities across the Green Line. Two trade unions cited the blacklist in a letter to Norway’s sovereign wealth fund, the world’s largest, urging divestment from the companies. Meanwhile, the US has reiterated its opposition to the blacklist, which violates US law and threatens US companies.

Finally, in the cultural sphere, the announced boycott by LGBTQ filmmakers of a Tel Aviv festival demonstrated again how virtue signaling completely overwhelms reason. The pledge, organized by the BDS movement and a Palestinian queer group, represents a “new, proactive stand by queer film artists in solidarity with the Palestinian struggle for freedom, justice, and dignity,” despite the fact that homosexuality is outlawed in the Palestinian Authority and anathema in traditional Islam.

Explaining the cognitive dissonance inherent in this can only be explained either as antisemitism or as a deliberate decision to ignore reality in order to maintain status within a political community.


Dr. Alex Joffe is an archaeologist and historian specializing in the Middle East and contemporary international affairs. A version of this article was originally published by SPME.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com