Archive | October 2015

Anna Król: Przedmioty opowiadają o Iwaszkiewiczu

Anna Król: Przedmioty opowiadają o Iwaszkiewiczu

Źródło: PAP, opracował jrk


Oderwany guzik, poplamiony krawat, niedokończona tubka kremu do golenia – przedmioty pozostałe po Jarosławie Iwaszkiewiczu zainspirowały Annę Król do napisania opowieści zebranych w książce “Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”, która w październiku 2015 trafia do księgarń.

Pani książka to plon długiej pracy na Stawisku. Jakie wrażenie ten dom na Pani zrobił? Czy to bardziej muzeum, czy jednak ciągle dom?

Anna Król: Iwaszkiewicz, na długo przed śmiercią zaczął przygotowywać “sprawę” przekształcenia domu w muzeum. Prowadził rozmowy z instytucjami, zadbał o stosowne zapisy w testamencie. Marzyło mu się, że powstanie miejsce, które nie straci domowego ducha, a jednocześnie będzie otwarte dla zwiedzających. Miał potrzebę zaproszenia ludzi do siebie, dawał zgodę na przyglądanie mu się z bliska. Zależało mu na zachowaniu w przyszłym muzeum tyle życia, ile tylko możliwe. Całe szczęście, że nikt nie wpadł na pomysł przenoszenia świata Iwaszkiewicza do jakiejś innej, nowej przestrzeni. Żadna, nawet najlepsza ekspozycja muzealna czy sala wystawowa nie są w stanie opowiedzieć o życiu pisarza tyle, ile pozostawione przez niego przedmioty, których używał, porządek i bałagan, który się w tym domu zachował itd. Od dawna interesuje mnie “tajemne życie przedmiotów” i dom w Stawisku był dla mnie idealnym “laboratorium” do prowadzenia badań.

Do snucia opowieści zainspirowały Panią rzeczy, które pozostały po mieszkańcach Stawiska. Co one mówią o właścicielach? Co można wyczytać o Iwaszkiewiczu z jego butów, okularów, krawatów?

Kolekcja pozostawionych w szafie krawatów pokazuje, że miał świetny gust, że przywiązywał wagę do wyglądu, ale także że nie był to gust urzędnika. Pozostawione w biurku i szufladach karteczki, guziki, nadłamane okulary pokazują, że starał się tworzyć z takich drobnostek swój świat, drobiazgi były dla niego ważne. Należał do pokolenia, które wielokrotnie traciło wszystko – nie przetrwało zbyt wiele rzeczy z dzieciństwa Iwaszkiewicza na Ukrainie. Może dlatego, jak wspomina gosposia Iwaszkiewiczów, mieszkańcy Stawiska z upodobaniem gromadzili przedmioty, nie lubili niczego wyrzucać, wszystko “mogło się przydać”. Rachunki, zapiski finansowe, całe archiwum finansowe mówi o stosunku Iwaszkiewicza do pieniędzy – a ten był ostrożny i dość poważny, ale nie uczynił z niego nigdy sknery.

Punktem wyjścia pani opowieści są przedmioty. Czy Iwaszkiewicz napisał jakiś wiersz o rzeczach?

Iwaszkiewicz miał umiejętność pisania pięknych utworów, których bohaterami były drobnostki – zapachy, wspomnienie jakiegoś zapachu, barwa. Był niezwykle uważny i wyczulony na szczegół. Ale pisywał także utwory, które zdradzają, że miał poczucie humoru i dystans. Jednym z wierszy, w których pisze o przedmiotach jest utwór pod tytułem “Rzeczy”, pochodzący z ostatniego, wydanego już po śmierci tomu “Muzyka wieczorem”.

Kwiaty, owoce, liście, książki, szafy, graty,
Złamane klawikordy, czarne futerały,
Rozdartych nut kaskady, wazon popielaty,
Pulpit pod Ewangelię i dwa pastorały,

Potargane paprocie, drewniane buławy,
Lalka, koń z włosiennicy, stoliczek kulawy,
Okręt bez żagli, i ja na tym leżę
Jak wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę

Czy można powiedzieć, że Iwaszkiewicz był przedstawicielem homoseksualnej formacji kulturowej różniącej się od dominującego teraz ruchu gejowskiego? Czytając o Iwaszkiewiczu, Szymanowskim, Lechoniu wydaje mi się niemożliwe, żeby któryś z nich dokonał medialnego coming outu, ale też w przedwojennej Polsce homoseksualizm przyjmowano chyba dużo spokojniej, naturalniej niż współcześnie.

To nie jest aż takie proste. Iwaszkiewicz, Szymanowski, Lechoń, Mycielski, Kot Jeleński, Stryjkowski, Hertz i wielu innych – to twórcy o homoerotycznej tożsamości oraz bliskie otoczenie, środowisko Iwaszkiewicza, ale też – bardzo różni ludzie, różne osobowości. Żaden z nich nie ukrywał się z homoseksualizmem, a jednocześnie żaden z nich go nadmiernie nie eksponował. Nie używali “tej informacji” do manifestowania czegokolwiek, nie wykorzystywali homoseksualizmu jako narzędzia władzy, nie czynili swojej tożsamości politycznie zaangażowaną. Wiedza o tym, że Iwaszkiewicz miewa kolejne romanse i męskie miłości była dość powszechna, ale jednocześnie żył z nią jak żyje się z jakąś oczywistą cechą – po cichu, z oczywistą akceptacją. Iwaszkiewicz należał do pokolenia, które ściśle rozdzielało prywatność i sferę publiczną. Obce było mu manifestowanie własnej seksualności na forum publicznym, w szczególności dla osiągnięcia jakiegokolwiek, nawet najbardziej szlachetnego celu. Lata trzydzieste w miastach takich jak Paryż, Berlin czy nawet Warszawa były być może czasem większej niż dziś tolerancji na homoseksualizm w środowiskach artystycznych.

W PRL-u sytuacja chyba się zmieniła?

W Polsce Ludowej sprawy wyglądały już zupełnie inaczej. Znane są słynne przypadki szantażowania homoseksualistów, śledzenia, zbierania na nich “haków”, wykorzystywania, werbowania itd. Iwaszkiewicz także miał świadomość bycia obserwowanym. Zdarzało mu się “bardziej uważać” – co bardziej intymne zapiski dziennika trzymał u zaufanych przyjaciół, niektóre informacje zapisywane w osobistych kalendarzykach szyfrował, a listy miłosne podpisywał zmyślonym imieniem.

Czy podczas pracy odkryła Pani jakieś nowe, nieznane fakty o Iwaszkiewiczu i jego rodzinie?

Wiele. Najczęściej były to sprawy, które dotychczas nie interesowały badaczy, bo należą do świata uczuć i przeżyć, nie do świata dat i faktów. Rozmawiałam z córką Iwaszkiewicza o stosunku rodziny do choroby psychicznej Anny Iwaszkiewiczowej. Sprawdzałam czy rodzina akceptowała jego homoseksualne miłości. Z dawną gosposią rozmawiałam o tym, jak wyglądało życie codzienne, porządek obowiązujący w domu, a nawet menu domowników. Z Wiesławem Kępińskim (przybranym synem) rozmawiałam o życiu towarzyskim, znajomościach, bywaniu, a nawet “imprezowaniu”. Pytałam o funkcjonujące od lat legendy – mundur górniczy, Gierka, polityczny oportunizm – i próbowałam opisywać ich inne, równie uprawnione, a często także prawdziwsze wersje.

Czy podczas pracy coś Panią zaskoczyło? Zdziwiło?

Iwaszkiewicz wielokrotnie mnie zaskakiwał. Szybko się zorientowałam, że był człowiekiem niezwykle skomplikowanym. Z jednej strony samotnym, dość pogubionym, niezwykle wrażliwym, uważnym, emocjonalnym, ale równocześnie bywał gruboskórny, niesprawiedliwy, ambitny, łaknącym zainteresowania i pochwał. Przez to, że wciąż odkrywałam jeszcze jakąś “jego twarz”, ta praca była do końca wciągająca i fascynująca.


Książka “Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” Anny Król ukazała się nakładem Oficyny Wydawniczej Wilk & Król.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Anti-Semitic indoctrination in Swedish schools

Anti-Semitic indoctrination in Swedish schools

Ilya Meyer


The Local Education Authority (LEA) of Gothenburg in Sweden has taken an unusually aggressive decision to expose the city’s schoolchildren to a highly controversial film entitled (in the English translation) “Even the dead have a name” produced by the pro-terrorist Ship to Gaza (StG) organisation.

The Local Education Authority (LEA) of Gothenburg in Sweden has taken an unusually aggressive decision to expose the city’s schoolchildren to a highly controversial film entitled (in the English translation) “Even the dead have a name” produced by the pro-terrorist Ship to Gaza (StG) organisation.

The unsuitability and questionable legality of disseminating anti-Semitic material in schools should need no further discussion. Nobody who believes in democracy, equal rights and religious equality should have any reason to question the unsuitability of spreading anti-Semitic propaganda. Anywhere. Least of all in schools, to impressionable young children.

The second issue, the film’s unabashed anti-Israel sentiment, bears some examination. Firstly because the film employs classic anti-Semitic clichés in a subtle, subliminal, 80 minute long assault on the sensibilities of the viewer (the LEA intends to show this movie to children as young as 15, remember).

And secondly because the LEA is bound by the Swedish Curriculum for Compulsory Schooling, Lgr11, Parts 1 and 2, and its Code of Statutes (SKOLFS).

Chapter 1, entitled Fundamental Values and Tasks, Section 2 Understanding and Compassion specifically and unequivocally states that “xenophobia and intolerance must be confronted with knowledge, open discussion and active measures”. The same chapter, section 3 Objectivity and Open Approaches, stipulates that “Teaching should be objective and encompass a range of different approaches. All parents should be able to send their children to school, fully confident that their children will not be prejudiced in favour of any particular view. All who work in the school should … clearly dissociate themselves from anything that conflicts with these values”.

These are key considerations because nowhere in the film is there any attempt to offer the young viewing public a balanced view of the Palestinians’ self-inflicted, racist and exceptionally violent conflict with Israel. There is not one single statement throughout the 80 minute film to counter any of the virulently anti-Israel statements made there. This is in direct contravention of the above regulations, the very values that are embodied in the LEA’s own Code of Conduct. A Local Education Authority that so openly flouts its own regulations and uses anti-Semitic tropes to do so ought to be a major concern not just for Sweden’s educational establishment and the nation’s politicians, it should also merit close police attention and the interest of the State Prosecutor’s office.

Youngsters who previewed the film acknowledged that had they watched it without any prior knowledge of the issues involved, they would have emerged afterwards as committed anti-Semites. Jewish youngsters who previewed the film said that had they watched it together with non-Jewish classmates, peer pressure alone would have caused them severe discomfort, perhaps even physical threat or harm.

Not least because of two key phrases and concepts that were given prominence throughout the movie: that people who disagree with the film “have sold their souls for silver” (a clear, unequivocal anti-Semitic trope) and that there are “good Jews and bad Jews” – with the good Jews being those who agree with the political aims of Ship to Gaza (StG). All other Jews are bad Jews. Any Jewish pupil who disagrees with the aims of StG is to be regarded as a “bad Jew” by his or her classmates. This kind of vicious anti-Semitic indoctrination of children, accompanied by underlying threats of being frozen out by one’s peers or even being physically assaulted by them, is not only unacceptable, it is a frightening indictment on an LEA which feels that such material is suitable for children.

Raw political indoctrination, disregard for legal constraints and the fanning of religious hatred have no place in a nation’s educational system.

So far, the Gothenburg LEA has steadfastly refused to withdraw the film from its offering for schoolchildren. With sufficient international pressure the highly politicised adults who are wilfully indoctrinating their young charges will hopefully be forced to acknowledge that “Even the dead have a name” is unfit for purpose, that it has no place whatsoever in an educational environment.

Not least because there is no place for indoctrination in education.


Ilya Meyer

Ilya Meyer is a former deputy chair of the West Sweden branch of the Sweden-Israel Friendship Association. He blogs about Israel and Sweden’s relationship with Israel at ilyameyer.com A prolific blogger both at the Times of Israel and at ilyameyer.com, he made his debut as a thriller writer with the first of a trilogy, “Bridges Going Nowhere”, where the action starts in Samaria and goes on to Sweden. The book is available from Amazon.com as an ebook and also in paperback. The second book in the trilogy, “The Threat Beneath”, is also out and work has started on the third book in the series.


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Białostocki antysemityzm. Długa historia zapominania

Białostocki antysemityzm. Długa historia zapominania

Jakub Korus Jakub Korus


Marcin Kącki “Białystok. Biała siła, czarna pamięć
Marcin Kącki "Białystok. Biała siła, czarna pamięć"

– Przyjeżdżam pierwszy raz do Białegostoku, a tam parking na byłym ewangelickim cmentarzu, samochody falują, jakby na zapadniętych grobach. Rozmawiam ze stróżem i mówi mi: a tu niedaleko, pod parkiem jest żydowski kirkut. Macewy zasypali jak stały, dzieci się tam dzisiaj bawią, matki przychodzą z wózkami – mówi Marcin Kącki, autor książki „Białystok. Biała siła, czarna pamięć”.

Newsweek: Białystok to miasto dybuk, duch żydowskiego zmarłego – twierdzi pan. Dlaczego?

Marcin Kącki: Całe Podlasie jest dybukową krainą, pełną duchów biorących się z nieprzepracowanej historii. Mówimy o mieście, które jeszcze w latach 30. było w większości żydowskie. To Żydzi odpowiadali za jego handlowy, przemysłowy i kulturowy rozwój. Przyszła wojna, obróciła miasto w perzynę i cały ten żydowski świat znikł. W 1945 roku zjechali się do tych ruin mieszkańcy okolicznych wsi i miasteczek. Wsunęli pod żydowskie kołdry i na nowo zbudowali historię swojej pamięci.

Newsweek: Czy raczej niepamięci?
Marcin Kącki: Pamięci takiej, jaką mieli. Pełnej więc brutalnych, często antysemickich demonów. Podsycanych przez endecję i kościół katolicki, wypełnionej zazdrością za to, że Żydzi byli bieglejsi w handlu, interesach, bardziej solidarni, że zabili Jezusa. Wielu z tymi demonami żyje do dzisiaj.

Newsweek: Kiedy Białystok przestał pamiętać o tym, że był żydowskim miastem?
Marcin Kącki: Niemal od razu. Kiedy skończyła się wojna i nie wiadomo było, co zrobić z żydowskim kirkutem w centrum miasta, miejski architekt kazał go zasypać.

Historia wymłóciła tych ludzi, zdemolowała ten region, to musiało się skończyć pokiereszowaniem, konfliktami. Ale jedyny sposób, żeby to przepracować, to pamięć, a ta na Podlasiu jakby zatrzymała się w przedsionku domu.

Newsweek: Pollack pisze o czymś takim w „Skażonych krajobrazach”. Zaciera się ślady po zmarłych, stawia wszystkich mieszkańców w okrutnej roli, kreuje nowe miejsca pamięci.
Marcin Kącki: Zapomnieniu sprzyjało prawie całkowite wyburzenie miasta przez Rosjan i Niemców. Zniknęła synagoga, żydowska architektura mieszkalna. Przyjeżdżam pierwszy raz do Białegostoku rok temu, a tam parking na byłym ewangelickim cmentarzu, samochody dziwnie falują, słyszę, że to może przez zapadnięte groby. Rozmawiam ze stróżem i mówi mi: a tu niedaleko, pod parkiem, jest żydowski kirkut. Macewy zasypali w latach 50., jak stały, bo psuły widok z okien nowo wybudowanego komitetu wojewódzkiego PZPR. Ludzie czuli jakąś niestosowność, ale odwrócili głowy i razem z kilkuset macewami i ludzkimi szczątkami pochowali swoją pamięć. Dzisiaj dzieci się tam bawią, matki przychodzą z wózkami. Przypomniało mi się „Campo di Fiori” Czesława Miłosza. Kilka dni temu białostoccy radni, głównie z PiS, przeforsowali decyzję, aby na innym żydowskim cmentarzu pamiątkowym postawić budynki, a pod ziemię wbiją się z garażami.

Newsweek: Wiedzą co było tam wcześniej?
Marcin Kącki: Tak, ale stwierdzili, że to cmentarz „odchrzczony”. Ktoś zapytał podczas obrad „czy tam w ogóle leżą jacyś ludzie”, ktoś inny zauważył, że „Izrael nie będzie dyktował nam prawa”.

Newsweek: Białystok nie chce pamiętać, a jednocześnie jeden ze skinów podejrzanych o podpalenie powiedział panu: „W domu nie było antysemityzmu, ale gdzieś przed telewizorem rodzice powtarzali: ach te Żydki”.
Marcin Kącki: Ten sam chłopak z dwiema swastykami wytatuowanymi na plecach powiedział do mnie: „Hitler trochę przesadził, ale dobrze, że tych Żydów wymordował. Bo Białystok byłby dzisiaj żydowskim miastem”. Najważniejsza jest więc rozmowa z dzieciakami i młodzieżą – u wszystkich bohaterów, których sprawy karne opisałem, ekscesy zaczynały się w dzieciństwie. Było malowanie zeszytów i ścian swastykami, były demonstracje i heilowanie, kończyło się na pobiciach. Punktem kulminacyjnym było podpalenie.

Newsweek: Kobieta, której mieszkanie podpalili, przyznała, że przez lata nie wiedziała, jaką siłę mają swastyki na ulicach i naklejki „White Power”, których nikt nie zmazuje.
Marcin Kącki: Przekonała się dopiero, kiedy jej córka wyszła za Hindusa. Skini nie dawali im żyć, w końcu podpalili mieszkanie, więc wyprowadzili się do Wlk. Brytanii. Kiedy straciła dzieci, bo powyjeżdżały ze strachu i zobaczyła kolejną taką nalepkę na przystanku, zaczęła ją drapać, z wściekłością,. Zobaczyła, jaka jest moc takiego komunikatu. Zrozumiała, że to przez nią straciła dzieciaki.

Newsweek: Białystok, o którym u pana czytam, przypomina mi Polskę lat 90. Glany, skinheadzi, swastyki na murach.
Marcin Kącki: Okazało się, że z neofaszyzmem i skrajnymi poglądami jest jak z pulsem. Czasami opada, jest niemal niewyczuwalny, ale ciągle bije. Kiedy pojawiają się sprzyjające okoliczności historii, zaczyna przyspieszać, pulsuje coraz mocniej, aż do skroni. Proszę zobaczyć, jak łatwo powiedzieć „sprawdzam”. Kiedy pojawili się uchodźcy, ksenofobiczne ciśnienie znów skoczyło.

Newsweek: Jak białostocki kościół odnosi się do przeszłości?
Marcin Kącki: Kościół na wschodzie jest ufortyfikowany. Przyjął rolę przedmurza chrześcijaństwa i obrońcy katolickich wartości przed „nawołoczą”, jak mówi się na Podlasiu o obcych. Na lekcji religii w jednej z białostockich szkół katecheta włączył dzieciom ksenofobiczny film dokumentalny i kazał narysować prace o zagrożonym katolicyzmie. Jak z fabryki wyszło pięćdziesiąt niemal identycznych rysunków, na których dobrych katolików rozjeżdżają czołgi Żydów i Unii Europejskiej.

Białystok, 2007. Skini zbezcześcili największy cmentarz żydowski w Białymstoku. Antyżydowskie napisy, swastyki i symbole SS namalowano czerwoną i czarną farbą m.in. na ogrodzeniu i kilku macewach.

Białystok, 2007. Skini zbezcześcili największy cmentarz żydowski w Białymstoku. Antyżydowskie napisy, swastyki i symbole SS namalowano czerwoną i czarną farbą m.in. na ogrodzeniu i kilku macewach


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com

 


Inside the Paris Department Store where Nazis Shopped for Stolen Jewish Belongings

Messy Nessy ChicInside the Paris Department Store where Nazis Shopped for Stolen Jewish Belongings

MessyNessy


levitan6

When Paris was liberated from the Nazi occupation in 1944, an album of 85 photographs was found in a shop that had been used by German soldiers assigned to the “Furniture Operation” (Möbel Aktion), the official name for pillaging apartments that had been inhabited by Jews. The snapshots reveal a surreal display of furniture and everyday household goods as if it were an Ikea supermarket, merchandised to catch the shopper’s eye. Except in this case, the “shopper” was the Nazi, the “sales assistants” were Jewish prisoners and the “product” on sale had been looted from their Parisian homes.

loadimg (6)

levitan3


Most of these photographs were taken inside a Parisian department store called Lévitan, opened by a Jewishman called Wolf Levitan in the 1930s to specialise in furniture. Located at 85-87 Rue Faubourg Saint Martin in the 10th arrondissement, the building was confiscated from its former owner by the Nazis. Below is a photo of how the store looked before the Nazis moved in.

Everything had been left behind, even down to the cash registers. But not only did Lévitan become a place for Nazi worthies to browse stolen Jewish household goods, picking out things for themselves before being sent off to Germany, the former furniture store also became one of the several Nazi forced labour camps inside occupied Paris, known as the Lévitan camp…

Read more: …where Nazis Shopped for Stolen Jewish Belongings


Article proposed by: Natalia Zajdel


twoje uwagi, linki, wlasne artykuly, lub wiadomosci przeslij do: webmaster@reunion68.com