‘Arab terrorism began long before Israel even existed’

‘Arab terrorism began long before Israel even existed’

Arutz Sheva Staf


US ambassador marks 90th anniversary of Arab riots which left 133 Jews dead, noting that massacres preceded establishment of Israel.
Ambassador David Friedman / Esti Desiubov/TPS

Anti-Israel terrorism preceded Israel taking control of Judea, Samaria, and Gaza, said American Ambassador to Israel David Friedman Wednesday, adding that Arab attacks targeting Jews even preceded the establishment of the State of Israel.

The US ambassador tweeted Wednesday afternoon to mark the 90th anniversary of the 1929 Hevron Massacre, part of the massive wave of Arab riots in late August of that year across the British Mandate of Palestine.

“Today Israel observes 90 yrs since Hebron Massacre-67 Jews murdered & many more wounded,” Friedman tweeted. “This attack was long before the creation of the State of Israel & the Six Day War. Important lesson: Terrorism is always about hatred & violence; never about vindicating political grievances.”

Sixty-seven Jews were massacred in Hevron, with a total of 133 Jews murdered through the Land of Israel, with hundreds more wounded.

Israeli President Reuven Rivlin visited the Tomb of the Patriarchs in Hevron Wednesday afternoon to mark the 90th anniversary of the riots. Prime Minister Binyamin Netanyahu is also expected to visit the city Wednesday.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Walki z Armią Czerwoną po 17 września w niezwykłym chaosie

*Prof. J. Pietrzak: walki z Armią Czerwoną po 17 września toczyły się w niezwykłym chaosie

Anna Kruszyńska (PAP)


17 września 1939 – wojska ZSRS zajmują wschodnie tereny Polski. Fot. PAP/CAF-archiwum

Trzeba jasno powiedzieć, że walki z Armią Czerwoną toczyły się w niezwykłym chaosie. Pamiętajmy o tym, że był to już 17. dzień działań, a armia niemiecka praktycznie pokonała polskie wojsko; ta kampania już była przegrana – mówi PAP prof. Jacek Pietrzak, historyk z Uniwersytetu Łódzkiego.

Polska Agencja Prasowa: W jakim stopniu polscy wojskowi brali pod uwagę możliwość sowieckiej napaści na Polskę we współdziałaniu z III Rzeszą?

Prof. Jacek Pietrzak: Trzeba otwarcie powiedzieć, że nie tylko polscy dowódcy, ale również politycy praktycznie w ogóle nie zakładali możliwości sowieckiej inwazji na Polskę. Panowało przekonanie, że Stalin zachowa neutralność, a nawet brano pod uwagę tzw. życzliwą neutralność. 

Jednak polskie kręgi polityczne i wojskowe otrzymywały poufne informacje m.in. od wywiadu francuskiego, a nawet – co może wydawać się najbardziej szokujące – ze strony niemieckich kół wojskowych dotyczące przygotowań do współpracy niemiecko-sowieckiej, których efektem stała się tajna część paktu Ribbentrop-Mołotow.

PAP: Czym kierował się marszałek Edward Rydz-Śmigły, wydając rozkaz o zaniechaniu walki z Armią Czerwoną? Czy były to tylko względy polityczne, czy też militarne?

Prof. Jacek Pietrzak: Myślę, że złożyły się na to różne czynniki. Na pewno trudna była sytuacja Rydza-Śmigłego, ponieważ miał on słabą orientację o generalnej sytuacji w tamtym momencie.

Motywy tej decyzji mogły jednak wydawać się racjonalne – Śmigły był przytłoczony klęskami poniesionymi w walkach z Niemcami i zdawał sobie sprawę, że inwazja sowiecka jest już absolutnym dopełnieniem katastrofy państwa polskiego. Jako dowódca chciał na pewno uniknąć dodatkowych strat i pogłębienia tej katastrofy.

Liczył także na to, że Sowieci być może pozwolą na przemarsz polskich oddziałów do Rumunii lub na Węgry, co było naiwnością. Co prawda zezwalał na walkę w wypadku ataku ze strony Sowietów, ale rozkaz pokazywał jego chwiejność.

Jednak, jak to często bywa, niestety nie tylko intencje są ważne, lecz i rezultaty. Mimo wszystko przeważa opinia, a ja również się do niej przychylam, że była to decyzja błędna. Przede wszystkim polskie władze polityczne powinny wyraźnie zadeklarować światu, że 17 września Polska została napadnięta i istnieje stan wojny między Rzecząpospolitą Polską a Związkiem Sowieckim. Miałoby to później swoje znaczenie polityczne.

Prof. J. Pietrzak: Motywy decyzji o zaniechaniu walk mogły wydawać się racjonalne – Śmigły był przytłoczony klęskami poniesionymi w walkach z Niemcami i zdawał sobie sprawę, że inwazja sowiecka jest już absolutnym dopełnieniem katastrofy państwa polskiego. Jako dowódca chciał na pewno uniknąć dodatkowych strat i pogłębienia tej katastrofy.

Niestety nie zdecydowano się na to, być może również z obawy o reakcję mocarstw zachodnich, które przecież do agresji sowieckiej odniosły się w sposób wręcz obojętny, wciąż licząc, że Związek Sowiecki będzie potencjalnym sojusznikiem w walce z Adolfem Hitlerem.

PAP: Jak zareagowały na ten rozkaz oddziały wojskowe? Czy 17 września możliwe było jeszcze podjęcie zorganizowanej walki na wschodnich rubieżach RP?

Prof. Jacek Pietrzak: Tę walkę podjęto, ponieważ była ona tak naprawdę nieunikniona. Siły sowieckie po prostu atakowały polskie odziały lub dążyły do ich rozbrojenia.

Różnie ocenia się liczbę żołnierzy sowieckich użytych do agresji na Polskę. W pierwszej fazie rzuconych zostało ok. 450 tys., a później ta liczba wzrastała – łącznie mogła wynosić nawet ponad 700 tys. Na tereny Polski wkraczały także oddziały NKWD. Bezpośrednio w pierwszych chwilach agresji strona polska mogła wystawić ok. kilkunastu tysięcy żołnierzy i były to formacje tyłowe, które od 1 września, przebywając na Kresach, nie miały możliwości uczestniczenia w walkach z Niemcami.

Główny ciężar walk z Sowietami spadł na barki Korpusu Ochrony Pogranicza. Zapomina się jednak często o tym, że nie były to pierwszorzutowe oddziały, bo te najlepsze, przynajmniej teoretycznie, oddziały KOP skierowano do walki z Niemcami. Z Sowietami walczyły zatem formacje naprawdę drugiego, trzeciego rzutu. Mimo to bardzo często stawiły one niezwykle heroiczny opór i robiły więcej, niż tak naprawdę do nich należało.

PAP: Którzy polscy wojskowi odegrali szczególną rolę w obronie granicy wschodniej?

Prof. Jacek Pietrzak: Można tu wskazać zarówno wyższych dowódców, jak i niższych oficerów, którzy mogą być potraktowani jako bohaterowie tych walk. Na pewno wśród dowódców na szczególne wyróżnienie zasługuje gen. Wilhelm Orlik-Rückemann – dowódca zgrupowania Korpusu Ochrony Pogranicza. Oddziały pod jego dowództwem stoczyły najcięższe boje z Armią Czerwoną oraz odniosły przejściowe sukcesy. Walczyły aż do początku października – zakończyły walki tylko kilka dni wcześniej niż gen. Franciszek Kleeberg pod Kockiem.

Wśród podkomendnych gen. Rückemanna wyróżniał się ppłk Nikodem Sulik – późniejszy więzień sowiecki, okrutnie torturowany przez NKWD, i jeden z najbardziej znanych dowódców w 2. Korpusie gen. Władysława Andersa; był dowódcą 5. Kresowej Dywizji Piechoty.

Jeśli chodzi o wyższych dowódców, to należy również wspomnieć, że Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie” pod dowództwem gen. Kleeberga walczyła nie tylko z Niemcami, lecz i z Armią Czerwoną, co w PRL-u oczywiście skrzętnie ukrywano.

Z Sowietami toczył też boje gen. Anders na czele swojej Grupy Operacyjnej Kawalerii, która przebiła okrążenie niemieckie pod Tomaszowem Lubelskim. Została jednak rozbita w rejonie Sambora przez siły pancerne Armii Czerwonej podczas przedzierania się w stronę granicy węgierskiej. Ranny wówczas Anders dostał się w ręce Sowietów.

Tragicznym bohaterem wojny polsko-sowieckiej był również dowódca Okręgu Korpusu w Grodnie, gen. brygady Józef Olszyna-Wilczyński. Został on brutalnie zamordowany przez Sowietów – był to jedyny przypadek bezpośredniego mordu na polskim wyższym dowódcy dokonanym przez żołnierzy sowieckich.

Warto również wspomnieć o rtm. Narcyzie Łopianowskim – oficerze kawalerii, który w walkach w rejonach Grodna zniszczył ponad 20 czołgów. Warto zauważyć, że miał on również ciekawą późniejszą drogę życiową. W niewoli sowieckiej NKWD usiłowało pozyskać go do współpracy, co zakończyło się niepowodzeniem. Łopianowski wstąpił do armii gen. Andersa, a następnie został cichociemnym i uczestniczył w Powstaniu Warszawskim.

Zupełnie zapomnianą i nieznaną postacią jest z kolei podporucznik rezerwy, oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, Jan Bołbott – gimnazjalny kolega z Wilna Czesława Miłosza. Stawiał opór przeważającym siłom sowieckim z miejscowości Tynne na Polesiu. Te walki są porównywane z obroną Wizny przez oddział kpt. Władysława Raginisa.

PAP: Jak można scharakteryzować wysiłek zbrojny Polaków na rubieżach wschodnich po 17 września? Czy walka z Armią Czerwoną różniła się charakterem od walki z wojskiem niemieckim?

Prof. Jacek Pietrzak: Trzeba jasno powiedzieć, że te walki toczyły się w niezwykłym chaosie. Pamiętajmy o tym, że był to już 17. dzień działań, a armia niemiecka praktycznie pokonała polskie wojsko, ta kampania już była przegrana.

Zwróciłbym jednak uwagę na pewien istotny fakt. Nie ulega wątpliwości, że Polska nie miała szans na pokonanie armii niemieckiej. Z tego zresztą doskonale zdawali sobie sprawę polscy dowódcy – bez pomocy Zachodu pokonanie Niemców samodzielnie przez Polskę nie było możliwe. Można powiedzieć, iż teza o tym, że inwazja Armii Czerwonej nie zadecydowała o klęsce polski, jest generalnie prawdziwa. Trzeba jednak zwrócić uwagę na jeszcze coś. W moim głębokim przekonaniu gdyby nie doszło do inwazji sowieckiej na Polskę, kampania 1939 r. trwałaby znacznie dłużej.

Wehrmacht zaatakował ziemie polskie, gdzie warunki terenowe sprzyjały działaniom ofensywnym zwanym później popularnie blitzkriegiem. Na początku jesieni panowała świetna pogoda, co było fatalne dla strony polskiej, ale korzystne dla strony niemieckiej. Sytuacja jednak zaczęła się zmieniać. Przede wszystkim wojska niemieckie zaczęły wkraczać na obszary Kresów Wschodnich, które w dużej mierze składały się z bagien, jezior, licznych małych rzek, potężnych obszarów leśnych oraz miały bardzo słaby stan dróg. Na takich obszarach nawet pobite wojska polskie mogły kontynuować walkę, posługując się choćby taktyką partyzancką czy mieszaną taktyką regularną i partyzancką.

W mojej opinii takie walki można było toczyć nawet jeszcze przez kilka miesięcy. Doświadczenia wojny sowiecko-fińskiej pokazały, jak przy sprzyjających warunkach terenowych, przy poświęceniu żołnierzy, można być skuteczniejszym przeciwko dużo liczniejszej armii. Gdyby polski opór się przedłużał, to jednak mocarstwa zachodnie musiałyby w jakiś sposób zareagować. Oczywiście są to tylko hipotezy, ale wydają mi się uzasadnione. Taki jest zatem wpływ inwazji sowieckiej na przebieg konfliktu polsko-niemieckiego.

PAP: Jak wyglądała pamięć o sowieckiej agresji w okresie PRL? 

Prof. Jacek Pietrzak: Należę do pokolenia, które chodziło w tym czasie do szkół. W tym czasie o wrześniu 1939 r. mówiono stosunkowo dużo, nie unikano tych tematów. Natomiast ze zrozumiałych względów politycznych przedstawiano sowiecką wizję wkroczenia Armii Czerwonej do Polski. Nawet w potężnych opracowaniach ten temat pomijano fakt, że doszło do walk, wspominając tylko o wkroczeniu Armii Czerwonej.

Oczywiście prowadziło to do absurdalnego obrazu tej kampanii. Historycy, którzy na ten temat pisali, musieli się zdrowo gimnastykować. Do tej części społeczeństwa, która nie czytała książek drugiego obiegu, nie miała informacji z innych źródeł, ta wiedza po prostu nie docierała.

Prof. J. Pietrzak: W mojej opinii takie walki można było toczyć nawet jeszcze przez kilka miesięcy. Doświadczenia wojny sowiecko-fińskiej pokazały, jak przy sprzyjających warunkach terenowych, przy poświęceniu żołnierzy, można być skuteczniejszym przeciwko dużo liczniejszej armii. Gdyby polski opór się przedłużał, to jednak mocarstwa zachodnie musiałyby w jakiś sposób zareagować. Oczywiście są to tylko hipotezy, ale wydają mi się uzasadnione. Taki jest zatem wpływ inwazji sowieckiej na przebieg konfliktu polsko-niemieckiego.

Dam charakterystyczny przykład ze swojego dzieciństwa. Z wypiekami na twarzy oglądałem głośny i kontrowersyjny film „Hubal” z 1973 r. w reżyserii Bohdana Poręby. To jedno z wybitniejszych dzieł polskiego filmu wojennego. Zaczyna się od sceny, w której oddział, w którym służy mjr Henryk Dobrzański, jest otoczony przez przeciwnika. Dowódca pułku podejmuje decyzję o rozwiązaniu jednostki. Oczywiście jako młody chłopak byłem przekonany, że pododdział jest otoczony przez wojska niemieckie. Tymczasem w rzeczywistości oddział Dobrzańskiego działał w strefie aktywności Armii Czerwonej, toczył potyczki z sowieckimi oddziałami. Pierwsze starcia z Niemcami stoczył dopiero na obszarach znajdujących się na południe od Warszawy, a tak przedzierał się przez okrążenie sowieckie. Jako uczniowi szkoły podstawowej te heroiczne walki z Sowietami nie były w ogóle znane.

PAP: Czy po 1989 r. któraś z bitew szczególnie zapisała się w pamięci zbiorowej Polaków jako symbol walk z Sowietami? 

Prof. Jacek Pietrzak: Te walki zaczęto przywracać w pamięci zbiorowej po upadku PRL-u. Myślę, że szczególnie wskazywano na heroizm obrońców Grodna. Jest to rzeczywiście godna uwagi historia, gdyż w obronę tego miasta zaangażowali się cywile, a przede wszystkim młodzież szkolna i harcerze. Obrona Grodna na pewno może być symbolem, podobnie jak walki toczone przez Korpus Ochrony Pogranicza z ugrupowania gen. Rückemanna pod Szackiem i Wytycznem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Turning History Into Fiction

Turning History Into Fiction

Adam Kirsch


Elias Khoury’s novelization of 1948 makes up more than just its characters and plot. Does it matter?

Searching on a curfew day at Lydda, 1934-1939 (Illustration: Tablet Magazine; original image: Library of Congress)

Every work of history is also a work of fiction. When the historian sits down to write, she is not offering a transparent window onto the past—something that no book could possibly accomplish, simply because it is a book and not a world. Rather, she is telling a story about the past, which like all stories depends on selection and omission, interpretation and exaggeration. She is bound by certain generic constraints—for instance, the historian is not supposed to make up facts, characters, or dialogue, as the novelist can. But the historian has other kinds of imaginative devices at her disposal that the novelist lacks. She can invent movements, periods, historical forces, chains of cause and effect, in an effort to give shape and logic to events that, while they were being lived, appeared chaotic and unpredictable.

The key difference between the novelist and the historian has to do with the kinds of questions they ask about the past. The historian wants to tell a story about why things happened, while the novelist asks how they happened and what they felt like. This division of labor is useful for both genres, but it also leaves them prey to distinctive vices. A historian can schematize the past in such clever and convincing ways that the actual substance of history—the experiences of individual human beings—disappears entirely. On the other hand, a novelist can evoke the immediate experience of a fictional character so vividly that the reader may lose track of the key question of whether the story accurately reflects anything that happened in the real world.

Does that kind of accuracy really matter in a historical novel? The answer depends on what kinds of claims the novelist makes in and for the work—that is, how he wants the book to affect the present. Some writers use history as merely an exotic backdrop to an exciting tale, like medieval England in Scott’s Ivanhoe or Renaissance France in Dumas’ The Three Musketeers. Today, a writer of this type would probably dispense with actual history entirely and set their story in a detailed fantasy realm, like the Panem of The Hunger Games or the wizarding world of Harry Potter.

In the 20th century, however, historical fiction became a much more serious and self-conscious enterprise, as writers began to think of it as a form of witnessing to the past. The idea that it is the writer’s duty to bear witness to historical tragedy was created by works like Remarque’s World War I novel All Quiet on the Western Front and Holocaust memoirs such as Primo Levi’s Survival at Auschwitz and Elie Wiesel’s Night—books that were based directly on the actual experiences of participants in those tragedies.

But the moral urgency (and moral prestige) of such writing also influenced fiction writers, who realized that the novel offered a means of bearing a kind of witness to events in the past, which they knew about only second hand. Such writers could draw inspiration from the literary critic Walter Benjamin, who wrote, shortly before his own tragic suicide: “Nothing that has ever happened should be regarded as lost for history. To be sure, only a redeemed mankind receives the fullness of its past—which is to say, only for a redeemed mankind has its past become citable in all its moments.” In this sense, restoring the fullness of the past, through works of literary imagination, could be seen as a contribution to the redemption of mankind. Benjamin himself has been the subject of such acts of redemption. He died alone, trying to escape the Nazis in 1940, and was buried in an unmarked grave, but his story has been told many times, including in the historical novel Benjamin’s Crossing by Jay Parini.

Giving voice to the voiceless, bearing witness to history—these are the goals of some of the most praiseworthy books of the last generation, from W.G. Sebald’s The Emigrants, about imaginary lives disrupted by Nazism, to Pat Barker’s Regeneration trilogy, which examines the effects of WWI on shellshocked veterans, to Marilynne Robinson’s Gilead, which excavates the spiritual world of a Protestant pastor in post-Civil War America.

Yet empathy isn’t the only requirement for justice. The righteous anger and indignation that witness fiction is adept at summoning can easily go astray, and turn into its own kind of unjust grievance, if it’s not tethered to a rational understanding of the past. For instance, the D.W. Griffith film The Birth of a Nation, or the popular Nazi melodrama Jew Suss, were both historical fictions that claimed to expose perpetrators of injustice: The former showed how white Southerners were victimized by greedy Northerners and bestial freedmen, while the latter showed how Germans were victimized by greedy and bestial Jews. That these stories were inversions of historical truth didn’t detract at all from their power to inspire feelings of righteous empathy in their audiences.

My Name Is Adam, a novel by the Lebanese-born writer Elias Khoury that was published in English translation this summer, offers a good example of how difficult it is to disentangle the rights and wrongs of historical fiction. Khoury’s novel, the first of a planned trilogy called “Children of the Ghetto,” is cast as a found manuscript—the journal of a Palestinian man named Adam Dannoun who has recently died in New York City, where he worked in a falafel restaurant in Greenwich Village.

At first, Dannoun sets out to write a novel on a theme from Arab legend—the story of the poet Waddah al-Yamman, who was in love with a married woman named Umm al-Banin, and regularly sneaked into her bedroom until he was caught by her husband and killed. As the book progresses, however, we see Dannoun discard this literary theme under the pressure of a much more urgent subject: his own family’s experience during and after the 1948 war, which Israelis remember as the War of Independence and Palestinians as the Nakba, the catastrophe. “I’m the son of a story that has no tongue, and I want to be the one to make it speak,” he writes, in words that could be echoed by many witness-writers. In particular, Dannoun (and his creator, Khoury) wants to commemorate the events of 1948 in his hometown of Lydda, the Palestinian city that was conquered by Israeli soldiers during the war and incorporated into Israel as Lod.

The second half of the book, then, consists primarily of Dannoun’s retelling of stories he has gleaned, from friends, family, and books, about Lydda in 1948. In focusing on these events, Khoury wades boldly into one of the most heated historiographical controversies about the war. The basic facts are not in dispute: on July 10-12, 1948, the city was conquered by Israeli forces and 35,000 of its Arab residents were expelled.

The debate centers on the number and circumstances of the Arab casualties during the fall of Lydda. In a 2013 article in The New Yorker drawn from his book My Promised Land, Ari Shavit wrote that some 250 Arab civilians were killed, most of them massacred in a mosque where they had taken refuge from the fighting. Shavit suggested that this was a deliberate war crime, committed as part of a wider Israeli strategy of ethnic cleansing: “Zionism had carried out a massacre in the city of Lydda,” he wrote. This agrees with the Palestinian historiography of the episode, but other historians have disputed the charge. Martin Kramer, for instance, has written that there is no evidence to support the figure of 250 Arab deaths, and that those who died were fighters who fell in battle, not victims of a massacre.

In My Name Is Adam, however, Khoury doesn’t focus on the actual fighting in Lydda, or even on the massacre. Rather, he is most concerned with the days and months after the fighting ended. In highly emotional prose, he records how the remaining Arab population was fenced in and forbidden to leave, except for a small party tasked with finding water, and how young men were tasked with burying the corpses that lay baking in the summer heat.

These tales are heartbreaking, and entirely credible: They could be scenes from any conquered city in the history of warfare. Yet Dannoun is haunted by the knowledge that the experience of the Arabs of Lydda remains open to doubt, because it was not recorded in documents of the kind that historians trust. Instead of evidence, he has to deal in memories wrested from silence: “I believe that the victims of this massacre didn’t tell its tales because these were etched into their souls and went with them everywhere throughout their lives of misery, and they could see no need to demonstrate the self-evident truth of what they had lived through.” It is precisely because of this silence that Dannoun is forced to tell their stories for them, to turn himself into a historical novelist.

Khoury excels at imagining the “how” that historical fiction is meant to capture. But when it comes to why things happened and what they meant, My Name Is Adam raises questions it fails to answer. Why, for instance, did the Israeli army conquer Lydda in 1948? A full explanation would require mentioning the 100,000 Jews who were slowly starving in Jerusalem, which was under siege by Arab forces; it was to open the road to Jerusalem that the Israelis launched their offensive against Lydda and Ramle. But Khoury doesn’t discuss this background, any more than he takes account of the reciprocal massacres that Jews and Arabs had been inflicting on one another for 20 years before 1948. The fall of Lydda appears to the reader as it must have to many of its inhabitants, as an inexplicable catastrophe, a bolt from the blue.

The main problem, however, lies in Khoury’s insistence on identifying what happened in Lydda with the Jewish experience in Europe during the Holocaust. The chief example is his use of the term “ghetto” to describe the Arab quarter of the conquered town. As Khoury acknowledges, this neighborhood was sealed off with fencing only for about a month, while the war went on. Yet he insists that the term applies equally well to Lydda and to Warsaw, where 400,000 Jews were held captive for two years until they were murdered in death camps.

recommended by: Leon Rozenbaum
Adam Dannoun cultivates a mystery about his origins and identity, telling people that he is actually a Jew who was born in the Warsaw Ghetto. Khoury suggests that this was not actually a lie: “I really was a son of the ghetto, and my claims to Polish origins and to being from Warsaw were no more than an appropriate metaphor to describe my childhood in Lydda,” Khoury writes. Dannoun approvingly quotes his Jewish Israeli girlfriend Dalia’s equation of Israel with Nazi Germany: “The Palestinians are the victims of the victims, and the Jewish victims have no right to behave like their executioners.” He refers to the Arabs conscripted to bury the dead at Lydda as “Sonderkommandos,” the term used for Jewish prisoners forced to empty the gas chambers at Auschwitz.

This kind of rhetoric is common enough, and to a reader who knows nothing more of the relevant history than what they read in My Name Is Adam, it might seem apt. But it is a vast distortion of the meaning, cause, and scale of what happened in 1948 to equate the suffering of the Palestinians at the hands of the Jews with the suffering of the Jews at the hands of the Nazis. Of course, it’s not incumbent on victims to place their tragedy in historical perspective: Each individual’s suffering is unique and deserves to be mourned on its own terms. But in comparing Lydda to Warsaw—and also, earlier in the book, to Sabra and Shatila—Khoury is precisely failing to mourn Lydda on its own terms. Perhaps this is a sign that 1948 does not yet belong to history, but remains in the bitterly contested zone of memory, myth, and politics.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Take a tour of Nazareth’s extraordinary street food.

Take a tour of Nazareth’s extraordinary street food

21see


In the Galilean city, best known for its Christian significance, a long-established and lively food culture is tempting an increasing number of culinary tourists.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kilka uwag o podwójnej lojalności

Kilka uwag o podwójnej lojalności

Andrzej Koraszewski


Jakub Baryła na Marszu Równości. (East News)

Są ludzie, którzy tak bardzo kochają swoją ojczyznę, że gotowi są zdradzić dla niej swoje człowieczeństwo. Najnowsza książka Grzegorza Gaudena dorzuca kolejny kamień na szaniec zbrodni naszych rodaków, którzy bez wątpienia łączyli głęboki patriotyzm z bandycką prywatą i brakiem ludzkich odruchów, długo i starannie kultywowanym przez chrześcijańską moralność.

Gauden przypadkiem odkrył patriotyczną zbrodnię z pierwszych dni naszej niepodległości, z listopada 1918 roku, staranie wymazaną z kart historii przez dobrych ludzi, którzy z miłości do ojczyzny wybierają kłamstwo i cichą solidarność z rodakami-zbrodniarzami.

Sto jeden lat temu, zaledwie kilkanaście godzin po odbiciu Lwowa z rąk Ukraińców, polscy patrioci wyruszają na orgię grabienia, gwałcenia i mordowania bezbronnych Żydów. Doskonale znamy te sceny patriotycznych zrywów z innych miejsc, ta orgia nieludzkiego patriotyzmu została skutecznie schowana przez historyków pod dywan, więc zapewne Grzegorz Gauden znajdzie się na czarnej liście dzisiejszych chrześcijańskich obrońców Ojczyzny.

Nie wiemy nawet dokładnie ilu Żydów zginęło wtedy we Lwowie z rąk polskich patriotów. Szacunki mają dużą rozpiętość, twierdzi się, że między 50 a 150 osób. Jest pewne, że obrabowano i spalono ponad 500 sklepów, głównego organizatora tej orgii patriotyzmu pochowano jako bohatera.

Kto sięgnie po tę książkę? Kilka może nawet kilkanaście tysięcy stałych czytelników, ludzi, którzy nie obawiają się konfrontacji z rzeczywistością, ludzi o podwójnej lub potrójnej lojalności.

Ksiądz profesor Józef Tischner powiedział kiedyś, że: „najpierw jestem człowiekiem, potem filozofem, potem długo, długo nic, a dopiero potem księdzem”. Narodowości przy tej okazji nawet nie wspomniał, jakby była gdzieś na jeszcze dalszym planie. Zarzut rzekomej niewystarczającej lojalności wobec polskości był dla naszych rodaków udawanym usprawiedliwieniem ich morderczych i bandyckich potrzeb.

Rzekomo niewystarczająca lojalność wobec polskości żydowskich ofiar jest nadal, po ponad stu latach, usprawiedliwieniem patriotycznego bohaterstwa przodków przez ich dzisiejszych prawnuków. Ci, którym patriotyzm wymazuje człowieczeństwo, nie tylko masowo uciekają od prawdy o niezliczonych mordach popełnianych najpierw pod wrażeniem chrześcijańsko-narodowej ideologii, potem pod osłoną niemieckich nazistów, z okazji tego, że mord był bezkarny, a wreszcie, już po klęsce nazistów, z obawy, że ktoś, kto przeżył, zechce odebrać dom, czy chociażby powierzoną na przechowanie walizkę, nie szczędzą również trudu, by opluć ofiary swoich przodków. Ta niezłomna lojalność wobec rodaków-zbrodniarzy nie tylko zwalnia z człowieczeństwa, daje poczucie świętości i wierności Prawdzie, prawdzie oczywiście przez duże P, ponieważ ta przez małe p jest nazbyt bolesna, a jej akceptacja grozi wiecznym potępieniem.

Lwów – kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918 Grzegorza Gaudena to tylko kolejna pozycja obok takich książek jak Sąsiedzi i Strach Jana Tomasza Grossa, My z Jedwabnego, Anny Bikont, Judenjagd Jana Grabowskiego, Tajemnice pana Cukra, Anny Karoliny Kłys, Spowiedź Calka Perechodnika, Młyny boże, Jacka Leociaka  i dziesiątek innych pozycji oferujących wspomnienia, badania i analizy tym, którzy odmawiają pogodzenia się z żądaniem, by patriotyzm i człowieczeństwo były wartościami niekompatybilnymi.

Małym wydarzeniem medialnym był niedawno heroiczny protest piętnastolatka, Jakuba Baryły, który chciał krzyżem zatrzymać marsz równości w Płocku. Na jednym ze zdjęć widzimy chłopca (właściwie dziecko), stojącego z wyciągniętym przed sobą krzyżem przed zwartym szeregiem uzbrojonych policjantów. Mocny przekaz, który naprawdę trudno zlekceważyć. (Z jakiegoś powodu to zdjęcie przypomniało mi podziw głęboko wierzącego przyjaciela dla muzułmańskich zamachowców-samobójców. Przyjaciel miał do nich obrzydzenie z powodów moralnych, ale nadal podziwiał ich wiarę silniejszą niż chęć życia). Trudno o wątpliwości, że głęboka wiara Jakuba Baryły jest z pogranicza pragnienia męczeństwa. Warto jej się przyjrzeć i uważnie posłuchać tego, co ten piętnastoletni człowiek sam o niej mówi.

Kanał wRealu24 nadał kilkunastominutowy wywiad z Jakubem Baryłą, w którym młody człowiek prezentował motywy swojego działania i podstawy swojej chrześcijańskiej wiary. Zapytany przez dziennikarza Marcina Rolę dlaczego „to” zrobił, zaczyna od „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i wyjaśnia, że to, co „oni” robią jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, że propaganda LGBT dociera do szkół, a na dodatek PiS nie wprowadził jeszcze całkowitego zakazu aborcji, „a przecież osoby, które to robią mają, co tu dużo mówić, krew małych dzieci na rękach”. Dziennikarz nie przerywa, Jakub Baryła kontynuuje, że chciał pokazać, iż „nie ma zgody na te profanacje, które tam się odbywały. Matka Boska z tęczową aureolą woła o pomstę do nieba. Katolicy muszą się bronić”. Młodzieniec dodaje z uśmiechem, że dostaje dużo gratulacji. Dziennikarz Marcin Rola zadaje pytanie, w jaki sposób, my, chrześcijanie mamy się bronić przez tą marksistowską, lewicową ideologią, dodając, że przecież my chrześcijanie jesteśmy tolerancyjni.

Piętnastoletni bohater wyjaśnia, że w szkole indoktrynowano go, iż tolerancja to jest po prostu szacunek do tego, że ktoś ma inne poglądy. Wyjaśnia dalej, że nie może być tolerancji dla zła, że zło trzeba zwalczać. Przywołuje Jezusa i mówi, że czasami trzeba używać siły. Więc gdyby był papieżem Franciszkiem, to powinno się wywalić wolnomularstwo i modernizm na zbity pysk. (Nie dowiadujemy się, jak definiuje zło, o co mu chodzi z tym wolnomularstwem ani skąd mu się wziął dziewiętnastowieczny modernizm).

Tu jednak (po 3 minutach i 25 sekundach rozmowy) mamy pierwszy sygnał informujący o nauczycielach młodzieńca. Baryła jest zwolennikiem mszy trydenckiej, czyli liturgii przedsoborowej. To ciekawe, bo to wiąże się z bodaj najbardziej konserwatywnym nurtem w Kościele katolickim. Trzeba wyplenić wszelką propagandę LGBT, mówi Baryła, „bo oni psują kulturę, naród, bo bardziej od wolnościowca, to jestem narodowcem”. Należy zakazać marszów równości, a osoby, które będą je organizowały, powinny być skazywane na karę więzienia lub grzywnę.

Na marginesie, młodzieniec wspomina, że narodowcy podczas swoich marszów nie powinni nikogo bić, ale najgorsze, że biorą na swoje sztandary tego mordercę i socjalistę Piłsudskiego. „Nie ma Kościoła katolickiego, który mówi coś modernistycznego, nie ma Kościoła katolickiego bez poszanowania dla wypraw krzyżowych, nie ma kościoła katolickiego bez reanimacji dobrego zdania o świętej inkwizycji. Kościół musi być walczący, żeby nasza wiara nie była szargana po ulicach…” powiada Jakub Baryła, dodając, że „musimy iść po trupach do celu, aby nasza wiara zajęła takie miejsce w życiu publicznym, jakie jej odebrał protestantyzm i aby zajęła takie miejsce jak należy”. Demokracja jest jednym z najgorszym z ustrojów, tylko monarchia katolicka jest dobrym ustrojem. Baryła nie ukrywa złego zdania o rządach PiS-u i o samym Kościele, to co jest, to kontynuacja komunizmu. „Tak naprawdę to wszystko jest satanizm, pod pokrywką, wszystko różne, każdy inny”.

Dziennikarz powraca do pytania o marsze równości, stwierdza, że jest to propaganda ewidentnie opłacana, organizowana przez te same osoby i pyta młodzieńca przez kogo i komu na tym zależy? W tym momencie (11.10 wywiadu) Baryła odpowiada, że przede wszystkim zależy na tym lewicy, bo to jest uderzenie w Kościół,

po drugie, to jest po prostu, uderzenie środowisk żydowskich, teraz mamy tą ustawę 447, yyy, no Żydzi chcą nas okraść, Żydzi chcą nas ograbić bezpodstawnie, a jeszcze chcą, żeby nasze dzieci były zwyczajnie pogubione w sensie umysłowym i chcą zrobić z naszych dzieci po prostu wariatów. Przyjechali do Płocka, jak powiedział… o Jezu, nie pamiętam nazwiska, no w każdym razie powiedział, że przyjechali, żeby tu zrobić gnój. […] oni przyjechali tu, po prostu rozwalić naród polski  i rozwalić Polskę, dlatego, żeby z Polski zrobić Polin…

Młodzieniec wyjaśnia pod koniec wywiadu, że nie zrobił tego dla sławy, ale Pan Bóg się nim posłużył. Wyznaje, że chce być księdzem, a uczyć chce się wyłącznie w Seminarium Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X, krótko mówiąc ma ambicję dołączenia do elitarnej grupy (dziś około 600 kapłanów) wyznawców arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, nie tylko zagorzałych tradycjonalistów, ale i pielęgnujących tradycję morderczego antysemityzmu.

Moglibyśmy w tym miejscu powiedzieć, że oglądaliśmy kukiełkę, a brzuchomówca ukrywa się gdzieś na parafii świętej Jadwigi w Płocku. Byłoby to jednak uproszczenie. Bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że oglądamy człowieka dobrze wychowanego, inteligentnego, oczytanego i, jak to bywa z nazbyt dobrymi uczniami, ufnie kroczącego śladami swoich nauczycieli.

Czy spotka na swojej drodze kogoś, kto go skłoni do zadawania pytań? Mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Chwilowo trudno sobie wyobrazić, żeby zaczął sięgać po książki takie jak książka Grzegorza Gaudena, a nawet jeśli to zrobi, to bez trudu znajdzie racjonalizację wypierającą refleksję.

Jego podwójna lojalność na pierwszym miejscu stawia wierność wobec sekty Bractwa Świętego Piusa X, na drugim, odczłowieczoną przez taką religijność tożsamość narodową. Jest ciekawy jako zjawisko, jako reprezentant odradzającej się siły, dla której człowieczeństwo i narodowość są wartościami wzajemnie wykluczającymi się.

Nic dziwnego, że wśród tych, którzy dostrzegli płomień narodowej wiary w oczach tego piętnastoletniego ukształtowanego człowieka znalazł się arcybiskup Marek Jędraszewski mówiący, że „to znak, który budzi nadzieję. W jego geście musimy widzieć sprzeciw młodych, którzy nie chcą godzić się na seks edukację w duchu zbrodniczych ideologii, uderzających w niewinność przedszkolnych dzieci”.

Marka Jędraszewskiego przewodniczący Episkopatu Polski, Stanisław Gądecki, porównał do księdza Jerzego Popiełuszki oraz proroków, którzy w przeszłości byli karani za „mówienie prawdy”. – Dziś prorocy także są obrzucani błotem — stwierdził Gądecki.

Wojenne werble stają się coraz głośniejsze, LGBT jest zaledwie pretekstem, wypaliła się kwestia aborcji, wypalił się „zamach smoleński”, dziś trzeba połączyć lojalność wobec sług Boga i narodu z walką z homoseksualizmem, bo to akurat rajcuje umysły i pozwala postawić mur między człowieczeństwem a tożsamością tych wiernych, którzy gotowi są iść trupach do celu. Boże młyny mielą coraz szybciej.


Andrzej KoraszewskiPublicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny. Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com