Archive | August 2015

Pollard’s Release Shows That Israelis Just Don’t Get America

Pollard’s Release Shows That Israelis Just Don’t Get America

RONEN BERGMAN


A demonstration calling for the release of Jonathan J. Pollard in Jerusalem in 2013. Ahmad Gharabli / Agence France-Presse — Getty Images

TEL AVIV — On Tuesday, the United States announced that it would release Jonathan J. Pollard, an American convicted of spying for Israel, in what many observers believe is an effort to mute the Israeli government’s criticism of the July 14 nuclear agreement with Iran.

The use of Mr. Pollard as a carrot reveals that Obama administration officials grasp the importance of the prisoner to the Israeli public. They also understand that there would be no better move than freeing Mr. Pollard to sweeten the bitter pill of the Iran deal that Israelis are being asked to swallow.

On the other hand, the way the Israeli leadership and the public have reacted to Mr. Pollard’s 30-year imprisonment is an excellent example of their profound misunderstanding of American values and thinking.

“I couldn’t resist the temptation,” Rafi Eitan, who recruited Mr. Pollard, told me in 2006. “We’re talking about material that was of such high quality, so accurate and so important to the security of the state. My appetite for getting more and more of it got the better of me.”

Perhaps one can understand the motivation of Mr. Eitan, one of Israel’s top spies who devoted his whole life to obtaining information. But it’s far more difficult to understand the thinking of those who worked above him, including the former prime ministers Yitzhak Shamir, Shimon Peres and especially Yitzhak Rabin, who had served as ambassador to Washington. They knew very well that Israel was running a spy at the heart of the country’s closest ally, and failed to stop it.

Mr. Eitan took responsibility by resigning; his superiors did not. And this unfortunate episode continues to cause grave damage to relations between the two countries to this day.
In retrospect, it’s hard to believe that a person like Mr. Pollard was ever recruited to sensitive positions in either country. At school, Mr. Pollard used to fantasize to his friends that he was a Mossad spy. He was accepted into American intelligence and promoted, despite documented instances of lying, cheating, flagrant security breaches and problematic psychological diagnoses. While employed in naval intelligence, Mr. Pollard and his first wife, Ann, took part in drug-fueled parties and became embroiled in debt.

Mr. Pollard first offered his services to the Mossad, which was apprehensive about him. He also tried non-Israeli actors, until he finally lit upon Lakam, the Israeli Defense Ministry’s military and nuclear espionage arm, which made him an agent despite his problematic character. Mr. Pollard acted irresponsibly, stealing suitcases full of naval intelligence documents indiscriminately, some of which didn’t pertain to Israel. It was clear he would eventually be caught.

The Israelis who employed Mr. Pollard also failed to take into account the risk he posed to the American Jewish community, which was subsequently suspected of disloyalty. Documents from the C.I.A. reveal that the agency viewed Mr. Pollard as an American Jew who had translated his support for Israel into two alternatives: immigrate to Israel or spy for it. For years afterward, the Pollard affair made it difficult for Jews in the United States government to get security clearances for sensitive jobs.

When the case blew up, the Israelis did the opposite of what was needed to placate the furious American administration — they continued lying and concealing essential facts from the F.B.I. investigators who came to Tel Aviv. These lies were easily discovered and caused further damage.

Moderate elements in Israel wanted to end the affair quietly. A Public Committee for Mr. Pollard was set up, through which the state channeled large amounts of money to top-flight lawyers who tried to improve his jail conditions and secure an eventual pardon. In order to achieve this, Mr. Pollard needed to keep a low profile, admit his wrongdoing and ask for forgiveness. But this measured approach was trampled by certain cabinet ministers and right-wing Knesset members who began to make pilgrimages to Mr. Pollard’s jail cell.

At the heart of their campaign was the argument that Mr. Pollard acted purely out of concern for Israel’s security, that he stole classified documents only when he found out that America wasn’t sharing information vital to Israel’s security. They also claim that Mr. Pollard has been imprisoned “six times longer” than any other spy – proof of anti-Semitism, in their eyes.

The argument that Mr. Pollard has been jailed longer than other nations’ spies is a legitimate one. Even so, strategies like drawing a parallel between Mr. Pollard and Israeli prisoners of war and comparing a Hamas dungeon in Gaza to a federal prison in North Carolina show how Israelis are unforgiving toward those who threaten their own security, but completely fail to understand the anger of other countries when their security is harmed.

The Israeli government even issued Mr. Pollard an Israeli identity card and published a public admission that he spied for Israel – the opposite of what should have been done to speed his release. Mr. Pollard’s second wife, Esther Seitz, who married him after he was jailed and who holds extreme right-wing views, has been loudly leading this chorus. She even hired a lawyer who had previously been involved in the defense of Yigal Amir, who in 1995 assassinated Mr. Rabin, then the prime minister.

The nationalistic campaign, along with the big mouths of the confused Mr. Pollard and his extremist wife, are the main reason he is still in jail.

When Mr. Pollard is released in November, it will set off rejoicing in Israel. It’s not clear yet if President Obama will allow him to leave the United States and settle there. But if Israelis celebrate his release and possible “homecoming,” there must be a responsible adult in Israel who understands how turning a spy into a returning hero will be interpreted in Washington. Israelis must realize, even if 30 years too late, that Americans see Mr. Pollard as a traitor of the worst kind and that celebrating his release will only further harm Israel’s already strained relations


Ronen Bergman, a senior political and military analyst for the Israeli newspaper Yediot Aharonot, is writing a history of the Mossad.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Imigrant zmiażdżony przez ciężarówkę. Dziewiąta ofiara szturmów Eurotunelu

Imigrant zmiażdżony przez ciężarówkę. Dziewiąta ofiara szturmów Eurotunelu

Niemal dwa tysiące nielegalnych imigrantów próbowało we Francji w nocy z poniedziałku na wtorek wedrzeć się na teren terminalu tunelu pod kanałem La Manche. Jeden zginął pod kołami ciężarówki.

Rzecznik firmy zarządzającej Eurotunelem przekazał we wtorek, że imigranci próbowali sforsować ogrodzenie wokół terminalu dla pasażerów między północą a godziną szóstą rano. Odpierało ich około 200 strażników i policjantów.

Początkowo poinformowano, że kilku imigrantów zostało rannych, ale rano okazało się, że jeden zmarł. Miał dostać się pod koła ciężarówki i zostać “zmiażdżony”. Nie wiadomo, jakie były dokładne okoliczności wypadku.

Chcieli jechać koleją

– To była największa w swojej skali próba wtargnięcia od półtora miesiąca – podkreślił rzecznik Eurotunelu. Wyjaśnił, że imigranci próbowali wejść na pokład wagonów, które stały na bocznicy terminalu.

Do opanowania sytuacji firma zarządzająca musiała zmobilizować wszystkich swoich ochroniarzy po francuskiej stronie, czyli niemal 200 osób. W dodatku wezwała na pomoc policję.

Pociąg pasażerski jadący tej nocy z Wielkiej Brytanii został opóźniony o godzinę, a jadący z Francji o pół godziny.

Bez zmian

– Coś takiego zdarza się co noc – powiedział rzecznik, mówiąc o próbach wdarcia się na teren terminalu przez imigrantów.

Według oficjalnych szacunków, około trzy tysiące nielegalnych imigrantów – głównie z Etiopii, Erytrei, Sudanu i Afganistanu – koczuje w okolicach Calais w nadziei, że uda im się dostać do Wielkiej Brytanii.

Tego lata ośmiu z nich zginęło, próbując pokonać kanał La Manche podmorskim tunelem. Nie dalej, jak w zeszłym tygodniu, na dachu pociągu, który jechał z Calais do Wielkiej Brytanii, znaleziono ciało nastolatka, najprawdopodobniej nielegalnego imigranta. Najnowsza ofiara była dziewiąta.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Nie tylko w Jedwabnem płonęła stodoła

Nie tylko w Jedwabnem płonęła stodoła

Michał Bojanowski


Miejsce spalenia Żydów w Radziłowie / Zdjęcie ze śledztwa : S15/01/Zn w sprawie zabójstwa w dniu 7.07.1941 r. w Radziłowie 800 osób narodowości żydowskiej, z których część zastrzelono, a część spalono w stodole. (Postępowanie zawieszone). OKŚZpNP, IPN Białystok.
Miejsce spalenia Żydów w Radziłowie / Zdjęcie ze śledztwa : S15/01/Zn w sprawie zabójstwa w dniu 7.07.1941 r. w Radziłowie 800 osób narodowości żydowskiej, z których część zastrzelono, a część spalono w stodole. (Postępowanie zawieszone). OKŚZpNP, IPN Białystok.

Rozmowa z Mirosławem Tryczykiem, autorem książki „Miasta śmierci”

W swojej książce opisuje pan piętnaście miejscowości na Podlasiu, w których dochodziło do niewyobrażalnych mordów na Żydach dokonanych przez ich polskich sąsiadów. Czy Podlasie było wyjątkowym regionem na mapie Polski?

Mirosław Tryczyk: Wschodnia część Polski, zwłaszcza rejon białostocki i łomżyński, była pod znacznym wpływem prądów nacjonalistyczno-narodowych. Z tej perspektywy Podlasie w dwudziestoleciu międzywojennym było rejonem typowym dla wschodniej części Polski. Z drugiej zaś strony do pewnego stopnia wyjątkowym. Po pierwsze dlatego, że Narodowa Demokracja miała tam bardzo silne zaplecze – to był jej „bastion”. Po drugie bliskość granicy z Prusami, z których promieniował nazizm niemiecki, nie pozostawał bez echa w okolicach Białegostoku i Łomży. W pobliżu Radziłowa młodzież urządzała na przykład pochody na wzór marszy NSDAP.

Nastrojom narodowym ulegali właściwie wszyscy, łącznie z przedstawicielami miejscowego Kościoła. Zarówno poszczególni księża, jak i biskup Łukomski aktywnie wspierali narodowców. Te nastroje odbiły się w wynikach wyborów parlamentarnych i do władz lokalnych (w których dominowała endecja). Nie bez znaczenia pozostaje też zalew narodowej, antysemickiej prasy, która rozszerzała zasięg swojego oddziaływania na kościelne kazania, treści w niej przedstawiane wracały też w wypowiedziach lokalnych władz i opiniotwórczych przedstawicieli inteligencji, powszechne były wiece, agitacje i manifestacje narodowców.

W takich nastrojach rozpoczyna się okupacja sowiecka?

Być może okupacja hitlerowska uzmysłowiłaby tym ludziom absurdalność ich poglądów, ale po 17 września 1939 roku te tereny trafiły pod okupację sowiecką. To spowodowało pogłębienie się nastrojów faszystowskich, które stanowiły opozycję do znienawidzonego komunizmu, reprezentowanego przez Sowietów. Ponadto przedwojennej endecji udało się zbudować rasistowsko-antysemicką mitologię. Jedną z głównych osi narracji stanowił Żyd – Bolszewik (a przy okazji przeciwnik Boga, zabójca Chrystusa, etc.), choć także Żyd –kapitalista i demokrata.

Narodowcy odrzucali zarówno bolszewizm, jak też demokrację i kapitalizm jako przeniknięte duchem Talmudu. Łatwo było więc mieszkańcom tamtych terenów po wkroczeniu wrogich wojsk sowieckich skojarzyć wszystkie zasłyszane fakty i wykorzystać je później do walk przeciwko Żydom. Z dokumentów NKWD nie wynika, aby w powstających na terenach okupowanej Polski organizacjach sowieckich Żydzi stanowili większy procent niż Polacy. Na przykład w rejonie Jedwabnego 8,5% urzędników administracji sowieckiej było Żydami, dominującą rolę odgrywali zaś Białorusini, którzy przyjechali tam w 1940 r. ze wschodnich rejonów sowieckiej Białorusi. Byli też oczywiście miejscowi Polacy. Żydzi również w takim samym, a nawet w większym stopniu w stosunku do ogólnej liczby obu społeczności, byli ofiarami deportacji na Syberię (decydowała ich „kułacza” klasa społeczna, a nie – narodowość, oraz to, że byli członkami organizacji żydowskich takich jak „ruch syjonistyczny” czy BUND). Ofiarami byli też oczywiście Polacy, przedstawiciele miejscowej inteligencji, działacze przedwojennej Narodowej Demokracji, a także rodziny partyzantów antykomunistycznych, którzy rozpoczęli walkę z Sowietami właściwie od razu po ich wkroczeniu na tamte tereny. Partyzantka zorganizowana w tamtym czasie była od razu z gruntu antykomunistyczna i w jakiejś części – antyżydowska.

Po 1940 r. miejscowy polski komunista, funkcjonariusz sowieckiej administracji na tym terenie, zdradził położenie jej najważniejszej bazy na tzw. Kobielnie. Poskutkowało to falą aresztowań i wywózek na Syberię kilkuset rodzin – mężczyźni zostali zatrzymani w Łomży do dyspozycji sowieckich śledczych, ale ich bliskich wywieziono. Miejscowa ludność o spowodowanie tej sytuacji od razu posądziła Żydów. Co ciekawe, w 1942 roku wątek ten również wykorzystali Niemcy, gdy ich wojska ugrzęzły pod Stalingradem, zachęcając Polaków do mordowania i wydawania Żydów. Przypominali, że major Aleksander Burski, który dowodził bazą na Kobielnie (wśród miejscowych istniało podejrzenie, że to on wydał ją Sowietom), nazywał się tak naprawdę Epstein.

Do świadomości tamtych ludzi nie przenikały w ogóle dane na temat rzeczywistego udziału Żydów. Ksenofobiczna narracja dwudziestolecia była tak silna, że wystarczyło, by gdzieś w radzie gminnej pojawił się jeden Żyd (jak np. w Wąsoszu), aby skutecznie karmić wyobrażenie o żydowskich bolszewikach.

To dalej nie wyjaśnia ogromu nienawiści.

Jeśli w międzywojniu w tych miejscowościach urządzano na Żydów zamachy (np. bombowy w pobliżu Radziłowa), jeśli Żydzi byli szykanowani, bici na ulicach, wybijano im szyby w oknach, bojkotowano sklepy, oblewano towary naftą, zakazywano chrześcijanom robić w żydowskich sklepach zakupy, to potem, gdy w okresie okupacji sowieckiej pojawili się we władzach gminnych (nawet jeśli była to jedna osoba), bardzo kuła w oczy ta obecność, wywoływała frustrację i złość podobną nieco do tej, którą teraz powoduje kwestia emigrantów. Załóżmy, że Polska ich wreszcie przyjęła i nagle Syryjczyk zostaje prezydentem Wrocławia, a dwóch innych imigrantów – wiceprezydentami. Byłoby ich trzech we władzach, ale zapewne uznano by, że Syryjczycy „rządzą miastem”. W ten sposób to działało. Jeżeli gdzieś odkryto, że jakiś Żyd współpracował z NKWD, rozdmuchiwano to do niewyobrażalnych rozmiarów, udowadniając z góry postawioną tezę. A przecież NKWD musiało współpracować z przedstawicielami wszystkich grup społecznych, gdyż potrzebowali informacji o każdej z nich. Szczególnie współdziałano z miejscowymi Polakami, stanowiącymi najliczniejszą grupą etniczną na tamtym terenie, i aktywnie walczącymi z Sowietami.

Co działo się po wycofaniu Sowietów?

Kiedy w czerwcu 1941 r. na Podlasie wkroczyła armia niemiecka, kontynuując ofensywę na Wschód, powstała chwilowa pustka: nie było ani administracji sowieckiej, ani niemieckiej, ani jakiejkolwiek innej. Wówczas partyzanci wyszli z lasów i zaczęli powoływać własne organy administracji tymczasowej: sądy, milicję, samoobronę, noszące różne nazwy. W Goniądzu na przykład powstał Komitet Wyniszczania Komunizmu. Te organizacje przystąpiły do rozprawy z miejscowymi kolaborantami sowieckimi – nazywam to pierwszym etapem mordów. Wszystko zaczęło się od pojedynczych zbrodni. W Rajgrodzie powieszono trzech Polaków.

Przed egzekucją miejscowy proboszcz udzielił im rozgrzeszenia, wyprowadzono ich z kościoła i powieszono. Jeśli Żyd współpracował (a nawet jeśli tego nie robił, gdyż wystarczyło samo podejrzenie), to zabijany był wraz z całą rodziną, natomiast jeśli był to Polak, zabijano tylko jego. Czasem nawet udawało mu się ujść z życiem, zwłaszcza, jeśli miał licznych braci. Tak się zdarzyło właśnie w Rajgrodzie: trzech powieszono. Planowano ukarać czterech, ale ponieważ rodzina pilnowała jednego, został wypuszczony. To pokazuje, jakie znaczenie od samego początku miał antysemityzm, gdyż w przypadku Żydów nie szło się na żadne ustępstwa.

Przemoc stopniowo narastała i zaczęto kierować ją tylko na Żydów. To drugi etap, w którym dochodziło do fali mordów o charakterze antyżydowskim połączonych z grabieżą mienia, nie mającą bezpośredniego związku z ewentualną współpracą z komunistami. Gwałcono kobiety. Zresztą przemoc wobec nich miała niewyobrażalną skalę. W kolejnym, trzecim etapie dochodziło do masowych eksterminacji ludności żydowskiej (jak w Radziłowie czy w Jedwabnem).

Przedmioty wydobyte ze stodoły w Jedwabnem, zdjęcie ze śledztwa : S1/00/Zn w sprawie spalenia osób narodowości żydowskiej 10.07.1941 r. w Jedwabnem, prowadzący prokurator Radosław Ignatiew, OKŚZpNP, IPN Białystok.
Przedmioty wydobyte ze stodoły w Jedwabnem, zdjęcie ze śledztwa : S1/00/Zn w sprawie spalenia osób narodowości żydowskiej 10.07.1941 r. w Jedwabnem, prowadzący prokurator Radosław Ignatiew, OKŚZpNP, IPN Białystok.

Czytaj dalej tu: Nie tylko w Jedwabnem…


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Nie będę nienawidził

Nie będę nienawidził

Andrzej Koraszewski


Tak mało o Pani wiem. Czy ma Pani dzieci? Żyjemy w świecie, w którym śmierć dziecka przestała być codziennością. Czasem choroba lub wypadek zabiera dziecko i wiemy, że stało się coś niezrozumiałego. Śmierć dziecka z powodu choroby lub wypadku jest dramatem, z którego większość rodziców nie otrząsa się nigdy. Większość ludzi w naszej części świata omija to doświadczenie. Gdzie indziej dzieci są często ofiarami wojny, spowodowanego wojną głodu i chorób, które przy normalnej opiece medycznej nie stanowią poważnego zagrożenia. Czym innym jest jednak śmierć dziecka, które ginie z rąk zbira przychodzącego zabić dla samej rozkoszy zabijania. Czasami zbirem kieruje głęboka wiara. Kocha Boga i gotów jest sam zginąć za swoją wiarę, byle zabić jak najwięcej ludzi winnych tylko temu, że są inni.

Tak w 2001 roku zginęła piętnastoletnia Malka Roth. Siedziała z przyjaciółką w pizzerii, kiedy do lokalu wszedł młody mężczyzna z gitarą w futerale na plecach. W chwilę później potężny wybuch zabił jego i 15 osób, głównie młodych ludzi, poranionych było dalszych 130 osób, zarówno w lokalu, jak i przechodzących przypadkowo ulicą.

Minęło 14 lat. Dla Frimet i Arnolda Rothów czas się zatrzymał. Założyli fundację, która pomaga dzieciom żydowskim i arabskim. Czy wybaczyli? Nie. Czy nienawidzą? Tak. Czy umiałaby Pani wybaczyć?

Ludzką bombą (Frimet i Arnold Rothowie odmawiają używania określenia samobójca, ci ludzie są ludzkimi bombami sterowanymi przez innych) był Izz al-Din Shuheil al-Masri, 23-letni syn zamożnego rolnika. Za nim kryli się inni, prezenterka telewizyjna, która była jego przewodniczką, konstruktor bomby, organizatorzy, finansiści i nieodłączni duchowni, czyli duchowi przywódcy. Prezenterka telewizyjna, kobieta, która wypatrzyła miejsce, gdzie będzie najwięcej ofiar i która o właściwej godzinie doprowadziła ludzką bombę na miejsce, wspierając młodego człowieka moralnie i duchowo, Ahlam Tamimi, została uwolniona z więzienia w ramach wymuszonej przez Zachód akcji wypuszczania morderców na rzecz pokoju. Jest terrorystką-celebrytką i nadal prowadzi programy telewizyjne. W 2012 roku, po jej uwolnieniu z izraelskiego wiezienia udzieliła wywiadu palestyńskiej telewizji. Proszę sobie wyobrazić, że w jedenaście lat po zamordowaniu Pani ukochanego dziecka ogląda Pani wywiad z współorganizatorką tego mordu.

Czy umiemy wczuć się w postawy i odczucia tej drugiej strony? Mamy w Polsce za sobą długą historię walki o odzyskanie niepodległości naszego kraju, były powstania, wojny, świadome wysyłanie synów do walki, która często była beznadziejna. Poeta pisał:

„Obywatelu i mój generale,
doszedł mnie list twój,
na obozowym pisany gdzieś wale,
że syn mój poległ za ojczyznę…”

Izraelskie rodziny doświadczają tego dziś wysyłając swoje dzieci na front. Wiedzą dobrze, że ich dzieci mogą nie wrócić i wiedzą dobrze, że idą zabijać. Obydwie strony twierdzą, że walczą o sprawiedliwość, że bronią swojego życia i swoich rodzin, obydwie strony oskarżają się o agresję. W telewizji palestyńskiej palestyńska matka, przedstawiona jako działaczka na rzecz praw kobiet, mówi:

„Palestyna jest jedna, a synów wielu. Mogę urodzić dziesięciu, dwunastu, znam ludzi, którzy mają piętnaścioro, szesnaścioro dzieci, a nawet więcej, a Palestyna jest jedna.”

W dalszej części wywiadu dodaje, że palestyńska matka jest szczęśliwa, kiedy jej syn zostaje męczennikiem.

Morderca Malki, Al-Masri, jest czczony w Judei jako męczennik, zabił 15 Żydów za Boga, honor i ojczyznę. Samo nazwisko al-Masri oznacza Egipcjanin, jest bardzo popularne wśród Palestyńczyków, oznacza ono stosunkowo niedawnych osadników z Egiptu. Różnili się od arabskich osadników z Syrii czy Libanu, którzy również masowo przenosili się do Palestyny w związku z ożywieniem gospodarczym spowodowanym przez osadników żydowskich. W palestyńskiej trójcy „Bóg, honor i ojczyzna” ojczyzna jest produktem najpóźniejszym i niezbyt poważnie traktowanym.

Honor może kojarzyć się z etosem rycerskim, ze sposobem walki. Al-Masri zamordował przypadkowych cywilów, którzy siedzieli w pizzerii. Inni palestyńscy obrońcy Boga, honoru i ojczyzny wpadli do synagogi i zatłukli modlących się tam ludzi tasakami. Jeszcze inni zakradli się do mieszkania zarzynając nożami śpiących mieszkańców włącznie z niemowlęciem, palestyńscy rodzice masowo nakłaniają swoje dzieci do rzucania kamieniami w przejeżdżające samochody. Palestyński rycerski etos wydaje się być etosem bandyckiego terroru.

Australijski emerytowany generał, Jim Molan, w ramach misji grupy zachodnich wysokich oficerów, mającej za zadanie zbadanie zasad prowadzenie wojny przez armię izraelską, odwiedził kibuc leżący o kilkaset metrów od granicy z Gazą. Podczas rozmowy z kobietami z kibucu usłyszał zapewnienie, że ta wojna była wojną z Hamasem, a nie z mieszkańcami Gazy. Kiedy powiedział, że z jego rozmów z oficerami IDF wynika, że armia podziela ich troskę o cywilnych mieszkańców Gazy, jedna z kobiet odpowiedziała: “Oczywiście, że podziela naszą troskę. To nasi synowie.” Jim Molan pisał:

„Wojna brutalizuje, ale Izraelczycy przejmowali się palestyńskimi ofiarami. Tymczasem Hamas jest tym rodzajem wroga, którego główna strategia polega na bezpośrednim ostrzeliwaniu izraelskich społeczności i który systematycznie używa własnej ludności jako żywych tarcz, co w obu przypadkach przy jakiejkolwiek uczciwej ocenie, stanowi ciężką zbrodnię wojenną.

Kobiety w kibucu były dumne ze swoich synów, mają również powód do dumy ze słów jednego z wyższych izraelskich oficerów, którego syn był właśnie wysyłany ze swoją jednostką do Gazy:

“Wracaj żywy” – powiedział na pożegnanie – “i wracaj człowiekiem.” Zastanawiam się jaka byłaby hamasowska wersja takiego pożegnania.”

Nie musimy się zastanawiać, wiemy zarówno jaka jest wersja hamasowska, jak i wersja rzekomo umiarkowanych, rzekomo dążących do pokoju ludzi z ugrupowania „prezydenta” Abbasa.

Czy słyszała Pani o doktorze z Gazy? Tak go właśnie nazywano, doktor z Gazy. Izzeldin Abuelaish urodził się w roku 1955, ale jego historia zaczyna się w dniu ogłoszenia powstania państwa Izrael. Jego rodzice byli rolnikami w wiosce leżącej kilka kilometrów od Gazy, po napaści armii arabskich na Izrael postanowili na kilka dni schronić się w Gazie. Wbrew wszelkim przewidywaniom izraelskie wojsko odparło atak, a Arabowie, którzy opuścili swoje domy, zostali uchodźcami. Izzeldin urodził się w obozie dla uchodźców, w znajdującej się wówczas pod panowaniem Egiptu Gazie. Gaza była pod panowaniem Egiptu, ale nie była częścią Egiptu. Jej mieszkańcy byli więźniami idei, że uchodźcy pozostaną uchodźcami do czasu likwidacji Izraela.

Po raz pierwszy usłyszałem o nim w styczniu 2009 roku. Lekarz, ginekolog, wybitny specjalista od bezpłodności, który stał się symbolem budowania psychologicznego pomostu między Gazą i Izraelem.

W styczniu 2009 roku trzy jego córki i bratanica zginęły w Gazie od pocisku wystrzelonego przez izraelski czołg. W rok później ukazała się jego książka pod tytułem I Shall Not Hate (Nie będę nienawidził). Doktor Izzeldin Abuelaish opisuje w niej historię śmierci swoich córek, tragedię uwięzionych w Gazie Palestyńczyków, historię swojej rodziny i historię swojej przyjaźni z mieszkańcami Izraela.

Ten lekarz tyle razy pomagał przy narodzinach dzieci żydowskich i palestyńskich, iż postanowił być akuszerem przyjaźni między narodami.

Młodość Izzeldina przebiegała w cieniu kolejnych wojen. Rok 1956 Wojna Sueska, miał zaledwie rok, więc znał ją tylko z opowiadań. Rok 1967, ZSRR ma ochotę na umocnienie swojej pozycji w byłych koloniach brytyjskich na Bliskim Wschodzie. Egipt i inne armie arabskie, uzbrojone w radziecką broń i wspierane przez radzieckich doradców, przygotowują inwazję na Izrael. W przeciągu sześciu dni armie arabskie zostają rozbite. Dwunastoletni chłopiec widzi jak armia izraelska wkracza do Gazy. Życie w obozie dla uchodźców było piekłem przed tą wojną i pozostało piekłem po tej wojnie.

Świat Izzeldina to jego szkolne podręczniki traktowane jak największy skarb. Od najmłodszych lat wie, że wyjście z piekła prowadzi przez szkołę, jest najlepszy, jest zawsze najlepszy i jest dostrzegany i zachęcany przez nauczycieli. Z czasem musi zacząć pomagać zarabiać na utrzymanie rodziny. Zmęczenie pracą po nocach odbija się na jego wynikach, na szczęście nauczyciel angielskiego motywuje go, zmusza do dodatkowego wysiłku i chłopak kończy szkołę z wyróżnieniem, zdobywając stypendium i miejsce na uniwersytecie w Kairze.

Zanim do tego doszło, dwa zdarzenia wywarły na nim szczególne wrażenie, pierwsze — letnia praca w izraelskiej rodzinie, gdzie pomagał na farmie, gdzie był traktowany jak członek rodziny i gdzie zrewidował obraz Żyda wyniesiony ze swojej kultury, drugim wydarzeniem były uszkodzone na budowach kolana i pobyt w szpitalu. Wtedy postanowił, że zostanie lekarzem.

Izzeldin chciał zostać lekarzem i chciał zostać dobrym lekarzem, może dlatego w młodości nie miał czasu na politykę.

Po studiach jedzie na praktykę do Arabii Saudyjskiej, następnie robi specjalizację na Uniwersytecie w Londynie. Jego specjalizacją jest bezpłodność. Ten głęboko wierzący muzułmanin pisze o dodatkowej kulturowej frustracji jaką bezpłodność stwarza w świecie islamu, gdzie za bezpłodność wini się zawsze kobietę, kobietę wini się również za brak męskiego potomka. Doktor Abuelaish chce mieć swój udział w zmianie tego nastawienia do kobiet. Wie również, że świat islamu się nie zmieni, jeśli kobiety nie będą miały pełnego dostępu do edukacji i do rynku pracy.

Pracując w Londynie nad problematyką bezpłodności i zapłodnienia in vitro doktor Abuelaish zauważa, że wyjątkowo często cytuje lekarzy izraelskich. Po powrocie do Gazy zaczyna szukać możliwości konsultacji trudnych przypadków po drugiej stronie granicy. Światowej sławy specjalista, doktor Marek Glezerman nie tylko udziela konsultacji i bada jego pacjentów, ale niebawem proponuje Izzeldinowi praktykę w izraelskim szpitalu.

Załatwienie praktyki dla lekarza, Araba z Gazy, napotyka na tysięczne przeszkody biurokratyczne, w międzyczasie profesor Glezerman przenosi się z Beerszeby do Tel Awiwu, więc sprawę pilotują inni lekarze izraelscy.

Codzienne przekraczanie granicy okupowanej Gazy wymaga cierpliwości i nadzwyczajnych umiejętności znoszenia upokorzeń, upokorzeń ze strony izraelskiej i ze strony arabskiej. Biurokraci i żołnierze lubią okazywać swoją władzę. Nagrodą jest praca w doskonałym szpitalu i kontakty z fachowcami, z których większość staje się bliskimi przyjaciółmi. Arabski lekarz widzi obie strony i zdaje sobie sprawę z rozmiarów frustracji, która prowadzi do tego, że świat zmienia się w dom wariatów.

Życie w Gazie jest koszmarem powiększonym przez ciągłą paranoję, nienawiść do Żydów i nienawiść wzajemną, prowadzącą do ciągłych bratobójczych mordów. O Hamasie Autor pisze ostrożnie, ale czytelnik nie ma wątpliwości, ich rakiety wyrządzają ogromną krzywdę nie tylko mieszkańcom Izraela, ale i mieszkańcom Gazy, filozofię nienawiści najlepiej reprezentuje historia młodej Palestynki leczonej w jego izraelskim szpitalu po ciężkich poparzeniach gorącym olejem w kuchni. Po leczeniu, ze względu na konieczność okresowych kontroli, dziewczyna ma przepustkę, pewnego dnia łapią ją na przejściu granicznym w kamizelce samobójczyni. Miała wysadzić się w powietrze na terenie szpitala.

Ta i podobne historie wykraczają poza granice zrozumienia „doktora z Gazy”. To on wozi pacjentów do Beerszeby, to on załatwia formalności, a czasem służy za tłumacza i kuriera dowożącego później lekarstwa, to on na terenie Gazy organizuje placówki medyczne współpracujące ze szpitalami po drugiej stronie granicy.

Wiele razy zarzucano mu, że pomaga przy narodzinach przyszłych żołnierzy izraelskich. Odpowiadał, że pomaga przy narodzinach przyszłych lekarzy i inżynierów, którzy będą pamiętali, że witał ich na tym świecie Arab, odpowiadał, że „trzeba zacząć budować świat, w którym ludzie dostrzegają ludzi”.

Izzeldin Abuelaish nie tylko przybliżał ludzki wymiar Izraela i jego mieszkańców swoim rodakom w Gazie. Był coraz bardziej rozpoznawalny w samym Izraelu, jest nie tylko człowiekiem nawołującym do porozumienia, jego świadectwa o sytuacji w Gazie nie można ignorować. Doktor z Gazy jest człowiekiem, który nie ma uprzedzeń i który zdobył sobie prawo do mówienia prawdy w oczy. Występuje w izraelskich mediach jest coraz bardziej znany zarówno dla polityków, jak i dla zwykłych czytelników. Na trzy miesiące przed operacją „Płynny ołów” jego żona umiera na białaczkę. Umiera w szpitalu w Izraelu, przepisy nie pozwalają na wizytę więcej niż jednego krewnego i dzieci nie mogły odwiedzać umierającej matki.

W grudnia 2008 roku, po tysiącach rakiet wystrzelonych przez Hamas na teren Izraela, zaczyna się operacja „Płynny ołów”. Izraelska armia zamyka granice i nie wpuszcza do Gazy żadnych dziennikarzy. Izzeldin Abuelaish dostaje codziennie dziesiątki telefonów z redakcji izraelskich gazet, z radia i telewizji. Jest jednym z głównych informatorów izraelskiej opinii publicznej o tym, co dzieje się w Gazie. Jego telefon komórkowy był oknem Gazy na świat.

13 stycznia pocisk z izraelskiego czołgu uderza w jego dom. W pokoju na trzecim piętrze najpierw giną jego dwie córki oraz bratanica. Kolejna eksplozja zabija najstarszą córkę, kolejna córka ma odłamek w głowie i wysadzone oko, ranna jest druga bratanica i brat.

Zmarłym już nic nie pomoże, dla żyjących jedyną nadzieją jest izraelski szpital. Izzeldin Abuelaish dzwoni do zaprzyjaźnionego dziennikarza z izraelskiej telewizji. Ten wbrew wszelkim zasadom odbiera telefon w trakcie programu, słuchacze są świadkami wstrząsającej relacji, ambulans z Beerszeby wyjeżdża po rannych z ekipą telewizyjną.

W kilka godzin później operacja „Płynny ołów” została przerwana. Czy dlatego, że wszyscy, włącznie z premierem Izraela śledzili w telewizji dramat ratowania rannych członków rodziny „doktora z Gazy”? Prawdopodobnie, chociaż o możliwości zawieszenia broni mówiło się już od kilku dni.

„Niech moje córki będą ostatnimi ofiarami tego konfliktu”, błagał Izzeldin Abuelaish, wiedząc, że to nie jest możliwe.

Po śmierci żony i trzech córek został z piątką dzieci i pytaniem co robić, aby dramat nie złamał życia tym, którzy pozostali.

Siedząc przy łóżku rannej córki powtarzał, że nienawiść jest rozwiązaniem najgorszym, że nie wolno patrzeć wstecz, że trzeba zacząć mówić, nie o pokoju, a o wzajemnym zaufaniu, o godności, o naszym wspólnym człowieczeństwie.

Izzeldin miał ofertę kontraktu w Tel Awiwie i kontraktu w Toronto. Dzieci zadecydowały o wyjeździe na pięcioletni kontrakt w Kanadzie.

Trauma po straszliwym dramacie, ani aktywność zawodowa w nowym miejscu pracy, ani wreszcie uwaga skoncentrowana na odbudowie zdrowia psychicznego dzieci, nawet na chwilę nie wstrzymała jego działań na rzecz przerwania błędnego koła nienawiści. Znajdował czas na spotkania ze społecznościami muzułmanów i Żydów, na informowanie świata o sytuacji w Gazie.

Doktor z Gazy nie chce zapomnieć, podobnie jak Frimet i Arnold Rothowie utworzył fundację imienia swoich córek, jego misją jest budowanie fundamentów zaufania, które pozwoli żyć Izraelczykom i Palestyńczykom obok siebie.

Historię Izzeldina Abuelaisha znałem od stycznia 2009 roku. Potem czytałem jego książkę przerywając lekturę na sprawdzanie doniesień z Tunezji, Egiptu, Libanu, Jemenu, Iraku, Syrii, Iranu, Nigerii i innych miejsc, w których nienawiść porządkuje życie społeczne. Doktor z Gazy jest dziś profesorem medycyny na uniwersytecie w Toronto, pisuje również na temat konfliktu izraelsko-palstyńskiego. Jego artykuły nie trafiają do największych i najbardziej poczytnych mediów. Czy umie Pani odpowiedzieć dlaczego?

W poprzednim liście pisałem, że czytam właśnie niezwykle interesującą książkę profesora Stanisława Obirka. Książka nosi tytuł „Polak katolik?”. Jest to książka bardzo osobista, próba odpowiedzi na pytanie “gdzie jestem?”. Autor analizuje swoje relacje z religią, z chrześcijaństwem, z katolicyzmem, z polskim katolicyzmem, ze społeczeństwem i społecznością, w której wyrósł. Religia jest tu ważna, zgoła centralna. Autor wojuje nie tylko z religią instytucjonalną, a w jeszcze większym stopniu z religią upolitycznioną, tropi co w tej religijnej tradycji jest fundamentem jego humanizmu i odnajduje przekłamania tam, gdzie się ich spodziewał najmniej.

A Modlitwie Pańskiej, w tym codziennie powtarzanym przez każdego praktykującego chrześcijanina „Ojcze Nasz”, Obirek odnajduje pozornie drobną zmianę z pierwotnej, żydowskiej, wersji, do katolickiego katechizmu nie przedostało się ostrzeżenie, że kto nie przebaczy i jemu nie zostanie przebaczone. Zdumiony, że mimo wieloletnich studiów teologicznych dostrzega to dopiero teraz, Autor zastanawia się nad praktycznymi konsekwencjami.

„Chodzi przecież o rzecz podstawową – o to, że mój stosunek do Boga zależy od mojej postawy wobec bliźniego. W nowej katechizmowej wersji pozostaję ja i Bóg, bliźni nie wpływa na jakość tych relacji.”

Zapewne muzułmanin Izzeldin Abuelaish przyjąłby ten wywód bardziej emocjonalnie, mnie Bóg zupełnie nie interesuje, szukam odpowiedzi na pytanie o ład społeczny, który wymaga przywództwa i w którym politycy albo tonują nienawiść, zabiegając o rozwiązywanie konfliktów, albo ją wzmacniają, budując swoją siłę na nienawiści właśnie.

Czy zauważyła Pani podobieństwo kazań i mów polityków? Odnosi się wrażenie, że im częściej powtarzają słowo miłość, tym więcej w ich płomiennych mowach zagrzewania do nienawiści i przyzwolenia dla tych, którzy nocą skradają się tunelami, żeby poderżnąć gardła śpiącym. Sympatia dla morderców i tolerancja dla nietolerancji okazują się największym wrogiem hasła „nie będę nienawidził”.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Salman Rushdie on Islam: ‘We have learned the wrong lessons’

Salman Rushdie on Islam: ‘We have learned the wrong lessons’

 


The Satanic Verses, if published today, would not be defended by those who protested against Charlie Hebdo’s PEN award, says author

Salman Rushdie

Salman Rushdie Rushdie: ‘These people would have used the same arguments against me.’ Photograph: Murdo MacLeod

Salman Rushdie believes that if The Satanic Verses had been published today, the members of the literary elite who rounded on Charlie Hebdo in the wake of the French satirical magazine winning a PEN prize for courage would not have defended him.

In an interview with the French magazine L’Express, the novelist said that “it seems we have learned the wrong lessons” from the experience of The Satanic Verses, which saw a fatwa issued against him by Iranian leader Ayatollah Khomeini in 1989, sending him into hiding. “Instead of realising that we need to oppose these attacks on freedom of expression, we thought that we need to placate them with compromise and renunciation,” he said.

Speaking about the decision by PEN’s American branch to award Charlie Hebdo with a freedom of expression courage award in May, which led to more than 200 writers putting their names to a letter protesting the decision for valorising “material that intensifies the anti-Islamic, anti-Maghreb, anti-Arab sentiments already prevalent in the western world”, Rushdie said the conflict had left “deep divisions” in the literary world. He would never have imagined that writers such as Michael Ondaatje, Peter Carey and Junot Díaz “would have taken this attitude”, and he had written to one of the key dissenters, Teju Cole, about the situation, he revealed.

“[Cole] replied with a bizarre letter: ‘My dear Salman, dear big brother, everything I know I learned it at your feet,’” Rushdie said. “But his reply was mostly full of false claims: Teju assured me that he would never have taken this part against The Satanic Verses because, in my case, it was to do with an accusation of blasphemy, but in the case of Charlie Hebdo, it was about the alleged racism of the magazine against the Muslim minority.”

Rushdie told L’Express that he disagreed, saying that the 12 people murdered at Charlie Hebdo’s offices were killed because their words were seen as blasphemous. “It’s exactly the same thing,” he said. “I’ve since had the feeling that, if the attacks against The Satanic Verses had taken place today, these people would not have defended me, and would have used the same arguments against me, accusing me of insulting an ethnic and cultural minority.”

The novelist told the French magazine that he believes “we are living in the darkest time I have ever known”, with the rise of Islamic State of “colossal importance for the future of the world”. He argued that the taboo surrounding “supposed ‘Islamophobia’” must be brought to an end.

“Why can’t we debate Islam?” he said. “It is possible to respect individuals, to protect them from intolerance, while being sceptical about their ideas, even criticising them ferociously.”


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com