Archive | 2014/12/07

Jak i dlaczego prasa zniekształca wiadomości?

Jak i dlaczego prasa zniekształca wiadomości?

Matti Friedman


Samochód Reutersa jedzie przez zbombardowany obóz dla uchodźców w Gazie. (Yannis Behrakis/Reuters)

Samochód Reutersa jedzie przez zbombardowany obóz dla uchodźców w Gazie. (Yannis Behrakis/Reuters)

Podczas wojny w Gazie latem tego roku stało się jasne, że jeden z najbardziej istotnych aspektów nasyconego mediami konfliktu między Żydami i Arabami otrzymuje najmniej uwagi: sama prasa. Prasa zachodnia stała się nie tyle obserwatorem tego konfliktu, co jego współuczestnikiem, a ta jej rola ma konsekwencje dla milionów ludzi, którzy próbują zrozumieć wydarzenia bieżące, włącznie z politykami, którzy polegają na relacjach dziennikarzy, żeby zrozumieć region, w którym nieustannie i bezskutecznie próbują interweniować.

Mój opublikowany przez “Tablet” esej, pod tytułem Były korespondent Associated Press wyjaśnia, wywołał żywe zainteresowanie. W artykule opartym na moich doświadczeniach w latach 2006 -2011 jako reporter i redaktor biura Associated Press w Jerozolimie, jednej z największych na świecie organizacji informacyjnych, wskazałem na istnienie problemu i ogólnie go omówiłem. Zilustrowałem nieproporcjonalną uwagę mediów poświęconą temu konfliktowi w stosunku do innych wydarzeń przez pokazanie stanu liczebnego personelu i dałem przykłady decyzji redakcyjnych, które wyglądały na podejmowane ze względów ideologicznych, nie zaś dziennikarskich. Pisałem, że kumulatywny efekt tego zjawiska stworzył niezmiernie uproszczony obraz – rodzaj nowoczesnego moralitetu, w którym Żydzi z Izraela pokazani są jako przykład porażki moralnej, bardziej zasługujący na potępienie niż jacykolwiek inni ludzie na ziemi. Jest to wzór myślenia z głębokimi korzeniami w cywilizacji zachodniej.

Jak jednak ten wzór myślenia przejawia się w codziennym funkcjonowaniu, a raczej złym funkcjonowaniu dziennikarzy? Odpowiedź na to pytanie wymaga zbadania sposobu, w jaki relacje prasy zachodniej są kształtowane przez wyjątkowe okoliczności tutaj w Izraelu, a także przez wady funkcjonowania mediów poza ramami tego konfliktu. Analizując to, będę czerpał z doświadczeń własnych i doświadczeń moich kolegów. Są one oczywiście ograniczone, ale sądzę, że są reprezentatywne.

Wiec poparcia dla Islamskiego Dżihadu na uniwersytecie Al-Kuds w Jerozolimie Wschodniej w listopadzie 2013 r. (Z archiwum Matti Friedmana)

Wiec poparcia dla Islamskiego Dżihadu na uniwersytecie Al-Kuds w Jerozolimie Wschodniej w listopadzie 2013 r. (Z archiwum Matti Friedmana)

Zacznę od prostej ilustracji. Powyżej jest zdjęcie z wiecu studenckiego zorganizowanego w listopadzie zeszłego roku na uniwersytecie Al-Kuds, instytucji palestyńskiej głównego nurtu w Jerozolimie Wschodniej. Na wiecu poparcia dla zbrojnej grupy fundamentalistycznej, Islamski Dżihad, w którym uczestniczyły setki studentów, widzieliśmy aktorów grających martwych żołnierzy izraelskich i szereg zamaskowanych mężczyzn z rękoma w charakterystycznym salucie. Na tym uniwersytecie podobne wiece są często organizowane.

Nie używam tej fotografii, by twierdzić, że Palestyńczycy są nazistami. Palestyńczycy nie są nazistami. Są, podobnie jak Izraelczycy, ludźmi porającymi się z trudną teraźniejszością i przeszłością w sposób, który czasami jest szpetny. Pokazuję ją z innego powodu.

Takie wydarzenie w instytucji takiej jak Uniwersytet Al-Kuds, kierowany w owym czasie przez dobrze znanego, umiarkowanego profesora, z powiązaniami z siostrzanymi instytucjami w Ameryce, mówi coś o tym, jakie wiatry wieją w społeczeństwie palestyńskim i w całym świecie arabskim. Wiec jest ciekawy z powodu wizualnego związku, jaki czyni między radykalnym islamem tutaj i gdzie indziej w regionie; takie zdjęcie może pomóc wyjaśnić, dlaczego wielu całkowicie racjonalnych Izraelczyków obawia się wycofania swojego wojska z Jerozolimy Wschodniej lub Zachodniego Brzegu, mimo że nienawidzą okupacji i pragną żyć w pokoju ze swoimi palestyńskimi sąsiadami. Obrazy z tej demonstracji były, jak to lubią mówić redaktorzy zajmujące się dokumentacją fotograficzną, „mocne”. Innymi słowy, wiec miał wszystkie niezbędne elementy wiadomości na pierwszą stronę.

Wydarzenie to miało miejsce o żabi skok od domów i biur setek dziennikarzy z całego świata, którzy mają bazy w Jerozolimie. Dziennikarze wiedzieli o tym: na przykład, duże biuro Associated Press, które potrafi wyprodukować kilkanaście doniesień dziennie, miało zdjęcia z tego wydarzenia, włącznie z tym powyżej, już następnego dnia. (Zdjęcia zrobił znajomy, który był tego dnia na kampusie i sam wysłałem je do biura.) Jerozolimscy redaktorzy uznali, że zdjęcia i sam wiec nie były warte opublikowania i AP wspomniała o tej demonstracji dopiero kilka tygodni później, kiedy bostońskie biuro organizacji poinformowało , że Uniwersytet Brandeis zerwał z powodu tego incydentu związki z Al-Kuds. W dniu wydarzenia, kiedy AP postanowiła zignorować wiec, 6 listopada 2013 r., to samo biuro opublikowało relację o zobowiązaniu Departamentu Stanu USA niewielkiego zwiększenia funduszy dla Autonomii Palestyńskiej; to było warte publikowania. I to jest standard. Żeby podać inny przykład: budowa 100 mieszkań w osiedlu żydowskim jest zawsze wiadomością wartą opublikowania; przeszmuglowanie 100 rakiet do Gazy przez Hamas, nie jest, z rzadkimi wyjątkami, żadną wiadomością.

Czytaj dalek tu: Jak i dlaczego…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Syn powiedział mi: “Nie chcę być Żydem!”. I zaczął płakać

Syn powiedział mi: “Nie chcę być Żydem!”. I zaczął płakać

ROZMAWIAŁA ANNA MALINOWSKA


Monika Goldwasser ze zdjęciem biologicznej matki

Monika Goldwasser ze zdjęciem biologicznej matki (MATEUSZ SKWARCZEK)

– Dowiedziałam się, że mój tata uczył w Królewskiej Hucie. Czy kiedyś poznam, jaki był dla uczniów, gdzie mieszkał, jak tu trafił? – zastanawia się Monika Goldwasser, która Holocaust przeżyła dlatego, że w transporcie zamiast niej wyjechała lalka

Anna Malinowska: Od lat gromadzi pani informacje o swojej rodzinie, dlatego niedawno odwiedziła pani Chorzów. Czego się pani dowiedziała?

Monika Goldwasser: Dotarłam do dokumentu, z którego wynika, że w 1930 roku mój tata Adam Goldwasser pisał z Królewskiej Huty do Krakowa. Tata uczył francuskiego, a to była prośba o przystąpienie do kolejnego egzaminu pedagogicznego. Nie bardzo wiedziałam, co z tą informacją zrobić. Gdy na spotkaniu nauczycieli w jednej z krakowskich szkół opowiadałam o swoim dość pogmatwanym życiorysie, na wspomnienie Królewskiej Huty podszedł do mnie Krystian Kazimierczuk, jeden z nauczycieli. Uczy w Akademickim Zespole Szkół Ogólnokształcących w Chorzowie, który kiedyś był Królewską Hutą. Okazało się, że to ta sama szkoła, w której pracował mój tata. Przed wojną było to Państwowe Gimnazjum im. Odrowążów. Wspaniały zbieg okoliczności! I od razu zostałam zaproszona do Chorzowa. Zobaczyłam więc miasto, w którym tata pracował, spotkałam się z nauczycielami z jego dawnej szkoły. Nic więcej nie udało mi się ustalić. Mogę jedynie powiedzieć, że uzupełniłam życiorys ojca o kolejny element.

Przeżyła pani Holocaustu.

– W sierpniu 1942 roku, kiedy likwidowano getto w Myślenicach, miałam siedem miesięcy. Rodzice widać mieli świadomość, jak to się skończy, i oddali mnie jednej z rodzin pod Myślenicami. Stamtąd zostałam od razu zabrana do klasztoru Urszulanek w Krakowie. Na kartce wypisano datę moich urodzin i informację, że jestem Moniką Goldwasser, córką Adama i Salomei.

Byłam bardzo chora. Na całym ciele miałam wrzody. Siostry starannie się mną zajęły, ale wiadomo było, że dłuższy pobyt w placówce jest niebezpieczny. Niemcy stale robili naloty, więc znaleziono polską rodzinę, która zgodziła się mnie zabrać.

Polska mama opowiadała mi później, że miałam bardzo smutne oczy. Wspominała, że trudno sobie nawet wyobrazić twarzyczkę małego dziecka z takim smutkiem w oczach. Kiedy wzięła mnie na ręce, bardzo mocno się wtuliłam i płakałam.

Moi rodzice tymczasem w transporcie z Myślenic trafili do Skawiny. Żeby sztuki się zgadzały – a Niemcy dość skrupulatnie wszystkich liczyli – mama w moich dziecięcych fatałaszkach trzymała lalkę. Rodzice już w Skawinie zostali rozstrzelani. Mam zeznanie przed sądem kobiety, która u nich służyła. Dokładnie opowiadała szczegóły, pełne okoliczności. Z rodziny mojej mamy uratowała się tylko jedna siostra.

Kiedy dowiedziała się pani prawdy?

– Miałam 12 lat. Lubiłam, chyba jak wszystkie dzieci, szperać po różnych zakamarkach w domu. W szafce z bielizną znalazłam zgiętą w pół kartkę. Poszłam do mamy i zapytałam, co to jest i dlaczego to jest tak schowane. Bardzo się na mnie zdenerwowała. Nic nie powiedziała. Tylko tę kartkę zabrała. 10 lat później mama zachorowała. Wiedziała, że niedługo umrze. Wtedy zdecydowała się opowiedzieć mi całą prawdę. Powiedziała, jak było, wspomniała też o kartce z bieliźniarki. To była moja metryka zabrana od zakonnic.

Byłam w szoku, rozbita. 22-letnia kobieta dowiaduje się, że nie nosi własnego imienia i nazwiska, że jej własna matka jej nie urodziła. To mnie najbardziej bolało. Kochałam moją polską mamę. Ona też kochała mnie. Nie potrafiłam tego pojąć, zrozumieć, a już tym bardziej pogodzić się z całą historią. Wtedy też sobie postanowiłam: to będzie moja tajemnica! Nikomu o tym nie powiem! Nie przyznam się! Nałożyłam więc blokadę, która skutecznie wszystko tamowała przez długie lata. Nikt nic nie wiedział. Nawet mężczyzna, który został moim mężem. Teraz z perspektywy czasu muszę przyznać, że to dość typowe zachowanie. W Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu spotkałam wiele osób, które zareagowały identycznie.

W końcu postanowiła pani zdjąć blokadę. Dlaczego?

– Był 1990 rok. Mieszkałam wtedy w Warszawie. Pracowałam w szpitalu jako położna. Jednego wieczoru oglądałam telewizję. Pokazywano kobietę, która szukała w Polsce krewnej. Małej dziewczynki, która w 1942 roku została oddana na ratunek pod Myślenicami. Od razu wiedziałam, że mówi o mnie. Wahałam się, czy powinnam się z nią skontaktować. W końcu się zdecydowałam. Okazało się, że to moja ciotka, jedyna siostra mamy, która przeżyła. Długo rozmawiałyśmy. “Musisz w końcu wyjść z szafy” – przekonywała mnie. Zrozumiałam, że życie w pojedynkę z taką wiedzą rzeczywiście staje się dla mnie coraz cięższe. Poszłam do Żydowskiego Instytutu Historycznego. Pamiętam, jak urzędniczka odnalazła dokument ze zdjęciem mojej mamy. Po raz pierwszy zobaczyłam jej twarz. Wybiegłam na korytarz. Popłakałam się, w głowie miałam chaos. Później długo patrzyłam w lustro. Zobaczyłam, jak bardzo jestem do mamy podobna. Zrozumiałam wtedy, że właśnie wyszłam z szafy. A skoro tak, to o mojej rodzinie muszę się jak najwięcej dowiedzieć. Muszę zrekonstruować własny życiorys.

Jak wyglądały poszukiwania?

– Bardzo pomocny okazał się Żydowski Instytut Historyczny. Uzyskałam tam wiele informacji. Tam też rozpoczęła się moja wędrówka po archiwach. Dokumentów szukałam w placówkach w Izraelu i w Stanach Zjednoczonych. Właśnie w Ameryce dowiedziałam się, że mój dziadek był w Myślenicach adwokatem. Odnalazłam też tam moją rodzinę. Ba, udało mi się nawet w Krakowie odszukać pracę magisterską mojej mamy. Napisana jest po niemiecku, bo mama studiowała germanistykę, a także filozofię. Tata filozofię i filologię romańską.

Cały czas szukałam też świadków. I to było dla mnie najważniejsze, bo czasy dla mnie istotne stawały się coraz bardziej odległe. Odwiedzałam więc siostry urszulanki, mieszkańców Myślenic. Dotarłam nawet do córki lekarza, który odbierał mnie na świat.

Można powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo sporo faktów udało mi się ustalić. A znam osoby, które o swojej przeszłości nie wiedzą kompletnie nic. Moja koleżanka ze Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu wie tylko, że jacyś ludzie w Rabce wyrzucili ją przez okno w krzaki. Tam znalazła ją kobieta, która jej pomogła. Przez całe lata nie udało jej się ustalić zupełnie nic! Jeszcze jak była młodsza, miała dużo zajęć i brak wiedzy aż tak jej nie przeszkadzał. Ale teraz, na emeryturze, coraz trudniej jej się zasypia. Nie wie, kim jest, skąd się wzięła. To bardzo ciężkie.

Jak pani otoczenie i najbliżsi zareagowali na pani odkrycie?

– Mąż śmiał się, że jak był młody, Cyganka mu wróżyła, że zwiąże się z zagraniczną osobą. Syn z kolei bardzo źle. Powiedział: “Ja nie chcę być Żydem!”. Zaczął płakać. Tłumaczyłam, że korzeni nie da się zmienić. Że jak dorośnie, to zdecyduje, czy będzie o tym mówił czy nie. Teraz już trochę się z tym pogodził, ale z informacją o swoim pochodzeniu raczej się nie obnosi.

Czuje się pani Żydówką?

– Dla mnie istotna jest tożsamość. W tym sensie na pewno tak. Jestem Żydówką, jestem częścią tej wspólnoty. Natomiast co do religii, trudno wymagać od dorosłej, wychowanej, ukształtowanej w określonych warunkach kobiety jakichś zmian. Nie spożywam koszernych posiłków i nie jestem religijna. To zresztą dla mnie jest nawet śmieszne, że ktoś nagle robi rewolucję w swoim życiu tylko dlatego, że dowiedział się, że jest Żydem. Byłam wychowana w katolickiej rodzinie. Nie można ode mnie wymagać takich zmian. Każdy powinien decydować sam za siebie. I nikt nie powinien tego oceniać.

Czego chciałaby się pani jeszcze dowiedzieć?

– Muszę uzupełnić wątek chorzowski. Wiem, że z Królewskiej Huty tata został przeniesiony do Kalisza. Udało mi się nawiązać kontakt z jednym z jego tamtejszych uczniów. Mieszka obecnie w Kanadzie. Od niego wiem, że tata często jeździł do Paryża. Bardzo dużo o tym mieście opowiadał w czasie zajęć. Miał dość nowatorskie podejście do nauki języka. Bardzo bym chciała spotkać podobnych uczniów na Śląsku. A może nawiązać kontakt z sąsiadami, kimś, kto mógł mojego ojca znać. Każda informacja jest dla mnie cenna. Bo to też w końcu mój życiorys. I dobrze byłoby go poznać w całości.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com