
Cezar w Białym Domu
Melanie Phillips
To był tydzień, w którym znaczna część Zachodu uświadomiła sobie, że stary ład światowy przestał istnieć. Rodzi się nowy porządek — i wcale im się to nie podoba. I nie jest wcale oczywiste, że Izrael może spać spokojnie.
Administracja Trumpa przybyła na Światowe Forum Ekonomiczne w Davos — w samo serce liberalno-uniwersalistycznego bastionu — by oznajmić reszcie Zachodu, że globalizacja dobiegła końca. Zawiodła Europę i Stany Zjednoczone, zaszkodziła ich dobrobytowi i wzrostowi, a także uzależniła je — i uczyniła podległymi — innym, w tym również ich wrogom.
Światowi przywódcy, zmuszeni wysłuchać tej tyrady, wciąż byli oszołomieni po tym, jak prezydent USA Donald Trump zagroził przejęciem Grenlandii i ukaraniem państw, które wyrażą sprzeciw. W Davos wycofał się z tego i zawarł ramowe porozumienie z szefem NATO Markiem Rutte w sprawie bezpieczeństwa Arktyki — co brzmi jak działanie mocno spóźnione, ale potrzebne w obronie wolnego świata.
Co zdumiewające, nawet tak zagorzały zwolennik uniwersalizmu jak premier Kanady Mark Carney przyznał uczestnikom forum, że gra o globalny porządek dobiegła końca. Wiele państw dochodzi dziś do wniosku, że muszą zyskać większą autonomię strategiczną. „Kiedy zasady przestają cię chronić” — powiedział — „musisz chronić się sam”.
Doprawdy? Lepiej późno niż wcale? Niekoniecznie.
Carney i inni liberalni liderzy, którzy ubolewają nad końcem globalistycznego porządku, w rzeczywistości jedynie przyznają, że Waszyngton nie będzie go już dłużej tolerował. Nie są jednak skłonni przyznać, że przez lata wspierali międzynarodowy ład, który obiecywał liberalne ideały, a w rzeczywistości przynosił coś wręcz przeciwnego.
To ci sami przywódcy, którzy nadal rozwijają relacje gospodarcze z Chinami — jednym z głównych zagrożeń dla wolności i bezpieczeństwa na świecie.
To ci sami przywódcy, którzy przez ponad cztery dekady prowadzili politykę ustępstw wobec fanatycznego reżimu islamskiego w Iranie — reżimu, który eksportował terroryzm i masowe mordy, dążył do zdobycia broni jądrowej, prowadził wojny zastępcze przeciwko Izraelowi i uciskał własny naród. Przez ostatnie tygodnie, gdy co najmniej 16 500 Irańczyków zostało zamordowanych w próbie obalenia reżimu, ci światowi liderzy milczeli — i nie zrobili niemal nic.
Nawet teraz Francja, Hiszpania i Włochy blokują uznanie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej — głównego narzędzia globalnej agresji reżimu — za organizację terrorystyczną.
Przywódcy z Davos wciąż pozwalają Rosji prać brudne pieniądze w swoich stolicach i ograniczają się do bezsilnego załamywania rąk w sprawie Ukrainy.
Nie podoba im się przywództwo oparte na sile, jakie reprezentuje Trump. A jednak to właśnie te kraje bezlitośnie szykanują Izrael w jego najtrudniejszych chwilach.
Karzą go za to, że się broni przed ludobójstwem, powielają kłamstwa Hamasu jako prawdy i wspierają Palestyńczyków w ich dążeniu do unicestwienia Izraela — finansując Autonomię Palestyńską, która nagradza zamachowców i wychowuje dzieci w duchu morderczej nienawiści do Żydów.
Ich hipokryzja w udawanym oburzeniu na to, czym stały się dziś Stany Zjednoczone, jest więc iście epicka. A jednak „nowy ład” Trumpa również powinien budzić poważny niepokój.
Trump zaprosił do swojego „Rady Pokoju” — organu, który ma ponoć wprowadzić erę pokoju i dobrobytu w Strefie Gazy — Katar i Turcję. A przecież oba te kraje są śmiertelnymi wrogami Izraela, Żydów i Zachodu.
Jak pisze Khaled Abu Toameh na łamach Gatestone, żadne z tych państw nie wierzy w jakikolwiek proces pokojowy między Izraelem a światem muzułmańskim. Przeciwnie — wciąż wspierają islamistów popierających terrorystów.
Międzynarodowa Unia Uczonych Muzułmańskich, której głównymi sponsorami są Katar i Turcja, wydała w zeszłym roku fatwę wzywającą świat islamu do prowadzenia wojny świętej (dżihadu) „przeciwko syjonistycznemu bytowi i wszystkim, którzy z nim współpracują”, nawołując do utworzenia zjednoczonego islamskiego sojuszu militarnego.
Na początku tego miesiąca wydała kolejną fatwę, w której ogłoszono „zakaz normalizacji stosunków z syjonistycznym wrogiem [Izraelem] w jakiejkolwiek formie”.
Nie mniej niepokojąca jest sytuacja w Syrii. Trump zachwyca się nowym prezydentem tego kraju, byłym dowódcą Al-Kaidy i ISIS, Ahmedem al-Sharaa, określając go jako „twardego” i „przystojnego”, traktując go jak zreformowanego lidera, który może odegrać istotną rolę w nowym, pokojowym Bliskim Wschodzie.
Tymczasem w ostatnich tygodniach siły al-Sharaa, wspierane przez Turcję, masakrują Kurdów — niegdyś nieocenionych sojuszników USA, którzy teraz zostali przez nie porzuceni.
Na początku tygodnia Tom Barrack, ambasador USA w Turcji, powiedział o kurdyjskich milicjach — Syryjskich Siłach Demokratycznych (SDF) — że ich pierwotne zadanie, czyli walka z ISIS, „w dużej mierze się zakończyło”. Według niego to Damaszek jest dziś gotów przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo, w tym za więzienia, w których przetrzymywano bojowników ISIS.
W rezultacie — co jest absolutnie szokujące — więźniowie ISIS pilnowani dotąd przez Kurdów zostali pozostawieni samym sobie. Część z nich po prostu uciekła, zmuszając dowództwo USA do natychmiastowej interwencji i przeniesienia ich do Iraku, aby nie wpadli w ręce syryjskiego reżimu.
Al-Sharaa ma na koncie masakry Druzów, chrześcijan i Alawitów. Gdy tylko będzie miał okazję, skieruje swoje działa przeciwko Izraelowi.
Jeśli ktoś jeszcze zastanawia się, jak to możliwe, że administracja amerykańska tak dramatycznie nie rozumie fanatyzmu islamistów, powinien posłuchać szokujących wypowiedzi specjalnego wysłannika Trumpa, Steve’a Witkoffa. Ten stwierdził w Davos: „Iran musi zmienić swoje postępowanie… jeśli da do zrozumienia, że jest gotów to zrobić, myślę, że uda się dojść do rozwiązania dyplomatycznego”.
A więc nawet teraz administracja Trumpa zdaje się wierzyć, że fanatyczni ajatollahowie z Teheranu to rozsądni ludzie, którzy w imię pragmatyzmu porzucą to, co uważają za swój boski obowiązek: zniszczenie Izraela i Zachodu.
Tymczasem to właśnie Witkoff zapewniał wcześniej świat, że 800 irańskich demonstrantów schwytanych przez reżim i zagrożonych egzekucją zostanie ocalonych. Jeśli reżim nie zdążył ich zabić, zanim się wypowiedział, to nadal systematycznie to robi.
Witkoff twierdził też, że Hamas nie jest „ideologicznie nieprzejednany”, a władcy Kataru porzucili radykalizm i dziś są „naszymi sojusznikami”.
To po prostu niepojęte, że taki człowiek może być „specjalnym wysłannikiem” prezydenta Stanów Zjednoczonych — i to w tak dramatycznym momencie dla świata.
Ponad dwa tygodnie temu Trump zapewnił bohaterskich demonstrantów w Iranie, że „pomoc już nadchodzi”. Do tej pory nie nadeszła, a tysiące zostało zamordowanych i torturowanych. Amerykańska koncentracja sił wojskowych w regionie sugeruje, że USA albo szykują się do uderzenia na Iran, albo spodziewają się irańskiego ataku. Ale kto to wie?
Obecnie opinia publiczna dzieli się między tych, którzy twierdzą, że Trump ratuje świat, a tych, którzy uważają, że go niszczy.
Rzeczywistość jest taka, że nie jest ani faszystą, ani rasistą, ani szaleńcem — to raczej samozwańczy cesarz. Domaga się lojalności, kieruje się transakcyjnością, narcyzmem i żądzą odwetu, a swoje cele osiąga siłą.
Nie jest to ideał. Ale Trump działa z miłości do Ameryki, cywilizacji zachodniej i narodu żydowskiego. Jego polityczni przeciwnicy natomiast kierują się nienawiścią do Ameryki, cywilizacji zachodniej i narodu żydowskiego — lub obojętnością wobec tych, którzy tej nienawiści ulegają.
Trudno więc mówić o jakimś wyborze.
Nowy ład Trumpa wyłonia się z katastrofalnego upadku starego. Międzynarodowe prawo i instytucje ponadnarodowe powstały po to, by ograniczyć imperialną samowolę w imię pokoju, wolności i sprawiedliwości. Dziś ten porządek zdradził i porzucił pokój, wolność i sprawiedliwość. Efektem jest Cezar w Białym Domu.
Trump to najlepszy przyjaciel, jakiego Izrael kiedykolwiek miał w Białym Domu. Ale to nie czyni go idealnym. Może być największą nadzieją dla Żydów, może dokonywać wielkich rzeczy — a jednocześnie pozostać człowiekiem ułomnym. Te wady mogą czasem powstrzymać go przed właściwym działaniem i pchnąć go ku tragicznym błędom.
Nam wszystkim pozostaje tylko wstrzymać oddech.
Link do oryginału: https://www.jns.org/a-caesar-in-the-white-house/
JNS, 22 stycznia 20216
Melanie Phillips – Brytyjska dziennikarka i autorka. Jej najnowsza książka The Builder’s Stone: How Jews and Christians Built the West and Why Only They Can Save It jest już w sprzedaży. Prowadzi również stronę internetową: melaniephillips.substack.com.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com




