Archive | December 2014

POLIN: A Light Unto the Nations

POLIN: A Light Unto the Nations

By David G. Roskies


Barbara Kirshenblatt-Gimblett

Barbara Kirshenblatt-Gimblett before portraits of foreign emperors who ruled Poland. (Courtesy of Arkadiusz Dybel.)

How is it that the largest public building to go up in Poland since that country regained its freedom, the first museum to tell the story of Poland from beginning to end, goes by the name of POLIN? Po lin, or “rest here,” is what the first Jews who arrived in the 10th century are said to have declared. The more official, descriptive name of the shiny new 16,000 square meter building is the Museum of the History of Polish Jews, whose official opening I attended in Warsaw, October 28–30.

The museum began as the brainchild of the director of the Association of the Jewish Historical Institute of Poland, Grażyna Pawlak, who was invited to attend the opening of the United States Holocaust Memorial Museum in 1993. What was needed now, she realized, was not another memorial museum in Poland; Poland itself was a Holocaust memorial. What Poland needed, rather, was a museum dedicated to Jewish life. What followed, over the next 21 years, under the adroit leadership of Jerzy Halbersztadt, was a public-private partnership that eventually included the Ministry of Culture and National Heritage, the city of Warsaw, private foundations, individual philanthropists, both Jewish and Christian, the Republic of Germany, and the Kingdom of Norway. A total of $54 million was raised for the construction of the building and another $43 million for the core exhibition, enormous sums anywhere and unprecedented in the new Poland.

The original designers of the museum had drawn up an “Outline of the Historical Program and Master Plan,” but the time for central planning and familiar stories, neatly broken down into historical periods and punctuated by ideological schisms, had long since passed. More pressing than any academic scruples about master narratives was the fact that such an approach couldn’t possibly succeed in speaking to the museum’s prospective visitors, who would include Poles from high-school age to senior citizens, Israelis and Jews from across the globe, casual foreign tourists, and pilgrimage groups to the death camps.

By the time Barbara Kirshenblatt-Gimblett was appointed to head the Academic Team of the Core Exhibition of the POLIN Museum in 2006, she had already redefined the way museums represented the Jewish past. Where once upon a time, pride of place was given to Torah scrolls and breastplates, spice boxes, Kiddush cups, candelabra, Torah pointers, and other sacred paraphernalia of the Jewish faith, Kirshenblatt-Gimblett curated an exhibition for The Jewish Museum of New York called “Fabric of Jewish Life” that focused exclusively on textiles, most of them produced by women. Where Roman Vishniac, on instructions from his employer, had once selected only those photos of Polish Jews that portrayed them as “persecuted, pious and poor” (as she once told a reporter for Ha’aretz), in Image Before My Eyes: A Photographic History of Jewish Life in Poland, 1864–1939, Kirshenblatt-Gimblett produced a counter-album with Lucjan Dobroszycki that stressed the diversity and urbanity of their subjects. And where once, at the New York World’s Fair in 1939, Jews created a Palestine Pavilion to stake a claim for national sovereignty and to generate foreign investment, now, in the 21st century, Kirshenblatt-Gimblett instructed her team to “think Expo” and create a multimedia narrative exhibition that would demonstrate the centrality of Jews to Polish history—to turn their dimly remembered story, she said, into something you can touch, hear, rub, erase, pull out, disassemble, walk through, climb up, get lost in, and, above all, experience from more than one perspective.

Read more: POLIN: A Light Unto the Nations


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Nasze mienie „pożydowskie”

Nasze mienie „pożydowskie”

Piotr Forecki


Karmiona antysemickimi kliszami chciwość spotkała się z dokonywaną przez Niemców demonstracją, że Żydów można bezkarnie zabijać w majestacie prawa.

Od kilkunastu lat badaczki i badacze związani z warszawskim Centrum Badań nad Zagładą Żydów nadrabiają powojenne dekady zaniedbań w tej dziedzinie naukowych dociekań. Pracę zbiorową zatytułowaną Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 1939-1950 bez wątpienia można uznać za kolejną publikację Centrum uzupełniającą „białe plamy” w dotychczasowej polskiej historiografii. Przede wszystkim jednak dotyka ona istotnego problemu, budzącego wciąż żywe emocje i nieustannie organizującego zbiorową wyobraźnię Polaków obawiających się powrotu Żydów „po swoje”.

Wprawdzie nazistowskie Niemcy stały się głównym beneficjentem Zagłady i to przede wszystkim do Rzeszy transferowane było ruchome mienie ofiar, to jednak skorzystało na niej także wielu innych mieszkańców Europy. „Doświadczenie to – pisze Jan Tomasz Gross – przybiera inne formy w Trzeciej Rzeszy niż w krajach okupowanych lub zależnych od Niemiec. Inaczej wygląda w Polsce, a inaczej we Francji, na Węgrzech czy w Grecji, ale w odbiorze społeczeństw lokalnych ma tę przyjmowaną z zadowoleniem cechę wspólną, że jest mechanizmem »przewłaszczenia« i redystrybucji żydowskiego stanu posiadania na korzyść Aryjczyków”. Nadto, co odnotowuje Frank Bajohr, „[b]ył to jeden z największych transferów własności na oczach współczesnych”. Transfer, którego pole podstawy wyznaczył antysemityzm, ale także spotęgowana okolicznościami chciwość, usypiająca moralną czujność i konstytuująca milczenie wobec ludobójstwa. „W świetle znanych dziś badaczom niepodważalnych faktów – zauważa Saul Friedlander – nie sposób już zakwestionować prawdziwości poniższego stwierdzenia: ani jedna grupa społeczna, ani jedna wspólnota wyznaniowa, ani jedna instytucja akademicka bądź zrzeszenie zawodowe, zarówno w Niemczech, jak i w całej Europie, nie zadeklarowało swojego poparcia dla Żydów (…). Dawało się zaobserwować zjawisko dokładnie odwrotne: popychani chciwością przedstawiciele licznych grup społecznych, w tym reprezentanci środowisk decyzyjnych, byli zaangażowani w proces wywłaszczania Żydów, których całkowite zniknięcie było im na rękę”.

Jednakże chciwość sama w sobie niczego nie wyjaśnia. Zwłaszcza w kontekście polskiego wariantu tego „przewłaszczenia”. Można być chciwym, a jednocześnie ze względu na obowiązujące normy moralne nie okradać swojego sąsiada i współobywatela. Można ją kontrolować i poskromić. Nie ma obowiązku poddawania się jej podszeptom, choćby wolno było wszystko, bo okoliczności sprzyjają jej zaspokojeniu.

Chyba że dotyczy to ludzi uprzednio wykluczonych ze wspólnoty, a tym samym ze sfery moralnych zobowiązań. Wówczas piekła nie ma.

Żydów nie tylko stawiano w Polsce poza jej nawiasem, ale także systematycznie odczłowieczano. To tłumaczy, dlaczego w pewnych warunkach jednych się okrada, a innych nie lub rzadziej. W kontekście polskiego wariantu „przewłaszczenia” o wiele bardziej istotne niż „zwykła ludzka chciwość” są zatem ramy wspólnoty, w której na taką skalę było ono możliwe.

Jeśli wczytamy się uważnie w czasopiśmiennictwo doby dwudziestolecia międzywojennego w Polsce, w programy polityczne wielu ówczesnych partii, ale przede wszystkim w to, co mówiono, pisano, a zwłaszcza czyniono już podczas wojny i po jej zakończeniu, jedno nie ulega wątpliwości: pozbycie się Żydów z Polski, przejęcie należącego do nich mienia, a zwłaszcza zajęcie ich miejsca w strukturze społecznej miast, wsi i miasteczek, nie było jedynie marzeniem polskich narodowców (i nie tylko ich). Było po prostu dyskutowanym projektem politycznym, a zarazem praktyką społeczną na różne sposoby realizowaną w warunkach okupacyjnych i latach powojennych. Wszystko to, czego nie przejęli Niemcy, co nie zasiliło majątku Rzeszy, nie pokryło kosztów Zagłady, która, jak pisał Raul Hilberg, miała być przecież „samofinansującym się przedsięwzięciem”, trafiło do rąk prywatnych lub zostało upaństwowione. Taki los podzieliły należące do Żydów nieruchomości, rozmaite przedmioty codziennego użytku, ale także miejsca pracy. Trudno tu zresztą o jakiś kompletny inwentarz wszystkich tych „żydowskich rzeczy”, które przecież nie wyparowały wraz z wymordowaniem około trzech milionów obywateli przedwojennej Polski. Nie wyparowały, ale też w neutralny sposób nie trafiły w ręce prywatne.

O tym, w jaki sposób dokonywało się w Polsce to niesłychane i niemające dotąd precedensu uwłaszczenie/przywłaszczenie, uchwycone i nazwane przez Jana Grabowskiego zgrabnym neologizmem „przewłaszczenia” – piszą autorzy i autorki publikacji Klucze i kasa. Analizują niemiecką politykę okupacyjną w tym zakresie (Ingo Loose), sposób funkcjonowania powołanych do życia przez Niemców łupieżczych instytucji (Jan Grabowski, Dagmara Swałtek-Niewińska), ale przyglądają się także układającym się w całość mikrohistoriom. Oddolnym, samozwańczym działaniom Polaków na różne sposoby wchodzących w posiadanie materialnych dóbr należących do Żydów (Barbara Engelking, Małgorzata Melchior, Karolina Panz). Podejmują także udaną próbę odtworzenia pewnej atmosfery, w ramach której grabienie Żydów było czymś dopuszczalnym i naturalnym jednocześnie. Zbiorowym wysiłkiem publicystów związanych z polskimi konspiracyjnymi ugrupowaniami nacjonalistycznymi, jak również dziennikarzy oficjalnej prasy propagandowej Generalnego Gubernatorstwa, dokonywano legitymizacji i budowano klimat przyzwolenia dla grabieży Żydów, traktując ich jako – oddajmy głos Emanuelowi Ringelblumowi – „nieboszczyków na urlopie” (Dariusz Libionka, Andrzej Żbikowski). Praca Klucze i kasa byłaby wszak niekompletna, gdyby nie znalazły się w niej także teksty traktujące o losach mienia żydowskiego w okresie powojennym. Problematyka ta została jednak uwzględniona i w znaczący sposób dopełnia obraz dokonanego w latach okupacji transferu i „przewłaszczenia” (Nawojka Cieślińska-Lobkowicz, Alina Skibińska, Łukasz Krzyżanowski).

Fałsz języka

Nie miejsce tu na wnikliwą analizę i interpretację zamieszczonych w publikacji Centrum artykułów. Każdy z osobna zasługuje na osobną uwagę, refleksję, rodzi pytania. Wszystkie razem pozwalają natomiast zdać sobie sprawę ze skali zjawiska, które dotychczas nie znalazło miejsca w zbiorowej świadomości Polaków, a już tym bardziej nie stało się przedmiotem etycznego rozrachunku. No bo właśnie nie o buchalterię tu chodzi, ale o wymiar moralny.

Czytaj Dalej tu: Nasze mienie „pożydowskie”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


The ‘humanitarian’ weapon of war

As I See It: The ‘humanitarian’ weapon of war

By MELANIE PHILLIPS


Print Edition

Photo by: REUTERS

UNRWA’s stewardship of the stateless Palestinians, as well as its role in creating their unique designation as “refugees” in the first place, has long been a cause for concern.

In Britain’s House of Commons a week ago, a meeting I attended heard a shocking bill of indictment against UNRWA, the UN Relief and Works Agency.

UNRWA was set up in 1950, two years after Israel was created, specifically to administer humanitarian relief to one group of refugees, the Palestinians.

UNRWA’s stewardship of the stateless Palestinians, as well as its role in creating their unique designation as “refugees” in the first place, has long been a cause for concern.

During last summer’s Gaza war, its relationship with Hamas came under a spotlight when rocket launchers and other paraphernalia of war were shown to be housed in, under or next to UNRWA schools and clinics. UNRWA fiercely denied any Hamas association.

Yet at the Commons meeting, presentations by the Jerusalem-based Center for Near East Policy persuasively suggested that UNRWA was helping to incite the stateless Arabs under its care to hatred, violence and jihad against Israel.

The Palestinian human rights activist Bassam Eid denounced it for keeping Palestinians as permanent refugees. The Middle East schoolbook expert Dr. Arnon Groiss produced example after example of incitement to hatred and violence and demonization of Israel taught in UNRWA schools.

Most shocking was the film screened at this meeting in which UNRWA teachers boasted of encouraging their pupils to jihad against Israel, teenagers stated that their UNRWA teachers told them they must reclaim Israeli cities, and small girls were drilled by UNRWA teachers in chanting “Jerusalem is ours!” with their left arms pumping the air.

Before this meeting I interviewed UNRWA’s spokesman Chris Gunness for my show on Voice of Israel, the new English-language radio station. Wasn’t UNRWA’s definition of a refugee indefensible? Uniquely, it is extended to all descendants through the male line of those who were displaced by the Arab war against Israel between 1946 and 1948. More than 60 years on, many of these “refugees” are not only still in refugee camps but their number has accordingly multiplied by more than 600 percent.

Not unique at all, replied Gunness. The UN refugee agency, the UNHCR, applied precisely the same definition which conferred refugee status on descendants while political conflict remained unresolved.

Really? I rang the UNHCR. Were there circumstances, I asked, in which it automatically transferred refugee status to the descendants of actual refugees? No, said the UNHCR spokesman. Refugee status was only granted when either governments or the UNHCR itself assessed a specific individual as a refugee. Refugee status might cover the applicant’s dependents, but not any descendants. “It’s not an inherited status as such,” she said. So much for what Gunness told me.

Since I am a descendant of Eastern European refugees, I suggested to him, perhaps I too would qualify as a refugee under UNRWA’s definition? Not so, he replied, because anyone who took citizenship in another country no longer qualified as a refugee.

But UNRWA includes in its total of 5 million Palestinian refugees 2 million who have Jordanian citizenship. Cornered by that, Gunness claimed this was in accordance with the operational definition of a refugee provided by the UN General Assembly.

But the General Assembly resolutions which provided and subsequently expanded UNRWA’s mandate to provide relief did not define a refugee. That definition was laid down by UNRWA itself. As it said in 1951: “For working purposes, the Agency has decided that a refugee is a needy person, who, as a result of the war in Palestine, has lost his home and his means of livelihood.”

(Its current definition, incidentally, has changed “needy person” to “any person.”) The one issue where Gunness acknowledged there might be a problem was over the teaching of hatred and jihad through UNRWA’s educational materials. After sending up a lot of chaff about having to use the Palestinians’ own textbooks, and how UNRWA had “frameworks” for raising concerns over the content, he conceded that this was an area of difficulty.

But when I raised the fact that most UNRWA staff supported Islamic radicals, Gunness reverted to denial and evasion.

There was no evidence of this, he insisted; no party affiliation had ever appeared on staff union ballot papers.

For heaven’s sake – as if such ballot papers would actually say “Hamas’! The fact remains that, in 2012, candidates affiliated with Hamas were elected to 25 out of 27 seats on a union board that represents ten thousand UNRWA workers.

Before that election, the pro-Hamas Al-Resala newspaper wrote: “It is noteworthy that Hamas has controlled the UNRWA staff union in the elections since its inception, particularly the teachers sector in [the union], but the electoral system cannot list it to prevent [official] partisan affiliations of UNRWA employees.”

The reality is that UNRWA simply could not operate in Gaza without mutual cooperation with the Hamas administration. And Gaza’s children are being indoctrinated into hatred and war by Hamas supporters teaching in UNRWA schools.

Mamoun Abunaser is a deputy principal at an UNRWA school in Syria. His profile picture on Facebook says: “When injustice becomes law, resistance becomes duty.” Luay Shehab is a UNRWA school principal in Nablus.

He shows photographs of Israelis in burial shrouds and coffins on his Facebook page, with a caption reading: “Oh Allah, make the number of their dead as [every time a Muslim says] “Amen”! And several UNRWA teachers are known to be highly connected Hamas supporters.

Gunness says UNRWA guards its neutrality.

Yet enraged by an article in this paper by Bassam Eid, Gunness last week tweeted a call to boycott The Jerusalem Post. Clearly, he employs as creative an approach to the word “neutrality” as he does toward the word “refugee.”

At the end of last month, Israel marked the first annual Day of Commemoration for Jewish Refugees. This was a long overdue public recognition of the 850,000 Jews ethnically cleansed from Arab and Muslim lands, a process which started in the 1920s but greatly accelerated after the State of Israel was created.

It is shameful that it has taken so long for Israel to acknowledge this forgotten exodus.

But the reason it could be overlooked is these genuine refugees did what most refugees do: resettle and move on.

The UN says it is running out of money for humanitarian relief for desperate people like the Syrian refugees.

Yet UNRWA’s basic budget for the coming year is $1.4 billion – for people who are not refugees at all. We should stop calling them Palestinian refugees. We should call them instead what they actually are: displaced Arabs.

These exploited people are deliberately kept in misery and incited to hatred and violence against Israel by Arab states as a weapon of existential war – aided and abetted by UNRWA and the Western governments that fund it.

Melanie Phillips is a columnist for The Times (UK).


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Legalność izraelskiego projektu ustawy o państwie narodowym

Legalność izraelskiego projektu ustawy o państwie narodowym

Eugene Kontorovich

Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


„W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski...” (Konstytucja RP)

„W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski…” (Konstytucja RP)

Proponowana legislacja konstytucyjna Izraela, mająca zatwierdzić jego status jako “państwa narodowego” narodu żydowskiego, nie tylko wzbudziła kontrowersję w samym Izraelu, gdzie pomogła obalić obecną koalicję parlamentarną, ale ściągnęła także krytykę USA i Europy.

(I): konstytucjonalizm porównawczy

Projekt ustawy okrzyczano jako skrajny i niedemokratyczny. (Dla wyjaśnienia: żaden projekt ustawy nie został zatwierdzony, a jedynie zestaw kompromisowych zasad dla pogodzenia kilku dość odmiennych wersji; najwyraźniej ludzie nie muszą czytać tego projektu ani znać żadnego z jego punktów, by mu się sprzeciwiać.)

Te zastrzeżenia nie trzymają się kupy. Po pierwsze, zapewnienie statusu Izraela jako narodowego państwa żydowskiego jest celem wyraźnie popieranym przez tych samych krytyków, kiedy chodzi o naciski na Izrael, by poczynił ustępstwa dyplomatyczne. Po drugie, prawo to w żadnym razie nie jest niezwykłe według standardów zachodnich: w rzeczywistości nie posuwa się tak daleko w uznaniu państwowego statusu narodowości i religii żydowskiej, jak postanowienia często spotykane w konstytucjach innych krajów demokratycznych. W niniejszym tekście rozważę ogólne kryteria tej legislacji w porównaniu do postanowień konstytucyjnych innych demokracji zachodnich. Jutro, w kolejnym poście, zajmę się stosunkiem tej ustawy do „rozwiązania w postaci dwóch państw”.

Ustawy zasadnicze zazwyczaj konstytuują kwestie takie, jak hymn narodowy, symbole, święta i tak dalej. Nie ma nic rasistowskiego lub choćby niezwykłego w tym, że konstytucyjne postanowienia odzwierciedlają charakter narodowy lub religijny, jak pokazują badania moich kolegów z Kohelet Policy Forum. Siedem państw Unii Europejskiej ma konstytucyjne postanowienia o “narodowości”, które zazwyczaj mówią o państwie jako o domu narodowym i miejscu samostanowienia grupy etnicznej stanowiącej większość w danym kraju. Dotyczy to również miejsc takich jak kraje bałtyckie z ich dużymi i wyalienowanymi populacjami mniejszościowymi.

Na przykład, konstytucja łotewska rozpoczyna się powołaniem na „niezachwianą wolę narodu łotewskiego do posiadania własnego państwa i jego niezbywalne prawo samostanowienia w celu zagwarantowania istnienia i rozwoju narodu łotewskiego, jego języka i kultury przez stulecia”. Definiuje następnie „tożsamość” łotewską jako „ukształtowaną przez tradycje łotewskie, łotewską mądrość ludową, język łotewski, uniwersalne wartości ludzkie i chrześcijańskie”.

Albo też rozpatrzmy konstytucję Słowacji, która rozpoczyna się od słów: “My, naród słowacki” i zawiera roszczenie o „naturalne prawo narodów do samostanowienia”. Potem dopiero pisze o „członkach mniejszości narodowych i grup etnicznych, żyjących na terytorium Republiki Słowackiej”, którzy nie są częścią owego „My”, realizującego samostanowienie narodowe.

Następnie mamy sprawę języka. Izrael ma hebrajski, język większości, arabski i angielski (pozostałość po Mandacie Brytyjskim) jako języki oficjalne – projekt nowej ustawy tego nie zmienia. Jest to bardzo niezwykłe. Większość wieloetnicznych, wielojęzycznych państw UE nadaje oficjalny status tylko językowi grupy większościowej. Na przykład, konstytucja Hiszpanii, czyni kastylijski hiszpański jedynym oficjalnym językiem narodowym i wymaga, by znali go wszyscy obywatele, nawet jeśli ich językiem ojczystym jest baskijski lub kataloński. Jako absolutny wyjątek Irlandia przyznaje „główny” oficjalny status językowi irlandzkiemu (Gaeilge), chociaż mówi nim tylko niewielki odsetek obywateli. Jest to oczywiste uświęcenie specjalnego stosunku państwa do irlandzkiej grupy etnicznej.

Następnie mamy religię. Wbrew ogólnemu przekonaniu judaizm nie jest oficjalną religią Izraela, jedynego na świecie państwa żydowskiego. (Izrael nie ma oficjalnej religii, ale wszystkie grupy religijne otrzymują fundusze od rządu.) Nic w proponowanej ustawie nie wprowadza oficjalnej religii.

Pod tym względem Izrael jest dużo bardziej liberalny niż liczne kraje europejskie z oficjalną religią. Według badania Pew Research Center, siedem krajów europejskich (od Islandii do Grecji) ma zapisaną w konstytucji oficjalną religię mimo dużych mniejszości muzułmańskich, nie mówiąc już o ateistach i innych wyznaniach chrześcijańskich. Ponadto w pięciu krajach europejskich głowa państwa musi być członkiem oficjalnej religii. W odróżnieniu od tego w Izraelu prezydentem może być nie-Żyd i istotnie, był nim Druz (tymczasowo).

Warto zauważyć, że większość konstytucji w Europie, które zatwierdzają konkretne dziedzictwo narodowe, zarówno zostały uchwalone niedawno, jak i są z państw z dużymi mniejszościami etnicznymi. Trudno zrozumieć, dlaczego to, co funkcjonuje u nich, miałoby być tak powszechnie potępiane, kiedy chodzi o Izrael.

The legitimacy of Israel’s nation state bill i comparative constitutionalism
Washington Post, 9 grudnia 2014

Część II: Względy dyplomatyczne

Czytaj wiecej tu: Legalność izraelskiego….


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com