Globalna Lewica prowadzi wojnę z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi


Globalna Lewica prowadzi wojnę z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi

Vanessa Berg


Teoretycznie podstawowa odpowiedzialność przywódców politycznych jest prosta: chronić bezpieczeństwo oraz długoterminowe interesy swoich państw i ich sojuszników. W praktyce odpowiedzialność ta coraz częściej bywa podporządkowywana odruchom ideologicznym, szczególnie w dużych segmentach globalnej lewicy.

Rezultatem jest niezwykły paradoks. W momencie, gdy autorytarne reżimy rozszerzają swoje wpływy i destabilizują system międzynarodowy, wiele zachodnich ruchów politycznych wydaje się bardziej zdeterminowanych, by sprzeciwiać się Izraelowi i Stanom Zjednoczonym, niż konfrontować reżimy, które otwarcie im zagrażają.

Znaczna część tej dynamiki koncentruje się wokół Iranu.

Od dziesięcioleci Islamska Republika definiuje samą siebie poprzez wrogość wobec Stanów Zjednoczonych i Izraela. Założycielska teza reżimu — skandowana na ulicach i instytucjonalizowana w systemie edukacji, mediach, meczetach i ogólnej ideologii — brzmi: „Śmierć Ameryce” i „Śmierć Izraelowi”. Jego pełnomocnicy zabili setki Amerykanów, jego milicje destabilizują liczne państwa Bliskiego Wschodu, a przywódcy otwarcie wzywają do zniszczenia Izraela.

A jednak w zachodnim dyskursie politycznym główna podejrzliwość często kierowana jest nie wobec Teheranu, lecz wobec Waszyngtonu i Jerozolimy.

Weźmy pod uwagę niedawne słowa amerykańskiego senatora Marka Warnera, najwyższego rangą Demokraty w senackiej komisji ds. wywiadu, który powiedział, że „nie było bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych ze strony Irańczyków”. To stwierdzenie ignoruje niemal pół wieku rzeczywistości.

Od czasu rewolucji irańskiej w 1979 roku Islamska Republika prowadzi nieustanną kampanię wrogości wobec Stanów Zjednoczonych, Izraela i ich sojuszników. Amerykańskie ambasady były atakowane. Amerykańscy żołnierze ginęli. Izrael zmagał się z tysiącami ataków rakietowych ze strony grup szkolonych i finansowanych przez Iran. Sieci terrorystyczne finansowane przez Teheran działają na całym Bliskim Wschodzie i poza nim. Jeśli to nie stanowi ciągłego zagrożenia, trudno wyobrazić sobie, co mogłoby nim być.

Czy Mark Warner nie pamięta kryzysu zakładników w Iranie w 1979 roku, kiedy 66 Amerykanów — w tym dyplomatów i personel cywilny — zostało wziętych jako zakładnicy w ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Teheranie, a 52 z nich przetrzymywano aż do stycznia 1981 roku?

Podobnie lider Demokratów w Senacie, Chuck Schumer, powiedział niedawno, że uzasadnienie administracji Trumpa dla działań militarnych przeciw Iranowi uważa za „całkowicie i zupełnie niewystarczające”. Jakich odpowiedzi jeszcze potrzeba, skoro centralnym hasłem reżimu pozostaje „Śmierć Ameryce”, a ponadto przez dekady okłamywał świat w sprawie swojego niebezpiecznego programu broni nuklearnej?

Nic dziwnego, że podobny schemat pojawia się w całej Europie.

Hiszpania podobno odmówiła zgody na wykorzystanie niektórych baz przez Stany Zjednoczone do uderzeń na cele w Iranie. Brytyjski premier Keir Starmer początkowo zablokował użycie brytyjskich baz przez Amerykanów. Prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegł, że „wybuch wojny między Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i Iranem niesie poważne konsekwencje dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa”, dodając, że „trwająca eskalacja jest niebezpieczna dla wszystkich. Musi się zakończyć”. Tymczasem rutynowe działania i retoryka Islamskiej Republiki już od 1979 roku mają poważne konsekwencje dla międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa i stanowią główną przyczynę tej „eskalacji”.

Korpus Strażników Rewolucji zbudował sieć terrorystycznych pełnomocników rozciągającą się od Libanu po Jemen. Iran destabilizował Irak, podsycał wojnę domową w Syrii, uzbrajał Hezbollah i Hamas oraz zagrażał szlakom żeglugowym, którymi transportowana jest duża część światowych dostaw energii.

Prawdziwe pytanie nie brzmi, czy konfrontacja z tym reżimem niesie ryzyko. Pytanie brzmi: jak długo wolny świat ma jeszcze znosić rząd wyznający kult śmierci, którego ideologia opiera się na eksporcie islamizmu, przemocy i destabilizacji?

Sekretarz wojny USA Pete Hegseth niedawno ostro zestawił Izrael z tym, co określił jako niezdecydowanych sojuszników, mówiąc:

„Izrael ma również jasne cele, za co jesteśmy wdzięczni. Kompetentni partnerzy — jak mówimy od początku. Kompetentni partnerzy to dobrzy partnerzy, w przeciwieństwie do wielu naszych tradycyjnych sojuszników, którzy załamują ręce i oburzają się, kręcąc głowami i wahając się w sprawie użycia siły”.

Europejska niechęć jest szczególnie zagadkowa, ponieważ zreformowany Iran — nie rządzony już przez reżim islamistyczny — byłby prawdopodobnie znacznie bardziej zbieżny z interesami Zachodu. Osłabiłby także Rosję, jednego z kluczowych partnerów strategicznych Islamskiej Republiki. Dla Europy powinno to mieć znaczenie. Rosja pozostaje głównym geopolitycznym zagrożeniem dla kontynentu. Iran, który przestałby być sojusznikiem Moskwy, zmieniłby układ strategiczny na wiele sposobów korzystnych dla Zachodu. A jednak wielu zachodnich przywódców wydaje się bardziej komfortowo ostrzegać przed eskalacją niż konfrontować reżim, który stworzył kryzys.

Kontrast z Izraelem nie mógłby być większy. Jak napisał znany arabsko-izraelski influencer Nuseir Yassin, znany jako Nas Daily, po skoordynowanych atakach USA i Izraela na Islamską Republikę:

„Dziś jestem dumny z tego, że jestem Izraelczykiem. Pomimo całego zawstydzania. Pomimo wszystkich ‘rezolucji’ ONZ. Pomimo wszystkich akademików. Pomimo całej presji w internecie. Izrael oczyszcza Bliski Wschód z radykalnych religijnych terrorystów. Jeden po drugim. Nie podziękują nam za to. Ale ktoś musiał wykonać tę pracę”.

Podział nie jest tylko geopolityczny; jest także kulturowy. Jeden szeroko rozpowszechniony film w internecie sugerował niedawno, że Europa wydaje się bardziej skupiona na regulacjach dotyczących prywatności danych i celach efektywności energetycznej niż na zagrożeniach militarnych dla własnego bezpieczeństwa.

Tymczasem Izraelczycy działają na poziomie strategicznej jasności. Niemal każdy Izraelczyk — w całym spektrum społeczno-politycznym — popiera wysiłki mające na celu osłabienie irańskich zdolności militarnych i nuklearnych. Dotyczy to także polityków, którzy zaciekle sprzeciwiają się premierowi Benjaminowi Netanjahu i jego partii Likud w niemal każdej kwestii wewnętrznej. Nawet Jair Golan, prominentna postać izraelskiej lewicy, napisał niedawno:

„Eliminacja Chameneiego to dramatyczny i znaczący krok. Siły bezpieczeństwa Izraela, razem z siłami amerykańskimi, po raz kolejny wykazały wyższość wywiadowczą i imponujące zdolności operacyjne. Oddaję wam salut”.

Taki poziom jedności narodowej jest uderzający.

Skontrastujmy to z organizacjami takimi jak J Street, która określa się jako „pro-izraelska, pro-pokojowa i pro-demokratyczna”. Grupa ta niedawno oświadczyła, że jest „zszokowana lekkomyślną decyzją prezydenta Trumpa o rozpoczęciu wojny z wyboru przeciwko Iranowi”. Jeśli jednak rząd Iranu od dawna jest antyizraelski, antydemokratyczny i anty-pokojowy, to jak J Street może jednocześnie sprzeciwiać się tej wojnie i określać swoją linię jako „pro-Izrael, pro-pokój, pro-demokracja”? Hipokryzja jest zdumiewająca.

Jeśli już, to globalna lewica powinna być pierwszą, która będzie kibicować upadkowi Islamskiej Republiki. To rząd, który uciska kobiety, wykonuje egzekucje na dysydentach, więzi dziennikarzy, prześladuje mniejszości religijne i brutalnie tłumi własne społeczeństwo, gdy tylko odważy się ono domagać wolności. Kryminalizuje homoseksualność, narzuca rządy teokratyczne poprzez przemoc i eksportuje ekstremizm w całym regionie. Według niemal każdego kryterium, które globalna lewica deklaruje jako ważne — prawa człowieka, demokracja, równość płci i wolność słowa — Islamska Republika należy do najbardziej opresyjnych reżimów na świecie.

A jednak gdy pojawia się możliwość, że reżim ten może zostać osłabiony lub nawet upaść, wiele z tych samych głosów, które twierdzą, że bronią tych wartości, nagle znajduje powody do wahania, sprzeciwu lub potępienia sił, które się z nim konfrontują. Gdzie to ma sens?

Ideologiczny podział widoczny jest także w przekazie medialnym. Lewicowo nastawiona prasa często stosuje większy sceptycyzm wobec demokratycznych przywódców, takich jak Donald Trump czy Benjamin Netanjahu, niż wobec autorytarnych reżimów. Po zabójstwie irańskiego przywódcy Alego Chameneiego przez Izrael „New York Times” opublikował nagłówek:

„Ajatollah Ali Chamenei, twardogłowy duchowny, który uczynił Iran regionalną potęgą, zmarł w wieku 86 lat”.

Jedno z kont w mediach społecznościowych wyobraziło sobie, jak gazeta mogłaby opisać śmierć Hitlera:

„Führer Adolf Hitler, kochający psy artysta, który uczynił Niemcy światową potęgą, zmarł w wieku 56 lat”.

Porównanie może być przesadzone, ale wskazuje na głębszy problem: gdy przywódcy demokracji traktowani są jako szczególnie podejrzani, podczas gdy postacie autorytarne przedstawia się z kliniczną neutralnością, a czasem nawet z niechętnym podziwem, moralny krajobraz zostaje zniekształcony.

Ta sama deformacja pojawia się w ciągłym porównywaniu dzisiejszego konfliktu z wojnami w Iraku i Afganistanie. To porównanie jest intelektualnie leniwe i historycznie nieprecyzyjne. Irak oznaczał inwazję lądową i długotrwałą okupację mającą na celu odbudowę całego państwa. Afganistan stał się dwudziestoletnią kampanią kontrpartyzancką z udziałem setek tysięcy żołnierzy i ogromnymi ambicjami budowy państwa.

Obecne działania mające na celu osłabienie irańskiego programu nuklearnego i infrastruktury wojskowej niewiele mają wspólnego z tymi wojnami. Są znacznie bliższe ukierunkowanej kampanii strategicznej mającej zapobiec zdobyciu broni nuklearnej przez wrogi reżim i ograniczyć jego destrukcyjny wpływ regionalny. Zrównywanie tych sytuacji nie rozjaśnia debaty — ono ją zaciemnia. Jest na to określenie: manipulacja.

Głębsza ironia polega na tym, że wiele z tych samych ruchów politycznych, które przywołują Irak jako przestrogę, popierało porozumienie nuklearne z Iranem wynegocjowane w 2015 roku. W lipcu 2015 roku ówczesny prezydent USA Barack Obama zadzwonił nawet do Władimira Putina, by podziękować mu za pomoc w zabezpieczeniu porozumienia — co było niezwykłym gestem, biorąc pod uwagę wrogie relacje Rosji z Zachodem. Umowę szeroko promowano jako triumf dyplomacji. W rzeczywistości odsunęła ona w czasie ambicje nuklearne Iranu, zamiast je wyeliminować, i w dużej mierze opierała się na założeniu o przestrzeganiu jej przez sam Iran.

Kiedy później ujawniono wewnętrzną korespondencję pokazującą, że administracja Obamy celowo wprowadzała opinię publiczną w błąd co do kluczowych aspektów negocjacji, część mediów potraktowała to nie jako skandal, lecz jako strategiczną sprytność. CBS News opublikowało słynny nagłówek: „Użyteczne kłamstwo administracji Obamy w sprawie rozmów z Iranem”. Dzisiejszy kryzys jest w wielu aspektach opóźnioną konsekwencją tamtej umowy — dlatego jeśli mamy prowadzić uczciwą rozmowę o obecnej wojnie przeciw Iranowi, musimy mówić także o nieudanej lewicowej dyplomacji.

Tymczasem odstraszanie ze strony zachodniej lewicy często sprowadzało się do samej retoryki. W czasie swojej kadencji w Białym Domu były prezydent Joe Biden i wiceprezydent Kamala Harris zostali zapytani o zachowanie Islamskiej Republiki. Ich odpowiedź była dziecinnie prosta: „Nie róbcie tego”.

To ostrzeżenie nie powstrzymało irańskiej agresji ani jej nielegalnego programu nuklearnego. Hotele w Dubaju, infrastruktura wodna w Arabii Saudyjskiej, budynki mieszkalne w Bahrajnie i izraelskie szpitale doświadczyły skutków irańskiej agresji od czasu tej farsy z „nie róbcie tego”, nie wspominając o 30–40 tysiącach irańskich cywilów, których Islamska Republika zabiła podczas niedawnych protestów.

Problem nie polega jedynie na strategicznym wahaniu. To ideologiczne odwrócenie ról. Jak zauważyła niedawno komentatorka Ellen Ginsberg Simon:

„W zeszłym tygodniu uczestniczyłeś w proteście ‘No Kings’, a w tym tygodniu bierzesz udział w wiecu ‘Opłakujmy Ajatollaha’”.

To zdanie jest humorystyczne, ale oddaje realną sprzeczność: ruchy, które twierdzą, że sprzeciwiają się autorytaryzmowi u siebie, często okazują sympatię — lub przynajmniej powściągliwość — wobec autorytarnych reżimów za granicą.

Na szczęście nie wszyscy w świecie demokratycznym postrzegają sytuację w ten sposób. Latem ubiegłego roku, po 12-dniowej wojnie izraelsko-irańskiej, ukraiński parlamentarzysta Ołeksij Gonczarenko wygłosił w Parlamencie Europejskim znaczące przemówienie:

„Izrael broni demokracji, praw człowieka i wartości, które wszyscy podzielamy. Zamiast atakować Izrael, powinniśmy go wspierać. A jeśli nie możemy zrobić nic, to przynajmniej nie atakujmy Izraela. Izrael jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie — państwem, które naprawdę chroni prawa kobiet, wolność i rządy prawa. Podczas gdy my dyskutujemy, Izrael działa. Broni nie tylko siebie, ale nas wszystkich”.

Jasność tego stwierdzenia stoi w ostrym kontraście z dezorientacją dominującą w dużej części Zachodu — który powinien uczyć się od Izraela, ponieważ Izrael rozumie coś, o czym zbyt duża część Zachodu zapomniała: pokój czasem wymaga działania militarnego. „Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny”, jak głosi słynne rzymskie powiedzenie z IV wieku.

Izraelska opinia publiczna odzwierciedla to rozumienie. Ponad podziałami politycznymi niemal każdy Izraelczyk — lewicowy, prawicowy, centrowy, świecki, religijny, muzułmanin, chrześcijanin czy Żyd — rozumie, że konfrontacja z reżimem Iranu nie dotyczy Benjamina Netanjahu ani żadnej konkretnej koalicji czy frakcji politycznej. Chodzi o powstrzymanie reżimu, który otwarcie wzywa do zniszczenia Izraela, przed zdobyciem środków umożliwiających realizację tego celu. Gdy stawką jest przetrwanie państwa, spory polityczne się kończą, wzajemne oskarżenia ustają i pojawia się prawdziwa jedność.

Ta jedność nie jest ślepym nacjonalizmem; jest moralną jasnością. To uznanie, że niektóre zagrożenia wykraczają poza partyjne podziały i wymagają wspólnej determinacji. Tragedią obecnej chwili jest to, że duża część globalnej lewicy tę jasność utraciła. Zamiast konfrontować reżimy, które otwarcie zagrażają światu demokratycznemu, wielu woli obsesyjnie koncentrować swoją krytykę na demokratycznie wybranych partiach i politykach, których nie lubią we własnych krajach. To nie jest rozsądna krytyka polityczna — to plemienna lojalność najniższego gatunku.

A gdy ta plemienność wyczerpuje sensowne argumenty, szybko sięga po proceduralne — jak wtedy, gdy duża część lewicy poucza nas o „nielegalności” amerykańsko-izraelskich uderzeń na Iran. Słyszymy, że „naruszają Kartę Narodów Zjednoczonych” i „podważają porządek oparty na zasadach”.

W praktyce Organizacja Narodów Zjednoczonych funkcjonuje dziś mniej jako strażnik pokoju, a bardziej jako scena, na której dyktatury łamiące prawa człowieka pouczają demokracje o powściągliwości. Dlatego powoływanie się na Kartę ONZ jako absolutny zakaz użycia siły jest nie tylko prawnie błędne — jest także politycznie naiwne.

Głębsze pytanie nie brzmi więc, czy Izrael i Stany Zjednoczone naruszyły wrażliwość ONZ. Pytanie brzmi, czy wolny świat powinien pozwolić, aby o jego bezpieczeństwie decydowała instytucja coraz silniej dominowana przez reżimy, które mu zagrażają.

Izrael i Stany Zjednoczone odpowiedziały na to pytanie z charakterystyczną odwagą i jasnością. Globalna lewica — i znaczna część międzynarodowego establishmentu — nadal wydaje się zdezorientowana. A to samo w sobie stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa.


Link do oryginału:

Future of Jewish
The Global Left’s War on Israel and the United States
Future of Jewish is the ultimate newsletter by and for people passionate about Judaism and Israel. Subscribe to better understand and become smarter about the Jewish world…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com