Otwarte systemy informacyjne liberalnych demokracji zostały stworzone, aby chronić wolność. Dziś należą do głównych narzędzi wykorzystywanych do jej atakowania.
.
Gdy wojna w Gazie zaczyna znikać z pierwszych stron gazet, pojawił się nowy konflikt, który zajął uwagę komentatorów i aktywistów. Wielu z tych, którzy przez miesiące z pasją mówili o „oporu” i „okupacji”, ma teraz równie silne opinie na temat konieczności szanowania suwerenności ekspansjonistycznego Islamskiego reżimu Iranu.
Ci, którzy nie zniknęli całkowicie w antyzachodniej otchłani, wydają się chwilowo zdezorientowani, próbując potępić Islamską Republikę, a jednocześnie wciąż obsadzać Izrael i Stany Zjednoczone w roli głównych złoczyńców. Inni, wykazując godną podziwu konsekwencję, po prostu rozszerzyli swoje poparcie na samą Islamską Republikę. Jest to spektakl, którego wcześniej nie widziałam na taką skalę w zachodnich środowiskach aktywistycznych, zwłaszcza tych, które postrzegają siebie jako humanitarne.
Według niektórych bardziej kreatywnych wyjaśnień to CIA lub Jimmy Carter w praktyce doprowadzili do powstania Islamskiej Republiki. Wymaga to pominięcia dość niewygodnej części historii Iranu, ale ma tę zaletę, że jest elegancko proste. Zgodnie z tą logiką, gdy kobieta zostaje pobita za niewłaściwie noszony hidżab, za to również ostatecznie można obwinić Amerykę. Podobnie jak za wszelkie ofiary uboczne podczas prób uderzenia w reżim. Trudna robota.
Być może osiągnęliśmy szczyt moralnej inwersji, skoro widzimy czuwania ku czci ajatollaha organizowane przez te same środowiska, które świętowały zabójstwo amerykańskiego aktywisty politycznego Charliego Kirka, ponieważ uznały go za „szerzącego nienawiść”. Albo może weszliśmy w jakąś parodystyczną symulację.
Jak do tego doszło?
Obserwowanie tego procesu przypomina o czymś, co w ciągu ostatnich dekad stawało się coraz bardziej oczywiste: współczesne konflikty toczą się nie tylko przy użyciu broni, ale także poprzez narracje. W tej walce nie jesteśmy jedynie widzami. Jesteśmy polem bitwy.
Sądząc po zamieszaniu, które obecnie obserwujemy, wojna informacyjna dla kogoś przebiega wyjątkowo dobrze. Niestety, tym kimś rzadko jest Zachód.
Część powodów ma charakter psychologiczny. Ludzie, jako istoty plemienne, często przychodzą na miejsce z już gotowymi wnioskami, a następnie szukają dowodów, które je potwierdzą. Na Zachodzie wiele założeń kształtujących debatę publiczną powstało w wyniku dziesięcioleci kulturowego kształtowania poprzez edukację, media i politykę.
Po katastrofie nazizmu wiele zachodnich społeczeństw było zdeterminowanych, by udowodnić, że są przeciwieństwem tego, co go zrodziło. Rezultatem była głęboka nieufność wobec nacjonalizmu i siły państwowej, połączona z silnym przywiązaniem do tolerancji i praw mniejszości.
Z czasem ten instynkt przerodził się w nadmierną korektę. Duże części świata zachodniego funkcjonują dziś w przekonaniu, że państwa zachodnie są wyjątkowo potężne i wyjątkowo winne imperializmu oraz niewolnictwa, a zatem zwykle są agresorem.
Izrael zajmuje szczególne miejsce w tej moralnej hierarchii: zawsze agresor, często przedstawiany jako przedłużenie amerykańskiej potęgi. Nic dziwnego, że wrogie podmioty szybko nauczyły się wykorzystywać ten moralny odruch poprzez wojnę medialną szybciej, niż my nauczyliśmy się ją rozpoznawać.
Zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu tego, co szybko staje się konfrontacją USA–Izrael–Iran–i połowy Bliskiego Wschodu, ten odruch powrócił niemal słowo w słowo: „Netanjahu zbombardował szkołę”. Niektóre narracje starzeją się jak dobre wino.
W tragicznym przypadku szkoły w Minab na południu Iranu fakty tego, co się wydarzyło, pozostają niejasne (mimo niezwykłej pewności, z jaką internet — w każdym obozie ideologicznym — już to wyjaśnił) i ustalenie ich zajmie czas. Jednak gwałtowna debata, która po tym wybuchła, ujawniła, jak bardzo ideologicznie opętany stał się nasz dyskurs publiczny oraz jak łatwo części mediów i organizacji pozarządowych przyjmują za dobrą monetę słowa propagandystów Islamskiej Republiki.
W październiku 2023 roku, w pierwszych tygodniach wojny w Gazie, eksplozja w szpitalu Al-Ahli Arab wywołała niemal identyczną lawinę informacyjną. W ciągu minut świat usłyszał, że Izrael zbombardował szpital i zabił setki cywilów — twierdzenie to jako pierwszy rozpowszechnił kontrolowany przez Hamas resort zdrowia w Gazie. Późniejsze dowody wskazywały na rakietę wystrzeloną z samej Gazy, która spadła na teren szpitala, a wstępne liczby ofiar zostały później obniżone do kilkunastu.
Ale wtedy nie miało to już większego znaczenia. Narracja zdążyła obiec świat, wywołując reakcje rządów, protesty i nagłówki na pierwszych stronach gazet. Nie wyciągnięto z tego żadnej lekcji. Ta sama dynamika rozgrywa się teraz ponownie — tym razem z udziałem sponsora Hamasu, Islamskiej Republiki.
Islamska Republika prowadzi jeden z najbardziej kontrolowanych systemów medialnych na świecie. Gdy nasilają się niepokoje, reżim rutynowo wyłącza internet, odcinając Irańczyków od komunikacji ze światem zewnętrznym i pozostawiając państwową telewizję jako główne źródło informacji.
Nawet bez całkowitej blokady dziennikarstwo funkcjonuje tam pod surowymi ograniczeniami, a organizacje monitorujące wolność prasy regularnie umieszczają Iran niemal na samym końcu globalnych rankingów. W takich systemach media działają mniej jako niezależni strażnicy, a bardziej jako instrumenty przekazu państwowego, a praca zagranicznych dziennikarzy często odbywa się wyłącznie za zgodą reżimu.
Niebezpieczeństwo polega na tym, że narracje powstające w tak ściśle kontrolowanych systemach informacyjnych często przenikają do znacznie bardziej otwartych środowisk medialnych. Społeczeństwa przyzwyczajone do wolnej prasy często zakładają, że podobne normy obowiązują wszędzie, przez co są podatne na mylenie propagandy państwowej z niezależnym reportażem.
Wielu tych, którzy przez lata przywoływali „dzieci Gazy” jako moralny okrzyk mobilizujący — w dużej mierze oparty na danych i narracjach publikowanych przez kontrolowane przez Hamas ministerstwo zdrowia — zdaje się teraz odkrywać swoje współczucie dla irańskich dzieci szkolnych w podobnych okolicznościach: gdy można obwinić Stany Zjednoczone lub Izrael i gdy twierdzi tak Islamska Republika. Odwołanie się do irańskiej telewizji państwowej pełni obecnie funkcję swoistej struktury pozwolenia: podaj źródło, zaznacz, że nie można go niezależnie zweryfikować — ale i tak powtórz twierdzenie. To ten sam model, którego wiele redakcji używało podczas wojny w Gazie.
Ustalenie tego, co naprawdę wydarzyło się w konflikcie, wymaga czasu. Dowody trzeba zebrać, zweryfikować i potwierdzić. Tymczasem media społecznościowe zachęcają do odwrotnego zachowania — popychając miliony ludzi do wyciągania absolutnych wniosków w ciągu minut. Większość z nas nie jest śledczymi ani analitykami wywiadu, ale architektura współczesnego środowiska informacyjnego zachęca nas do zachowywania się tak, jakbyśmy nimi byli.
Platformy społecznościowe dramatycznie przyspieszają tę dynamikę. Ich algorytmy nie nagradzają niepewności, niuansów ani weryfikacji. Nagradzają szybkość i oburzenie. Twierdzenie, które wywołuje gniew lub potwierdza podejrzenia danego „plemienia”, może okrążyć świat, zanim ktokolwiek ustali, czy jest prawdziwe.
Innym powodem, dla którego takie narracje rozprzestrzeniają się tak szybko, jest fakt, że wiele zachodnich instytucji funkcjonuje w tym samym ekosystemie informacyjnym. Dziennikarze, organizacje pozarządowe, grupy wsparcia i instytucje międzynarodowe często polegają na tych samych lokalnych źródłach, aktywistach, sieciach reporterskich i pośrednikach. Gdy jakaś teza trafi do tego ekosystemu, może zostać powtórzona w wielu mediach, aż zacznie wyglądać jak szerokie, niezależne potwierdzenie. W rzeczywistości często prowadzi do tego samego niewielkiego zestawu źródeł.
Nie jest to zjawisko unikalne dla jednego konfliktu ani jednej frakcji politycznej. To dobrze udokumentowany problem strukturalny w relacjonowaniu konfliktów — szczególnie w miejscach, gdzie niezależna weryfikacja jest niezwykle trudna.
Dla przeciwników, którzy w najbliższym czasie nie mogą pokonać Zachodu militarnie, logika jest prosta: uderzyć w naszą spójność, wiarygodność i wewnętrzną pewność siebie. Wpływać na narrację. Kształtować percepcję publiczną. Podkopywać legitymację od środka. To nie teoria spiskowa — to strategia stosowana od dziesięcioleci.
Zachodni obserwatorzy mogli to zauważyć podczas wyborów w USA w 2016 roku, gdy rosyjskie kampanie dezinformacyjne stały się poważnym problemem politycznym. Dochodzenia udokumentowały skoordynowane farmy trolli, sieci botów i fałszywe tożsamości internetowe rozpowszechniające wprowadzające w błąd narracje w mediach społecznościowych oraz wzmacniające polaryzujące treści.
W tamtym czasie zagrożenie traktowano bardzo poważnie. Komentatorzy — zwłaszcza po lewej stronie sceny politycznej i w mediach — ostrzegali, że wrogie państwa odkryły nową potężną formę wojny: manipulowanie środowiskiem informacyjnym otwartych społeczeństw.
Wróćmy do teraźniejszości — i wiele z tych samych głosów, które przez lata alarmowały o rosyjskiej dezinformacji, wydaje się znacznie mniej ostrożnych, gdy narracje korzystne dla Islamskiej Republiki Iranu krążą w tym samym ekosystemie medialnym, który często wzmacnia rosyjską propagandę.
Najwyraźniej zagraniczna propaganda jest niezwykle niebezpieczna — chyba że potwierdza coś, w co już chcieliśmy wierzyć.
Jest to szczególnie godne uwagi w kontekście pogłębiającej się w ostatnich latach współpracy między Iranem a Rosją. Iran dostarczał drony wykorzystywane przez Rosję w Ukrainie, a oba rządy współpracują gospodarczo, aby omijać zachodnie sankcje. Ich zbieżność wykracza jednak poza współpracę militarną i ekonomiczną: oba reżimy intensywnie inwestują w wojnę narracyjną mającą wpływać na globalną opinię publiczną.
Nie jest to zresztą nowe zjawisko. Jednym z najbardziej znaczących wydarzeń poprzedzających rewolucję irańską w 1979 roku był pożar kina Rex w Abadanie w 1978 roku, w którym zginęły setki ludzi. Choć późniejsze dowody sugerowały, że odpowiedzialni byli islamscy bojownicy, szybko rozeszły się pogłoski, że ogień podłożyła tajna policja szacha. Oskarżenie to podsyciło społeczne oburzenie i przyspieszyło rewolucyjny impet przeciwko monarchii.
Ta lekcja pokazuje, jak narracje — gdy zakorzenią się w ekosystemie politycznym — mogą kształtować wydarzenia w świecie rzeczywistym jeszcze zanim zostanie ustalona prawda, tworząc krytyczne okna czasowe, w których percepcja publiczna może zostać zdecydowanie ukształtowana.
Współczesne konflikty to nadal starcia między siłami zbrojnymi, ale coraz częściej również toczą się poprzez obrazy, historie i mobilizację emocjonalną, które natychmiast rozchodzą się w globalnym systemie informacyjnym. Walka o legitymację bywa równie ważna jak walka na polu bitwy.
W dążeniu Zachodu do promowania różnorodności, sprawiedliwości i otwartości znaczna część jego kultury medialnej i instytucjonalnej stała się bardzo przepuszczalna dla aktywizmu ideologicznego oraz operacji wpływu. Naciski te pochodzą z wielu kierunków: od sieci powiązanych z długoterminową strategią „cywilizacyjnego dżihadu” Bractwa Muzułmańskiego, przez ekosystemy propagandowe Iranu, po kampanie soft power państw takich jak Katar, Chiny czy Rosja.
Otwarte społeczeństwa są pod tym względem jednocześnie silne i podatne na wpływy. Ich instytucje działają niezależnie, środowiska medialne są pluralistyczne, a debata jest zachęcana, a nie kontrolowana. Państwa autorytarne natomiast ściśle kontrolują własne środowiska informacyjne, jednocześnie działając swobodnie w naszych. Nie muszą cenzurować zachodnich mediów czy uniwersytetów — wystarczy, że wprowadzają narracje do systemów, które już są skłonne je wzmacniać.
Z czasem narracje te przenikają przez sieci aktywistyczne, organizacje pozarządowe, redakcje medialne i instytucje akademickie, kształtując sposób interpretowania konfliktów oraz reakcji politycznych. Bez większej dawki sceptycyzmu irańskie media państwowe lub podobni przeciwnicy mogą opublikować twierdzenie i obserwować, jak eksploduje ono w naszych systemach informacyjnych — wywołując oburzenie, protesty i żądania działania, na długo zanim fakty zdążą je dogonić.
A po pewnym czasie okazuje się, że reżimy, które więżą kobiety i wieszają dysydentów, mają zachodnich aktywistów broniących ich w imię praw człowieka.
Otwarte systemy informacyjne liberalnych demokracji zostały stworzone, aby chronić wolność. Dziś należą do głównych narzędzi wykorzystywanych do jej atakowania. Niewygodne pytanie brzmi: dlaczego tak wielu z nas samych uczestniczy w tym procesie, wzmacniając narracje służące naszym przeciwnikom, gdy z taką gorliwością chcemy potępiać Zachód.
Rozpoznanie tej dynamiki nie wymaga bronienia każdej polityki czy działania Zachodu. Wymaga jednak uznania, jak łatwo można kształtować percepcję, gdy emocjonalnie silne narracje wyprzedzają weryfikację. W wielu przypadkach konsensus w zachodnich mediach i środowisku akademickim jest dla przeciwników takich jak Iran czy Rosja bardziej wartościowy niż pocisk rakietowy.
Gdy narracja się utrwali, jej konsekwencje polityczne mogą osłabić i podzielić nasze społeczeństwa, zwracając nas przeciwko sobie nawzajem i przeciwko naszym własnym interesom. To strategiczna przewaga, którą współcześni przeciwnicy nauczyli się wykorzystywać.
Link do oryginału:
How the Islamic Republic Infiltrates Western Societies
Future of Jewish is the ultimate newsletter by and for people passionate about Judaism and Israel. Subscribe to better understand and become smarter about the Jewish world…
Lucy Tabrizi pisze o polityce, filozofii, religii, etyce i historii.