
Pęknięcia
Anna Grabowska (Anne Goldschmid)
Pęknięcia
Widać to nie tyle po tym, co mówi, ile po tym, jak długo milczy, a kiedy już przestaje milczeć, robi to okrężnie, ostrożnie, jakby każde zdanie należało wcześniej obejrzeć z trzech stron i sprawdzić, czy nie pęknie pod ciężarem własnych implikacji. To nie jest jej naturalny temat. Nie pasuje do gotowych matryc, do wygodnego podziału świata na sprawców i ofiary według klucza, który przez lata dobrze się sprzedawał w debacie publicznej. Iran ten klucz łamie. Brutalnie. Bez ostrzeżenia.
Oficjalne reakcje, tam gdzie w ogóle się pojawiają, brzmią znajomo. Aż do bólu. “Zaniepokojenie”, “apel o powściągliwość”, “wezwanie do dialogu”. Język wygładzony do granic bezsensu, jakby problemem był nadmiar emocji, a nie systemowa przemoc, jakby istniała symetria między państwem strzelającym do ludzi na ulicach a ludźmi wychodzącymi z domów bez haseł, bez ochrony, często bez planu powrotu. Ten język nie opisuje rzeczywistości. On ją rozmywa, rozpuszcza, zostawia po sobie mgłę, w której wszystko da się powiedzieć i niczego nie trzeba nazwać.
W Polsce nie ma nawet tego. Lewica Polska nie wydała żadnego oficjalnego, wyraźnego stanowiska wobec obecnej fali protestów w Iranie. Żadnej zbiorowej deklaracji. Żadnego gestu solidarności, który miałby polityczny ciężar. Cisza. Pojedyncze głosy w mediach społecznościowych, rozproszone, nieskoordynowane, bez przełożenia na realną narrację partyjną. Partia, która tak chętnie operuje językiem praw człowieka, w tym przypadku nie mówi nic. I to milczenie samo w sobie staje się komunikatem. We Francji cisza jest bardziej elegancka, lepiej opakowana. Lewica instytucjonalna, socjaliści, radykalna lewica, skrzydła ekologiczne, nie uczyniła z protestów w Iranie tematu politycznego. Są ogólniki o prawach człowieka, są obawy przed “eskalacją”, są sformułowania, które brzmią “odpowiedzialnie”, bo niczego nie ryzykują. Brakuje jednego, jasnego opowiedzenia się po stronie ludzi, którzy wychodzą na ulice, wiedząc, że mogą nie wrócić do domu. W Niemczech padają poprawne zdania o nadmiernym użyciu siły i prawie do pokojowego protestu, administracyjna moralność, instytucjonalne potępienie, ale nie ma z tego wspólnego frontu, nie ma solidarności rozumianej jako identyfikacja z buntem, a nie przypis w raporcie. W krajach anglosaskich lewica skupia się na czymś innym, żeby nie było interwencji, żeby nie było eskalacji, żeby Zachód “nie wykorzystał sytuacji”. To są ważne pytania, ale w tej narracji protestujący Irańczycy zwyczajnie znikają. Stają się tłem dla debaty o polityce Zachodu wobec Bliskiego Wschodu, a ich gniew, ich strach, ich ciała nie są w centrum. W centrum jest lęk, żeby nie znaleźć się po niewłaściwej stronie ideologicznego lustra.
I jeszcze paradoks, którego zachodnia lewica nie znosi najbardziej. Najgłośniejszy, najbardziej jednoznaczny głos poparcia dla manifestujących Irańczyków pada spoza jej świata. Donald Trump mówi wprost o poparciu dla protestujących, o odwadze ludzi wychodzących na ulice, o odpowiedzialności reżimu za przemoc i ofiary. Bez eufemizmów, bez “kontekstu kulturowego”, bez symetrii. Grozi konsekwencjami, jeśli represje będą eskalować. Język brutalnie prosty i właśnie dlatego dla lewicy nie do przyjęcia. Nie trzeba Trumpa lubić, żeby to zauważyć, ale wielu woli tego nie słyszeć, bo jeśli to on nazywa przemoc przemocą, a bunt buntem, cała misterna konstrukcja moralnej wyższości zaczyna się poważnie chybotać. Lepiej zdyskredytować źródło niż przyznać rację ofiarom, jeśli te ofiary nie pasują do właściwej narracji. Trump nie jest tu wyjątkiem, tylko najbardziej drażniącym przykładem. Obok niego pojawiają się inni politycy, którzy, każdy z własnych powodów, mówią dziś o Iranie wyraźniej niż zachodnioeuropejska lewica. Benjamin Netanyahu od lat publicznie wspiera Irańczyków protestujących przeciwko teokratycznemu reżimowi, nazywając ich walkę walką o wolność, a władzę w Teheranie władzą, która boi się własnego społeczeństwa, również bez symetrii, bez udawania, że to tylko kolejna wewnętrzna sprawa państwa. Jest też Reza Pahlavi, postać dla lewicy szczególnie niewygodna i wcale nie dlatego, że nie ma znaczenia, ale właśnie dlatego, że ma. Mówi wprost do Irańczyków, wzywa do wytrwałości, apeluje do świata o jasne stanowisko, jest słuchany w diasporze i, co ważniejsze, w samym Iranie. Nie pasuje do żadnej z ulubionych narracji, więc najłatwiej go zignorować albo sprowadzić do przypisu. Są wreszcie politycy z Europy Środkowej i Wschodniej, Czesi, Bałtowie, którzy potrafią mówić o represjach w Iranie bez asekuracji, bez retorycznej napompowanej waty, bez chowania się za instytucjonalnym językiem. Ich głos nie dominuje światowej debaty, ale istnieje i pokazuje coś, co dla zachodniej lewicy jest szczególnie nie do przyjęcia; to, że jednoznaczność jest możliwa.
Ten kontrast boli bardzo bolesny, bo kiedy jasne słowa solidarności z Irańczykami padają z ust polityków, których lewica i tak uznała za “moralnie skończonych”, cała reszta woli milczeć. Lepiej nie powiedzieć nic, niż powiedzieć coś, co zabrzmi podobnie, nawet jeśli stawką są ludzie, którzy wychodzą na ulice Teheranu, Isfahanu, Meszhedu, wiedząc, że mogą nie wrócić. Po stronie lewicy radykalnej obraz jest jeszcze bardziej bezlitosny, relatywizacja, sankcje, pożal się Boże – “kontekst kulturowy”i ryzyko “instrumentalizacji. Jeśli protest nie niesie właściwego znaku ideologicznego, traci prawo do empatii. A Irańczycy protestują źle, nie w tym języku, nie przeciw temu, przeciw czemu wypada. Są antyteokratyczni, często świeccy, czasem otwarcie wrodzy wobec politycznego islamu. To poznawczy koszmar dla środowisk, które zbyt długo myliły antyimperializm z automatycznym rozgrzeszaniem każdej władzy nienawidzącej Zachodu.
Tymczasem to nie dzieje się w próżni ani w nagłówkach, nie w analizach ani w studiach telewizyjnych. To dzieje się na ulicach, w Teheranie, w Isfahanie, w Meszhedzie, także w miastach, których nazw świat zwykle nie zapamiętuje, dopóki nagle nie “zanika łączność”. Po zmroku, bo wtedy jest najniebezpieczniej i wtedy najłatwiej zniknąć. Ludzie wychodzą w małych grupach, rozproszeni, bez transparentów, często bez skandowanych haseł. Wiedzą, że każde słowo może zostać nagrane, każde nagranie użyte jako dowód. Wiedzą też, że kamera w telefonie nie jest już tarczą, jest ryzykiem. Słychać krzyki z klatek schodowych, uderzenia w metalowe rolety zamykanych bazarów, szybkie kroki, pościgi. Są nagrania, krótkie, trzęsące się, nagle urwane. Nie, nie dlatego, że ktoś źle trzymał telefon, dlatego, że łączność znika. Internet w całym kraju zostaje gwałtownie ograniczony, miejscami niemal całkowicie odcięty. To nie jest awaria, to jest decyzja.
Kobiety idą bez chust, bez gestu, bez deklaracji. Normalnie, jakby właśnie ta normalność była dziś aktem sprzeciwu. Mężczyźni stoją obok, niektórzy krzyczą, inni milczą. Czasem ktoś upada, czasem ktoś już nie wstaje. Są ranni i są zabici. Liczby nie układają się w jedną statystykę, bo przy odciętej komunikacji nic nie jest oficjalne, ale jedno jest potwierdzone, ofiar śmiertelnych są dziesiątki, zatrzymanych tysiące. Wśród zabitych są bardzo młodzi. Są postrzeleni podczas demonstracji. Są ranni, którzy boją się iść do szpitala, bo szpital bywa dziś przedłużeniem aparatu bezpieczeństwa.
Pogrzeby zamieniają się w zgromadzenia. Żałoba znów staje się formą protestu. Rodziny szukają zaginionych, krążą między szpitalami, komisariatami, improwizowanymi listami. Często słyszą, że “nie ma informacji”, albo że “proszę przyjść jutro”, albo nie słyszą nic. To nie jest “fala protestów”. To nie są “niepokoje społeczne”. To jest życie przeniesione na ulicę, bo dom przestał być bezpieczny, a milczenie przestało chronić.
Reżim reaguje rutyną, blokady sieci, ograniczenia telefonii, nocne aresztowania, posterunki na skrzyżowaniach, gaz, pałki, w części miejsc także broń palna. Są potwierdzone strzały w kierunku demonstrantów. Są ranni od ostrej amunicji. Są ciała. I jest jeszcze coś, co odróżnia tę falę od poprzednich, panika władzy, widoczna, udokumentowana. Odcinanie internetu nie jest reakcją na chaos, lecz próbą jego ukrycia. Bez obrazu łatwiej zaprzeczać, ale też łatwiej kłamać.
Równolegle protest przestaje być wyłącznie uliczny. W niektórych miastach zamykają się bazary, miejsca, które w Iranie od dekad są barometrem społecznego nastroju. Są strajki i przerwy w pracy, także w częściach przemysłu naftowego. Nie wszędzie i nie naraz. Ale wystarczająco często, żeby władza zaczęła reagować nerwowo. Gospodarka, już osłabiona inflacją i spadkiem waluty, dostaje kolejny cios. To nie jest jeszcze strajk generalny. Ale to sygnał, a w Iranie takie sygnały są czytelne. Tło jest proste i brutalne, drożyzna, spadek wartości pieniądza, zmiany w dotacjach – uderzające w codzienność. To nie są wskaźniki, to jest tamtejsze życie. A wtedy, kiedy pęka codzienność, pęka też strach. Każda dyktatura wierzy, że strach jest zasobem odnawialnym. Nie jest. W pewnym momencie zostaje nazwany po imieniu i przestaje działać. I właśnie wtedy najbardziej widać, kto naprawdę wierzy w prawa człowieka, a kto tylko używa ich jako wygodnego języka. Solidarność, która kończy się tam, gdzie zaczyna się dyskomfort ideologiczny, nie jest żadną solidarnością. Jest milczeniem w ładnym lecz tanim opakowaniu.
Iran jest dziś pełen takich pęknięć. Gasi światło, bo boi się tego, co widać, gdy ludzie przestają się bać.
Źródła:
https://apnews.com/article/54e4024a0b9e6a9f3ab49153c8e28f05
https://www.reuters.com/…/iran-must-show-restraint…/
https://www.wsj.com/…/internet-blackout-hits-iran-as…
https://www.theguardian.com/…/children-killed-iran…
https://www.reuters.com/…/rights-groups-say-least-25…/
https://www.lemonde.fr/…/iran-crackdown-intensifies-as…
https://www.rp.pl/…/art43611371-w-iranie-wrze-nie…
https://www.thenationalnews.com/…/iran-internet…/
https://www.scmp.com/…/protests-sweep-iran-amid…
https://www.ncr-iran.org/…/iran-nationwide-internet…/
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com




