
Irański gambit w Zatoce
Hussein Aboubakr Mansour
Być może to właściwy dzień, by przypomnieć, że mimo podobieństw w owłosieniu twarzy Iran nie jest Hamasem. Jego rakiety nie są domowej roboty pociskami wystrzeliwanymi bez systemów naprowadzania z gruzów zawalonego budynku UNRWA. Gdy irańskie rakiety uderzają w lotnisko lub hotel Fairmont w Dubaju, trafiają w Dubaj dlatego, że ktoś w Teheranie zdecydował, iż tak ma być — to świadomy wybór strategiczny, a nie przypadek wynikający z bezładnego ostrzału.
Istnieje tu wyraźna strategia. Pytanie brzmi, czy jest ona rozsądna.
Desperacki gambit Teheranu staje się coraz bardziej czytelny. Model gospodarczy państw Zatoki — przede wszystkim model Emiratów — opiera się na obietnicy oazy stabilności w sąsiedztwie chaosu: że kapitał przepływa swobodnie, że turyści, biznesmeni, rosyjscy oligarchowie i kobiety z Europy Wschodniej przybywają bezpiecznie, że linia horyzontu zawsze olśniewa. PKB państw Zatoki jest w istocie wskaźnikiem zaufania. Uderz w lotniska, hotele, dzielnice handlowe Dubaju, Dohy czy Manamy, a uderzysz w fundament całego projektu dywersyfikacji postnaftowej. Iran wyraźnie zakłada, że nadzwyczaj niska tolerancja państw Zatoki na zmienność gospodarczą przełoży się na polityczną presję na Waszyngton, by zakończył operację, zanim osiągnie ona swoje cele.
Istnieją powody, by sądzić, że ten zakład może się powieść, a Teheran nie działa tu irracjonalnie. Główna strategiczna korekta w polityce zagranicznej państw Zatoki w ciągu ostatnich pięciu lat — zwrot ku balansowaniu między Rosją i Chinami oraz to, co Rijad i Abu Zabi nazywały „dywersyfikacją portfela” — była napędzana właśnie tym doświadczeniem. Wspierane przez Iran ataki na Rijad (2019) i na instalacje naftowe Abu Zabi (2022), którym Stany Zjednoczone nie zdołały ani zapobiec, ani na nie znacząco odpowiedzieć, nauczyły przywódców Zatoki lekcji, której nie zapomnieli: amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa są warunkowe, sporadyczne i zawodne. Teheran wyciągnął z tej sytuacji lekcję po drugiej stronie — że uderzanie w infrastrukturę gospodarczą Zatoki przynosi rezultaty polityczne nieproporcjonalne do poniesionych nakładów militarnych. Sam Trump jest tu wielkością znaną; preferuje krótkie zaangażowania, spektakularne deklaracje i szybkie wyjścia z jeszcze bardziej bombastycznymi oświadczeniami na Truth Social. (Nie mogę się doczekać, by opowiedzieć moim dorosłym dzieciom o dniu, w którym Trump pogratulował „obu stronom” zakończenia „udanej wojny”). Irańskie kalkulacje zakładają, że długotrwała kampania zakłóceń gospodarczych w całej Zatoce złamie amerykańską wolę polityczną, zanim złamie Islamską Republikę.
Tym razem jednak Teheran może się poważnie przeliczyć.
Różnica polega na skali. Poprzednie irańskie ataki były możliwe do wyparcia się, ograniczone i punktowe — tu atak dronem na instalację Aramco, tam atak pełnomocników na Abu Zabi — wystarczające, by wysłać sygnał bez wymuszania strategicznego zwrotu ku akceptacji kosztów. To, co wydarzyło się w ten weekend, jest jakościowo inne. Iran wystrzelił jednocześnie pociski balistyczne na terytorium Arabii Saudyjskiej, ZEA, Kataru, Kuwejtu, Bahrajnu i Jordanii, zabijając cywilów w Abu Zabi, uderzając w hotele w Dubaju, trafiając w lotniska i atakując infrastrukturę gospodarczą oraz cywilną wszystkich stolic GCC poza Maskatem. Rozróżnienie między wyważonym sygnałem a aktem wojny przeciwko całemu systemowi Zatoki naraz nie jest kwestią interpretacji.
To zaś najpewniej całkowicie zmienia logikę polityczną w porównaniu z poprzednimi epizodami. Gdy zagrożenie było sporadyczne i możliwe do wyparcia się, balansowanie miało sens — utrzymywać kanały z Teheranem, dywersyfikować partnerstwa, unikać wciągnięcia w amerykańską konfrontację, która mogłaby zakończyć się bez rozstrzygnięcia. Kiedy irańskie rakiety spadają na twoje hotele, lotniska i dzielnice mieszkaniowe w biały dzień, balansowanie przestaje być realną strategią, a staje się niebezpieczną kapitulacją, niosącą większe ryzyko dla przyszłości i stabilności.
Państwa Zatoki nie wybrały tej wojny, lecz decyzja Iranu o uderzeniu w ich terytorium nie była — jak twierdzi Teheran — jedynie odwetem za amerykańskie aktywa na ich ziemi. Była to świadoma strategia wykorzystania gospodarczej kruchości Zatoki przeciwko Waszyngtonowi — tak, by koszt operacji spadł na państwa najbardziej skłonne domagać się jej natychmiastowego zakończenia. Amerykańskie bazy stanowiły jedynie pretekst, lecz prawdziwymi celami są hotele, lotniska i dzielnice handlowe, ponieważ to właśnie takich obrazów przywódcy Zatoki nie mogą pozwolić, by pokazywały się w międzynarodowej telewizji. Teheran właśnie pokazał, w najbardziej dosadny sposób, że neutralność nie daje ochrony przed reżimem, który traktuje swoich sąsiadów jako cele niezależnie od ich stanowiska dyplomatycznego.
Moja ocena jest taka, że stolice Zatoki są teraz znacznie bardziej skłonne naciskać na Waszyngton, by „dokończył robotę” — mocniej, szybciej i bardziej zdecydowanie — niż by domagać się przedwczesnego zawieszenia broni. Wiele wczesnych sygnałów to potwierdza. ZEA i inne państwa Zatoki ogłosiły kary dla każdego, kto filmuje ataki i uszkodzone budynki — nie jest to postawa rządu szykującego się do proszenia o pokój, lecz takiego, który zarządza środowiskiem informacyjnym w perspektywie przedłużającej się walki. Oświadczenia Emiratów i Arabii Saudyjskiej zostały wyważone tak, by wysłać Teheranowi jasny sygnał: że ataki na terytorium Zatoki raczej legitymizują operację, niż ją podważają, co oznacza gotowość do ponoszenia kosztów. MbS nie zadzwonił do MbZ, by omawiać deeskalację, lecz dlatego, że zdesperowany Iran, który właśnie uderzył w arabskie stolice w zasięgu rakiet, stanowi większe zagrożenie niż Iran pokonany i wymaga koordynacji wykraczającej poza ich własne spory.
Logika stanowiska Zatoki została w praktyce odwrócona względem tego, czego oczekiwał Iran: ryzykiem nie jest już to, że operacja eskaluje zbyt daleko, lecz że zakończy się zbyt wcześnie, pozostawiając przy władzy reżim, który zademonstrował zarówno wolę, jak i zdolność do uderzania w gospodarcze serce Zatoki i który będzie szukał odwetu.
Jednak tolerancja państw Zatoki — jakkolwiek dziś stanowcza — nie jest nieskończona. Ich przywódcy sięgają do ograniczonego rezerwuaru kapitału politycznego i gospodarczego, by absorbować koszty irańskiego odwetu — a ten rezerwuar ma dno, które zbliża się szybciej, jeśli Iran eskaluje z hoteli i lotnisk na infrastrukturę krytyczną — zakłady odsalania, sieci energetyczne, systemy, od których fizycznie zależy życie w Zatoce. Każdy dzień, w którym irańskie rakiety nadal uderzają w terytorium Zatoki bez widocznego osłabienia zdolności Teheranu do ich wystrzeliwania, przybliża moment, w którym kalkulacja ponownie się odwróci.
Waszyngton i Jerozolima działają w istocie pod presją zegara wyznaczanego nie tylko przez ich własne harmonogramy wojskowe, lecz także przez malejącą tolerancję Zatoki na to przedłużające się uderzenie. Operacja musi zatem w sposób widoczny sparaliżować zdolność Iranu do projekcji siły w Zatoce, zanim wola polityczna, która obecnie ją podtrzymuje, wyczerpie się.
Zakład Teheranu polegał na tym, że nietolerancja Zatoki wobec zmienności przeważy nad postrzeganiem zagrożenia — był to rozsądny zakład w świetle precedensów wcześniejszych prowokacji, które przyniosły nieproporcjonalne ustępstwa polityczne. Lecz wcześniejsze precedensy dotyczyły ukłuć szpilką, nie salw. Iran pokazał właśnie przywódcom Zatoki, w ciągu jednego poranka, co Islamska Republika robi, gdy zostaje przyparta do muru — a odpowiedzią na tę demonstrację najpewniej nie będzie ugoda.
Link do oryginału
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com
