Archive | 2025/09/12

Zbyt wiele osób wciąż nie rozumie palestyńskiej kultury

Zdjęcie: Ahmed Abu Hameeda/Unsplash


Zbyt wiele osób wciąż nie rozumie palestyńskiej kultury

Joshua Hoffman


Dopóki społeczność międzynarodowa nie skonfrontuje się z kulturą celebrowania przemocy i śmierci, nigdy nie zrozumie konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Sześciu Izraelczyków zostało zamordowanych w poniedziałek, a kolejnych 12 odniosło rany — sześciu z nich ciężkie — kiedy para palestyńskich terrorystów otworzyła ogień do pojazdów i pieszych w Jerozolimie.

Dwaj napastnicy, mieszkańcy Zachodniego Brzegu, przybyli na skrzyżowanie krótko po godzinie 10:00 i otworzyli ogień do ludzi czekających na przystanku autobusowym, a także do autobusu, który właśnie się tam zatrzymał.

Oczywiście Hamas pochwalił ten śmiertelny atak, nazywając go „bohaterską operacją”.

Takie incydenty są częścią ponurej eskalacji od początku wojny Izrael-Hamas 7 października 2023 roku, kiedy to tysiące terrorystów kierowanych przez Hamas wtargnęło na południe Izraela, mordując około 1 200 osób i porywając 251. Od tego czasu w atakach terrorystycznych na terenie Izraela i Zachodniego Brzegu zginęło ponad 50 Izraelczyków.

W styczniu 2024 roku Izrael zmierzył się z próbą infiltracji w pobliżu Hebronu, a także z zamachem przy użyciu samochodu w Ra’ananie, w którym zginęła jedna osoba, a wiele innych zostało rannych. Zaledwie miesiąc później, w lutym, uzbrojeni napastnicy otworzyli ogień na stacji benzynowej w pobliżu Eli, zabijając co najmniej dwóch Izraelczyków.

W marcu trzech Izraelczyków zostało dźgniętych nożem w centrum handlowym w Gan Yavne przez Palestyńczyka zatrudnionego tam nielegalnie; jeden z nich zmarł później w wyniku odniesionych ran. Do połowy 2024 roku bilans wzrósł — doszło do śmiertelnej strzelaniny w Kalkilji, rannych w pobliżu Nablusu i innych ataków na osoby po prostu wykonujące codzienne czynności.

Szczególnie makabryczny był zamach w sierpniu 2024 roku, kiedy żydowski osadnik został zatłuczony młotkiem w pobliżu Kedumim. W tym samym miesiącu doszło do strzelaniny z jadącego auta na trasie 90, serii zamachów bombowych przy użyciu samochodów w rejonie Hebronu i zabójstwa izraelskich policjantów w kolejnym ataku. W październiku siedmiu Izraelczyków zostało zamordowanych. (w tym matka osłaniająca swoim cialem niemowlę), w serii ataków z użyciem noża i broni palnej w Tel Awiwie.

W listopadzie i grudniu terroryści otworzyli ogień do autobusu w pobliżu Ariela, raniąc osiem osób, a kolejne zamachy z użyciem samochodów i broni palnej w rejonie Hebronu i al-Chader spowodowały wiele ofiar, w tym śmierć dziecka.

W styczniu 2025 roku trzech palestyńskich napastników powiązanych z Hamasem i Islamskim Dżihadem Palestyńskim zaatakowało autobus i dwa samochody na drodze nr 55 na północy Zachodniego Brzegu. Skoordynowany atak zakończył się śmiercią trzech Izraelczyków i ranami u ośmiu kolejnych. W lutym w autobusach w centralnym Izraelu znaleziono ładunki wybuchowe, które jednak nie eksplodowały. Jeden z nich opatrzono wiadomością: „Zemsta z Tulkarmu” — miasta na Zachodnim Brzegu.

W maju izraelska kobieta w ciąży została postrzelona w drodze do szpitala; zmarła, ale jej dziecko przeżyło dzięki cesarskiemu cięciu. W lipcu dwóch funkcjonariuszy palestyńskiej administracji autonomicznej przeprowadziło łączony atak z użyciem broni palnej i noża w Gusz Ecjon, zabijając jednego Izraelczyka.

Prawda jest taka, że te przykłady mogłyby trwać w nieskończoność. W Izraelu terroryzm nie jest wyjątkiem, ale codziennością — autobusy, synagogi, restauracje, chodniki: codzienne przestrzenie życia żydowskiego zamieniają się w sceny rzezi.

A mimo to, poza Izraelem, te okropieństwa ledwie zostają odnotowane. Pojawiają się na chwilę w lokalnych mediach, po czym znikają. Świat idzie dalej, jakby Izraelczycy mieli jakąś nadludzką zdolność znoszenia rzeczy niewyobrażalnych. To wymazywanie faktów nie jest przypadkowe. To efekt selektywnego postrzegania.

Kiedy Palestyńczyk wjeżdża samochodem w cywilów na przystanku autobusowym lub nastolatek dźga nożem żydowskich przechodniów, rzadko nazywa się to aktem terroru. Zamiast tego świat karmi się eufemizmami: „samotny wilk”, „reakcja na okupację” — jakby dźganie obcych ludzi było formą dialogu politycznego. W takich relacjach żydowskie ofiary sprowadza się do przypisów, ich człowieczeństwo zostaje wymazane przez narrację, która z morderców czyni „bojowników ruchu oporu”, a z zabitych — zwykłe „konsekwencje”.

Ale ten schemat nie jest nowy. Palestyński terroryzm wobec Żydów to część długiej, nieprzerwanej historii przemocy, sięgającej ponad wieku. Jeszcze zanim powstało nowoczesne państwo Izrael, Żydzi byli mordowani w masakrze w Hebronie w 1929 roku, atakowani podczas pogromów w Europie i arabskich zamieszek lat 30. Późniejsze dekady to porwania samolotów, zamachy samobójcze w autobusach i kawiarniach podczas Drugiej Intifady, nożowe intifady w latach 2010.

Za rządów wieloletniego dyktatora Mahmuda Abbasa, Palestyńska Administracja wypłaca tzw. „Fundusz Męczenników” — obecnie 400 dolarów miesięcznie dożywotnio — rodzinom terrorystów, którzy przeprowadzili atak w Jerozolimie¹.

Często słyszymy, że należy odróżniać „zwykłych Palestyńczyków” od terrorystów. Ale czy ta granica naprawdę się utrzymuje? Terroryzm nie rodzi się w próżni. Wymaga infrastruktury: społeczności, które ukrywają sprawców, celebrują ich „męczeństwo” i wychowują dzieci na diecie złożonej z gloryfikowanej przemocy.

Kiedy w USA dochodzi do strzelaniny w szkole, główny nurt amerykańskiego społeczeństwa nie gloryfikuje sprawcy. Ale gdy palestyński terrorysta dokonuje zamachu, jego twarz trafia na plakaty, jego imieniem nazywa się place publiczne, jego rodzinie przyznaje się świadczenia, a jego pogrzeb staje się narodowym świętem. Zamiast traktować ich jak wyrzutków, podnosi się ich do rangi męczenników i wzorców do naśladowania dla przyszłych pokoleń.

Czy to zachowanie społeczeństwa zasadniczo przeciwnego terroryzmowi, czy raczej społeczeństwa współwinnego jego podtrzymywania? Czy taka kultura czyni terror odstępstwem od normy, czy raczej jej aspiracją?

To nie tylko Hamas czy Islamski Dżihad podtrzymują tę spiralę — to cały ekosystem kulturowy, który ich normalizuje. Sondaże nieustannie pokazują, że znaczna część palestyńskiego społeczeństwa popiera ataki na izraelskich cywilów. Ulice, szkoły i turnieje sportowe noszą imiona osób, które wysadzały autobusy lub dźgały dzieci. Na ulicach ataki bywają świętowane słodyczami. To nie są zachowania marginalne; one są wpisane w codzienne życie, tworząc atmosferę, w której mordercy są bohaterami, a ofiary — przypisem.

Więc gdy analitycy uspokajają nas, że „zwykły Palestyńczyk” to nie terrorysta, tak naprawdę ukrywają prawdę. Ale jeśli ta sama osoba akceptuje przemoc, cieszy się z rozlewu krwi i wspiera tych, którzy to organizują, trudno utrzymać wyraźne rozróżnienie moralne. Terroryzm to nie tylko czyn nielicznych — to przyzwolenie, milczenie i aprobata wielu.


Na arenie międzynarodowej palestyński terroryzm często przedstawiany jest jako rozpaczliwa próba „wyzwolenia” — jakby każda kula wystrzelona w żydowskie dziecko czy każdy zamach bombowy na autobus był wołaniem o wolność. Ale gdyby rzeczywistym celem było wyzwolenie, wzorzec palestyńskiej przemocy poza Izraelem nie miałby sensu. Przez dekady palestyńskie grupy kierowały swoją broń nie tylko przeciwko Izraelczykom, ale również przeciwko tym arabskim krajom, które udzielały im schronienia, takim jak Jordania, Liban czy Kuwejt..

Weźmy Jordanię jako przykład. Pod koniec lat 60. i na początku 70. Palestyńczycy rozpoczęli równoległą wojnę przeciwko samej monarchii jordańskiej. Porywali samoloty, dokonywali zamachów na urzędników i nawet próbowali obalić rząd króla Husseina. Rezultatem był Czarny Wrzesień 1970 roku, kiedy to armia jordańska wypędziła Organizację Wyzwolenia Palestyny po krwawej wojnie domowej, która pochłonęła tysiące ofiar wśród Palestyńczyków i Jordańczyków.

Spójrzmy też na Liban. Kiedy OWP została wyparta z Jordanii, przeniosła się na południe Libanu, gdzie utworzyła miniaturowe państwo i prowadziła wojnę nie tylko przeciwko Izraelowi, ale również przeciwko libańskim chrześcijanom, muzułmanom i Druzom. Palestyńskie milicje stały się centralnym czynnikiem wywołującym wojnę domową w Libanie, pogrążając kraj w chaosie, podsycając sekciarską przemoc i rujnując całe społeczeństwo.

W 1992 roku Dania przyjęła 321 palestyńskich uchodźców. Kiedy w 2019 roku rząd przeanalizował ich sytuację, okazało się, że niemal dwie trzecie — 64 procent — miało kryminalną przeszłość.

Gdyby palestyński terroryzm rzeczywiście dotyczył wyłącznie „wyzwolenia”, jego celem byłby wyłącznie Izrael. Tymczasem historia pokazuje coś zupełnie innego. Główny nurt palestyńskiego społeczeństwa niesie w sobie ideologię wiecznej walki, w której nawet sojusznicy stają się wrogami, jeśli nie podporządkują się oczekiwaniom. Prawda jest niewygodna: palestyński terroryzm ma mniej wspólnego z budową wolnego państwa, a więcej z podtrzymywaniem kultury destrukcji.

To, czego jesteśmy dziś świadkami, niestety nie jest bez precedensu. To po prostu najnowszy rozdział historii, w której życie Żydów traktowane jest jako bez znaczenia.

Ta ciągłość doprowadziła do czegoś jeszcze bardziej złowieszczego: normalizacji śmierci Żydów. Zamachy terrorystyczne przeciwko Izraelczykom stały się tłem informacyjnym — tragediami wchłoniętymi przez codzienny rytm konfliktu, jakby były nieuniknione i nie zasługiwały na poruszenie. Ten sam akt terroru, który sparaliżowałby Londyn, Nowy Jork czy Paryż na tygodnie, w Jerozolimie czy Tel Awiwie traktowany jest jak „kolejny zwyczajny dzień”.

Gdy w Europie dochodzi do zamachu bombowego, budynki podświetlane są kolorami solidarności, a światowi przywódcy deklarują jedność wobec ekstremizmu. Ale kiedy w Izraelu mordowani są Żydzi, cisza jest ogłuszająca, przerywana jedynie ogólnikowymi wzmiankami o „spirali przemocy”, które sugerują moralną równowagę między ofiarą a napastnikiem.

Język mediów podsyca to wymazywanie. Słowa takie jak „bojownicy”, „starcia”, „eskalacje” odbierają wydarzeniom moralną przejrzystość. Terroryzm staje się polityką, morderstwo — pretensją. Reporterzy i analitycy poświęcają więcej miejsca na tłumaczenie rzekomych motywacji sprawców niż na upamiętnienie ofiar. W efekcie powstaje narracja, która subtelnie obsadza zabójców w roli uczestników „walki”, a ofiary redukuje do rekwizytów w cudzym dramacie.

To zniekształcenie pogłębia jeszcze podwójny standard w podejściu do praw człowieka. Cierpienie Palestyńczyków opisywane jest językiem sprawiedliwości uniwersalnej, natomiast cierpienie Żydów traktowane jest jako produkt uboczny konfliktu. Prawa człowieka dla Palestyńczyków są bez końca nagłaśniane; prawa człowieka dla Żydów są niewidzialne. Odmowa nazywania żydowskich ofiar „ofiarami” nie jest jedynie semantyką — to dehumanizacja przebrana za empatię.

Tymczasem psychiczne obciążenie Izraelczyków jest ogromne. Rodzice wysyłają dzieci do szkoły wiedząc, że autobusy są potencjalnymi celami. Rodziny chodzą po targowiskach lub wsiadają do pociągów z ciągłą obserwacją, gdzie uciekać w razie strzelaniny. Żołnierze, nauczyciele, sklepikarze, studenci — wszyscy żyją ze świadomością, że ich codzienność odbywa się w cieniu terroryzmu. To jest ludzki koszt stojący za nagłówkami, które nigdy nie przebijają się poza granice Izraela: nie tylko śmierć, ale cicha groza życia w oczekiwaniu na kolejny atak.

A jednak świat wciąż nie chce się nauczyć jednej prostej prawdy: to, co zaczyna się od Żydów, nigdy nie kończy się na Żydach. Taktyki terrorystyczne, które narodziły się w Izraelu — zamachy samobójcze, ataki nożem, taranowanie samochodem — zostały wyeksportowane i skopiowane na całym świecie. Ignorowanie ich w Izraelu to pozwalanie, by rozprzestrzeniły się gdzie indziej. Izrael jest pierwszą linią frontu w szerszej wojnie z terroryzmem, a ci, którzy lekceważą izraelskie cierpienie, nie tylko są obojętni wobec Żydów — są ślepi na zagrożenia, które dotyczą również ich samych.

Paradoks jest przerażający: Naród Żydowski, od wieków traktowany jako kozioł ofiarny, znów staje się wyjątkiem. Jesteśmy jedynymi ofiarami, których tragedie się racjonalizuje, których śmierć tłumaczy się jako „zasłużoną”. Niektórzy twierdzą, że to nie jest zamierzone — tylko efekt zmęczenia, przeładowania informacyjnego, konkurujących nagłówków.

Ale zadaj sobie pytanie: jak często widzisz nagłówki o Izraelczykach dźganych, rozstrzeliwanych czy wysadzanych w drodze do synagogi, szkoły lub pracy? Jak często te historie otrzymują tę samą uwagę, to samo współczucie, co podobne ataki na Zachodzie? Dlaczego „prawa człowieka” mają zastosowanie wszędzie — poza przypadkiem, gdy ofiarami są Żydzi?

Odpowiedź jest niewygodna. Uznanie cierpienia Żydów wymagałoby konfrontacji z wiekami podwójnych standardów. Łatwiej jest odrzucić Żydów jako uprzywilejowanych lub wpływowych, niż przyznać, że nadal są celami nienawiści. Łatwiej jest zredefiniować terroryzm w Izraelu jako coś „mniej niż terror”, niż zmierzyć się z tym, co to mówi o naszym moralnym kompasie.

Milczenie nie jest neutralnością. Milczenie jest współudziałem.

Jest takie stare ćwiczenie myślowe: „Jeśli drzewo przewraca się w lesie i nikt tego nie słyszy, to czy faktycznie był jakiś dźwięk?”
Dziś moglibyśmy je przeformułować: „Jeśli w Izraelu dochodzi do zamachu terrorystycznego, a świat go nie nagłaśnia — to czy naprawdę miał miejsce?”

To pytanie retoryczne, oczywiście, ale oddaje paradoks naszych czasów: epoki, w której wszystko jest rejestrowane, transmitowane i udostępniane — a jednak całe tragedie potrafią zniknąć w otchłani selektywnego przekazu.

Gdy autobus zostaje podziurawiony kulami, rodzina zastrzelona, a bomba wybucha przed synagogą — brak relacji to coś więcej niż przeoczenie. Okrada zmarłych z godności, a żyjących z solidarności. Przekazuje światu, że niektóre życia znaczą mniej, że niektóre ofiary nie zasługują na współczucie.

To nie tylko porażka dziennikarstwa. To porażka moralności.
Milcząc, ludzie nie tylko przymykają oczy na przemoc — oni ją normalizują.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Violence is the natural next step of academic intolerance


Violence is the natural next step of academic intolerance

Jonathan S. Tobin


The assassination of Charlie Kirk at one of his campus debates is a reminder that the culture that normalized violent protests is one step away from far worse tragedies.

Charlie Kirk, a conservative activist and the founder of Turning Point USA, speaks with former U.S. president Donald Trump at the Turning Point Action Conference at the Palm Beach County Convention Center in West Palm Beach, Fla., on July 15, 2023. Credit: Gage Skidmore via Wikimedia Commons.

Whenever I watched one of Charlie Kirk’s viral videos depicting his events held at various colleges around the United States, I always had the same thought. By plunking himself down in the middle of university campuses under a banner that proclaimed “Prove me wrong,” he was taking an awful risk.

The prevailing culture of academia in recent years has been one in which many faculty members and students took the position that speech with which they disagreed was a form of violence. Given Kirk’s willingness to engage with students who didn’t share his views about abortion, gun rights or Israel, it wasn’t hard to imagine the sometimes-angry responses to his comments overflowing into something other than political discourse.

I’m far from the only one who must have thought that. And tragically, those concerns were justified this week when the 31-year-old founder of Turning Point USA, a conservative activist group, was fatally shot by an assailant who has yet to be identified or caught by the authorities. Though shootings and even political violence are far from rare events in 2025 America, his assassination at what could be deemed a safer place at Utah Valley University has nevertheless shocked the nation.

A Rorschach test

His murder has been something of a Rorschach test for politicians, pundits and social-media posters. While most agree that this is a compelling reason for everyone to stop demonizing their political foes, we already know that won’t happen. If two attempted assassinations of President Donald Trump last year haven’t prevented his opponents on the left from continuing to smear him as another Hitler—and therefore logically fair game for violence—what makes anyone think that the gunning down of a young man who leaves behind a wife and two small children will sober anyone up?

Let’s leave aside the question of which side of the political divide is more responsible for the situation. It is patently obvious that both extremes are capable of disturbing the peace. Yet after so many years of alleging that the political right is the main, if not only, threat of domestic terrorism, many on the left only seem capable of admitting this obvious fact if they also demonize conservative victims like Kirk.

That was exactly what The New York Times did in an article about Kirk’s beliefs, in which they falsely accused him of supporting conspiracy theories about illegal immigrants rather than voicing concerns shared by a majority of Americans, and even accused a strong supporter of Israel and friend of the Jewish community of antisemitism. Even less temperate leftist posters on social media just doubled down on the old smears by calling Kirk a Nazi, while a not inconsiderable portion of the crackpot far right started floating farcical accusations about Israel being responsible for the murder.

Regardless of who the murderer turns out to be, relitigating these charges is pointless. What should be the focus of a national conversation is the fact that this tragedy took place on a college campus and that the victim was someone whose mission in life was to promote free speech in venues where that has gone out of fashion.

Indeed, Kirk was something of a purist when it came to speech. He even voiced concerns about the Trump administration’s efforts to crack down on campus antisemitism because he opposed any limits on discourse. But, of course, contrary to the assertions of the president’s critics, the target of his efforts is not speech but illegal behavior, in which pro-Hamas mobs took over parts of campuses and sought to intimidate Jews. And if any moral were to be drawn from Kirk’s death, it should be to remind us that the willingness of so many academic institutions to tolerate and even encourage this sort of violence is about more than the feelings of Jewish students. It is a fundamental threat not just to free expression of political discourse but also an inevitable harbinger of far worse.

Challenging ‘safe places’

Kirk’s “Prove me wrong” events are now being widely described as provocations by those who opposed his stands. To the political left, the open expression of anti-abortion, anti-open borders, pro-guns and pro-Israel advocacy on campuses remains an affront to their sensibilities and academia itself, where such views are rarely heard. But that was the point. Kirk’s goal was not merely to promote the ideas he believed in, but to puncture the widely accepted notion that institutions of higher learning should provide “safe places” in which no one should be forced to deal with views that contradicted their own.

Charlie Kirk debating with a college student on April 23, 2024. Credit: Shoot for the Stars via Wikimedia Commons.

The problem is not just that this has created a generation of “snowflakes” too sensitive to debate ideas. The whole point of this notion is not safety but authoritarianism.

Treating ordinary political discourse as a form of violence to be feared is a mandate for silencing opposing views. And whatever anyone may have thought about Kirk’s opinions or his campus roadshow, his plucky glee for engaging those who disagreed with him—and who returned his replies with patent liberal nostrums—was the essence of democracy.

But the intolerance he fought represented more than a plague destroying the free exchange of ideas on which genuine scholarship thrives. It’s also a license for violence.

Current campus culture, rooted in the woke catechism of diversity, equity and inclusion (DEI), is not only a Marxist inversion of equal opportunity that seeks to perpetuate and widen racial divides and destroy the foundation of Western civilization. It’s also a permission slip for discriminating against any idea or group of people that falls outside of the protected classes of victims it claims to champion, as seen in the two years since the Hamas-led Palestinian attacks on Israel, Jews and Israelis on Oct. 7, 2023. It works to legitimize the cause of destroying Israel and the genocide of the Jewish people.

Even a cursory reading of history leads one to the inevitable conclusion that ideas drenched in Jew-hatred lead to violence against Jews. An uptick in antisemitism started internationally in the wake of Oct. 7. And since January in the United States, instances of violence against Jews include the firebombing of pro-Israel marchers in Boulder, Colo.; the murder of two young Israeli embassy staffers outside a Jewish museum in Washington, D.C.; and an arson attack on Pennsylvania Gov. Josh Shapiro’s Harrisburg residence, where his family slept on the first night of Passover.

The cost of intolerance

Just as the impact on Jews is but a sidebar to the threat that DEI and other toxic left-wing ideologies pose to America as a whole, so, too, is intolerance for supporters of Israel and Zionism, merely a warning that anyone who dissents from the prevailing orthodoxies on campuses is also in danger.

As Americans learned in the 1960s, when intolerant radicals found themselves stymied by their failure to convince the majority of people to agree with their ideas, some inevitably resorted to violence. The Weather Underground might have represented only a fraction of those who protested against the Vietnam War more than half a century ago. These days, however, the political culture, coupled with the internet and social media, all work to mainstream extremist thoughts in ways unimaginable in previous generations. The disturbing online reactions to Kirk’s death, similar to the December 2024 assassination of an executive of the United Health Care insurance company and attempts on Trump’s life, illustrate how this normalizes toleration and even support for violence.

In the bifurcated political culture of 2025, we already know that most Americans have stopped listening, watching or reading views with which they disagree. That leads some to conclude that anyone they don’t like is Hitler—someone who should be silenced, if not jailed or subjected to violence. That’s more than a threat to politicians and activists. It can also put a target on the back of anyone who seeks to express their views about the subjects that Kirk spoke about in the public square.

Put into perspective, that makes it clear that his killing isn’t just one more sign that vocal advocacy can be a dangerous profession. It’s also a warning that society is heading toward a reality in which all those who speak up for any cause that falls out of favor with the chattering classes, like that of Israel and opposition to antisemitism, can no longer think of themselves as safe from violence.

That makes the cause of free speech that Charlie Kirk championed, as well as the need to stop demonizing our political foes, not merely a matter of civility in public discourse. It’s a matter of life and death for American democracy.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Following Charlie Kirk’s Death, Jews Should Be at the Forefront of Defending Free Speech


Following Charlie Kirk’s Death, Jews Should Be at the Forefront of Defending Free Speech

Jonathan Sacerdoti


A memorial is held for Charlie Kirk, who was shot and killed in Utah, at the Turning Point USA headquarters in Phoenix, Arizona, US, Sept. 10, 2025. Photo: REUTERS/Caitlin O’Hara

There was a time, not long ago, when disagreement was something that Americans believed in. Not just tolerated, not just endured, but believed in. Debate was seen as the crucible of truth. A clash of ideas, a testing of convictions, a sign of a free people confident enough to confront each other with words. That time is receding fast. What is rising in its place is something far more dangerous.

Three events. Three different places. Three separate incidents of death.

On a university stage in Utah, Charlie Kirk is shot in the neck while speaking. On the steps of a Jewish museum in Washington, DC, two young diplomats are gunned down after a reception. On a pedestrian mall in Boulder, Colorado, a group of elderly Jews are attacked with fire while marching for hostages. They come from different places, but they belong to the same pattern: violence aimed not only at people but also at the ideas they represent. Together, they form a portrait of a society fraying at its edges, where ideological rage no longer waits for permission to act.

As of this writing, no suspect has yet been identified in Kirk’s killing, and no motive has been confirmed. But what cannot be denied is that a political figure was assassinated mid-conversation, on an American campus, in front of an audience, most likely for expressing mainstream views. This is not simply a personal loss or a moment of partisan outrage. It marks a rupture in the civic fabric — a killing carried out in the middle of a public forum, aimed not just at a man but at the act of speaking itself. It challenges the very assumption that we are still living in a society where speech, even if heated, is protected by something more than law, but by convention, by principle, by shared civic belief.

In Washington, the suspect, Elias Rodriguez, reportedly shouted “Free Palestine” as he opened fire on a young Israeli couple walking home from a diplomatic event. In Boulder, suspect Mohamed Soliman allegedly hurled homemade Molotov cocktails at Jewish activists, setting them alight while yelling the same phrase. These slogans are ideological claims made through violence and are attempts not to argue but to silence.

The American left and right are bitterly divided over many things. But this is not about left or right. It is about something deeper: whether one believes that speech is violence, or whether one still believes that speech is how violence is restrained; whether one thinks disagreement is dangerous, or essential; whether one can look at a speaker on stage and say: “I oppose everything he stands for, but he must be allowed to speak.” Like many of my contemporaries and friends who speak publicly on campuses, TV screens, and even in town squares, who write internationally on political and social issues, and who debate daily with those we disagree with, I know the importance of listening to others and protecting their safety even when their views and ideas are at odds with mine.

Charlie Kirk was many things: bold, intelligent, ideological. He was also a man who invited his opponents to challenge him, live, unfiltered, in public. He believed in the premise that truth emerges when ideas are contested openly. That belief cost him his life, and his murder cost us all something of our human civility.

When we are told that certain views are so harmful they cannot be spoken, that some identities are so vulnerable they cannot be criticized, that public speech must be constrained in order to protect public “safety,” we are being fed a logic that inverts liberty. And when taken to its limit, as it was on that stage in Utah, it replaces conversation with bloodshed and fear.

Jews, perhaps more than anyone, understand this pattern. It is one we have seen too many times before. The weaponization of ideology, the demonization of speech, the targeting of people for their beliefs. When Jewish people are firebombed in broad daylight in an American city for showing solidarity with those brutally kidnapped and tortured in captivity, something vital has already broken. When diplomats are murdered on American soil for the simple fact of being Israeli, that line is not being tested. It has already been crossed.

And when a public figure is murdered — possibly for his ideas, his religion, his support of Israel, or simply his refusal to remain silent — the connections become harder to ignore. The principle is the same: the belief that violence is a legitimate answer to speech, that murder is a form of rebuttal. This mindset is not formed in a vacuum. When university students chant for “intifada” and endorse “resistance by any means,” they help cultivate a culture in which violent responses to speech are seen as justifiable. The issues may differ, but the logic is the same: disagreement becomes a pretext for force.

This is not only a fight for Jews. But Jews have been among the first to suffer, and they know too well the pain that Charlie Kirk’s wife, children, fans, and followers are feeling. All decent people feel that pain now, not because they knew him, but because they see the absurdity of killing a man dedicated to the idea of open debate, free thinking, and listening to each other’s opinions.

The rest of us cannot respond with fear of speaking up. That is how terror and violence win. Charlie’s voice may have been silenced, but his message and his ethos must not be killed as well. While we cannot be parents to Charlie’s children, nor his wife’s partner and support, we can and must redouble our dedication to debate, discussion, and civility, to become the manifestation of his belief in reason, analysis, and discussion. Let us insist that America remains a place where people may speak, protest, argue, offend, and yes, even be wrong, without fearing that the price will be death.


Jonathan Sacerdoti, a writer and broadcaster, is now a contributor to The Algemeiner.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com